środa, 30 września 2015

Książka kontra film

Książka czy film? Wolisz czytać czy oglądać? Ja jestem wielką miłośniczką książek i zdecydowanie bardziej wolę je od filmów. Nie znaczy to, że nie lubię filmów. Też lubię. Po prostu w czytaniu książek widzę więcej zalet. Książka jest dla mnie bardziej atrakcyjna od filmu. Przedstawiam 9 powodów, dla których wolę czytać książki niż oglądać filmy.



1. Na filmach zasypiam. Nie zawsze, ale na tyle często, żeby uznać to za pewną regułę, a nie wypadek przy pracy. I nie ma to związku z nudną fabułą. Potrafię zasnąć zarówno na ciekawym filmie jak i na nudnym. Zdarzyło mi się zasnąć podczas jedzenia. Nigdy natomiast nie zasnęłam podczas czytania, chociaż przebiłam się przez kilka bardzo nudnych książek (studia, szkoła). Czytanie książki wymusza na mnie skupienie. Podczas filmu zdarza mi się odpłynąć. Myślami albo w ogóle do krainy snu. I to jest jedna z największych zalet książki, że czytanie wymaga więcej wysiłku i skupienia. Dla niektórych to może być właśnie wada, ale dla mnie zaleta. Oglądanie filmów jest zbyt mało angażujące i dlatego tak często zdarza mi się zasypiać na filmach czy z jakiegoś innego powodu nie dokończyć oglądania. Jeżeli chodzi o książki, to kończę 80-90% rozpoczętych. W przypadku filmów będzie to najwyżej 30%. 

2. Książkę można czytać (prawie) wszędzie i (prawie) zawsze. Nie wymaga internetu, sygnału telewizyjnego ani nawet prądu. Wystarczy jakiekolwiek światło do czytania. Książkę mogę sobie czytać w autobusie, na łące, w wannie (tzn. mogłabym, gdybym ją miała, mogę pod prysznicem), w szpitalu, no wszędzie. Jest wygodna, nieinwazyjna, nie emituje nic co mogłoby komukolwiek przeszkadzać, nie wydaje dźwięków, nie nagrzewa się. Spotkałam się z zakazem wchodzenia z lodem, z psem, z telefonem, ale z książką nigdy. Książkę mogę zabrać ze sobą praktycznie wszędzie i czytać prawie zawsze nikomu przy tym nie przeszkadzając, a jednocześnie zachowując całkowity kontakt z otoczeniem (nie to co film z tabletu na słuchawkach). Książka nie zawiesza się, nie rozładowuje ani nie zużywa energii. Zawsze jest gotowa do użytku. 

3. Książka trwa dłużej. A to oznacza więcej przyjemności. Kilkaset stron wspaniałej lektury to przynajmniej kilka dni spędzonych na czytaniu. W przypadku filmu sprowadza się to do 2-3 godzin. Po co tak skracać sobie przyjemność? Jaki w tym sens?

4. Książka daje większą swobodę działań. Z książki łatwo robić notatki. Wystarczy ołówek lub zakładki. Dowolnie można się cofać, do różnych fragmentów i wracać. Cofać i wracać. Odbywa się to znacznie sprawniej, niż podczas przewijania filmu. A nie każdy film mamy możliwość sobie poprzewijać. A książkę zawsze, każdą. Łatwiej też pomijać nudne fragmenty. Czytanie książki pozwala na większą swobodę i dowolność. Można np. zacząć od końca. W przypadku oglądania filmów nie bardzo. 

5. Książka ma wiele zastosowań i jest bardzo praktyczna. Można się nią powachlować, zabić muchę, zabezpieczyć dokumenty przed wiatrem, a nawet może służyć do samoobrony.

6. Książka pozwala dojść do głosu wyobraźni. Film daje nam wszystko kawa na ławę i nic nie możemy sobie wyobrazić po swojemu. Ktoś narzuca nam wygląd bohaterów i otoczenia. A ja uwielbiam opisy i uwielbiam wyobrażanie sobie opisanych scenerii. 

7. Książka jest bardziej naturalna i zdrowsza. To szczególnie ważne dla kogoś, kto cały dzień gapi się w monitor lub tkwi ze słuchawkami na uszach. Książka daje wytchnienie od tej całej technologii i sztucznych impulsów. 

8. Książka jest trwalsza i dożywotnio aktualna. Sprzęt się psuje, wymaga wymiany, aktualizacji. A książka raz kupiona działa już zawsze. I nic się jej nie stanie, jak spadnie z drugiego piętra. Może trochę ucierpieć wizualnie, ale wciąż spełnia swoją funkcję. I prędzej książka przeżyje zalanie kawą niż komputer czy telewizor. Książka nawet po 30 latach wciąż czyta się tak samo dobrze, a oglądanie filmu na 30 letnim telewizorze to już o wiele gorsza jakość. 

9. Książka jest kompletna. Film, żeby go obejrzeć potrzebujemy jeszcze dodatkowego narzędzia (telewizor, komputer, telefon). Film sam w sobie jako film zapisany na nośniku (płyta, plik, pendrive) jest kompletnie niezdatny do użycia, jeżeli nie posiadamy specjalnego narzędzia. A książka jest zarówno nośnikiem jak i narzędziem. Dwa w jednym. O wiele prościej. 



Kiedyś padła taka apokaliptyczna wizja o końcu książki. Że już nikomu nie będzie potrzebna. Że wyprą ją filmy, ebooki, audiobooki. Nic z tego. Nie ma takiej możliwości. Książka jest zbyt idealna, żeby można było z niej zrezygnować lub czymś ją zastąpić. Zarówno film, ebook jak i audiobok to pożyteczne urozmaicenie i uzupełnienie. Moim zdaniem żadna konkurencja dla tradycyjnej książki. Książka ma zbyt wiele zalet, których nowoczesne technologie niestety nie są w stanie osiągnąć.

Oczywiście to nie jest tak, że ja jestem jakimś technofobem czy przeciwniczką filmów. Nic takiego! Też je lubię. Po prostu wolę książkę i częściej wybieram książkę. Bo jest dla mnie wygodniejsza, co opisałam w powyższych 9 punktach. Nie kwestionuję przy tym zalet filmów, bo też je mają (np. kiedy nie mogę zasnąć nic tak nie działa jak puszczenie jakiegoś filmu).

Zobacz też:

wtorek, 29 września 2015

Przed Biegiem Trzech Kopców

W najbliższą niedzielę, 4 października, odbędzie się dziewiąty już Bieg Trzech Kopców (mój drugi). Około 13 km po górkach. Będą podbiegi (ale też zbiegi). Start mam niedaleko domu, bo pod moim ulubionym kopcem treningowym, Kopcem Krakusa (Wzgórze Lasoty 271 m n.p.m.) o godzinie 10:30. Meta pod Kopcem Piłsudskiego w Lasku Wolskim (Wzgórze Sowiniec 358 m n.p.m.). Piękna i ciekawa trasa. Bieg Trzech Kopców to bieg górski w środku miasta. 



niedziela, 27 września 2015

Włosowe SPA (dużo zdjęć)

Włosowe SPA czyli dużo ciepła z suszarki, czepek, ręcznik i maski Kallos Banana i Kallos Multivitamin. Korzystając z przeziębienia postanowiłam wygrzać również włosy. Z reguły unikam suszarki, bo bardzo nie lubie tego ciepłego powiewu na twarzy. Zdaję sobie jednak sprawę, że suszarka nie tylko potrafi zniszczyć włosy, ale także być sprzymierzeńcem w pielęgnacji. Wytwarza ciepło, dzięki któremu składniki odżywcze lepiej wnikają we włosy. I to właśnie dzisiaj postanowiłam wykorzystać.


