czwartek, 9 lutego 2017

4 przeprowadzki w pół roku

W ciągu pół roku przeprowadzaliśmy się cztery razy. A i tak dobrze poszło, bo mogło być tego więcej. Ja, osoba ceniąca stabilizację i lubiąca osiąść - niespotykane. Do tej pory w całym swoim życiu przeprowadzałam się trzy razy, z czego pierwszego nie pamiętam, bo byłam zbyt malutka. Drugi raz pamiętam jak przez mgłę i miałam wtedy jakieś 4-5 lat. A później to już była przeprowadzka na tzw. swoje-wynajmowane. Ponad dwa lata tam mieszkaliśmy. Ale kiedy nasza sytuacja uległa drastycznej zmianie postanowiliśmy poszukać czegoś lepszego i większego. I z tym lepszym, to się mocno przeliczyliśmy. W pół roku cztery razy się przeprowadziłam, a do tego dwa razy prawie, bo właściciele zrezygnowali z wynajęcia. To był bardzo emocjonujący mieszkaniowo rok. 



4 przeprowadzki w pół roku porządnie dały mi w kość, ale nie żałuję. Było ciekawie. Oczywiście kilka razy się popłakałam z bezsilności, ale teraz wspominam to wszystko raczej ze śmiechem i jako fajną anegdotkę, a nie jakąś tragedię. 





Pierwsza przeprowadzka - luty 2016

W pierwszej chwili byliśmy zadowoleni. Pokój z kuchnią zamiast aneksu kuchennego. Wanna zamiast prysznica. I balkon. Kij, że dwa razy drożej, a pod klatką non stop stoją jakieś podejrzane typy. Nie w klatce, bo była ona nawet dla nich zbyt obrzydliwa. W mieszkaniu trochę uchodził gaz, ale tylko trochę. Na tyle, że spokojnie można było żyć do czasu usunięcia awarii. Później zatkała się wanna i zalało całą łazienkę oraz sąsiadów z dołu. Z klatki nawet przez zamknięte drzwi wpadał smród papierosów i marihuany. Mój pies dostawał od tego ataków padaczkowych. Tzn. nie wiem, czy od gazu czy od marihuany. Nie wiem, co ja sobie myślałam planując mieć tam dziecko. Nie wiem, jak ja bym wózek na to drugie piętro, wąską klatką taszczyła. Bo na tej klatce bym go na pewno nie zostawiła. 



Cieszyłam się, bo dwa bloki dalej, za ulicą spędziłam swoje dzieciństwo. Osiedle Na Wzgórzach. Trochę koniec świata i najgorsza droga jaką nasze świętej pamięci już autko widziało. Wyprowadziliśmy się, bo zdecydowaliśmy, że chcemy coś ładniejszego i większego, skoro już mamy tyle pieniędzy płacić. Mieszkaliśmy tam trzy miesiące i myślałam, że to króciutko ;) Teraz, jak na to patrzę z perspektywy czasu to dobrze mi się tam mieszkało. Lubię oglądać swoje zdjęcia na insta z tamtego okresu. To był dobry czas, ale decyzja o wyniesieniu się  stamtąd również była jak najbardziej słuszna.


Druga przeprowadzka - maj 2016

Trzy bloki dalej, po drugiej stronie ulicy. W tej samej cenie mieszkanie dwupokojowe. Po remoncie. Śliczne. Co prawda bez balkonu, ale co tam. I bez pralki, więc przez miesiąc prałam bieliznę w rękach, a pościel i ubrania woziłam prać do mamuni. Na parterze. Łatwo było psa wyprowadzać.  Piękna okolica. Zaraz za blokiem park. Tylko żywcem nie było gdzie autem zaparkować. A mieszkanie było strasznie zimne, co latem akurat było spoko, ale wiosną czy jesienią (kiedy jeszcze nie grzeją) to gorzej.


