poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Pech nie istnieje

Pech. Jestem pechowcem. Zawsze mam pecha. Prześladuje mnie pech. Serio? A jeżeli ci powiem, że pech nie istnieje. Że nie ma czegoś takiego jak pech.
Źródło: pixabay.com
Pech. Pecha można mieć raz, dwa razy, czasami. Jeżeli non stop mamy w życiu pecha, to nie jest to żaden pech, tylko błędne decyzje i ich konsekwencje. Pech jest czymś niezależnym od nas. Niezawinionym. Nie możemy ponosić odpowiedzialności za to, że nam się tak nieszczęśliwie coś przydarzyło. To wygodne. Zrzucamy z siebie odpowiedzialność. Ale też blokujące, bo nie dajemy sobie szansy na działanie i poprawę sytuacji.

Pechowa trzynastka, czarne koty przynoszące nieszczęście i nieopatrzne przejście pod drabiną serio nie jest przyczyną wszystkich twoich niepowodzeń. Nie jest nią również to, że ktoś ci złorzeczy. Na pecha w większości przypadków sami sobie pracujemy. I to bynajmniej nie tym, że rozsypała nam się sól albo rozbiło lustro*. 


Przykłady "pecha":
  • "Miałam pecha i przytrafiła mi się kontuzja". A tak serio to olewałam rozgrzewkę, nie ćwiczyłam stabilności ani nie pracowałam nad techniką biegu. Nieprzygotowana rzuciłam się do mety na zawodach i tego było już za wiele dla mojego ciała. 
  • "Miałam pecha, uciekł mi tramwaj i spóźniłam się na ważne spotkanie". A naprawdę to zaspałam, bo do późna grałam w grę. Założyłam szpilki, których nie nosiłam od miesięcy i w których nie czuję się zbyt pewnie i wlokę jak ślimak, a po drodze jeszcze musiałam kupić bilet, bo dzień wcześniej o tym nie pomyślałam. 
  • "Ja to mam pecha, nie mogę znaleźć żadnej pracy". Startuję na stanowiska, na które nie mam kwalifikacji ani predyspozycji. Uparcie rozsyłam CV i nic. Nie, nie próbowałam poszerzyć swoich kwalifikacji, wybrać się na kurs, douczyć. Nie myślę też o szukaniu pracy w swojej branży. 
  • "Zawsze mam pecha do ludzi. Pożyczam im pieniądze, obiecają oddać i nigdy nie oddają na czas, a najczęściej to w ogóle" Mimo wszystko wciąż im pożyczam kolejne kwoty, nie upominam się o zwrot i mówię, że nie ma problemu. 
  • "Chciałabym wygrać fortunę w totolotka, ale mam pecha" I w ogóle nie gram w totolotka. 
  • "Mam pecha i nie mogę znaleźć sobie chłopaka". Nie wychodzę z domu, nie rozmawiam z ludźmi, czas wolny spędzam z nosem w książce lub przyklejona do telewizora. 
  • "Znowu zepsuł mi się samochód" Kupiłam używanego strupa za grosze, poskąpiłam i nie pojechałam do mechanika, coś tam charczało pod maską, ale jeździł więc olałam. 
  • "Po raz trzeci w tym miesiącu się przeziębiłam". Fatalnie się odżywiam, nie ubieram rano kurtki bo nie chce mi się jej później nosić, ostatni raz na badaniach profilaktycznych byłam jeszcze przed maturą a w ciągu dnia w ogóle nie myję rąk ani owoców. 
  • "I jak zwykle brakuje mi pieniędzy do kolejnej wypłaty". Poszalałam na zakupach i stołowałam się na mieście. Raz się żyje! Jakoś to będzie. Nie będę sobie przecież wszystkiego odmawiać. Niby nie potrzebuję nowego telefonu komórkowego, bo poprzedni kupiłam niedawno i działa, no ale ten jest taki fajny to sobie kupię. 
  • "Czarny kot przebiegł mi drogę i nie zdałam egzaminu". A poza tym w ogóle nie uważałam na zajęciach, chodziłam na nie w kratkę i nie chciało mi się przepisywać notatek. Przed egzaminem coś tam się pouczyłam z netu przez godzinkę, bo później leciał mój ulubiony serial. 
Parafrazując Rysia Peję, do siebie możesz mieć pretensje za to życie pechowe. Do nikogo innego, tylko do siebie. 
Źródło: pixabay.com
Jeżeli masz pecha to może wcale nie jest żaden pech tylko konsekwencje błędnych decyzji. Cytując Einsteina "Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów". Jeżeli jest źle spróbuj zmienić taktykę, pójść inną drogą. Nie ma jednej drogi do sukcesu. Nie ma jednego przepisu na życie. Jest wiele dróg prowadzących na szczyt. Nie trzeba się trzymać tej jednej raz obranej, szczególnie jeżeli non stop z góry spadają jakieś głazy czy inne kłody pod nogi. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale też nikt nie mówił, że będzie wiecznie najgorzej. Czasami warto się cofnąć. Albo zatrzymać na chwilę i przeczekać. Pomyśleć. Zastanowić się. Przeanalizować. Może posłuchać kilku rad. Żeby być bogatym nie trzeba pracować ciężko. Raczej trzeba pracować mądrze. Warto być w życiu elastycznym. Nie trzymać się kurczowo jednej drogi. Modyfikować plany w zależności od aktualnej sytuacji.