Najpierw nałożyłam na wlosy mieszankę oliwki Babydream i olejku Babydream na rozstępy. Podgrzalam suszarką, nałożyłam czepek, na to ręcznik i trzymałam na głowie 2 godziny. Następnie dołożyłam maskę Kallos Banana, również podgrzałam, założyłam czepek i przykryłam ręcznikiem. Trzymałam na włosach ok. 45 minut. Już podczas spłukiwania czuć było, że włosy są wyjątkowo wygładzone. Umyłam je żelem Facelle, a na umyte nałożyłam maskę Kallos Multivitamin, również podgrzałam i trzymałam ok. 20 minut.

Na umyte i lekko odciśnięte w ręcznik włosy nałożyłam odżywkę Ziaja bez spłukiwania z witaminami, a później takiego cudaka od Garniera: Fructis, krem nadający bujność do suszenia z serii Gęste i zachwycające. Mam katar, więc nie czuję, ale jeżeli aktywator bujności pachnie tak jak pozostałe kosmetyki z tej serii, to jest to bardzo ładny i świeży zapach. Wlosy wysuszyłam suszarką.




Po takim włosowym SPA spodziewałam się cudów. No cóż, cudów nie ma, ale jest całkiem nieźle. Włosy tuż po wysuszeniu były wygładzone i miękkie. Oczywiście jak zwykle z tyłu prezentują się o niebo lepiej, niż z przodu. Dlatego dla równowagi z tyłu światło i jakość są słabsze ;) Z przodu wyraźnie widać ubytki w końcówkach. Szczególnie te pierwsze pasma - dramat. Podobno to normalne i one naturalnie są słabsze i gorszej jakości. Tzw. "naturalna grzywka". Nie są przystosowane do bycia długimi, bo natura uczyniła je grzywką. Tak mi się o uszy obiło. Jak ktoś ma jakieś informacje na ten temat bardzo proszę o podzielenie się. 




Jeszcze lepiej prezentowały się na następny dzień, kiedy się lekko pokręciły. Od razu jest ich więcej. I jakoś tak porządniej wyglądają. Na mniej zniszczone. Cały życie żyłam w przekonaniu, że w prostych włosach mi najpiękniej. A może niekoniecznie. Proste włosy są chyba tylko dla posiadaczek włosów idealnie zdrowych. Przy falach o wiele łatwiej jest zamaskować różne niedostatki. I to jest dokładnie to, o czym czasem wspominam. Moje włosy lepiej wyglądają na drugi dzień po myciu. Czasami to nawet mam wrażenie, że przetłuszczone wyglądają lepiej, niż świeżo umyte ;)



Zobacz też:

sobota, 26 września 2015

Google nie gryzie, czyli nie chce mi się tobie pomóc

Google nie gryzie. Se ku... poszukaj. Wujek google wita. Oto najczęstsze odpowiedzi na pytania zadawane w internecie. Na pytania zadawane offline można usłyszeć odpowiedzi typu: sprawdź sobie w encyklopedii/książce/instrukcji/ulotce. Albo włącz google. A później dziwota, że tylu mamy samozwańczych specjalistów: lekarzy, mechaników i prawników. Bazujących na wiedzy znalezionej gdzieś w internecie. Poprzez wyszukiwarkę (najczęściej google). I pretensje o ludzką głupotę, że sam się leczy, sam grzebie w elektryce i sam(a) sobie rzęsy przedłuża. 

Źródło: pixabay.com

Jak można być tak głupim i nieodpowiedzialnym, żeby zabierać się za coś, o czym nie ma się pojęcia jedynie na podstawie tego, co się wyczytało w internecie? (Zamiast zapytać kogoś, kto się na tym zna, kto się w danej branży specjalizuje). 

Jak można być tak leniwym i niesamodzielnym, żebym pytać jak coś zrobić. (Skoro w dzisiejszych czasach odpowiedź można sobie bez problemu wygooglować).


Google nie gryzie. A może jednak. Jeżeli ktoś zadaje nam pytanie, a my znamy na nie odpowiedź, to może jednak warto mu jej po prostu udzielić zamiast odsyłać do wyszukiwarki. Albo postawić sprawę szczerze i powiedzieć wprost: nie chce mi się tobie pomóc. 

czwartek, 24 września 2015

Aloevit - płyn odżywczo-wzmacniający do włosów i skóry głowy

Aloevit to płyn odżywczo-wzmacniający do włosów i skóry głowy. Zawiera witaminy i olejki. Ma regenerować suche, zniszczone włosy i skórę głowy, odżywiać i wzmacniać. Aleovit dostałam do przetestowania od polskiej firmy Kosmed.


Aloevit - stosowanie
Na początku miałam pewne wątpliwości odnośnie stosowania Aloevitu. Czy Aleovit należy stosować na umyte włosy, czy można przed myciem, czy jest to bez większego znaczenia? Na opakowaniu nie ma nic na ten temat. I druga wątpliwość odnośnie zmywania. Na opakowaniu jest napisane, żeby pozostawić preparat na 5-10 minut, co sugeruje, że należy go zmyć. Ale stwierdzenie "w razie potrzeby umyj włosy szamponem" trochę mi zamieszało w głowie. Czy Aleovit można po prostu spłukać wodą, a gdyby to okazało się niedostateczne użyć szamponu, czy jednak zaleca się zmywać szamponem? Informacja na opakowaniu nie jest do końca precyzyjna, więc postanowiłam zasięgnąć informacji u źródła. Oto odpowiedź:
Aloevit to klasyczna wcierka, polecamy stosowanie jej na wilgotne, umyte włosy lub przed myciem włosów pozostawiając na 5-10 minut. Jest to jednak kwestia indywidualnej tolerancji produktu przez skórę głowy i jak w przypadku każdego produktu tego rodzaju polecam najpierw przetestować Aloevit przed myciem i wtedy dobrać odpowiednią metodę stosowania.
Jak widać można i tak i tak. Trzeba sobie sprawdzić, jak reagują nasze włosy i skóra głowy. Ja od razu odważnie nałożyłam po umyciu i zostawiłam.


Aloevit - skład i obietnice producenta
Trzeba przyznać, że Aloevit ma bardzo bogaty skład. Zaraz po wodzie i alkoholu mamy ekstrakt łopianowy i ekstrakt z aloesu (stąd nazwa Aloevit?). Później jest uwodorniony olej rycynowy, olejek z rozmarynu, olejek lawendowy, olej z jałowca wirginijskiego, olej z szałwii muszkatołowej o olej z jagodliny wonnej. Mamy też glicerynę i w nieco mniejszej ilości olej kukurydziany i olej z dzikiej róży. Jest też kompleks witamin. 
Aqua, Alcohol, Arctium Lappa Root Extract, Aloe Barbadensis Extract, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Rosmarinus Officinalis Oil, Lavandula Angustifolia Oil, Juniperus Virginiana Oil, Salvia Sclarea Oil, Cananga Odorata Flower Oil, PEG-20 Castor Oil, Glycerin, Alcohol denat., PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Zea Mays Oil, Calcium, Pantothenate, Inositol, Retinol, Rosa Moschata Seed Oil, Biotin, Tocopheryl Acetate, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Diethyl Phthalate, Benzyl Salicylate, Geraniol, Farnesol, Linalool, Benzyl Benzoate, Limonene.
Aloevit ma wzmacniać i regenerować włosy oraz skórę głowy. Ponadto zapobiegać przetłuszczaniu włosów, ograniczać i wypadanie i pobudzać wzrost. 


