Co robiłam i zrozumiałam w czasie kwarantanny?

Luzowanie obostrzeń przyjęłam z ogromną ulgą i radością, że wreszcie wracamy do normalności. Lockdown i zamknięcie niemalże całego życia towarzyskiego, kulturalnego, społecznego, sportowego i zawodowego dla większości z nas było bardzo trudne. Koronawirus skutecznie pokrzyżował praktycznie wszystkie moje plany i ograniczył możliwości do żałosnego minimum. Ale muszę przyznać, że wybuch epidemii COVID-19 w Polsce czegoś mnie nauczył, pozwolił zrozumieć kilka spraw, spojrzeć na niektóre rzeczy z innego punktu widzenia i doświadczyć nowych rzeczy. 



Co udało mi się zrobić w czasie kwarantanny?


Podczas kwarantanny praktycznie cały czas spędzałam w domu z najbliższą rodziną. Pracowałam zdalnie jednocześnie opiekując się dzieckiem, bo przedszkole zamknięte. Rzadko wychodziłam do sklepu, a gdzie indziej to już w ogóle. Jedynie krótkie spacery z psem. Moje kontakty towarzyskie również zostały ograniczone do minimum. Straszna nuda, podwójny wysiłek i minimum rozrywek. Nie brzmi dobrze i cieszę się, że mam to już za sobą. Poniżej opisuję, co udało mi się zrobić w czasie kwarantanny spowodowanej epidemią koronawirusa. 


Przestałam myć włosy

Pierwszą rzeczą, którą postanowiłam zrobić wykorzystując przymusową izolację był eksperyment brudasa czyli przez dwa tygodnie nie myłam włosów. Normalnie w życiu bym się na takie coś nie zdecydowała, ale skoro i tak siedziałam zamknięta w domu. Nastroju, żeby o siebie dbać też nie było. Stwierdziłam więc, że przestanę myć włosy i zobaczę, co się stanie. Tak, były brudne hahaha, to oczywiste. Czy coś jeszcze? Możecie sprawdzić w podlinkowanym wyżej tekście. Jest ze zdjęciami, więc jeżeli nigdy nie widzieliście osoby, która przez kilkanaście dni nie myła głowy to macie okazję.


Pracowałam na dwa etaty jednocześnie

Zamknięcie przedszkola oznaczało dla mnie pracę zdalną i opiekę nad dzieckiem, co jest koszmarem. Nawet jak zdarza się epizodycznie. A dzień w dzień to katastrofa. Cierpi na tym praca, dziecko i ja sama. Nikt nie jest zadowolony i nic nie jest dobrze zrobione. Aktualna sytuacja uświadomiła mi, że mimo wszystko dam radę pogodzić jedno z drugim. Tzn. pracować w miarę efektywnie i upilnować dziecka żeby się nie zabiło i nie umarło z głodu. Ogromnym kosztem oczywiście.

Przemęczenie, frustracja, zniechęcenie i codziennie wybuchy płaczu niestety były na porządku dziennym. Z jednej strony widzę, jak silna jestem i jak dobrze sobie w takiej sytuacji poradziłam. Z drugiej się boję, że teraz zawsze już będzie to ode mnie wymagane. A to kolosalny wysiłek i ogromne koszty, przede wszystkim psychiczne. Dla mnie wysłanie dziecka do żłobka a później przedszkola było odzyskaniem skrawka wolności, swojego życia, samej siebie. Koronawirus ponownie mi to zabrał. Przyznaję, że z niecierpliwością czekałam na otwarcie przedszkoli i dość szybko posłałam tam swoje dziecko. 


Nosiłam te same ciuchy

Chodzenie po kilka dni czy nawet tygodni w tych samych ubraniach nie jest mi dziwne. Ale w czasie izolacji z powodu koronawirusa znacznie się to nasiliło. Przez te tygodnie zakładałam na siebie dosłownie kilka ciuchów na zmianę. Trochę z lenistwa, żeby nie szukać niczego nowego. Zresztą po co miałabym to robić, skoro i tak nigdzie nie wychodziłam ani z nikim się nie spotykałam. Ale przede wszystkim  po to, żeby do końca znosić już część ubrań i się ich pozbyć. 