Jeżeli w twoim życiu lub w jakiejś jego dziedzinie non stop coś jest nie tak, zastanów się. Zastanów się, gdzie popełniasz błąd i co możesz zmienić. 


Wiem, że łatwo jest się wymądrzać, ale wszystko co tu napisałam stosuję. A przynajmniej się staram. Przede wszystkim biorę odpowiedzialność za swoje życie. Nie mówię, że to wina rządu/matki/sąsiada. To jest moje życie. Mam bardzo ograniczony wpływ na cudze decyzje i postępowanie. Za to na swoje reakcje i postępowanie mam wpływ prawie całkowity. I na tym staram się skupiać. Myśleć o sobie i analizować swoje błędy, a nie cudze. Wszystko co zrobię jest moją decyzją. Nie ważne, czy ktoś mnie prosił, czy tak wypadało. Fakt jest taki, że to była moja decyzja, więc ewentualne pretensje też tylko do siebie mieć mogę. A przede wszystkim nie pretensje, ale naukę na przyszłość. 

Źródło: pixabay.com
Pech istnieje owszem. Czasami. Zdarza się. Czasami samochód prosto z salonu ma jakąś wadę i się zepsuje. Czasami wypadek w centrum miasta uniemożliwi dotarcie na ważne spotkanie. Zdarzają się również powodzie (dlatego istnieje coś takiego jak ubezpieczenie). Czasami po prostu znajdziemy się w tzw. nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Nie wszystko możemy przewidzieć, nie wszystkiemu możemy zapobiec. Ale na wiele rzeczy mamy wpływ, tylko wygodniej jest udawać że nie ;)

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Ale najłatwiej nie zrobić w ogóle tylko płakać i narzekać na pecha. A wystarczyłoby zacząć od zweryfikowania swoich przekonań. Dopuścić do siebie myśl o jakiejś zmianie. Na początek tylko dopuścić myśl. Bo jak uparcie wykrzykujesz, że inaczej się nie da, no to wtedy rzeczywiście się nie da. Jak tak zagorzale mnie zapewniasz, że nigdy tego nie zrobisz, to nie zrobisz. Bo najpierw musisz przekonać siebie, że da się zrobić. Daj sobie szansę. Pozwól sobie. Uwierz w siebie. Nie wierz w pecha.