Aloevit - w praktyce, działanie
Przyznam szczerze, że trochę obawiałam się tego produktu. Chodzi o alkohol. I to na samej górze. Alkohol może wysuszać i podrażniać. Ma też swoje zalety. Zastosowanie alkoholu pozwala zrezygnować z konserwantów (lub chociaż ograniczyć ich ilość), bo to dzięki niemu produkt nie będzie się psuł. Drugi argument na korzyść alkoholu jest taki, że np. w przypadku wcierek ułatwia on wnikanie substancji odżywczych w skórę głowy czyli intensyfikuje działanie kosmetyku. Alkohol jednoznacznie nie jest zły, ale miałam pewne wątpliwości.

Aloevit zamknięty jest w 100 ml, szklanej buteleczce. Po odkręceniu mocno czuć alkoholem, ale generalnie zapach mi się podoba. Jest taki ziołowy. Trochę apteczny. Dzięki zastosowaniu specjalnego dozownika płyn leje się powoli, po kropelce co znacznie ułatwia stosowanie.

Jak już pisałam wyżej postanowiłam być odważna i przystąpiłam do wmasowania Aleovitu w świeżo umytą skórę głowy. We włosy jakoś specjalnie nie wcierałam. Po pierwszym użyciu nie zauważyłam nic niepokojącego. Później też nie. Aloevit nie podrażnił ani nie przesuszył mi skóry głowy. Sam proces wcierania był bardzo przyjemny, czuć było takie orzeźwienie na skórze :) Pomimo dużej zawartości olejków i pomimo samego faktu masowania skory głowy nie zauważyłam wzmożonego przetłuszczania. Właściwie to wręcz przeciwnie. Jest minimalnie lepiej. Moje włosy rzeczywiście wyglądają coraz lepiej i możliwe, że Aloevit również miał w tym swój udział. Ciężko jednak jest mi sięjednoznacznie wypowiedzieć na temat, czy Aloevit poprawił stan moich włosów, ponieważ w tym samym czasie stosowałam wiele kosmetyków. Na pewno w żaden sposób mi nie zaszkodził.

Aloevit - czy warto?
100 ml buteleczka kosztuje poniżej 10 zł, co jest ceną zupełnie przystępną. Wcierka ma bogaty i ciekawy skład. Moim zdaniem warto wypróbować, szczególnie jeżeli nasze włosy i skóra głowy lubią wcierki, a także jeżeli do tej pory wcierek nie stosowałyśmy. 

środa, 23 września 2015

5 sposobów jak szybko poczuć się lepiej i ładniej

Czasami zdarza się taki dzień, że czujemy się brzydkie. Włosy się nie układają, na twarzy wyskakują pryszcze, paznokieć się złamie, a o samopoczuciu w ogóle nie wspominając. Nawet najpiękniejsza, mądra i zadbana kobieta czasami może mieć doła i czuć się po prostu brzydka. Paskudna, okropna i nieatrakcyjna. Na szczęście szybko i łatwo można temu zaradzić. To są takie drobnostki, detale, które bardzo dużo zmieniają. Czasami wystarczy tak niewiele, żeby wyglądać lepiej, a przede wszystkim lepiej się czuć.



1. Szminka. Nie ważne czy malujesz się na co dzień czy chodzisz bez makijażu. Szminka zawsze działa. Czasami wystarczy jedno pociągnięcie ust i już nie musisz robić makijażu, bo szminka odwala całą robotę. Pomalowanie ust zajmuje dosłownie chwilkę i w większości przypadków nie wymaga później demakijażu, bo sama schodzi. Wybór odcieni szminek jest ogromy. Każda kobieta znajdzie przynajmniej kilkanaście stworzonych idealnie dla niej. Wiem po sobie, jak wielką różnicę robi pociągnięcie ust kolorem. Od razu +10 do samopoczucia i pewności siebie. 

2. Perfumy. Poprawiają nastrój, mogą dodać energii, pomóc się zrelaksować lub przywołać przyjemne wspomnienia. Psiknięcie się perfumami to dosłownie dwie sekundy. I te dwie sekundy mają znaczenie. Nawet jeżeli mam średnią fryzurę i stare buty, to perfumy pomagają mi poczuć się piękną. Długo nie stosowałam perfum i bardzo szkoda. Dopiero niedawno odkryłam, jak duże znaczenie mogą mieć zapachy. 

3. Pomalowane paznokcie u stóp. Świetnie stwarza pozory bycia zadbaną nawet jeżeli masz nieułożone włosy i chwilowe problemy z cerą. Pomalowane paznokcie u stóp od razu inaczej wyglądają. Od razu człowiek inaczej się prezentuje. Pedicure ma tę przewagę nad manicurem, że jest trwalszy i można go robić znacznie rzadziej. Lakier na dłoniach ciągle odpryskuje, a na stopach potrafi się trzymać bardzo ładnie i długo. Warto pomalować paznokcie u stóp.

4. Kolczyki. Potrafią zrobić całą stylizację. Najprostszy strój dzięki odpowiednio dobranym kolczykom nabiera charakteru. Ich założenie to żaden wysiłek, a potrafią dodać nieco urody i pewności siebie. 

5. Rozpuszczone włosy. Czasami wystarczy jedynie rozpuścić włosy, żeby poczuć się ładniej. Tymi włosami można również zakryć twarz, co nieco podnosi komfort u osób skrytych i nieśmiałych. Ja jestem wielką miłośniczką rozpuszczonych włosów. Tak po prostu. Bez żadnej specjalnej fryzury. Rozpuszczając włosy szybko możesz całkowicie odmienić swój wygląd. A często również i samopoczucie. 


Oczywiście nie powinnyśmy opierać swojego samopoczucia i samooceny wyłącznie na wyglądzie. Nie ma jednak co ukrywać, że uroda ma dla kobiet znaczenie. Nic w tym złego, o ile troska o wygląd zewnętrzny nie przysłoni wszystkiego innego. Czasami takie proste, drobne i może nieco "próżne" sposoby są najskuteczniejsze. A o to właśnie chodzi. Żeby poczuć się lepiej. I wtedy można już podbijać świat, robić rzeczy wielkie i mądre. 


A Wy macie jakieś sposoby, żeby błyskawicznie poczuć się ładniej i lepiej?

Zobacz też:

wtorek, 22 września 2015

Przegląd kosmetyków - mini recenzje

Dzisiaj kolejny przegląd łazienki i mini recenzje kosmetyków do twarzy i ciała. Występują: Lirene, Beauty Collection, żurawinowy peeling cukrowy; Binga Spa, Algowa maska do twarzy wzbogacona o 12 składników; Venus, odżywczy balsam do ciała pod prysznic; Pulanna, mleczko do twarzy ze złotem; Dermedic, Hydrain 3 Hialuro, Krem pod oczy; Lirene, żel do mycia twarzy, nawilżająco-odświeżający; Nivea, Q10 plus, krem nawilżający na dzień; Balneokosmetyki, Biosiarczkowy żel głęboko oczyszczający do mycia twarzy; Anida Medi Soft, antyperspirant roll-on; Rossmann, Babydream, Wundschutzcreme Extrasensitive (Krem przeciwko odparzeniom); Bielenda, Awokado, Łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu oczu. 


