czwartek, 31 grudnia 2015

Aktualne kosmetyki do makijażu - jesień/zima 2015

Makijaż towarzyszy mi zazwyczaj przez 5 dni w tygodniu. W weekendy daję skórze i sobie odpocząć. Maluję się głównie do pracy, co nie znaczy, że mój make up jest zawsze nudny, stonowany i delikatny. Dress code nie ma u nas (na szczęście) racji bytu i każdy chodzi w czym chce i maluje się, jak ma ochotę. Zazwyczaj nie mam rano zbyt wiele czasu na robienie makijażu, ale od czasu do czasu uda mi się wyczarować na twarzy coś bardziej wyrazistego i rzucającego się w oczy. Niestety do mistrza makijażu jeszcze mi bardzo daleko, więc nie będę dzisiaj prezentować swoich makijaży, a jedynie przedstawię kosmetyki, którymi obecnie się maluję.


Lirene, Shiny Touch, mineralny rozświetlacz do twarzy i oczu
Pięknie wygląda w opakowaniu. Na twarzy też. Daje bardzo subtelny efekt, więc z powodzeniem stosuję go a co dzień i nie wyglądam jak przebieraniec ;) Lubi zostawiać błyszczące ślady na kołnierzyku kurtki. Rozświetlacz dodaje cerze blasku. W opakowaniu mamy cztery kolory: różowy, brzoskwiniowobeżowy, biały i kremowy. Na skórze różnica między nimi jest tak subtelna, że prawie nie zauważalna. Ja zazwyczaj mieszam wszystko puszkiem i nakładam na twarz, ale można również próbować korzystać z jednego lub dwóch odcieni. Wprawniejsze oko może wychwyci różnicę. Mineralny rozświetlacz Lirene kosztuje około 25 zł.

Essence, cienie do powiek, All about chocolates
Paletka zawiera 6 pięknych harmonijnych kolorów w odcieni czekolady, brązu, beżu i kawy z mlekiem. Idealne do zrobienia naturalnego makijażu. Opakowanie trochę ciężko się otwiera. Brakuje mi również aplikatora. Cienie mają bardzo zwartą konsystencję przez co zrobienie makijażu wymaga trochę czasu i siły ;) Za to cienie w ogóle się nie osypują ani na twarzy ani w opakowaniu. Kolory na powiekach nieco się różnią od koloru w opakowaniu. Są trochę subtelniejsze i delikatniejsze. Cienie zawierają delikatne błyszczące drobinki. Makijaż zrobiony cieniami Essence All about chocolates jest trwały. Kolor utrzymuje się na oczach przez cały dzień. Cienie kosztują około 15 zł, czyli bardzo przystępnie jak na 6 kolorów.


Catrice, Prime and Fine, Mattifying Powder Waterproof (Puder matujący wodoodporny)
Puder jest transparentny czyli bezbarwny, czyli idealny dla takich bladych twarzy jak moja. Skutecznie matuje i nadaje cerze prawie idealny wygląd. Opakowanie jest wyposażone w duże lusterko, więc bez problemu można robić makijaż poza łazienką. Ja jestem bardzo zadowolona z efektu. Co prawda twarz nie pozostaje matowa przez całe 12 godzin i w ciągu dnia warto zrobić poprawki, ale tak szczerze, to mało który puder wytrzymuje przez cały dzień. Nie bardzo jak miałam sprawdzić tę wodoodporność, więc nie wiem. Kosmetyk został wzbogacony w witaminy A i E, dzięki czemu wykazuje lekkie działanie pielęgnujące. Opakowanie bardzo łatwo się otwiera, ale nie samoistnie. Wydajność w normie. Puder matujący Catrice kosztuje około 20 zł za 9 g, czyli ta niższa półka cenowa. 

Maybelline, SuperStay Better Skin poprawiający wygląd skóry podkład w pudrze
Bardzo ciekawy kosmetyk. Zazwyczaj nie stosuję podkładów, bo nie umiem. Efekt zawsze jest bardzo nienaturalny. Mam też problem z dobraniem odpowiednio jasnego odcienia. Podkład w pudrze to świetny pomysł. Bardzo przypadł mi do gustu. Aplikacja jest bardzo szybka i łatwa, a efekt trwały i naturalny. Dla pewności jednak stosuję jeszcze dodatkowo odrobinę pudru matującego. Podkład w pudrze Maybelline zawiera 2% kwasu salicylowego i ma poprawiać wygląd skóry. Ja jakiś specjalnych zmian nie zauważyłam, ale też nie miałam specjalnych problemów. Opakowanie jest ładne i wygląda trochę jak smartfon ;) Wewnątrz mamy gąbeczkę do nakładania podkładu i duże lusterko. 


Eveline, Mega Max Full Volume & Shocking Mascara (Pogrubiający tusz do rzęs)
Tusz wbrew nazwie i wielkiej szczoteczce daje bardzo naturalny, delikatny efekt. Kosmetyk idealny do makijażu dziennego, do szkoły i do pracy. Dobrze się aplikuje, chociaż żeby zauważyć efekt trzeba nałożyć kilka warstw. Tusz się nie osypuje, nie rozmazuje. Bez problemu wytrzymuje cały dzień na rzęsach. Demakijaż przebiega łatwo i szybko. Trochę się zawiodłam na tym kosmetyku, bo lubię raczej mocno podkreślone rzęsy i efekt sztucznych rzęs

Eveline, Eye Shadow, cień do powiek, 30 Delicious Apple
Pojedynczy cień do powiek w kolorze delikatnej zieleni. Niestety tylko w opakowaniu. Na powiekach wygląda jak prawie biały ze złotymi refleksami. Kolor jest totalnie inny, niż się spodziewałam. Nie mówię, że brzydki, ale ja chciałam subtelną zieleń. Cienie kosztują około 15 zł. Do opakowania mamy dołączony wygodny aplikator. Samo opakowanie jest estetyczne i sprawia wrażenie trwałego. Cienie łatwo trzymają się na oczach przez cały dzień, a wieczorem bez oporu poddają demakijażowi.

Rimmel, Glam` Eyes Mono Eye Shadow, cień do powiek 100 Glam Ice
Cien jest w kolorze błyszczącej bieli. Taki śnieżny. Idealny kolor na zimę do zimowego makijażu. Cień jest trwały, dobrze się rozprowadza. Do opakowania dołączono aplikator. Rimmel Glam Eyes kosztuje około 20 zł. 

Rimmel Cienie Magnif'eyes, cień do powiek 005 Superstar Sparkle
Kolejny cień od Rimmela. Troche ładniejsze opakowanie, ale niestety kosztem braku aplikatora. Sam cień jest bardzo błyszczący w kolorze delikatnego różu z drobinkami brokatu. Idealny na wieczór. Trwały. Cena to około 15 zł. 

Catrice, Cień do powiek, Liquid Metal Eyeshadow, 050 We're The Inner Purple
Opakowanie dziwnie się otwiera. Najpierw jakby za lekko, a w połowie pojawia się mocny opór. Kolor, faktura i kształt cienia robią wrażenie. Kolor można stopniować od bardzo delikatnego aż po mocną śliwkę. Odcień idealny do malowania siniaków ;)

Zobacz też: 

wtorek, 29 grudnia 2015

Co robisz w Sylwestra?