* To nie jest tak, że ja nie wierzę w przesądy. Wierzę, ale tylko w te dobre ;)

Zobacz też:

niedziela, 30 sierpnia 2015

OMO w wersji olejowej

Dzisiaj postanowiłam zastosować metodę mycia włosów OMO (odżywka-mycie-odżywka). Ten sposób pozwala chronić włosy podczas mycia, znacznie ogranicza ich plątanie i dodatkowo je odżywia. Żeby było jeszcze lepiej przed mycie zamiast samej odżywki nałożyłam odżywkę ze sporą ilością olejku i potrzymałam na włosach około godziny. Moje włosy wciąż nie są w idealnym stanie i potrzebują olejowania. Niestety nie zawsze mam dostatecznie dużo czasu. Bo u mnie jeżeli olejowanie to minimum 4 godzin a najlepiej na noc. OMO z dużą ilością olejku w pierwszej odżywce wydaje się być niezłym pomysłem.

Jako odżywkę przed mycie użyłam Kallos Chocolate z odrobiną Kallos Algae, do tego wlałam sporą ilość olejku Babydream fur mama. Nałożyłam na włosy i zajęłam się swoimi sprawami, czyli prawdopodobnie podbijaniem internetu ;) Po godzinie umyłam włosy dwa razy. Raz szamponem Babydream a drugi raz płynem Facelle. Nie ma w tym żadnej głębszej filozofii. Po prostu szampon mi się kończył i starczyło tylko na jedno mycie.

Po umyciu nałożyłam na włosy już trochę lżejszą maskę - Malwa Gloria. Jak widać idea była taka, żeby włosy mocno odżywić, ale później umyć żeby nie były przyklapnięte i nie przetłuszczały się szybko. W skórę głowy wtarłam Aloevit, który właśnie testuję (czekajcie na recenzję), a końcówki wygładziłam i zabezpieczyłam Ziają bez spłukiwania (jak zwykle). 





Włosy po moim olejowym OMO są miękkie i gładkie, jak po normalnym, całonocnym olejowaniu. Szczerze, to nie widzę specjalnej różnicy. Chyba olejowe OMO na stałe wejdzie do mojego repertuaru pielęgnacyjnego. I chyba najwyższy czas zaktualizować moją włosowa piramidę pielęgnacji.

Zobacz też: 

sobota, 29 sierpnia 2015

Słodkie przekąski

Czasami mam potrzebę lub ochotę zjeść coś między posiłkami. Nie zawsze wynika to z głodu. Niekiedy ze zwykłego apetytu. I nie widzę powodu odmawiać sobie przyjemności, jaką jest jedzenie. Zaspokajanie apetytu i jedzenie tylko dla przyjemności nie musi od razu być niezdrowe i rujnujące dla sylwetki. Jest kilka smakołyków, które doskonale spisują się jako przekąska między posiłkami i coś do pochrupania. Nie wszystkie są mega zdrowe, niektóre są po prostu zdrowsze od tradycyjnych słodyczy. Na pewno lepiej sięgnąć po nie w chwilach "kryzysu". Oto lista słodkich przekąsek łatwo dostępnych i w miarę zdrowych. 

Źródło: pixabay.com

1. Świeże owoce. Szczególnie lubię brzoskwinie, nektarynki i borówki. Świetne są też orzeźwiające pomarańcze i słodkie śliwki. Świeże owoce to jedne z najlepszych i najzdrowszych przekąsek. Zawierają witaminy, błonnik, sporo wody i mają stosunkowo mało kalorii. Owoce możmy oczywiście jeść solo jak i mieszać ze sobą w postaci spontanicznych sałatek owocowych.