Lirene, Beauty Collection, żurawinowy peeling cukrowy


Świetny! Pięknie pachnie, dość skutecznie peelinguje a do tego pozostawia skórę lekko natłuszczoną, gładką i miłą w dotyku. Żurawinowy peeling cukrowy Lirene to bardzo przyjemny kosmetyk. Nie nadaje się jednak dla osób o wrażliwej skórze, stosowany na podrażnioną skórę (np. po depilacji) powoduje dość silne uczucie pieczenia. Co ciekawe mam wrażenie, że ma działanie lekko rozgrzewające. Rzadko zdarza mi się trafić na peeling, który spełnia moje oczekiwania. Większość jest za słaba. Lirene, Beauty Collection, żurawinowy peeling cukrowy zdał test. Jest prawie tak dobry jak domowy peeling kawowy, a o niebo ładniej pachnie i nie brudzi. 


Binga Spa, Algowa maska do twarzy wzbogacona o 12 składników


Całkiem przyjemna maseczka do twarzy. Zawiera glicerynę, algi i ekstrakty roślinne. Ma potencjał, żeby rzeczywiście intensywnie nawilżyć skórę. Ogromnym plusem jest opakowanie z pompką. Wygodne i higieniczne. Algowa maska do twarzy Bingo Spa wzbogacona o 12 składników ładnie nawilża i pozostawia cerę przyjemną w dotyku. Absolutnie nie należy jej zbliżać do okolic oczu, bo powoduje wówczas silne pieczenie i łzawienie. Tak, zrobiłam to. Chciałam zastosować ją pod oczy. Nie popełniajcie mojego błędu. 


Venus, odżywczy balsam do ciała pod prysznic


W porównaniu do stosowanych przeze mnie do tej pory balsamów pod prysznic ten jest znacznie mniej intensywny. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że praktycznie w ogóle nic nie robi. Nieźle pachnie i ma gęstą konsystencję. Balsam pod prysznic Venus jest wydajny, tylko co z tego? Nie zauważyłam żadnego działania, żadnego nawilżenia, no nic. Zawieraj olej z migdałów i czarne perły, ale tak szczerze to składa się głównie z parafiny. 


Pulanna, mleczko do twarzy ze złotem


Ja ogólnie nie przepadam za mleczkami. Wydają mi się zbyt tłuste i mam wrażenie, że nie do końca dokładnie domywają twarz. Tak samo jest w tym przypadku. Mleczko do twarzy ze złotem Pulanna bardzo ładnie pachnie. I to złoto też brzmi fajnie. Używam go dwukrotnie po czym zmywam wszystko żelem i dopiero wtedy mogę powiedzieć, że mam czystą skórę. A zamykanie mleczka w tubce stojącej na zakrętce to moim zdaniem dość głupi pomysł. Niezbyt to praktyczne.


Dermedic, Hydrain 3 Hialuro, Krem pod oczy 


Zapowiadał się ładnie, ale w praktyce jest jedynie poprawnie. Krem pod oczy Dermedic, Hydrain 3 Hialuro nie robi zbyt wiele. Na pewno nie można powiedzieć, że intensywnie nawilża. Ja odniosłam wrażenie, że to jeden z tych lekkich kremów dla osób bardzo młodych albo o bardzo zdrowej cerze. Lekko nawilża i tyle. 


Lirene, żel do mycia twarzy, nawilżająco-odświeżający

Bardzo fajny kosmetyk. Delikatny. Nie zawiera SLES, ale świetnie się pieni. Ma świeży zapach. Jest wydajny. Całkiem dobrze radzi sobie ze zmywaniem makijażu. Nawilżająco-odświeżający żel do mycia twarzy Lirene to jeden z lepszych żelów do mycia twarzy, jakie miałam okazję przetestować. 


Nivea, Q10 plus, krem nawilżający na dzień


Lubię kosmetyki Nivea, ale na tym się zawiodłam. Jest stanowczo za tłusty, jak na krem na dzień. Nie nadaje się pod makijaż. Właścicielki cel mieszanych, tłustych, skłonnych do zanieczyszczeń czy wyprysków również nie będą zadowolone. Krem nawilżający na dzień Nivea Q10 plus to wielkie rozczarowanie. Z trudem go wykończę i już nigdy więcej po niego nie sięgnę. 

Balneokosmetyki, Biosiarczkowy żel głęboko oczyszczający do mycia twarzy


Ma ładny, świeży, lekko cytrusowy zapach i mikrogranulki, które nic w sumie nie robią. Nieźle oczyszcza, ale przy regularnym stosowaniu może przesuszać. Ja używam go od czasu do czasu i jest wszystko w porządku. Nie zauważyłam jakiegoś głębokiego oczyszczenia, ale żel jest w porządku i ma przyjazny skład. 

Anida Medi Soft, antyperspirant roll-on

Jestem wierna dezodorantom Fa i uważam, że się najlepsze na świecie za tę cenę. Anida Medisoft anti-perspirant kupiłam tak na próbę. Bo promocja była, a potrzebowałam czegoś żeby dobić do kwoty darmowej dostawy. Nie zawiódł mnie, ale też nie miał okazji sprawdzić się w naprawdę ekstremalnych warunkach. Potwierdzam, że rzeczywiście jest delikatny.

Rossmann, Babydream, Wundschutzcreme Extrasensitive (Krem przeciwko odparzeniom) 


To już drugie moje opakowanie. Krem przeciw odparzeniom Babydream stosuję albo punktowo na wypryski albo od czasu do czasu na całą twarz, jeżeli zaczyna się buntować i pojawia się na niej wiele niedoskonałości. Krem jest bardzo gęsty i ciężko się go rozprowadza, ale nie uważam tego za wadę, a raczej za cechę wynikającą z jego specyfiki. To taka lżejsza i bardziej pielęgnująca wersja maści cynkowej. Nie wysusza skóry ani nie podrażnia. Z reguły używam go na noc, bo trochę pozostawia białą i tłustą warstwę. Przy moim stosowaniu starcza na bardzo długo, a kosztuje zaledwie kilka złotych. Zdecydowanie warto. Jeden z moich hitów i stałych punktów na liście zakupów. 


Bielenda, Awokado, Łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu oczu

Mam problem ze zmywanie makijażu, szczególnie jeżeli chodzi o tusz i kredkę.  2-fazowy płyn do demakijażu oczu Bielenda awokado jest jednym z nielicznych, które radzą sobie dobrze. Pozostałe wersje tego płynu również dają radę. To jeden z tych kosmetyków, które kupuję regularnie. A ja bardzo rzadko kupuję coś regularnie. Zazwyczaj przez moją łazienkę przetaczają się kolejne fale nowości i nowinek kosmetycznych. Zdecydowanie i z czystym sumieniem mogę polecić ten płyn do demakijażu dla osób, które mają pancerny makijaż ;) Z tą delikatnością i wrażliwymi oczami to jest średnio, ale nie oczekujmy cudów. Ja wlejemy do oka to nawet zwykła woda podrażnia. 