Może i mieszkalibyśmy tam do tej pory, ale po kilkunastu dniach właściciele stwierdzili, że oni to chcieliby jednak podpisać z nami umowę najmu okazjonalnego. Byłam w ciąży i pewnie to był jeden z powodów, chociaż kiedy wynajmowaliśmy też byłam w ciąży i oni o tym wiedzieli. Taka umowa to dodatkowy kłopot. Głównie chodzi o stracony dzień pracy. W dodatku chcieli, żebyśmy to my pokryli koszty, chociaż to jest zabezpieczenie dla nich i w ich interesie taka umowa. Łaskawie zgodzili się podzielić koszty na pół, ale i tak stwierdziliśmy, że wolimy się wyprowadzić. Z jednej strony trochę nie mogę odżałować tego mieszkania, bo było naprawdę ładne, okolica to samo, blisko do mamuni i szpitala. Ale dobrze się stało, bo te chłody plus brak balkonu byłyby z dzieckiem nie do zaakceptowania. Mimo wszystko trochę tęsknię za tamtym mieszkaniem i za tamtym czasem, bo to również był fajny okres w moim życiu. Pomimo pewnych problemów byłam szczęśliwa i dość spokojna. 


Niedoszła przeprowadzka numer jeden

Znaleźliśmy trochę mniejsze mieszkanie w trochę niższej cenie. Niedaleko ciociuni. Wola Duchacka czyli jednak powrót na stare śmieci. Mieszkanie fajne, bo można spać w kuchni ;) Właścicielka młoda osoba o zabawnym nazwisku, które brzmiało jak jedno z moich przezwisk. Zapowiadało się fajnie. Obiecała, że się nie rozmyśli.  Później stwierdziła, że jednak chciałaby podpisać umowę najmu okazjonalnego. No zgodziliśmy się. Ale ona i tak się rozmyśliła. Powiedziała, że nie mieszka w Krakowie i wynajmowanie to dla mniej za duży kłopot. A tydzień później odświeżyła ogłoszenie. A my zamiast jechać sobie nad wodę musieliśmy na szybkiego szukać następnego mieszkania, bo czas gonił. Byłam smutna i zła. Bardziej w sumie, że nie jedziemy nad wodę, niż że za kilkanaście dni nie będziemy mieli gdzie mieszkać ;)


Niedoszła przeprowadzka numer dwa

Mieszkanie za grosze. Na zadupiu, ale akurat nam to zadupie pasowało. Kliny. Minusem było ogrzewanie piecem dwufunkcyjnym, ale sama cena tak niska, że mimo tego się opłacało. Właściciele bardzo skrupulatni. Trzy razy rozmawiałam z panem przez telefon zanim w ogóle się spotkaliśmy. Mieszkanie i siebie nawzajem oglądaliśmy trzy razy. Sebastian uważał, że oni nas chcieli zniechęcić. Bo poza zaletami przedstawiali też wady. Moim zdaniem byli po prostu uczciwi i chcieli, żeby nie było nieporozumień i żeby każdy był zadowolony. Właściciel nawet chciał nam pomóc z transportem. Umówiliśmy się na przeprowadzkę na godzinę 14. O godzinie 8 rano tego dnia właściciel zadzwonił, że zmienili zdanie i jednak nie chcą wynajmować. A to był koniec miesiąca, poprzednia umowa z właścicielami wypowiedziana i wyszło na to, że nie mamy się gdzie podziać. Popłakałam się. Po prostu się popłakałam. 


Trzecia przeprowadzka - czerwiec 2016

To mieszkanie znaleźliśmy na szybkiego. Grunt nam się palił pod nogami, miesiąc kończył, a my musieliśmy gdzieś przecież mieszkać. Znaleźliśmy dwupokojowe mieszkanie na zamknięty osiedlu, na Prądniku Czerwonym. W przystępnej cenie. Jedynym minusem był fakt, że wcześniej tam mieszkali studenci ;) W podłodze były jakieś dziwne wgłębienia niewiadomego pochodzenia, zalana ściana i lodówka, w której nie było światła, były za to rozwalone drzwiczki do zamrażalnika. Za to właścicielka bezproblemowa. Też bym była bezproblemowa, jakbym wynajmowała takie mieszkanie. Tzn. ono było spoko, tylko że po studentach.