Co robisz w Sylwestra to pytanie, które budzi dużo emocji. Różnych. Od ciekawości i ekscytacji poprzez irytację i znudzenie. Wiele osób ubolewa nad tym, jak silna jest w społeczeństwie presja, żeby na Sylwestra gdzieś iść i świetnie się bawić. Niektórzy dla świętego spokoju i zachowania dumy uciekają się do Sylwestrowych kłamstw. Inni natomiast za wszelką cenę próbują udowodnić, jak świętowanie Nowego Roku jest głupie, żałosne i bez sensu. Są tacy, którzy na pytanie o plany sylwestrowe reagują płaczem. Są tacy, którzy na pytanie o plany sylwestrowe reagują entuzjastycznym potokiem słów. Pozornie niewinne pytanie o Sylwestra może mieć bardzo poważne konsekwencje.
Źródło: pixabay.com

Dlaczego pytamy o plany na Sylwestra?
Zebrałam kilka powodów, dla których zadajemy pytanie o sylwestrowe plany. Jak się okazało, to wcale nie jest takie proste, oczywiste i jednoznaczne. O plany na sylwestrową noc pytamy z bardzo wielu powodów. Poniżej tylko kilka.
  • Żeby się pochwalić swoimi
  • Żeby się zainspirować, albo coś odgapić
  • Żeby wybadać, czy tylko my nie mamy żadnych planów
  • Żeby się pocieszyć, że nie tylko my nie mamy planów na Sylwestra
  • Żeby się do kogoś wprosić
  • Żeby zaproponować komuś wspólne świętowanie Nowego Roku
  • Żeby znaleźć kompana do wspólnego narzekania na głupotę i bezcelowość obchodzenia Sylwestra
  • Z ciekawości i autentycznego zainteresowania drugą osobą
  • Z braku laku, bo rozmowa się nie klei a Sylwek to temat akurat na czasie
  • Bo szukamy kogoś bez planów, kto mógłby się zaopiekować naszymi dziećmi i psem
  • Ponieważ chcemy się zorientować, jakie są ceny na mieście i czy w ogóle warto opuszczać mieszkanie
  • Bo chcemy komuś sprzedać coś mniej lub bardziej związanego z noworoczną imprezą
Źródło: pixabay.com
Dlaczego ludzie nie lubią pytań o Sylwestra?
Nie wiem, czy większość, ale spora grupa ludzi nie lubi tego pytania. Powodów oczywiście jest mnóstwo. Właściwie każdy ma własny.  Poniżej przedstawię tylko kilka tych najpopularniejszych. 
  • Wstydzą się, że nigdzie nie idą
  • Nie chcą się przyznać jak spędzą ten dzień, żeby nie wyjść na snobów, nudziarzy, alkoholików, maminsynków lub pantoflarzy
  • Uważają, że to nie twój interes
  • Uważają, że to najbardziej nudne, pospolite i oklepane pytanie na świecie
  • Nie chcą, żebyś się do nich wprosił
  • Nie chcą, żebyś odgapił ich genialny pomysł
  • Mają wtedy urodziny i to nie jest żaden głupi Sylwester tylko ich urodziny!!!
  
Dlaczego ludzie nie lubią Sylwestra?
Niektórzy oprócz tego, że nie trawią pytań o plany na Sylwestra nie lubią również samego Sylwestra. Oto kilka przykładowych powodów.
  • Nie mają z kim iść
  • Nie mają za co iść się bawić
  • Nie lubią hałasu i boją się petard
  • Ich pies potwornie boi się petard
  • Wkurza ich lejący się alkohol i błyszczące kreacje z cekinami
  • Bo po nim nagle robią się rok starsi
  • Nie lubią imprez
  • Nie lubią presji, żeby się bawić akurat tego dnia a nie na przykład pięć dni później
Źródło: pl.freeimages.com
Czy warto pytać ludzi o plany na Sylwestra?
Jeżeli masz dobry powód to raczej tak. A skoro wszystkie powyższe powody są dobre, to ciężko chyba byłoby znaleźć jakiś, który by nie był. Oczywiście zadając takie pytanie trzeba się liczyć z różnymi reakcjami. A przede wszystkim z pytaniem "A Ty?". Pytanie o plany na Sylwestra z jednej strony jest potwornie oklepane, ale z drugiej zupełnie życiowe i wszystkich dotyczy. Ja nie bałabym się pytać o sylwestrowe plany, ale z drugiej strony najpierw zastanowiłabym się, czy rzeczywiście mnie to interesuje i czy ta wiedza w ogóle jest mi do czegoś potrzebna.

Pytając kogoś, jak spędza Sylwestra ryzykujemy jednak: atak płaczu, falę przechwałek, jadowity hejt na tę imprezę, zaproszenie lub nachalną próbę wproszenia się, a także prośbę o pożyczenie nowej sukienki lub butów.
Źródło: pixabay.com
Sylwester może być okazją do świetnej zabawy, powygłupiania się, zrobienia koreczków i sałatki, spędzenia czasu z bliskimi w miłej atmosferze. Może być również okazją, żeby się przejeść, narąbać, zerwać z dziewczyną i nazajutrz mieć gigantycznego kaca. Nowy Rok może być czasem podsumowań i planów, albo narzekania na fatalny miniony rok i jeszcze gorszy nadchodzący. Wszystko zależy od nas. Spędźmy więc ten dzień tak, jak naprawdę tego chcemy. Nie ważne czy na Rynku, w klubie, u znajomych, przed telewizorem czy w łóżku. Ważne, że w zgodzie ze sobą. I bez plucia jadem. Wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku!

A Wy jak podchodzicie do imprezy Sylwestrowej? Hucznie świętujecie ten dzień, czy raczej traktujecie go jak imieniny u cioci? A może w ogóle nie obchodzicie Nowego Roku? Lubicie rozmowy na temat Sylwestra czy wręcz przeciwnie? A Sylwestra lubicie? No i przede wszystkim: co robicie w Sylwestra? ;)


Zobacz też:

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Olejowanie paznokci

Olejowanie paznokci to bardzo skuteczny sposób pielęgnacji paznokci słabych, skłonnych do łamania się i rozdwajania. Sama wypróbowałam i muszę przyznać, że olejowanie paznokci czyni cuda. Moje były mocno nadwyrężone po samodzielnym ściąganiu paznokci żelowych (nie róbcie tego!!!) i była pewna, że dopóki nie odrosną to nic z tego nie będzie. Wyglądały fatalnie: suche, miękkie, rozdwajające się, łamiące i z wyraźnymi uszkodzeniami na płytce. Próbowałam zatuszować ten stan lakierem, ale odpryskiwał błyskawicznie (wraz z kawałkiem paznokcia na dodatek). Kiepska sytuacja. 
Olejowanie paznokci
Źródło: pixabay.com
Olejowanie paznokci miało im pomóc i uratować zniszczoną płytkę. Ten prosty i tani zabieg niekiedy potrafi zdziałać cuda. Oczywiście ta metoda pielęgnacji ma swoje wady i zalety, jednak w ostatecznym rozrachunku olejowanie paznokci to jeden ze skuteczniejszych sposobów ich naprawy.


sobota, 26 grudnia 2015

Emily Giffin - "Ten jedyny"

"Ten jedyny" to już któraś z kolei książka Emily Giffin, którą przeczytałam. I tym razem trochę się zawiodłam.Przynajmniej na początku. "Ten jedyny" wciągnął mnie dopiero gdzieś przy 250 stronie, czyli prawie w połowie. Wcześniej historia wlekła się i nie miała dla mnie żadnego specjalnego sensu ani celu. Męczyłam tę książkę głównie dlatego, że akurat byłam w szpitalu i żadnej innej lektury nie miałam. I tylko dzięki temu udało mi się przebrnąć przez te najgorsze początkowe 250 stron. No, 250 stron to jest właściwie już połowa książki. Trochę słabo, jeżeli akcja 500 stronicowej książki zaczyna się po ponad 200 stronach. Moim zdaniem bez problemu dopiero tam można by umieścić początek akcji. 

Na szczęście kiedy już zmęczyłam połowę coś zaczęło się dziać. Historia nabrała sensu i rumieńców. Emily Giffin pisze o miłości i tym razem było tak samo. "Ten jedyny" opowiada o wielkiej miłości i trudnej decyzji. Niestety moim zdaniem jakoś to wszystko zastało spłycone. Mnóstwo miejsca zajmuje całe tło, a dla tego co naprawdę ważne nie zostaje go zbyt wiele. Książka strasznie się ciągnie, momentami nudzi, za dużo w niej wydarzeń i opisów bez znaczenia. Trochę się męczyłam. Pewnie dlatego, że tematyka futbolowa kompletnie mnie nie kręci. Wszystkie te wątki meczów były dla mnie nudne. Również Shea Rigsby - główna bohaterka nie jest osobą, z którą mogłabym się identyfikować. Jest zupełnie inna niż ja, a przy tym jakaś zbyt mało wyrazista by wzbudzić we mnie większe emocje. Kompletnie się z tą postacią nie zżyłam. Z żadnym bohaterem książki "Ten jedyny" się nie zżyłam a jeżeli miałabym się z kim identyfikować to najbardziej chyba ze złotym chłopcem z napadami złości, gwiazdą drużyny Ryanem Jamesem ;)


Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym na tym zakończyła swoją recenzję. "Ten jedyny" Emily Giffin zaczyna się ciężko. Później wszystko też jakoś tak się wlecze. Owszem pojawiają się emocjonujące momenty, ale jak na ponad 500 stron jest ich zdecydowanie za mało. Zakończenie też jest jakieś takie oklepane, przewidywalne i pozbawione jakiejś refleksji. Co nie zmienia faktu, że pod koniec się popłakałam. I to tak porządnie. Czyli chyba aż tak źle nie było.