Zobacz też: 

poniedziałek, 21 września 2015

Skurcze łydek w nocy

Bolesne skurcze łydek w nocy budzą mnie coraz częściej. Jest to bardzo nieprzyjemna sytuacja, bo nie dość że wyrywa mnie ze snu to jeszcze boli. Taki skurcz mięśni trwa około pół minuty. Tak mi się wydaje. Nie mam stopera w głowie. Chwilę trwa, ale też nie jakoś bardzo długo. Podejrzewam, że taki nocny skurcz łydki trwa około pół minuty. Co ciekawe wydaje mi się, że dotyczy tylko prawej nogi. A na pewno bardziej prawej, niż lewej. Skurcz łydki w nocy atakuje mnie z reguły, kiedy śpiąc wyprostuję zgiętą nogę. Nocne skurcze mięśni łydek przytrafiają mi się ostatnio na tyle często, że umiem już je sobie rozmasować bez podnoszenia się z pozycji leżącej. Robię to po prostu drugą stopą. Sprytnie, co?
Źródło: pixabay.com
Skurcze mięśni łydek występujące w nocy pierwszy raz pojawiły się u mnie jakieś 10 lat temu i najprawdopodobniej były spowodowane bardzo złą dietą. Pomogło włączenie najzwyklejszej multiwitaminy z supermarketu do bardzo złej diety. Nocne skurcze mięśni ustąpiły.


niedziela, 20 września 2015

Domowy oczyszczający peeling kawowy do twarzy

Domowy peeling kawowy do twarzy świetnie oczyszcza i odświeża skórę. Idealnie nadaje się dla cery tłustej i mieszanej, a także normalnej. Właścicielki cery suchej lub wrażliwej powinny zachować ostrożność. Domowy oczyszczający peeling kawowy do twarzy jest bardzo prosty do zrobienia, a przy tym niezwykle skuteczny. Koszt jest niewielki, a kosmetyk całkowicie naturalny, bez żadnych konserwantów czy barwników. 

Źródło: pixabay.com

Przepis na domowy peeling kawowy do twarzy
Samodzielne przygotowanie peelingu do twarzy z kawy jest bardzo proste. Zajmuje dosłownie kilka kilka minut i nie wymaga żadnych specjalnych składników, których nie mielibyśmy w domu, poza olejkiem pichtowym. Można kupić w każdej aptece i w sklepach zielarskich. Olejek pichtowy stosuje się w walce z zaskórnikami, a także w walce z przeziębieniem (ale smakuje potwornie). 


Potrzebujemy:
  • łyżeczkę fusów z kawy
  • łyżeczkę dowolnego kremu do twarzy
  • 5 kropli olejku pichtowego
  • łyżeczkę dowolnego oleju lub oliwki
Wszystko mieszamy ze sobą w miseczce i nakładamy na twarz masując. 


Domowy oczyszczający peeling kawowy do twarzy - działanie
Fusy z kawy skutecznie mechanicznie oczyszczają cerę. Olejek pichtowy również ma działanie oczyszczające i bakteriobójcze. Możemy użyć dowolnego kremu. Jego główną funkcją jest stworzenie odpowiedniej konsystencji, żeby papka nie spływała nam z twarzy. Olejek najlepiej wybrać taki, który służy naszej skórze. Po zastosowaniu peelingu kawowego twarz jest gładka, przyjemnie odświeżona i natłuszczona. Pomimo tego warto jeszcze zastosować jakiś, chociażby lekki, krem. To natłuszczenie jest trochę takie złudne, przynajmniej u mnie.

sobota, 19 września 2015

Shiseido, szczoteczka do mycia twarzy - recenzja

Szczoteczka do twarzy Cleansing Massage Brush, The Skincare, Shiseido to bardzo fajny i przydatny gadżet. Pozwala skuteczniej, bardziej wydajnie i przyjemniej umyć twarz. Ja jeżeli chodzi o szczotki to głównie używam do zębów, włosów i ciała. Do twarzy jeszcze nie próbowałam (poza tym krótkim epizodem, kiedy próbowałam szczoteczką do zębów wykurzyć zaskórniki - nie udało się). Szczoteczka do mycia twarzy Cleansing Massage Brush, The Skincare, Shiseido to pierwsze takie moje akcesorium i sama byłam ciekawa, jak się sprawdzi. 




Shiseido, szczoteczka do mycia twarzy - pierwsze wrażenie
Nie zauważyłam, żeby jakoś skuteczniej czyściła mi twarz. Włoski są zbyt miękkie i delikatne. Mycie zdecydowanie bardziej przypomina masaż i przyjemne mizianie, niż peeling. Szczoteczka jest naprawdę bardzo delikatna i ja nawet używam jej do mycia okolic oczu. Szczoteczka Shiseido jest w miarę lekka i dobrze leży w dłoni, ale tylko przez chwilę. Po dłuższym czasie zaczyna być niewygodnie. Wspaniale zwiększa wydajność żelu do mycia twarzy. Używając szczoteczki kosmetyk pieni się aż miło. Twarz po pierwszym użyciu jest czysta, miła gładka, ale bez szczoteczki też taka była ;) Szczoteczka Shiseido ma dość prosty desing. Nie jest brzydka ani ładna. Raczej minimalistyczna, chociaż kolor zdecydowanie na plus. Taki jasny, perłowy i mieniący są pod światło. Napis Shiseido prawie niezauważalny. Dostrzegłam go po tygodniu ;) Szczoteczka do twarzy Shiseido posiada zatyczkę, dzięki czemu przynajmniej w pewnym stopniu chroni włoski przed brudem i kurzem, a także przed odkształcaniem się.




Shiseido, szczoteczka do mycia twarzy - po tygodniu używania
Mycie twarzy za pomocą szczoteczki Shiseido jest bardzo przyjemne i relaksujące, a przy tym delikatne. Uwielbiam ten wieczorny rytuał. Poza doznaniami psychicznymi nie zauważyłam wielkich zmian. Twarz nie wygląda ani lepiej ani gorzej. A jeżeli chodzi o szczoteczkę to włosy już zaczynają się trochę wyginać. W używaniu to nie przeszkadza, ale gorzej wygląda ;)




Czy szczoteczka do twarzy Shiseido jest warta swojej ceny?
Cleansing Massage Brush, The Skincare, Shiseido kosztuje od 60 zł (trzeba szukać ofert w internecie) do ponad 100 złotych. Jak na kawałek plastiku z włoskami to dużo. Podobne szczoteczki do mycia twarzy można kupić o wiele taniej. Czy są równie dobre nie wiem, bo nie używałam. Wiem tylko, że szczoteczka Shiseido nie jest jakimś cudem i cudów nie czyni. Ot, po prostu myje buzię. Delikatnie i skutecznie, ale czy to aż tak trudne zadanie? Nie wiem, jak wygląda jej trwałość. Mam ją dopiero kilka tygodni. Za rok czy dwa lata będę w stanie stwierdzić coś więcej na ten temat. 

piątek, 18 września 2015

Najdziwniejsze rzeczy, które zjadł mi pies

Co najdziwniejszego zjadł twój pies? Bo mój całkiem sporo. Aż postanowiłam stworzyć listę najdziwniejszych rzeczy, które zjadł mi pies. I pisząc zjadł, nie mam na myśli poobgryzał czy roztargał. Zjadł to zjadł. Co najmniej 50% przedmiotu zostało pożarte. A to są rzeczy, które pies zjadł mi tylko w domu. Co zjadła poza domem to nawet pisać nie będę. 