Mam taką zasadę, że noszę aż się rozpadną. Nie wyrzucam nic, co już ewidentnie nie jest totalnie zniszczone. A ty jak długo nosisz swoje ubrania? Bo ja spokojnie po kilka, kilkanaście lat. Kiedy przestają dobrze wyglądać, używam ich jako ciuchów po domu. I nie, noszenie ich wcale nie wpływa negatywnie na mój nastrój i samoocenę. Wręcz przeciwnie. Jest mi super wygodnie, czuję się swobodnie i mam satysfakcję, że postępuję w duchu zero waste. Oczywiście nikogo nie namawiam. Jeżeli nie czujesz się dobrze w starych dresach, to absolutnie ich nie zakładaj. 

Opróżniłam kuchnię z zapasów

Większość osób ma w swoich lodówkach i szafkach jedzenie, które spokojnie starczyłoby na kilka dobrych tygodni czy nawet miesięcy. Kiedy wybuchła epidemia koronawirusa dostęp do sklepów został ograniczony. Te kolejki najpierw do kasy, a później przed wejściem. Zalecenia by kupować tylko to, co naprawdę potrzebne i robić to możliwie szybko. Zakupy stały się wyzwaniem i przestały być przyjemnością. Robiłam je znacznie rzadziej i wyjadłam sporą część rzeczy, które od miesięcy leżały w mojej kuchni. Teraz wreszcie mam miejsce w szafkach, lodówce i zamrażarce. Takie opróżnianie z przynajmniej części zalegających produktów spożywczych bardzo polecam. Nawet te z długim terminem przydatności kiedyś się psują, więc lepiej zdążyć zjeść je wcześniej.

Trochę zaoszczędziłam

Siedzenie w domu jest tanie. Nie ma gdzie wydawać pieniędzy. Odpadły dojazdy do pracy, wizyty w klubach, kinach czy restauracjach. Nie było mowy, żeby iść do fryzjera czy kosmetyczki. Zawieszone zostały również opłaty w moim przedszkolu. Po zsumowaniu okazało się, że trochę udało mi się zaoszczędzić. Oczywiście przymusowo i ogromnym kosztem. Kosztem swojego zdrowia i samopoczucia. Nie był to mój wybór, ale przyniósł też jakiś pozytywny skutek. 

Brakowało mi natury i przestrzeni, nie ludzi

Kiedy obostrzenia wprowadzone przez rząd stały się naprawdę restrykcyjne, właściwie nie wychodziłam z domu. Najbardziej mi przeszkadzało, że nie mogę wyjść na długi spacer, uprawiać swobodnie sportu na terenach zielonych, cieszyć się wodą i lasem ani podróżować czy nawet przemieszczać się bez ważnego powodu. Dusiłam się w czterech ścianach. Brakowało mi kontaktu z przyrodą i otwartej przestrzeni. Po prostu wolności. Innych ludzi jakoś niespecjalnie.

W pracy zdalnej nie doskwierał mi brak bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Brakowało mi... dojazdów do pracy. Zawsze siadałam sobie w tramwaju i przez te pół godziny drogi czytałam książkę. Uwielbiałam ten zwyczaj. Lubiłam spacerować, godzinami włóczyć się po mieście, biegać po lasach czy nad wodą. Kiedy zakazano tych aktywności, straciłam swoje codzienne przyjemności.