2. Suszone owoce. Bardziej słodka alternatywa. Często zawierają cukier i substancje konserwujące. Mają też więcej kalorii, ale wciąż są o wiele zdrowsze od tradycyjnych słodyczy. Ja uwielbiam żurawinę. Ostatnio miałam okazję spróbować suszone mango i jest mega, chociaż momentami trochę zajeżdża marchewką (za którą nie przepadam). Poza najpopularniejszymi rodzynkami, śliwkami i suszonymi morelami oraz daktylami warto sięgnąć po bardziej egzotyczne owoce np suszone ananasy czy mango. Żeby mieszanka nie była zbyt mdła ja z reguły spożywam suszone owoce z jogurtem lub białym serem dostarczając sobie przy okazji dużo wapnia (jogurt) lub białka (ser).



3. Nasiona i orzechy w karmelu. Orzechy w karmelu albo ziarna słonecznika w karmelu znikają u mnie bardzo szybko. Są mega słodkie i strasznie wciągające. I poza górą cukru i kalorii taka przekąska dostarcza wielu witamin, błonnika oraz zdrowych tłuszczów. Oczywiście wiadomo, że lepiej i zdrowiej jest jeść nasiona słonecznika bez dodatków, ale no cóż one wtedy nie są słodkie ;) Przy tej przekąsce warto zachować umiar i nie chodzi tylko o kalorie. Bardzo łatwo przesadzić i zapchać sobie żołądek oraz jelita, co w zależności od osobnika może skutkować strasznymi zaparciami lub biegunkami i oczywiście bólem brzucha. 

4. Galaretka z owocami. Najlepiej domowa. Przepis jest bajecznie prosty. Ugniatamy wybrane owoce na miazgę. Stopień zmiażdżenia zależy od naszych upodobań, ale dobrze żeby breja była w miarę płynna. Można użyć różnych owoców i dowolnie je mieszać wg smaku. Ja robiłam galaretkę z truskawek i z wiśni. Do takiej płynnej masy owocowej dodajemy rozpuszczoną w wodzie żelatynę. Oczywiście najlepiej przestudzoną, co by nam witamin nie poparzyła. Do mieszanki można dodać cukru, soku owocowego lub jogurtu. Całość dokładnie mieszamy, przelewamy do szklanek/miseczek/pojemników i chowamy do lodówki na kilka godzin. 

5. Inka z kakaem - moja codzienna słodycz w pracy. W wersji płynnej, ale ze względu na konkretne wartości odżywcze pozwoliłam sobie nazwać ją przekąską.

Źródło: własne

6. Deser jogurtowy. Gęsty jogurt mieszam z wiórkami kokosowymi i kakaem. Takie proste, a dobre. Można dosłodzić do smaku, ale ja nie praktykuję.

7. Omlecik. Przekąska lekka, niezbyt kaloryczna, ale za to dość czasochłonna. Osobiście uwielbiam omlety, szczególnie na słodko. Ilość jajek zależy od poziomu naszego głodu. Oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywną pianę i mieszamy z żółtkami. Można dodać cukru (jeszcze lepiej cukru pudru) i kakao. Gotową masę szybko wylewamy na rozgrzaną patelnię. Może być to patelnia teflonowa, wówczas nie potrzeba żadnego tłuszczu. Smażymy przez chwilę, próbujemy odwrócić na drugi bok, tak żeby nie rozwalić całości, smażymy drugą chwilę i gotowe. Oczywiście można dowolnie eksperymentować z dodatkami. Jeżeli omlecik ma być bardziej syty do masy można dodać trochę mąki. W kwestii proporcji moim zdaniem trzeba po prostu eksperymentować. Nigdy nie trzymałam się żadnych przepisów omletowych, wszystko spontan i na wyczucie.