Zobacz też:

środa, 23 grudnia 2015

Do poczytania na święta (biegowe artykuły)

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia zebrałam dla Was linki do moich najnowszych artykułów z serwisu Biegam Bo Lubię. Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś ciekawego dla siebie. Poruszam zarówno tematy świąteczne (jak nie przytyć w święta oraz święta biegacza) jak i całkiem uniwersalne związane z bieganiem. Zastanawiam się, czy to dobrze że bieganie jest modne i wymieniam kilka ważnych rzeczy, których nauczyło mnie bieganie. Dowiecie się również jak nie zaczynać biegać, jak przygotować się do swoich pierwszych zawodów i czy ciąża oznacza koniec biegania. Serdecznie zapraszam do lektury.


wtorek, 22 grudnia 2015

Olej kokosowy do wybielania zębów

Olej kokosowy szybko zyskał ogromną popularność. Chętnie stosujemy go zarówno w kuchni, jak i w łazience. Olej kokosowy świetnie sprawdza się do przygotowywania posiłków, jak i do pielęgnacji ciała i włosów. Spośród wielu zastosowań i fantastycznych właściwości oleju kokosowego, mnie najbardziej zainteresowało wybielanie zębów. Mam lekkiego bzika na punkcie zębów i bardzo o nie dbam. Marzę o idealnie białych, ale z obawy przed zniszczeniem szkliwa nie wybielam ich ani u dentysty, ani środkami drogeryjnymi ani tym bardziej metodami domowymi. Jednak olej kokosowy wydał mi się na tyle bezpieczny, że postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście wybiela zęby. W internecie piszą, że tak ;)


Mycie zębów olejem kokosowym
Zdecydowałam się na olej bio, ale rafinowany. Bo trzy razy tańszy, a i tak przecież go wypluwam. No i na wszelki wypadek jakby nie zadziałał, to mniejsza strata. Na początku nakładałam olej kokosowy na szczoteczkę do zębów i w ten sposób próbowałam je myć. Przerosło mnie to. Olej bardzo szybko robił się całkowicie płynny i kapał mi na brodę. Po kilku takich próbach zdecydowałam się na płukanie ust olejem kokosowym. Po prostu biorę pół łyżeczki oleju do buzi i płuczę usta przez ok. 10 minut tak samo jak robi się to z płynem do płukania ust. Później olej wypluwam i myję zęby tradycyjnie pastą i szczoteczką. do zębów. 

Właściwości oleju kokosowego
Olej kokosowy poza wybielaniem zębów ma również działać przeciwbakteryjnie. Spotkałam się z informacją, że zapobiega próchnicy, a nawet w pewnym stopniu może ją cofać. W to akurat nie wierzę, ale próchnicy nie mam, więc problemu też. Ponadto olej kokosowy wykazuje działanie oczyszczające z toksyn. Dlatego koniecznie taki olej należy później wypluć, a nie połykać. Podobno również zmniejsza nadwrażliwość dziąseł i zapobiega ich krwawieniu. Z tym miałam drobny problem. 

Mój eksperyment z wybielaniem zębów olejem trwa już miesiąc. Zużyłam już słoiczek oleju, ale myślę, że aby eksperyment mógł być wiarygodny powinnam jeszcze przynajmniej przez miesiąc płukać usta olejem kokosowym. W przypadku metod naturalnych i mało inwazyjnych potrzeba nieco więcej czasu, żeby w ogóle zaobserwować jakieś efekty. Nie mówię, że na chwilę obecną efektów nie ma. Na razie w ogóle jeszcze nie porównuję, bo za wcześniej.

A Wy jakie macie doświadczenia z olejem kokosowym?

Zobacz też: 

niedziela, 20 grudnia 2015

Olejowa niedziela dla włosów

Weekendowe olejowanie włosów weszło już na stałe do mojego pielęgnacyjnego kalendarza. Dzięki tej metodzie moje włosy wyglądają o wiele lepiej i mniej się niszczą. Zazwyczaj zabieg olejowania i czynności mu towarzyszące są bardzo podobne. Zmieniają się tylko trochę użyte kosmetyki. Dzisiaj postawiłam na dużo emolientów (i może nawet odrobinkę przesadziłam).

Zaczęłam od dokładnego rozczesania włosów za pomocą szczotki tangle teezer. Następnie wymieszałam na talerzyku trzy rodzaje olejków. Zdecydowanie polecam wylewanie oleju najpierw na talerzyk. O wiele łatwiej jest zaaplikować go na włosy. Skuteczną i szybką metodą jest też buteleczka z atomizerem. Dzisiaj pomieszałam ze sobą odrobinę olejku rycynowego oraz dwie oliwki, których używałam przy poprzedniej niedzieli dla włosów: oliwka do skóry wrażliwej Babydream i olejek Babydream przeciw rozstępom. Olejek rycynowy jest bardzo gęsty, olejek przeciw rozstępom ma taką średnią typowo olejkową konsystencję, a oliwka do skóry wrażliwej jest mocno wodnista. Razem udało mi się uzyskać idealną gęstość. Z naolejowanymi włosami poszłam spać, a że był to weekend, to zeszło co najmniej 10 godzin. 

Rano nałożyłam jeszcze dodatkowo na włosy Emolient kojący balsam do ciała od Marion. Zawiera on głównie parafinę, masło shea i glicerynę. W znaczniej mniejszej ilości również oliwę z oliwek i ekstrakt z aloesu. Włosy umyłam dwa razy płynem Facelle (pisałam o nim w poście Moja stała lista zakupów kosmetycznych). Później zastosowałam maskę Kallos Omega, którą wzbogaciłam całkiem sporą ilością oleju kokosowego. Najłatwiej jest rozpuścić go w kąpieli wodnej po czym do miseczki dodać odżywkę i wymieszać. Całość trzymałam na włosach około pół godziny. Po spłukaniu i delikatnym odciśnięciu w ręcznik zabezpieczyłam jeszcze końcówki odzywką Ziaja Intensywna Pielęgnacja z witaminami. Później uświadomiłam sobie, że trochę się spieszę i w ruch poszła suszarka. 



Włosy ze względu na użycie suszarki są bardzo ładnie wygładzone i proste. Z tyłu jednak widać, że może odrobinę przesadziłam z tym olejem koksowym (a dodałam go całkiem sporo, bo ćwierć łyżeczki, a zazwyczaj dodaję jedynie kilka kropel). Zobaczę, jak długo wytrzymają i kiedy zaczną się przetłuszczać ;) Ogólnie z efektu jestem zadowolona. Włosy są gładkie, miękkie i zdyscyplinowane. Tylko końcówki trochę się plączą. Podejrzewam, że sama Ziaja do ich zabezpieczenia to było trochę za mało. 

Zobacz też: 

sobota, 19 grudnia 2015

Święta to nie jest czas na sprzątanie

Święta to nie jest czas na sprzątanie, czyli dlaczego wielkie przedświąteczne porządki są bez sensu. Jak dobrze przygotować się do świąt? Co jest najważniejsze? Co warto zrobić przed świętami? Jak uzyskać (lub odzyskać) magię świąt? Krótki, świąteczny poradnik, który może uratować te święta. 


Kiedy widzę nagłówki typu: Czas na przedświąteczne porządki to mi gorzej. Moim zdaniem święta to w żadnym wypadku nie jest czas ani okazja na gruntowne porządki. Przygotowania do świąt dla mnie obejmują przede wszystkim sferę psychiczną. Warto teraz zażegnać wszelkie spory, przeprosić, wybaczyć, oczyścić duszę z gniewu i żalu. To jest przed świętami najważniejsze. Oczyścić duszę, nie piwnicę czy pawlacz. Święta to nie jest czas na sprzątanie. Raz, że są ważniejsze rzeczy. A dwa, że po świętach i tak się z powrotem nabrudzi, więc bez sensu. Jakiś czas temu napisałam kilka słów o świętach. To dość smutny tekst, który wiele mi uświadomił. Nie muszę rezygnować z obchodzenia świąt. Wystarczy zrezygnować z tego, co niepotrzebne i to może być piękny czas. Bez nerwów i bez płaczu. Trzeba tylko pogodzić się z tym, że święta to nie jest czas na sprzątanie. Święta nie są po to, żeby człowiek dwa razy do roku ogarnął chlew, w którym żyje ;) Nie są też po to, żeby brać kredyty i chwilówki. 