A tak niewinnie wygląda ;)
  • Zapalniczka. Ktoś się bardzo wkurzył o to ;)
  • Fotel. I nie że poobgryzała. Piccola ten fotel zjadła już w połowie. Serio. Połowy fotela nie ma. Ja nie wiem, jak ona to zrobiła. No i nie mam gdzie siedzieć przy okazji. 
  • Maszynka do golenia. Tak, z żyletką. Za pierwszym razem prawie zeszłam za zawał. Malutki szczeniak zjadł żyletkę. Później poczytałam w internecie, że nie tylko mój pies ma takie zadatki na cyrkowca. 
  • Krem powiększający usta. Bo to mała pięknisia jest.
  • Tusz do rzęs. Patrz wyżej. Tylko nie doczytała, że to jest do rzęs, a nie do pyszczka. 
  • Kabel od internetu. No dobra. Kabel tylko przegryzła. Myślę, że to było specjalnie. 
  • Faktura. Chyba uznała ją za bzdurną i postanowiła zlikwidować. 
  • Karta z kodami jednorazowymi do banku. Taka młoda, a już chce mieć kontrolę nad finansami. 
  • Szczoteczka do zębów. Piccola regularnie pożera szczoteczki do zębów. W całości. I bardzo lubi. 
  • Własne zabawki. Standard. Najpierw się trochę pobawi, później poobgryza, a na końcu zjada. Dość skuteczna taktyka, żeby wciąż dostawać nowe. 
  • Okulary przeciwsłoneczne. "Hej, to się zakłada na głowę a nie je".
  • Igły do tatuażu. Znowu jakieś zadatki na fakira albo skłonności do samookaleczeń. 
  • Długopisy. Niezliczoną ilość długopisów. Nigdy nie mamy czym pisać. 
  • Drewniane rączki do otwierania szafek. Bardzo nam to utrudniło życie. 

I to jest tylko to, o czym ja wiem. Podejrzewam, że gdyby Piccola się przyznała to lista byłaby dwa razy dłuższa. Co na to weterynarz? A wasze psy też jedzą wszystko co jadalne i niejadalne? Jakaś rada poza "dawać psu jeść"? ;)


Zobacz też: 

środa, 16 września 2015

Jesień - czas życiówek

Oto nadchodzi wielkimi krokami jesień - czas życiówek. Dlaczego właśnie teraz najłatwiej jest pobić swój biegowy rekord? Czemu jesienią pada najwięcej życiówek? Biegowa tajemnica jesieni. Wydaje mi się, że ją rozwiązałam. Jest przynajmniej pięć powodów, dla których jesień to czas życiówek. 



wtorek, 15 września 2015

Mieszanka Kallos Banana i Kallos Multivitamin

Kallos Banana i Kallos Multivitamin w duecie? Brzmi pysznie, owocowo i orzeźwiająco. Postanowiłam wymieszać ze sobą dwa Kallosy: bananowego i multiwitaminowego. Efekt? Całkiem niezły. Same wrażenie podczas stosowania również. Banan dobrze się dogaduje z multiwitaminą. 


Bananowego Kallosa kupiłam w Hebe w Bonarce za niecałe 12 zł. Trochę multiwitaminowego Kallosa dostałam od Asi. Po (dość pobieżnej, bo inaczej nie umiem jeszcze ;)) analizie składu doszłam do wniosku, że te dwie maski są do siebie bardzo podobne. Obydwie zawierają olej (Banana oliwkowy, a Multivitamin z awokado), kompleks witamin oraz ekstrakty z owoców. Myślę, że dobrze będą ze sobą współgrały, uzupełniały się i mogą stworzyć całkiem niezłą odżywczą bombę owocową ;)

Mieszanka Kallos Banana i Kallos Multivitamin
Do małej miseczki dałam dwie łyżeczki Kallosa bananowego i dwie łyżeczki Kallosa multiwitaminowego. Wszystko dokładnie wymieszałam. Mieszanki wyszło aż za dużo na moje włosy. Zawsze podczas mieszania boje się, że nie starczy. I zawsze wychodzi za dużo. Nałożyłam odżywkę na umyte włosy i potrzymałam przez około pół godziny. Owocowa mieszanka kallosowa bardzo dobrze się rozprowadza na włosach i przepięknie pachnie. Po spłukaniu włosy były gładkie, śliskie i idealnie rozplątane. 

Włosy umyłam dwukrotnie rozcieńczonym płynem Facelle, a po spłukaniu kallosowej mieszanki nałożyłam na nie jeszcze żel z siemienia lnianego. Siemię lniane na włosy to mój hit. Niedrogi, przy odrobinie wprawy prosty i w stu procentach naturalny sposób na pięknie, odżywione i wygładzone włosy. 


Włosy po mieszance Kallos Banana i Kallos Multivitamin
Po wyschnięciu efekt był bardzo dobry. Włosy były wygładzone, sprawiały wrażenie dość grubych i ładnie błyszczały. A do tego ten obłędny zapach owoców, który czuć było jeszcze przez pewien czas. Wymieszanie Kallos Banana i Kallos Multivitamin to był świetny pomysł. Jeden z tych udanych eksperymentów.


Zobacz też:

poniedziałek, 14 września 2015

Przepisy na zdrowe, smaczne i szybkie sałatki

Sałatki to świetny pomysł na przekąskę lub dodatek do posiłku. Szczególnie latem mam duży apetyt na świeże, soczyste, lekkie sałatki. Kiedyś wydawało mi się, że zrobienie sałatki wymaga wiele zachodu. A później spróbowałam i okazało się, że wcale nie. Dzisiaj prezentuję cztery proste przepisy na pyszne, letnie sałatki. Bazą każdej z nich jest gotowa mieszanka sałat do kupienia w sklepach. Można oczywiście samodzielnie sporządzić sobie taką mieszankę. Ja idę na łatwiznę, bo mam ogromny problem ze znalezieniem czegoś poza sałatą lodową i masłową.


1. Sałatka z serem żółtym i pleśniowym oraz prażonymi pestkami dyni i słonecznika. Pyszna i sycąca. Zawiera sporo białka i tłuszczu. Może być uznawana za pełnowartościowy posiłek. Smakuje naprawdę wyśmienicie. Zdecydowanie mój sałatkowy faworyt. Na zdjęciu zaplątał się jeszcze pomidor. Jak najbardziej można go dodać. 



2. Sałatka z kukurydzą. Najprostsza. Do mieszanki sałat dorzucamy kukurydze z puszki. Sałatka jest lekka i niskokaloryczna. Idealny dodatek do głównego dania i świetna przekąska dla liczących kalorie. Dzięki dużej zawartości błonnika skutecznie oszukuje głód. Najlepiej smakuje w upały. 



3. Sałatka z groszkiem i pomidorem. Kolorowa i orzeźwiająca. Świetna zarówno jako przekąska lub drugie śniadanie, jak i jako dodatek do obiadu.