Zobacz też: 

czwartek, 27 sierpnia 2015

Spanie z psem: wady i zalety spania z psem w jednym łóżku

Spanie w jednym łóżku z psem może budzić kontrowersje nie mniejsze, niż trzymanie tego psa przy budzie na łańcuchu.  Szukając w internecie informacji na temat dzielenia łóżka z psem wielokrotnie natknęłam się na stwierdzenie że właściciele psów dzielą się na tych, co sypiają z psami i na tych, którzy się do tego nie przyznają
Znalazłam wiele argumentów, żeby spać z psem w jednym łóżku i równie dużo, żeby tego nie robić. Jednoznacznej odpowiedzi  na pytanie, czy pies może spać z właścicielem nie znalazłam, bo pewnie takiej nie ma. Każdy właściciel sam decyduje, na co pozwoli swojemu pupilkowi. Warto jednak być świadomym zagrożeń i konsekwencji wynikających z każdej decyzji.



Zalety spania z psem

Ciepło. Piesek jest przyjemnie ciepły. Doceniamy to szczególnie w zimie. O dziwo teraz jak są te upały i Piccola się do mnie przytula, to wcale nie jest mi od tego bardziej gorąco. Nie wiem, może ma za małą powierzchnię. A może to czarodziejski pies ;) W każdym razie piesek w łóżku to taki puchaty kaloryferek. O wiele lepszy niż termofor. Pies świetnie spisuje się do ogrzewania zmarzniętych stóp, można również ogrzać nim dłonie.

Bliskość. Miło jest spać z kimś. Pies poza tym, że jak wspomniałam wyżej jest ciepły, jest też żywą istotą. Przytuli się, położy łapę na policzku... W przypadku jakiegoś psa nie musi to być zachowanie pożądane, ale taka bliskość z naszym własnym psem jest bardzo przyjemna. Uwielbiam zasypiając wsłuchiwać się w cichy oddech Piccoli i jej słodkie mruczenie. Nie wiem, jak to wygląda z drugiej strony, ale ja odkąd zaczęłyśmy razem spać zauważyłam znaczną poprawę naszej relacji. Pies jest również idealny dla wszystkich, którzy nie lubią spać samemu a czasami muszą. Nie zastąpi człowieka, ale ma kilka cech, które pomogą zniwelować poczucie samotności: jest żywy, jest ciepły, reaguje na człowieka.

Bezpieczeństwo. Pies ma o wiele lepszy słuch niż ludzie. Jest bardzo czujny. Obudzi go to, na co my w ogóle nie zareagujemy. I nie trzeba wcale mieć do tego specjalnie wyszkolonego czworonoga. Wystarczy tylko nie zabijać w nim naturalnego instynktu do obszczekiwania obcych naruszających nasz teren. Ja wiem, że teraz jest moda na miłe, kochane i zsocjalizowane pieski. Takie, które jak złodziej się zakradnie to będą mu się grzecznie przyglądać, bo przecież na ludzi się nie szczeka, trzeba być cicho i zachowywać się spokojnie, nie reagować dopóki pan nie pozwoli zareagować. A że pan śpi... Odkąd mam psa czuję się o tyle bezpieczniej, że przynajmniej wiem, jeżeli ktoś kręci się pod drzwiami czy nawet pod oknem. Samo psie szczekanie również może być czynnikiem odstraszającym dla złodzieja i informującym sąsiadów że coś jest nie tak i warto byłoby się zainteresować. 

Oszczędność miejsca i pieniędzy, bo nie musimy kupować dodatkowego legowiska. To szczególnie ważne w naprawdę małych mieszkaniach. Nawet jeżeli piesek jest miniaturowy, to takie legowisko trochę miejsca zajmuje. 


Wady spania z psem

Ciasno w łóżku. Nawet mały piesek potrafi zająć sporo miejsca i porządnie się rozpychać. Zabiera poduszkę, zmniejsza powierzchnię kołdry albo kładzie się na nogach utrudniając krążenie krwi. Chcąc spać z psem musimy wziąć pod uwagę, że zajmuje on nieco miejsca i to miejsce dla niego wygospodarować. 