Co można robić przed świętami zamiast sprzątania?
Dla wszystkich, którzy nie wyobrażają sobie przedświątecznego czasu bez gruntownych porządków przygotowałam kilka alternatywnych pomysłów. Zamiast sprzątać, pucować, układać, porządkować, polerować czy wyrzucać można zrobić kilka innych rzeczy. Ważniejszych i przyjemniejszych. 

Źródło: pixabay.com
Polecam kartki z życzeniami. Mogą być tradycyjne, najlepiej przygotowane własnoręcznie. Mogą być też elektroniczne (tu również nic nie stoi na przeszkodzie, aby przygotować je samodzielnie). To świetny trening kreatywności a większość babć, cioć i rodziców taka kartka z życzeniami ucieszy bardziej, niż wypolerowana podłoga. Kartki można wysłać również do tych, z którymi widujemy się na co dzień lub spotkamy w święta. Fajnie tworzyć takie kartki wspólnie z mężem, dzieckiem, siostrą czy przyjaciółką. I oprócz ćwiczenia kreatywności podtrzymujemy więź i doskonalimy współpracę.


Prezenty! Wybieranie, planowanie, kupowanie, wypytywanie. Niekoniecznie w takiej kolejności. Prezenty są sto razy ważniejsze, niż porządki. Nigdy nie rozumiałam, jak moja mama mogła beztrosko wycierać kurze z segmentu, podczas gdy prezenty jeszcze nawet nie były zaplanowane. Priorytety, kochani, priorytety.


Spędzanie czasu z najbliższymi i tymi trochę dalszymi też. Przed świętami jest jakoś luźniej. W pracy mniej pracy. W szkole mniej nauki. Można ten czas wykorzystać i w końcu pobyć trochę z tymi, których kochamy. Leżenie obok siebie przez 6-8 godzin w nocy to nie to samo. Przed świętami warto świadomie poświęcić więcej czasu i uwagi naszym najbliższym. To jeden ze sposobów na zbudowanie atmosfery świąt, nie żadne kosmicznie drogie dekoracje z supermarketu. Miłość, przyjaźń, bliskość - ot i cała tajemnica świątecznej magii. 
Źródło: pixabay.com
Wspólne gotowanie. O ile sprzątanie (nawet wspólne) zupełnie nie ma sensu, to gotowanie to już coś innego. Dlaczego? Bo w trakcie można podjadać! Poza tym nic nie smakuje tak cudownie, jak potrawy, które sami przyrządziliśmy w atmosferze miłości i bliskości (i w bałaganie). Pamiętajmy jednak, że to potrawy są dla nas, nie na odwrót. W wolnym tłumaczeniu, jak ktoś doda za dużo soli lub za mało cukru to nic się nie stało. To nie jest najważniejsze. Jak miska z sałatką wyląduje na podłodze też nie ma co się denerwować. Piesek zje, będzie szczęśliwy. Nic nie jest powodem, żeby na siebie wrzeszczeć lub wyzywać się od nieudaczników i lewych rąk. 


Odpoczynek. Tak po prostu. Zamiast w Wigilię od rana biegać z mopem lepiej pospać sobie do 10 czy nawet 11. Wyspany człowiek to wypoczęty człowiek, piękny i szczęśliwy. Czysta podłoga nie jest tego warta. Zresztą i tak przyjdą goście w buciorach i ubrudzą. Nie ma sensu robić wielkich porządków przed przyjściem gości. To się robi dopiero po. Najlepiej po Sylwestrze. Przedświąteczny czas warto spędzić na spacerze lub z dobrą książką. Na co dzień nie ma na to czasu. Święta są od tego, żeby sobie odpocząć, a nie zapierniczać jak dzika świnia. Po świętach powinniśmy wracać do pracy wypoczęci, a nie zmęczeni jeszcze bardziej. Nie róbmy sobie tego. Samo sobie to robimy. Zazwyczaj same sobie. 


Gdzie ta magia świąt?
Sami ją zabijamy skupiając się na tym, co wcale nie jest najważniejsze. Najważniejsi są ludzie. Nasi bliscy i my. Nie idealny porządek, 12 dań na wigilię i perfekcyjnie zapakowane prezenty. Tak na prawdę to w święta najważniejszy jest Bóg, o ile w niego wierzymy. Ale też nie chce żebyśmy sprzątali, tylko żebyśmy przytulili nasze dzieci i powiedzieli mężowi/żonie że go kochamy, a rodzicom, że jesteśmy im wdzięczni za wszystko. Oczywiście, jeżeli tak jest. Bo jak nie to lepiej przemilczeć. Przynajmniej w święta. Święta to nie jest czas na sprzątanie. Święta to nie jest czas na pośpiech. Święta to nie jest czas na bycie mistrzem kuchni. Święta to jest czas na miłość, bliskość, zrozumienie, wybaczenie. Magii świąt nie znajdziesz w sklepowych dekoracjach ani nawet w puszczanych przez radio kolędach. Magię świąt możesz znaleźć tylko w sobie. W swoim sercu. Razem z najbliższymi. W miłości i radości. Wesołych Świąt! I pamiętajcie, że święta to nie jest czas na sprzątanie.

czwartek, 17 grudnia 2015

Emily Giffin - Dziecioodporna

"Dziecioodporna" Emily Giffin to już trzecia książka tej autorki, którą pochłaniam z wielkim zainteresowaniem i ogromną przyjemnością. Emily Giffin tworzy świetne historie dla kobiet i o kobietach. "Dziecioodporna" to opowieść o Claudii, która nie chce mieć dzieci. Wszystko w życiu głównej bohaterki było idealne: dobra i satysfakcjonująca praca, wspaniały mąż (który również od początku znajomości wiedział, że nie chce mieć dzieci) i udane życie towarzyskie. Ale w pewnym momencie sielanka Claudii się kończy, bo jej mąż Ben dochodzi do wniosku, że jednak pragnie mieć potomstwo.


W "Dziecioodpornej" jest jedna taka bardzo smutna scena. Ben i Claudia po raz kolejny rozmawiają o dziecku. Ona po raz kolejny jasno i wyraźnie mówi, że nie chce być matką. On posyła jej smutne i wiele znaczące spojrzenie, po którym ona postanawia się spakować. Gotowa do wyjścia czeka, aż on ją powstrzyma, ale nic takiego nie następuje. Wręcz przeciwnie Ben zamiast "Zostań, proszę" mówi "Do widzenia, Claudio". Nie wybrał ukochanej kobiety. Wybrał swoje pragnienie posiadania potomstwa. 

Jeżeli największą zaletą wczesnego rodzenia dzieci jest to, że szybciej masz je z głowy, a największą zaletą późnego rodzenia dzieci jest odwleczenie tej mordęgi, to czyż zupełna rezygnacja z dzieci nie stanowi najlepszego rozwiązania?
Emily Giffin - Dziecioodporna

Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś żałował posiadania dzieci.
- Czy powiedziałby o tym, gdyby rzeczywiście żałował? - zapytałam.
- Być może nie - powiedział Ben - Ale moim zdaniem nikt tego nie żałuje.
Emily Giffin - Dziecioodporna

"Dziecioodporna" Emily Giffin to opowieść o kilku parach, a każda z nich ma inną sytuację i inne pragnienia. Jedna z sióstr Claudii bez powodzenia od lat leczy się z mężem w klinice niepłodności. Druga siostra Claudii ma trójkę dzieci, piękny dom i bogatego męża, który lubuje się w skokach w bok. Przyjaciółka Claudii chciałaby mieć już dziecko, ale nie może znaleźć odpowiedniego mężczyzny, który założyłby z nią rodzinę. Druga bliska koleżanka ma wspaniałego męża i niedawno zostali szczęśliwymi rodzicami, istna sielanka. Różne kobiety, różne potrzeby i różne historie. 