4. Sałatka z grzankami i prażonymi pestkami dyni i słonecznika. Pyszna i sycąca sałatka w wersji wegańskiej. Zawiera nieco białka, dużo zdrowych tłuszczów i węglowodanów. Można się nią najeść a nie tylko oszukać głód. 



Sosy do sałatek
Moje sosy opierają się na jednej bazie: olej, ocet i przyprawy ziołowe. Niekiedy dodaję jeszcze musztardy lub ketchupu zmieszanego z musztardą. Eksperymentuję również z przyprawami. Sos można sporządzić z dodatkiem wody lub bez. Wypróbowałam i da się, wszystko zależy od upodobań i potrzeb. Ja zazwyczaj z przypraw daję pieprz ziołowy, pieprz czarny i zioła prowansalskie. Czasami dorzucam mieloną paprykę. Jeżeli chodzi o proporcje to wszystko robię na oko, ale dla ułatwienia przyjmijmy, że dwa razy więcej oleju niż octu, a przypraw w sumie nie więcej niż oleju. Powinno się udać.

Więcej zdjęć niż tekstu, bo przyrządzenie tych sałatek naprawdę jest banalnie proste. Można dowolnie eksperymentować, kombinować i puścić wodze fantazji. Ja właściwie za każdym razem robię sałatkę trochę inną. I z reguły każda kolejna jest coraz lepsza ;)

Zobacz też:

niedziela, 13 września 2015

Biegam aby, czyli 4 Bieg Tesco

Bieg Tesco organizowany jest w Krakowie już po raz czwarty. 12 września 2015 roku o godzinie 11 (punktualnie) wyruszyliśmy spod Galerii Karzimierz na Krakowskie Błonia. Bieg Charytatywny zorganizowany został przez Fundację Tesco Dzieciom, a  zdobyte pieniądze zostały przekazane dla Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu. 


Bieg Tesco to 10 km bardzo ciekawą trasą. Biegliśmy spory kawałek nad Wisłą, później ciężki podbieg i okrążenie Błoń. W zeszłym roku 3. Bieg Tesco biegaliśmy trzy kółka wokół Błoń jak chomiki. Oprócz biegu na 10 km, w którym wzięłam udział, zorganizowano również Bieg Rodzinny na 3,5 km oraz Bieg na szpilkach, który liczył 100 m. Ten ostatni brzmi nieźle, ale ciekawa jestem ile szkód sobie można wyrządzić biegnąć nawet te 100 m na szpilkach. Szczególnie jeżeli się w nich nie chodzi od jakichś 5 lat ;) Tak się zaczęłam zastanawiać, czy to świetna zabawa czy może jednak narażanie swojego zdrowia biegać w szpilkach.

czwartek, 10 września 2015

Jesienna lista życzeń

Moja lista życzeń właściwie nie ma zbyt wiele wspólnego z jesienią. Nazwałam ją jesienną, bo idzie jesień. Od kilka lat na pytanie rodziców, co bym chciała na urodziny, odpowiadam, że ja już wszystko mam. I właściwie to jest prawda. Mam wszystko, co potrzebne i mnóstwo rzeczy które nie są niezbędne lub są totalnie zbędne. A jednak czegoś mi brakuje. Jest kilka rzeczy, które bym chciała, które przydałyby mi się i uczyniły moje życie przyjemniejszym, fajniejszym i łatwiejszym.
Źródło: pixabay.com
1. Termofor. I wcale nie chodzi tutaj o jesień i chłody. Nie ma to nic wspólnego z temperaturą. Przydałby mi się termofor, ponieważ często cierpię na silne bóle brzucha. Minimum raz w miesiącu (miesiączka), a zdarza się że jeszcze z jakiejś innej okazji mój brzuch poczuje się gorzej. Najskuteczniejszym sposobem na ból brzucha (poza tabletkami, które akurat nie zawsze okazują się najskuteczniejsze) jest ciepło. Gdybym miała wannę może byłyby to ciepłe kąpiele. Ale mam prysznic, więc jest to polewanie brzucha ciepłą wodą. Pomaga, ale przecież nie mogę cały czas siedzieć pod prysznicem i lać wody. Termofor byłby idealnym rozwiązaniem. Mniej wody się zużywa i można siedzieć w mięciutkiej pościeli a nie w twardym brodziku. Ponadto termofor mogę sobie wziąć do pracy, a prysznica już nie. Chciałabym termofor. Bardzo. 

2. Laptop. Pewnie ciężko będzie w to uwierzyć, ale nie mam swojego komputera. Serio. Nigdy nawet nie miałam. Całe życie pasożytuję na cudzym sprzęcie, ale ostatnio dobitnie sobie uświadomiłam, że tak być nie może. Powinnam mieć własnego laptopa. Być niezależna komputerowo ;) Potrzebuję go do pracy, do rozrywki i do sprawdzania różnych rzeczy typu prognoza pogody, rozklad jazdy czy godziny otwarcia sklepu. Ja bardzo dobrze sobie radzę pasożytując, ale jednak wręcz wypadałoby mieć własnego. Bo z cudzym to nigdy nic nie wiadomo. Nie mam jakichś specjalnych wymagań, co nie znaczy że wybór będzie prosty. Ja jestem człowiekiem, który potrafi jogurt wybierać przez 5 minut. Na pewno wiem, że chcę matowy ekran. I bardziej do mnie przemawiają takie wypukłe klawisze a nie modna teraz, maksymalnie spłaszczona klawiatura. Waham się też odnośnie wielkości. Z jednej strony wiadomo, że im większym ekran tym lepiej, wygodniej. Ale z drugiej chciałabym coś małego co bez trudu mogłabym ze sobą nosić. 

Źródło: pixabay.com

3. Aparat fotograficzny. Zawsze chciałam. Później weszły telefony komórkowe z aparatem, ale jednak to nie to samo. Podobno dzisiejsze aparaty w telefonach mają bardzo dobrą jakość. No nie wiem, chyba nie mój. Albo wybitnie nie umiem robić zdjęć ;) Zdjęcia są dla mnie ważne, bo upamiętniają ważne chwile - mój instagram. A ostatnio uświadomiłam sobie ze smutkiem, że tych chwil jest zdecydowanie za mało. I jeszcze bardziej chcę je łapać i zapisywać na karcie pamięci lub dysku internetowym i mieć, mam nadzieję, na zawsze. Nie ukrywam, że chciałabym też robić lepsze zdjęcia na bloga. Tak, serio. Chciałabym wrzucać coś lepszej jakości, ale na razie nie mam możliwości, więc jest jak jest. 

4. Depilator. Taki wypasiony, wodoodporny, ze światełkiem i milionem końcówek. Od kilkunastu lat stosuję taką metodę depilacji i pewnie będę jeszcze przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, więc nawet jakbym wydała na depilator czterocyfrową sumę to i tak się zwróci (kiedyś). Od dość dawna marzę o takim depilatorze, ale uznałam że to zbyt droga rzecz na prezent dlatego przemilczałam. Już raz prawie kupiłam, byłam tak blisko, ale nie wyszło. Porządny, nowoczesny depilator to coś, co bardzo chciałabym mieć. Oczywiście mam obawy, że wcale nie będzie ani trochę bardziej super od tego co mam i na dodatek będzie się psuł, bo teraz wszystko się psuje co chwilę. 