Brak kontaktu ze znajomymi i rodziną zniosłam dobrze. W dużej mierze pewnie dlatego, że nie mieszkam sama. Miałam dwójkę najbliższych osób i psa obok siebie. Z mamą i tatą, siostrą czy koleżankami mogłam się porozumiewać za pomocą nowoczesnych technologii i to było wystarczające. Rozmowa telefoniczna czy wideoczat jest ok. Brakowało mi spacerów z siostrą, ale bardziej niż o siostrę chodziło o sam spacer. Nie to, że siostry nie lubię, fajnie mieć siostrę i moją bardzo kocham. Po prostu kontakt na odległość jest wystarczający, przynajmniej jeżeli chodzi o kilka tygodni czy nawet miesięcy.


Zrozumiałam, że to co dzisiaj jest pewne i oczywiste, jutro wcale takie nie musi być

Nie spodziewałam się, że koronawirus w Polsce spowoduje takie zamieszanie. Wiadomość o zamknięciu przedszkoli przyjęłam ze łzami i przerażeniem. Bałam się, że nie podołam jednoczesnemu wykonywaniu swoich obowiązków zawodowych i opieką nad małym dzieckiem. Pracowałam tak czasami np. kiedy mój synek był chory. I było ciężko, chociaż chodziło o kilka dni. Tymczasem nowy porządek miał trwać dwa tygodnie z możliwością przedłużenia. I oczywiście został przedłużony na kolejne tygodnie. Wcześniej w ogóle nie brałam pod uwagę takiej sytuacji. Bardzo zależało mi, żeby moje dziecko uczęszczało do żłobka a później do przedszkola, co pozwalało mi normalnie pracować.

Pamiętam też masowe wykupywanie produktów ze sklepów i gigantyczne kolejki. Sama również trochę dałam się ponieść zbiorowej panice. A co jeżeli zamkną sklepy? Co będziemy jeść? Lepiej zaopatrzyć się na zapas. W tym momencie poczułam autentyczny strach o swoją przyszłość, o to, jak będzie wyglądało moje życie. 

Ograniczenia wolności poruszania się było czymś, o czym nigdy nawet nie myślałam. Do głowy by mi nie przyszło, że taka sytuacja może stać się faktem. Wcześniej spacery i wycieczki traktowałam jak coś normalnego i oczywistego. Nie sądziłam, że kiedykolwiek stanie się to zakazane. Pamiętam te radiowozy jeżdżące po osiedlu i informujące z głośników o stanie epidemii i zakazie przemieszczania się. Trochę wiało grozą.


Wbrew pozorom podczas lockdownu z powodu epidemii koronawirusa w Polsce wcale nie przeczytałam więcej książek, nie zrobiłam żadnego kursu, nie zadbałam o zdrową dietę ani regularnie ćwiczenia. Byłam zbyt zmęczona godzeniem pracy zdalnej z opieką nad czterolatkiem. Brak możliwości oderwania się od tego i zrelaksowania jak lubię sprawił, że moja motywacja do czegokolwiek spadła. Chociaż nie traciłam czasu na dojazd do pracy, i tak miałam go mniej niż wcześniej. 
W czasie koronawirusa udało mi się zrobić kilka rzeczy i czegoś się nauczyć, ale głównie były to tygodnie spędzone w strachu i niepewności oraz w oczekiwaniu, aż to wszystko wreszcie się skończy. 

Przeczytaj również:

Komentarze

  1. Z tego artykułu naprawdę dowiedziałem się bardzo dużo. Na ten blog na pewno w przyszłości wrócę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w czasie kwarantanny miałam tyle czasu, że buszowałam po sklepach internetowych i wyszukiwałam promocje na buty damskie i męskie. Nie dość, że szafa mojej rodziny jest teraz przygotowana na każdy sezon, to jeszcze sporo oszczędziłam czasu i pieniędzy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja w czasie kwarantanny sporo czasu spędziłam na robieniu zdjęć. Zaczęłam interesować się fotografią i przepadłam. Teraz zajmuję się tym zawodowo. Jednak na coś się przydała ta cała kwarantanna.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

W celu działań promocyjnych na blogu należy skorzystać z zakładki Kontakt. Więcej informacji o blogu w zakładce Informacje o blogu. Komentarze uznane za spam zostaną usunięte.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...