- Chcę być ojcem.
- Jasne. Jasne - powiedziałam. - Ale czy pragniesz dziecka bardziej, niż bycia moim mężem?
Wyciągnął dłoń i położył ją na mojej.
- Chcę jednego i drugiego - powiedział i ścisnął moje palce.
- No cóż, nie możesz mieć jednego i drugiego - powiedziałam, próbując stłumić nutę wściekłości pobrzmiewającą w moim głosie.
Czekałam aż powie, że bez względu na wszystko wybrałby mnie. Że to jedyna rzecz na świecie, której jest naprawdę pewny.
- No więc? Co wybierasz? - zapytałam.
Nie zamierzałam poddawać go żadnemu testowi, lecz nagle właśnie tak to zabrzmiało. Ben długo wpatrywał się w swoje cappuccino. Następnie cofnął dłoń i powoli wrzucił do kubka trzy kostki cukru.
Kiedy w końcu na mnie spojrzał, w jego szarozielonych oczach malowały się poczucie winy i smutek, a ja wiedziałam, że właśnie otrzymałam odpowiedź.
Emily Giffin - Dziecioodporna
"Dziecioodporna" to była świetna lektura. Bardzo mądra i poruszająca. Dzięki przedstawieniu kilku historii można spojrzeć na sytuację Claudii z różnych perspektyw. Morał jest chyba taki sam, jak w prawdziwym życiu ;) Jedyne nad czym ubolewam, to że wzięłam wydanie kieszonkowe. Łatwo zmieścić w torebce, zajmuje mało miejsca, nie ciąży, ale fatalnie się czyta takie malutkie literki. Jeżeli macie wybór polecam decydować się jednak na pełnowymiarową książkę. Wygoda i przyjemność czytania jest nieporównywalnie większa.

Zobacz podobne książki:

środa, 16 grudnia 2015

Kolejne nominacje do Liebster Award

Po raz kolejny zostałam nominowana do zabawy blogowej Liebster Award. Czeka na mnie następna porcja pytań. Jak zwykle trochę czasu mi zajęło, żeby na nie odpowiedzieć, ale lepiej późno niż wcale, prawda?



Za nominacje dziękuję Rox Mummy Model i eM. A poniżej pytania dla mnie.

Pytania od Rox Mummy Model:

1. Kawa czy herbata?
Herbata. Kawę pije od czasu do czasu i głównie dla smaku. Moim codziennym napojem jest herbata.
2. Jajko czy kura?
To pytanie o gusta kulinarne czy o początki świata? Bo w pierwszym przypadku to chyba kura, chociaż jajka są bardziej uniwersalne i dają większe pole do popisu.
3. Szalik czy chusta?
Szalik. Chusty nie mam chyba ani jednej.
4. Miłość czy rozpusta?
Miłość, ale też nie taka całkiem ascetyczna ;)
5. Pies czy kot?
To chyba oczywiste ;)

6. Wiersz czy piosenka?
Piosenka do słuchania, wiesz do pisania, bo śpiewać nie potrafię ;)
7. Zima czy wiosna?
Jesień ;) Czyli bardziej wiosna, niż zima.
8. Łąka czy las?
Las
9. Śniadanie czy kolacja?
Śniadanie w dzień powszedni i kolacja w weekendy.
10. Stara miłość nie rdzewieje...?
Mam nadzieję, że nigdy się nie będę musiała o tym przekonywać ;)
11. Niedaleko pada jabłko od jabłoni...?
Nie da się ukryć.


Pytania od eM:


1. Twoja ulubiona książka i dlaczego ją lubisz?
Chyba "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett. Lubię ją... właściwie nie wiem dlaczego. Trochę dlatego, że dostałam ją w prezencie. Poza tym uważam, że to bardzo mądra lektura.
2. Do jakiego miasta/ państwa chciałbyś podróżować i dlaczego?
Zawsze ciągnęło mnie do gór, więc Zakopane albo Alaska. Skandynawia też wydaje mi się przepiękna. 
3. Czym się zajmujesz, gdzie pracujesz?
Głównie piszę.
4. Ulubiony sport i dlaczego?
Bieganie. Zawsze lubiłam również wszelkie akrobacje i gimnastykę artystyczną. Mam również sentyment do sztuk walki i całkiem nieźle pływam. Jako dziecko potrafiłam przez cały dzień z jeziorka nie wychodzić na wakacjach ;)



5. Ulubione ciasto i dlaczego?
Piernik, bo łatwo go zrobić i nie da się go zepsuć. Uwielbiam też wszystkie ciasta z masą, ale to jest bardziej takie "jedzenie oczami", bo po kilku gryzach zaczyna mnie mdlić ;)
6. Miłe wspomnienie z dzieciństwa i dlaczego akurat te??
Bardzo lubiłam zostawać sama w domu ;) Nie mam jakiegoś jednego miłego wspomnienia. Ogólnie dzieciństwo raczej nie najgorzej wspominam. Miałam wspaniałych, kochających rodziców, niczego mi nie brakowało, jeździłam na wakacje, miałam rower, rolki i dużo książeczek oraz gier planszowych. Ale i tak uważam, że lepiej być dorosłym ;)
7. Ulubiona bajka!
W dzieciństwie byłam zakochana w Alladynie ;)
8. Twoje ulubione perfumy i opisz ich zapach (słodki, kwiatowy itp..)
Nie mam ;) Lubię zapachy albo świeże, cytrusowe, owocowe albo całkiem słodkie typu czekolada czy wanilia. 
9. Czym jest dla ciebie wygoda?
Wygoda jest, kiedy nic mnie nie uwiera. Dosłownie i w przenośni. Kiedy mogę w danym miejscu, pozycji i sytuacji trwać jeszcze przez dłuższy czas nie odczuwając dyskomfortu. 
10. Twój przepis na szczęście?
Szukać dobrych stron, bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Uczyć się na błędach, zamiast nimi załamywać. Nie porównywać się z innymi i swoje cele budować w oparciu o własne pragnienia i możliwości, a nie o to co mają inni. Doceniać wszystko, co się ma. Dbać o siebie. 
11. Za co siebie kochasz/ lubisz?
Za wszystko! Tak po prostu z definicji. Oczywiście nie znaczy to, że nie robię nic, bo i tak jestem super. Staram się być coraz lepsza, pracować nad sobą, rozwijać się, ale moja miłość do siebie jest bezwarunkowa. Kocham i lubię siebie również wtedy, kiedy mam gorszy czas i nic mi nie wychodzi.

Zobacz też:

wtorek, 15 grudnia 2015

Jesienne balsamy do ciała

Balsamy i masła do ciała to kosmetyki, których używam raczej nieregularnie. Kilka razy w tygodniu jak dobrze pójdzie i co kilka tygodni, jak idzie trochę gorzej ;) Mam skórę normalną, nie narzekam na nią, więc nie mam też potrzeby codziennego smarowania się po kąpieli. Jednak od czasu do czasu warto zaaplikować sobie jakiś balsamik. Chociażby dla przyjemności, rozpieszczenia się i zadbania o siebie. Ostatnio używam dwóch Tenex, SPA Vintage Body Oil, Masło do ciała z olejekiem arganowym i Avon, Naturals, Winterberry & Shea, Shimmering Swirl Body Lotion, Dwufazowy balsam do ciała Owoce leśne i masło shea. Oba są całkiem spoko. Ładnie pachną, nieźle się wchłaniają i mają fajne opakowania. 



SPA Vintage Body Oil z olejkiem arganowym pachnie lekko limonką, jest wydajne, szybko się wchłania i nie powoduje zapychania porów. Uwielbiam jego zapach. Nie jest to do końca taki zapach limonki, jak pewnie sobie próbujecie wyobrazić. To trzeba poczuć. Jest bardzo przyjemny i oryginalny, a przy tym nie za mocny. Idealny zapach na jesień. To już moje drugie opakowanie i żałuję, że nie mam jeszcze trzeciego, bo masło do ciała SPA Vintage to bardzo dobry kosmetyk. Moja skóra je polubiła. W składzie mamy glicerynę, silikony, parafinę a nieco dalej olejek arganowy, olejek ze słodkich migdałów i ekstrakt z limonki. 