5. Odkurzacz. Hahaha tak serio. Jak się ma psa, to sprzątanie nieco się komplikuje. Obecny odkurzacz nie chce ze mną współpracować, chociaż bardzo się staram (wymieniam filtry, przetykam i myję szczotkę, piorę nawet worek). Szybciej i skuteczniej jest pozamiatać, ale szkodzi mi to na kręgosłup, więc wolałabym odkurzaczem. A gdybym miała taki wypasiony, nowoczesny odkurzacz z miliardem funkcji, o których nawet nie mam pojęcia, to może w końcu udałoby mi się mieć naprawdę czysto... przez pierwszy miesiąc. 

Źródło: pixabay.com
6. Blender. To jest jedna z tych rzeczy, co niby bym chciała, ale wiem że pewno i tak bym nie używała. Chociaż może jednak. Teraz blendery są takie modne. Wszyscy blendują, robią jakieś smoothies a ja co? Wszystko bym sobie do tego blendera ładowała. Robiła własne masło orzechowe. I własne odżywki białkowe. I dużo rzeczy bym powymyślała, co można do blendera władować. 


A dlaczego na mojej liście życzeń nie ma nic do biegania? Bo do biegania mam nogi i właściwie mi starcza. Ja naprawdę nie jestem typem gadżeciarza i raczej staram się nie kupować rzeczy tylko dlatego, że są fajne i mnie stać. Nie czuję potrzeby posiadania wszystkiego. Nie mam też na to miejsca. I zdecydowanie jestem biegową minimalistką. I poradziłabym sobie mając połowę tego, co mam. Ale i tak wzięłam udział w konkursie Tydzień Biegowy i mam nadzieję, że uda mi się wygrać biegowy plecaczek ;) Nie mam a w sumie by mi się przydał. A wygrać zawsze miło.

środa, 9 września 2015

Kallos Algae - maska do włosów z algami (recenzja)

Kallos Algae nazywany po prostu Kallosem algowym to maska do włosów z oliwą i ekstraktem z alg. Używam jej już kilka miesięcy i prawie udało mi się zużyć do końca. Długo nie mogłam się zabrać za recenzję algowego Kallosa, ponieważ o maskę Kallos Algae właściwie nie bardzo jest co napisać. Jest taka... żadna. Zwykła, nijaka. Na moich włosach Kallos Algae nie zrobił specjalnego wrażenia: ani dobrego ani złego. Ot, po prostu maska.

Kallos Algae - pierwsze wrażenie
Kallos Algae nabyłam w Hebe za ok. 10 zł za litrowe opakowanie. To bardzo tanio. Cały czas myślę, że Kallosy są najtańszymi odżywkami świata ;) Zna ktoś coś tańszego? W Hebe w Bonarce wybór Kallosów nie jest powalający, więc wzięłam algowego, chociaż marzył mi się inny (Omega najbardziej). Maska jest w ładnym, delikatnie zielonym, plastikowym, zakręcanym opakowaniu. Bardzo mi ten odcień zieleni przypadł do gustu. O wiele bardziej wolę taką zieleń od np. takiej jak Kallos Keratin. Chociaż sam Kallos Keratin w działaniu lepszy. O wiele. Ale wracając do algowego Kallosa to maska pachnie trochę jakby trawą. Nie jest to zapach nieprzyjemny ani zbyt mocny. Konsystencja jest "akurat". Ani zbyt lejąca ani nadmiernie zbita. Idealna. Maska łatwo się rozprowadza na włosach i jest wydajna. 


Kallos Algae - działanie
Algowy Kallos nie robi właściwie nic specjalnego. Oczywiście ułatwia rozczesywanie włosów, trochę je wygładza, może nawet nieznacznie nawilża. Cały czas jednak miałam wrażenie, że ta maska nie działa. Że to za mało. W końcu zaczęłam ją udoskonalać i jakoś poszło. Ale solo Kallos Algae zbyt wiele nie zdziała. Myślę, że maska sprawdzi się na zdrowych i niewymagających włosach. Całkiem nieźle spisywała się również jako odżywka do mycia włosów. Nie mogę powiedzieć, że jestem niezadowolona. Może trochę zawiedziona, nie do końca usatysfakcjonowana. Spodziewałam się więcej. 


Kallos Algae - zalety
  • Niska cena
  • Dobra dostępność (przynajmniej w Krakowie: Hebe, Firlit) 
  • Wydajność
  • Konsystencja
  • Ładne i praktyczne opakowanie (nie wyrzucam tylko do czegoś sobie użyję; jeszcze nie wiem do czego ;) jakieś pomysły?)
  • Nie obciąża włosów
  • Dobry, prosty i krótki skład


Kallos Algae - wady
  • Niewiele robi z włosami

Kallos Algae - podsumowanie
Algowy Kallos to fajna maska, tylko niezbyt intensywna. Samodzielnie raczej dla włosów, które wymagają jedynie pomocy w rozczesaniu lub lekkiego wygładzenia. Kallos Algae natomiast świetnie nadaje się do wszelkiego rodzaju mieszanek i tuningowania. Odżywka dobrze spisywała się również do mycia włosów. Ponownie raczej jej nie kupię, bo niczym nie zachwyciła. Jeszcze dużo Kallosów do testowania przede mną i do algowego chyba raczej nie wrócę.


Zobacz też:

5 powodów, dla których lubię jesień

Skończyły się wakacje. Powoli, acz nieuchronnie, nadchodzi jesień. Lubię jesień. Cieszę się, że idzie jesień. Wybrałam pięć powodów, dla których obecnie najbardziej. 


1. Umiarkowana temperatura. Nie jestem co prawda typem wiecznego narzekacza pogodowego, ale przyznaję że z ulgą powitałam jesienne chłody. Jest po prostu przyjemniej, kiedy człowiek nie poci się od samego myślenia. I o wiele lepiej się biega. A chłodne poranki maja w sobie coś romantycznego ;)
2. Jabłka. Wreszcie się pojawiają na każdym kroku i to w bardzo niskich cenach. Latem najbardziej cierpię właśnie na deficyt jabłek.
3. Zmiana czasu na zimowy i dłużej śpimy. To u mnie nowość. Doceniłam sen dopiero, kiedy zaczęło mi go brakować. Długo bagatelizowałam jego rolę, a teraz usilnie próbuję nie zasnąć w pracy. Wstawanie o godzinę później to miły prezent od jesieni. 
4. Zaczyna się coś dziać. Nowa jesienna ramówka w tv (chociaż aktualnie znowu nie mam telewizora), ludzie wracają z urlopów. Lato to trochę taki sezon ogórkowy, na jesień wszystko odżywa. I autobusy zaczynają częściej jeździć. Nie na wiosnę, ale właśnie jesienią świat się budzi do życia. 
5. Jesienią moje samopoczucie znacznie się poprawia. To coś przeciwnego do jesiennego doła. Ja jesienią przeżywam wzloty. Zawsze mam wtedy więcej energii, więcej pomysłów, zapału, motywacji. Nie początek roku, ale właśnie jesień jest dla mnie taki okresem mobilizacyjnym, okresem planowania i przede wszystkim działania.

Tak, pisałam o tym już rok temu. Lubię jesień i cieszę się, że idzie jesień. Wszystko, co czym pisałam w zeszłym roku wciąż jest aktualne. Jesień to najbardziej moja pora roku. Wyjątkowa, piękna, magiczna a przy tym dość bezproblemowa. Jesienią wszystko jest jakieś takie prostsze. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...