Trzeciego dnia po raz pierwszy ugotowałam obiad i zepsułam kuchenkę, więc do końca miesiąca już nie gotowaliśmy. Nie wiem, co my jedliśmy i jakim cudem nie umarliśmy z głodu. Tam akurat mi się źle mieszkało i źle żyło. Poniekąd może dlatego, że już pierwszej nocy wiedziałam, że i tak za miesiąc się wyprowadzimy. Ciężko było znaleźć mieszkanie w ciąży i z psem, ale mieszkać tam wyszło, że jeszcze trudniej. Najpierw trzeba by było wszystko odsyfić, jakiś drobny remont zrobić, później kupić szafy, bo nie było (ubrania trzymałam w workach w nieużywanym pokoju ;)). Okolica też nie urzekała. Blokowiska i garaże. No i Sebastian sto lat wracał z pracy. Plus ciągłe marudzenie mojej rodziny, że nie możemy w dzieckiem w grzybie mieszkać. Tzn. tam nie było żadnego grzyba tylko zalana ściana, ale weź tłumacz bez badań mikrobiologicznych. Sama bym nie uwierzyła, gdybym nie chciała. Byłam już wtedy w zaawansowanej ciąży przez większość czasu na l4 i głównie spałam ;) A jak nie spałam to się bałam, że urodzę przed przeprowadzką i nie dopilnuję wszystkiego i będzie dramat. Na szczęście moje dziecko wcale się na świat nie spieszyło i spokojnie ze wszystkim zdążyłam. Mimo wszystko to było chyba najgorsze mieszkanie i najgorszy czas a na koniec jeszcze znalazłam super tani transport. Tak tani, że nie przyjechał w ogóle.


Czwarta przeprowadzka - lipiec 2016

Ładne, zadbane w przystępnej cenie i "naszej" okolicy. Wynajęte po znajomości. I wreszcie jest spokój. Do dzisiaj tu mieszkamy i nie zapowiada się na szybką zmianę. Jest balkon, wanna, która nie przecieka i kuchenka stara, ale działa. Mieszkamy na dziewiątym pietrze i z balkonu roztacza się piękny widok. Bardzo doceniam fakt posiadania w bloku windy. Co prawda normalnie z niej nie korzystam, ale przy wózku dziecięcym jest niezastąpiona. Nie wiem, jak ludzie sobie radzą bez niej w niższych blokach. Przecież wtaszczenie takiego wózka nawet na pierwsze piętro schodami to wyzwanie. A wracając do mieszkania to wynajmujemy je od koleżanki mojej cioci. Kobiecie nie przeszkadza nasz pies, a z dziecka to się wręcz cieszy i jest dumna, że kolejne życie urodziło się w jej mieszkaniu. Tzn. no nie dosłownie, bo w szpitalu, ale wiecie o co chodzi ;) Dobrze mi się tu mieszka. Co prawda trochę ciasnawo, jak się już człowiek do dwóch pokoi przyzwyczaił, no ale nie ma co narzekać. Jakoś się mieścimy. 



O Kurdwanowie krążą różne legendy. Po części to prawda, ale jakimś cudem krwawe jatki pod balkonem mają miejsce zawsze wtedy, kiedy jesteśmy robić paznokcie czy coś. Poza obrzydliwościami na klatce to z niczym niebezpiecznym się do tej pory nie spotkałam. To fajna okolica do biegania, dużo sklepów w okolicy, park gdzie można wyjść z dzieckiem na spacer. I blisko do ciociuni, a Sebastian wraca z pracy jakieś 20 minut. Idealnie. Naprawdę dobrze mi się tu mieszka. Chociaż czasami tęsknię za Wzgórzami. 


4 przeprowadzki w pół roku wiele mnie nauczyły i były niewątpliwie ciekawym doświadczeniem. Kosztowało mnie to trochę nerwów, ale nie żałuję. Życie bez emocji jest bez sensu. A trudne doświadczenia otwierają przed nami nowe możliwości. Co nie zmienia faktu, że na myśl o kolejnej przeprowadzce trochę mi słabo ;)

Zobacz też:

13 komentarzy:

  1. Ja też miałam sporo przeprowadzek, ale nieco ponad dwa lata temu. Najpierw z rodzinnego mieszkania z rodzicami na stancję, potem ze stancji do domu, dodatkowo podobna przeprowadzka w mieście, gdzie studiuję. Też czasami było wesoło. Mam nadzieję, że teraz będziecie spokojniejsi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mieszkam w Krk i też miałam pecha z właścicielami. Najgorzej było na Prądniku Białym. Cena za pokój: 850 zł. Warunki okropne, miałam właściciela i wynajmującego w dwóch osobach i jak przyszło co do czego to zrzucali na siebie winę. DRAMAT! Pomieszkałam 4 miesiące.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj ja się starsznie nie lubię przeprowadzać. Pierwszy raz przeprowadziłam się w wieku 19 lat - na studia, potem miałam już tylko 2 przeprowadzki. Zwykle jeśli gdzies się czuję dobrze to nie zmieniam nawet jeśli nie wszystko mi pasuje