Avon dwufazowy balsam do ciała Owoce leśne i masło shea oprócz pielęgnowania skóry nadaje jej również połysk i blask za sprawą takich błyszczących drobinek. Fajna opcja na imprezę. Jak się nim posmaruję wieczorem to rano w pracy cały czas błyszczę. Nie jest to oczywiście brokat walący po oczach na kilometr. Raczej taki subtelny błysk widoczny z bardzo bliska. Czyli praktycznie tylko dla mnie ;) Tak czy inaczej +10 do samopoczucia i poczucia bycia gwiazdą. Wadą tego balsamu jest, że trochę zapycha pory. Poza tym ładnie pachnie i dobrze się wchłania. Dla skóry normalnej jest wystarczający. W składzie ma głównie glicerynę, olej mineralny i wazelinę. Nieco dalej masło shea i ekstrakty owocowe. 

Zobacz też:

niedziela, 13 grudnia 2015

Bieżnia to nie to samo

Wraz z nadejściem zimy część biegaczy zaprzestała treningów lub znacznie zmniejszyła ich ilość. Niskie temperatury i śnieg nie każdemu odpowiadają. Zimno, mokro, ciemno, ślisko, niebezpiecznie. Można zrezygnować z biegania, ale można też przerzucić się na bieżnię. To wydaje się rozwiązanie idealne dla wszystkich, którym zimowe bieganie w plenerze nie pasuje. Są też tacy, którzy wolą tradycyjne treningi w terenie. I ja się do tej grupy zaliczam. Bieżna to nie to samo i nigdy nie dorówna bieganiu po otwartej przestrzeni. 


piątek, 11 grudnia 2015

Jak uprzyjemnić sobie chłodne dni?

Wielkimi krokami nadchodzi zima. Jaka jest zima, każdy wie. Szybko robi się ciemno, temperatury są raczej niskie, na dodatek czasami jeszcze pada śnieg, a nasze stopy ślizgają się po lodzie. Zima niewątpliwie ma swój urok. Uwielbiam zimowe krajobrazy. Mają w sobie coś magicznego i bajkowego. Lubię też wieczorne spacery, kiedy jest ciemno i pusto. Lubię skrzypienie śniegu i kiedy jego płatki spadają mi na nos. Są jednak tacy, którzy zimy nie lubią. Wieczne marznięcie, ciągła ciemność i śliskie chodniki nie brzmią zbyt zachęcająco. Jednak chłodne dni można sobie uprzyjemnić. Oto garść moich pomysłów. 


1. Ciepły kocyk. Bardziej grzeje, kiedy jest prezentem od ukochanej osoby. Ja swój dostałam od mamy. Zawijam się w niego w pracy i od razu wielki openspace nabiera +50 do przytulności. Dla mnie kocyk jest o wiele wygodniejszy niż sweter, bo łatwiej i szybciej się go zakłada/zdejmuje. Poza tym kocyk to kocyk. 



2. Grube skarpetki. Najlepsze są takie ręcznie robione na drutach przez ukochaną osobę, ewentualnie z jakimś ładnym motywem. Piękne skarpetki lepiej grzeją i poprawiają samopoczucie. Bo takie zwykłe czarne to nie zawsze. Fajnym pomysłem są również skarpetko-buty. Świetnie sprawdzają się w pracy. W ogóle polecam zmianę obuwia w dni zimowe. Musiało minąć sporo czasu, żebym zrozumiała, że ten szkolny obowiązek zmiany obuwia to wcale nie był taki głupi i że to m.in. dla naszego zdrowia i komfortu było. Teraz chce mi się śmiać, bo jako dziecko, dumna buntowniczka, chodziłam po szkole w niezmienionych adidasach. A teraz kiedy jestem dorosła i nikt mi nie karze, z własnej woli po przyjściu do pracy grzecznie zmieniam kozaki na kapcie ;)

3. Kakao. Pyszne przez cały rok, ale idealnie pasuje właśnie do tych chłodnych miesięcy. Polecam dodać do niego nieco miodu lub przypraw. Jestem wielką fanką kakao. Piję tylko naturalne, bo jak kupowałam rozpuszczalne to je... zjadałam ;) Polecam również Inkę z kakao

4. Książka jest dobra zawsze, ale coś jest w tych jesiennych i zimowych wieczorach z książką. Mnie jakoś łatwiej się wtedy skupić, niż np. latem. Jesień i zima to pory roku wręcz idealne na czytanie książek.

5. Patrzenie w okno. W lecie moim zdaniem jest bez sensu. Nie ma za bardzo na co patrzyć. A kiedy wszystko pokryje śnieg, to każdy krajobraz nabiera charakteru i uroku. Patrzenie w okno ma w sobie coś z medytacji. Uspokaja, pozwala zebrać myśli. Uwielbiam siedzieć na parapecie w jesienne dni lub wieczory i patrzeć na ulicę. Na wirujące na wietrze liście lub na spadające płatki śniegu.

6. Kominek. Pomysł genialny, niestety sama nie posiadam. Ale już na samą myśl, jak przyjemnie byłoby usiąść w wielkim fotelu lub na puchatym dywanie przy kominku robi mi się cieplej. 

Dajcie znać, czy Wy również korzystacie z tych sposobów. A może macie jeszcze inne pomysły, jak uprzyjemnić sobie chłodne dni? Podzielcie się w komentarzach.

Zobacz też:

środa, 9 grudnia 2015

11 rzeczy, których nauczysz się w szpitalu

Pobyt szpitalu nie należy do najprzyjemniejszych, ale jak mus to mus. Pomimo bezproduktywnego leżenia w łóżku przez cały dzień i w szpitalu można się kilku rzeczy nauczyć. O życiu również, nie tylko o chorobach. Wybrałam 11 rzeczy, których nauczysz się w szpitalu. 

Źródło: pixabay.com
  1. Zmywanie garnków i szorowanie podłogi to nie obowiązek, a przywilej.
  2. Za spacerami z psem tęskni się sto razy bardziej, niż za internetem.
  3. Odpoczywanie jest potwornie męczące.
  4. Da się przytyć jedząc 500 kcal dziennie.
  5. Człowiek w ciągu 12 godzin spokojnie może przeczytać cztery książki.
  6. Przyjaciele i rodzina są ważniejsi, niż wszystko inne.
  7. Więźniowie wcale nie maja tak kolorowo, chociaż państwo ich karmi i nie płacą czynszu.
  8. Ostatecznie człowiek i tak musi polegać na sobie, więc warto dbać o swój rozwój i swoje możliwości.
  9. Kebab jest zdrowy, pizza jest zdrowa, Big Mac jest zdrowy. Nic nie jest tak jałowe odżywczo, jak szpitalne jedzenie.
  10. Twoja praca jest całkiem przyjemna i ciekawa.
  11. Odwiedziny bliskich osób nie zawsze sprawiają radość. Czasami lepiej, żeby nie przychodzili. 

Pobytu w szpitalu nikomu nie życzę i nie polecam, ale jeżeli już się zdarzy, to wykorzystajcie go najlepiej jak się da. Odpocznijcie, przeczytajcie zaległe książki, wyśpijcie się i uczcie się ważnych prawd życiowych ;) Jeżeli macie jeszcze jakieś inne pomysły, czego można nauczyć się w szpitalu zachęcam do dzielenia się nimi w komentarzach. 

Zobacz też:

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Przegląd Instagrama część 3

Przegląd Instagrama to pojawiające się średnio co trzy miesiące podsumowanie i zbiór moich najpopularniejszych zdjęć zamieszczonych w serwisie Instagram. czas szybko leci i już po raz trzeci przypominam zdjęcie, które przez ostatnie trzy miesiące zdobyły największą ilość polubień.


Pierwsze miejsce i szalone 81 serduszek zdobyło zdjęcie zrobione podczas ostatniego (oficjalnego) treningu Biegam Bo Lubię Kraków w tym sezonie. Po treningu, uśmiechnięta stoję na bieżni przy Placu na Groblach. Sama nie do końca pojmuję fenomen tego zdjęcia, ale jest ono ważne i w pewien sposób symboliczne. Bo tak naprawdę to jest coś więcej, niż tylko zakończenie tegorocznego sezonu biegowego. Ale na uchylenie rąbka tajemnicy jeszcze przyjdzie czas ;) 


Drugie miejsce i 79 polubień zdobyło selfie przed tegorocznym Cracovia Półmaratonem Królewskim. To był wyjątkowy bieg, chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Udało mi się mocno pobić swoją życiówkę, przebiegłam całe 21 kilometrów bez zatrzymywania się (nie licząc podczas picia, ale to się nie liczy ;)) i nie przypłaciłam mojego sukcesu żadną kontuzją. Na selfie jestem szczęśliwa, bo są momenty kiedy naprawdę mocno czuję, że kocham biegać. I to było właśnie wtedy.


Trzecie miejsce na moim Instagramie z 70 polubieniami zdobył medal z tegorocznego Półmaratonu Królewskiego. Pamiątka tego, co udało mi się osiągnąć. Medal trzymany z dumą. Moja życiówka. Mój kolejny półmaraton. Mój sukces. 


Na czwartym miejscu mamy piękne, łazienkowe selfie, które zdobyło 67 polubień. Wyglądam na nim trochę jak nie ja. Jakoś tak dojrzalej i poważniej, chociaż wciąż ładnie ;)


Piąte miejsce i 55 polubień to kolejne selfie. Tym razem z czarno-białym filtrem. 


Na szóstym miejscu mamy kolejny medal z 9. Biegu Trzech Kopców i 52 polubienia. Medal ma ostre krawędzie i chociaż ładnie wygląda, to ciężko się w nim chodzi ;) Sam bieg pod względem sportowym nie okazał się sukcesem, bo czas miałam gorszy. Ale jako cała impreza to był wspaniały dzień i miła niespodzianka, bo spełniło się wówczas moje małe marzenie (a nie zapowiadało się).



Siódme miejsce i 50 polubień zdobyło moje mega zdrowe śniadanie w kuflu. Przepis zamieściłam na swoim facebooku. Rzeczywiście prezentuje się całkiem apetycznie, a smakuje też nieźle. Polecam. Warto tylko zaopatrzyć się wcześniej w długie łyżeczki. 



Zastanawiałam się, czy poprzestać na szczęśliwej siódemce, czy jak poprzednio wymienić 10 najpopularniejszych zdjęć. Zdecydowałam się na najlepszą siódemkę. Całą resztę można podziwiać na moim Instagramie: instagram.com/abakercja. Jest tam jeszcze kilka ładnych i godnych uwagi fotek. 

Zobacz też:

niedziela, 6 grudnia 2015

Włosy grudzień 2015 - aktualna pielęgnacja

Pielęgnacja włosów wciąż zajmuje wiele uwagi w moim grafiku. Ostatnio z przyczyn technicznych posty z serii Niedziela dla włosów przestały się pojawiać. Dzisiaj podzielę się z wami moją coniedzielną pielęgnacją włosów. Jest kilka nowych, ciekawych kosmetyków, ale fundamentem włosowej pielęgnacji wciąż pozostaje olejowanie. 

Niedzielę dla włosów zaczynam tradycyjnie w sobotę. Nakładam na włosy na całą noc olej. Ostatnio jest to mieszanka: oliwka do skóry wrażliwej Babydream i olejek Babydream przeciw rozstępom. Obydwa kosmetyki można kupić w Rossmannie (i chyba tylko tam). Oliwka kosztuje ok. 10 zł, chociaż jeszcze niedawno bywała w promocji za chyba 4 zł. Olejek kosztuje chyba 13 zł, a w promocji 10 zł. Kosmetyki są bardzo wydajne i ja jestem z nich zadowolona. Zdecydowanie warte swojej ceny, szczególnie jeżeli porównamy z resztą olejków do włosów, które można kupić w drogerii. 
Olejek przeciw rozstępom występował już w mojej pielęgnacji wielokrotnie. Ma bardzo ładny skład: olej sojowy, olej migdałowy, olej słonecznikowy, olej jojoba, olej makadamia i witamina E. Jego jedyna wadą jest mocny zapach, który czasami się nie spiera z ubrań i pościeli. Oliwka do skóry wrażliwej to kosmetyk, który pojawił się niedawno, chociaż słyszałam że już był tylko został wycofany. Urzekła mnie w tej oliwce cena, która przez jakiś czas wynosiła zaledwie 4 zł. Skład też jest całkiem, całkiem. Zawiera olej z pestek róży, olej shea i witaminę E. Nie jest to czysty olej. Płyn jest dość rzadki i mniej tłusty. Na pewno łatwiejszy w aplikacji na włosy i szybciej wchłania się stosowany na ciało. 

Po całonocnym olejowaniu myję włosy szamponem L`biotica, Professional Therapy, Silk & Shine. Dwa razy rozcieńczając produkt w kubeczku. Szampon skutecznie domywa oleje. Nie wysusza włosów ani nie plącze ich bardziej, niż wszystkie inne. Wbrew temu, co producent napisał na opakowaniu szampon nie odżywia włosów, nie witalizuje ani nie przywraca im blasku. Za to myje, skutecznie i chyba starczy. Produkt zamknięty jest w tubce, co ma swoje wady i zalety. Na szczęście jest na tyle gęsty, że nie wypływa samoistnie. Szampon nie jest z tych delikatnych i zawiera SLS/SLES. 



Po umyciu włosów stosuję Biovax intensywnie regenerującą maseczkę pogrubiającą i zagęszczającą włosy Bambus i Awokado. Trzymam ją pod foliowym czepkiem około pół godziny. Czepek był dołączony do opakowania podobnie jak mała próbka olejku, który nie wiem do czego zużyje, bo jego skład zaczyna się od silikonów. Maseczka jest całkiem w porządku. Zawiera olej z awokado, ekstrakt z bambusa, olej słonecznikowy. Nie zawiera za to parabenów ani silikonów. Niestety ostatnie, co można o niej powiedzieć, to że pogrubia włosy. Przynajmniej u mnie efekt był dokładnie odwrotny. Włosy po zastosowaniu maseczki Biovax Bambus i Awokado były bardzo miękkie, gładziutkie, śliskie, ale też jakieś takie lekko smętne i jakby przyklapnięte. Tak z braku sił a nie przetłuszczenia. Mimo wszystko uważam, że to dobra maska a efekt lichych włosów bez problemu można rozwiązać za pomocą kosmetyków bez spłukiwania. 


Po spłukaniu maseczki i delikatnym odciśnięciu włosów w ręcznik przyszedł czas na zabezpieczenie końcówek i stylizację. Ostatnio używam trzech produktów: Garnier, Fructis, Gęste i Zachwycające, aktywator bujności, Marion, Keratin Mix, Odżywka stylizująca w piance i Marion, 7 Efektów, Fluid na rozdwojone końcówki. Teoretycznie ta różowa tuba z Fructis jest do stosowania podczas suszenia włosów. Ja używam aktywatora bujności na włosy, którym daję normalnie wyschnąć. Może nie są jakieś mega bujne, ale ładnie wygładzone, odrobinę grubsze i mam nadzieję zabezpieczone. Odżywka stylizująca w piance to kosmetyk, do którego wciąż mam wiele wątpliwości. Mam wrażenie, że moje babyhair za bardzo sobie latają w górę po tej piance. Poza tym są trochę matowe. Jestem średnio zadowolona. Najbardziej przypadł mi do gustu fluid na rozdwojone końcówki. Przepięknie pachnie i o wiele trudniej z nim przesadzić, niż np. w olejkiem. Producent zaleca jedno użycie pompki. Ja stosuję 4-5 na moje włosy i jest super. W ogóle nie są klapnięte ani przetłuszczone. Ten fluid to jedno z bardzo pozytywnych zaskoczeń ostatniego czasu. A i używam tych kosmetyków w dokładnie odwrotnej kolejności niż na zdjęciu ;)

Moje włosy zazwyczaj schną sobie naturalnie a ja tylko od czas do czasu przeczesuję je szczotką Tangle Teezer. Efekty możecie podziwiać na poniższych zdjęciach. Z przodu wyglądają o niebo lepiej, niż z tyłu ;) Przynajmniej moim zdaniem. Jakąś tam poprawę zauważyłam, ale wciąż jeszcze długa droga przede mną. 

Kliknij, aby powiększyć
Zobacz też:

piątek, 4 grudnia 2015

Maska do włosów Kallos Banana - moja opinia

Maska do włosów Kallos Banana ma piękne żółte opakowanie i jeszcze piękniejszy bananowy zapach. Skład nie powala, ale cena jest tak korzystna, że warto wypróbować. U mnie odżywka sprawdza się bardzo dobrze. Nie jestem w tym odosobniona, bo maska do włosów Kallos Banana zbiera dość pochlebne opinie w internecie i wśród moich znajomych. 