    OdpowiedzUsuń
  4. O rany, ale przeboje! Ja całe życie w jednym domu mieszkam. To już 4 dekady :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Teraz z dzieckiem przeprowadzka to jakiś koszmar! Najgorszemu wrogowi nie życzę. Kiedyś za to całkiem lubiłam zmieniać wynajmowane mieszkanka, choć na pewno nie tak często jak Ty ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nieźle się uśmiałam przy czytaniu, bo masz świetny styl pisania :D Przyznam się bez bicia, że jak dla mnie troszkę za długie i nie moja tematyka, ale styl - cudo :D Tak trzymaj!

    OdpowiedzUsuń
  7. Takie ciągłe przeprowadzanie się nie jest fajne. Tak jak wspominałaś, głównie dużo stresu. Ale z drugiej strony jeśli jest okazja przenieść się na lepsze, to czemu z niej nie skorzystać ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. O jej szalony czas :) Podziwiam

    AMA NDA

    OdpowiedzUsuń
  9. Szalona jesteś, że odważyłaś się w ciąży przeprowadzić aż tyle razy :) Ale cieszę się, że koniec końców w tym ostatnim zostaliście na dłużej :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj nie było za ciekawie... przeprowadzki są straszne.. mnie czeka za kilka miesięcy przeprowadzka z Korei do Polski... to dopiero będzię "impreza".

    OdpowiedzUsuń
  11. Muszę przyznać, że jesteś wytrwała, w takim stanie z takimi problemami mieszkaniowymi ja bym chyba jeszcze bardziej osiwiała, a mam już sporo takowych włosków na głowie... Całe szczęście, że wszystko dobrze się skończyło i trafiliście na TO COŚ.
    My mamy to szczęście, że za mieszkanie płacimy tylko czynsz do wspólnoty, żadnych dodatkowych opłat nie mamy, więc wyprowadzki póki co nie planujemy. Wcześniej mieszkałam w 3 mieszkaniach studenckich i różne historie przechodziłam. Pierwsze było super - psy, wszystko do bólu za jedną cenę i całkiem fajnie, tylko trochę daleko do uczelni. Drugie to tragedia - grzyb, porąbany właściciel, który prawie w ogóle nam nie grzał, no ale dotrwaliśmy do końca czerwca ze znajomymi, lokalizacja pasowała i cena też nie była za wysoka. Potem wzięłam po prostu to, co było. A było średnie i ekipa też taka pół na pół. No i wychodziło najdrożej. Ale miałam to już gdzieś, niepotrzebne były mi dodatkowe nerwy. Potem poznałam moją drugą połówkę i sprawa się ustabilizowała. Początkowo trochę nie pasował mi fakt, że mieszkamy na samym końcu Gdańska (i nie tym, który łączy miasto z Sopotem, nie, my bliżej autostrady). No ale zmian nie było sensu wdrażać, bo on już tu mieszkał od lat. Teraz doceniam to osiedle. Cisza, spokój, całe zaplecze sklepowe w pobliżu, poczta, dentysta, przychodnia, nawet jeden butik z ciuchami jest. Obok łąka, a i spacery między blokami i domkami są przyjemne :).

    OdpowiedzUsuń
  12. Widzę, że lepsza ode mnie jesteś :D ja miałam 4 przeprowadzki w ciągu roku :D i powiem szczerze, że już miałam dosyć :D na szczęście już jestem na tzw. swoim :D powodzenia :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Wow 4 przeprowadzki to sporo xd Ja jedną przeżywałam, bo była na 4 piętro i musiałam wynajmować dźwig, że wnieść jakoś tam meble xd

    OdpowiedzUsuń

W celu działań promocyjnych na blogu należy skorzystać z zakładki Kontakt. Więcej informacji o blogu w zakładce Informacje o blogu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...