Maska do włosów Kallos Banana - cena i dostępność
Litr bananowego Kallosa kosztuje nieco ponad 10 zł. Odżywki te dostępne na pewno są w Hebe oraz w drogerii Firlit (znanej również pod nazwą Kosmyk). Nie wiem, jak jest w innych miastach, ale w moim Krakowie nie ma większego problemu z dorwaniem maski Kallos Banana. Bardzo korzystna cena plus dobra dostępność to ogromny plus.


Maska do włosów Kallos Banana - opakowanie
Opakowanie jak już wspominałam ma piękny, żywy, energetyzujący, żółty kolor i pojemność 1000 ml czyli litr. Zrobione jest z miękkiego plastiku z zakrętką. Nie zdarzyło mi się jeszcze (a używam bananowego Kallosa już kilka dobrych miesięcy), żeby opakowanie pękło czy otworzyło się podczas upadku. Oczywiście mimo wszystko doradzam ostrożność, bo jak kilogramowe opakowanie spadnie na stopę to może boleć. 


Maska do włosów Kallos Banana - skład
Skład odżywki Kallos Banana jest całkiem przyzwoity, chociaż nie powala. Mamy tutaj oliwę z oliwek, witaminy oraz oczywiście ekstrakt z banana. Poza tym silikony i inne wypełniacze oraz zapychacze. Substancje zapachowe wysoko w składzie. Nie jestem wielką maniaczką składów, zazwyczaj tylko na nie zerkam i najbardziej interesuje mnie sam początek. Nie będę się więc bawić w żadne wyszukane analizy składu. Dla mnie jest ok. 

Maska do włosów Kallos Banana - konsystencja i wydajność
Odżywka jest dość gęsta, co za tym idzie zużywamy jej mniej. Im mniejsze opakowanie, tym łatwiej jest ocenić wydajność. W przypadku litra nawet średnio wydajny kosmetyk można używać i używać i końca nie widać ;) Kupiłam Kallos Banana kilka miesięcy temu, używam przynajmniej raz w tygodniu, często w dużych ilościach do mycia włosów lub na olej. W dodatku ćwierć opakowania (240 ml) oddałam koleżance i nadal mam ponad połowę. Na tej podstawie wnioskuję, że bananowy Kallos jest kosmetykiem bardzo wydajnym. 
Źródło: pixabay.com
Maska do włosów Kallos Banana - działanie
Kallos bananowy nawet polubił się z moimi włosami. Po użyciu są gładkie, lekko dociążone i przyjemne w dotyku. Odżywka bardzo dobrze ułatwia rozczesywanie. Włosy po użyciu pachną bananem, ale tylko przez chwilę. Natomiast w łazience zapach unosi się o wiele dłużej. Po kilku miesiącach stosowania Kallos Banana nie zauważyłam żadnych spektakularnych zmian na głowie. Ani na plus ani na minus. Włosy w żaden magiczny sposób nie wypiękniały ani nie zaczęły szybciej rosnąć. Nie zaczęły również wypadać ani się przetłuszczać. Kallos Banana to fajna tzw. codzienna odżywka. Jeżeli jednak oczekujemy cudów musimy cuda podziałać (patrz punkt kolejny).


Maska do włosów Kallos Banana - inne zastosowania
Oprócz tradycyjne stosowania na włosy po umyciu Kallos Banana bardzo dobrze sprawdza się jako odżywka do mycia włosów. Bez problemu je domywa, nie wzmaga przetłuszczania i jest wystarczająco tani, żeby go tak "marnować". Oprócz tego bananowy Kallos jest wdzięcznym kompanem do wszystkich mieszanek. Można do niego dodawać ulubione półprodukty (patrz Jak wzbogacić odżywkę do włosów) lub mieszać z innymi odżywkami np. Kallos Banana i Kallos Multivitamin. Maska nadaje się również do metody OMO zarówno jako pierwsze O, jako drugie O, ale też jako obydwa. Z powodzeniem stosowałam ją również do emulgowania oleju. 


Podsumowując Kallos Banana to maska bardzo dobra. Właściwie ma same plusy: tania, łatwo dostępna, wydajna, ładnie pachnie, nieźle działa, wszechstronna. Gdybym koniecznie chciała znaleźć jakiś minus, to tylko chyba to że nie czyni cudów. Ewentualnie dość mocny zapach nie każdemu musi pasować, ale ja się w nim zakochałam. Kallos Banana to jeden z moich lepszych włosowych zakupów w ostatnim czasie.

Zobacz też:

środa, 2 grudnia 2015

Wegańska owsianka na wodzie

Owsianka to moje ulubione śniadanie i najczęściej to właśnie płatki z dodatkami lądują w mojej porannej miseczce. Do tej pory były to płatki z mlekiem i nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. Byłam pewna, że owsianka na wodzie jest niesmaczna. Długo się zbierałam i w końcu zaryzykowałam. Zrobiłam sobie na śniadanie wegańską owsiankę na wodzie. I wiecie co? Była pyszna!

Czemu nie dodajesz mleka do owsianki?
Skąd w ogóle pomysł, żeby rezygnować z mleka w owsiance? Nie, nie mam problemów z tolerancją laktozy. Nie uważam również mleka za zło wcielone. Po prostu od jakiegoś czasu coraz więcej myślę o odżywianiu nie tylko pod kątem mojego zdrowia, ale również pod kątem reszty świata. Myśli o weganizmie pojawiły się u mnie już jakiś czas temu. Napisałam nawet na ten temat notkę (zobacz: Czy jedzenie mięsa to egoizm?) i otrzymałam bardzo dużo wartościowych, rzeczowych i pomocnych komentarzy, za które Wam dziękuję. Jeszcze nie zdecydowałam się na wegetarianizm ani na weganizm, ale zdecydowanie częściej robię sobie posiłki bez składników odzwierzęcych. I w końcu postanowiłam spróbować z owsianką. 


Jak przyrządzić wegańską owsiankę?
Moja wegańska owsianka właściwie nie różniła się niczym od tych, które jem do tej pory. Jedyna różnica polegała na tym, że zamiast mleka zalałam płatki wrzątkiem i chwilę pogotowałam. Następnie odstawiłam na kilka minut, żeby nieco przestygło. Później dodałam jagody goi, żurawinę, migdały, orzechy laskowe i sezam. Zrobiłam zdjęcie na insta, wymieszałam i gotowe. Zabrałam się za konsumowanie.



Czy owsianka na wodzie jest mniej smaczna?
O dziwo owsianka na wodzie wcale nie smakuje gorzej, niż ta na mleku. Na pewno znajdą się osoby, którym wersja wegańska bardziej przypadnie go gustu. Owsianka na wodzie ma nieco bardziej wyrazisty (czysty) smak, jest trochę bardziej słodka i bardziej orzeźwiająca zarazem. Mnie smakowała. Bardzo pozytywnie się zdziwiłam. Spodziewałam się, że będzie z najlepszym wypadku średnio, a tymczasem wegańska owsianka jest bardzo pyszna. 


Owsianka na wodzie czy z mlekiem?
To zależy. Ja zachęcam do wypróbowania również wersji wegańskiej. Chociażby dla odmiany. Owsianka na wodzie to dobry pomysł dla wszystkich z nietolerancją laktozy, uczulonych na mleko, dla osób z nadwagą (mleko to kalorie, woda zawiera ich zero) i oczywiście dla wegan. Czy mleko jest zdrowe czy nie to kwestia sporna. Zawiera jednak białko, wapń, witaminę A i D, witaminy z grupy B, a także cynk i jod. Zawsze przed eliminacją jakiegokolwiek produktu z diety (no może poza słodyczami i fast foodami) warto skonsultować się z lekarzem i dietetykiem, a także zrobić stosowne badania. Najlepsza wiadomość jest taka, że można jednocześnie być weganinem i nie być skazanym na wodną owsiankę. Obecnie mamy w sklepach bardzo duży wybór mlek roślinnych (sojowe, ryżowe, migdałowe) i z powodzeniem można nimi zastąpić mleko krowie.



Cieszę się, że w końcu się odważyłam i spróbowałam zrobić owsiankę bez mleka na wodzie. Warto eksperymentować w kuchni, poznawać nowe smaki, próbować innych rozwiązań. Wiadomo, czasami efekt będzie opłakany. Bywa. Ale czasami możemy poznać coś świetnego, co stanie się naszym ulubionym posiłkiem.

Zobacz też: 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...