Mniejsza czystość. Nie ukrywajmy, nawet najbardziej zadbane zwierzątko będzie nieco brudne. Pies chodzi bez butów. Wyobraźcie sobie jak wyglądałyby wasze stopy gdybyście chodzili bez butów. Psy rzadziej się kąpie. I absolutnie nie należy z tym przesadzać. Pies nie musi brać codziennie prysznica i nawet nie powinien. Fakt nie poci się, ale za to tarza wszędzie. Im gorszy brud tym chętniej. Wreszcie piesek nie używa papieru toaletowego po załatwieniu potrzeb. Wpuszczając psa do łóżka musimy liczyć się z tym, że nasz czworonóg jest troszkę brudny. Do tego dochodzi sierść, którą psy gubią. Moja Piccola strasznie dużo sierści zostawia. I uwielbia lizać. Nie tylko mnie ale także wszystko dookoła (poduszki, zagłówek). 

Problemy ze snem. To jest akurat sprawa dyskusyjna. Są właściciele, którzy nie zasną jeżeli psa w łóżku nie ma, ale większości moich znajomych zdecydowanie bliższy jest problem z zaśnięciem, kiedy pies jest w łóżku. Niedawno czytałam artykuł, że największym zdrowotnym zagrożeniem dla ludzi sypiających z psami nie są żadne bakterie czy pasożyty a... brak snu. Potwierdzam. Czasami trudno jest zasnąć, kiedy pies się wierci, rozpycha i rządzi na łóżku. Znacznie częściej zdarza mi się również budzić w nocy od kiedy śpię z Piccolą. 

Choroby, zarazki, bakterie, pasożyty. Trzeba wiedzieć, że ryzyko istnieje. Jak wspominałam wyżej pies jest trochę mniej czysty niż człowiek. Oczywiście wielu ludzi śpi ze swoimi pupilami i są zdrowi. Jeżeli zwierzątko jest zadbane, szczepione i regularnie badane przez weterynarza wszystko powinno być dobrze. Tak naprawdę większość chorób, którymi można się zarazić od zwierzęcia to są te same, które atakują osoby nie myjące rąk i nie dbające o swoją higienę i bezpieczeństwo.


A Wy co myślicie o spaniu z psami? Śpicie ze swoimi pupilkami?

Zobacz też: 

środa, 26 sierpnia 2015

Dlaczego akurat bieganie?

Biegam. Jestem biegaczką. Bieganie jest moim hobby i sposobem na utrzymanie ciała i umysłu w dobrej formie. Ale dlaczego akurat bieganie? Jest tyle sportów. Tyle możliwości. Bieganie nie jest ani lepsze ani gorsze. Każdy sport jest po prostu inny. Ma inną specyfikę, stawia inne wymagania. Ja wybrałam bieganie, chociaż może raczej to bieganie wybrało mnie. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego akurat bieganie?


Życie w bardzo dużej mierze jest po prostu sumą przypadków. Każda drobnostka, nawet wydawałoby się totalnie bez znaczenia, na którymś etapie naszego życia może okazać się decydująca. Codziennie podejmujemy nic nie znaczące decyzje. Pojechać do pracy tramwajem czy autobusem? Kupić precelka przed pracą czy na przerwie? Którą sukienkę założyć? Jakie buty? Różowa czy czerwona szminka? Którą drogą pójść, gdzie skręcić, w którym miejscu przejść przez jezdnię. Rzeczy bez znaczenia, które mogą okazać się decydujące. To są rzeczy, których wpływu na nasze życie nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Zdarzają się wypadki drogowe, kieszonkowcy czy zakażenia w piekarni. Możemy mieć szczęście lub pecha. O szczęściu najczęściej w ogóle się nie dowiemy.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Włosy po olejowaniu

Niedziela dla włosów. Dzisiaj zrobiłam sobie długie olejowanie włosów. Trzymałam olej na głowie calutkie 12 godzin, a może i więcej. Takie intensywne odżywienie było im bardzo potrzebne. Porządnie się wyspać również ;)


Do olejowanie użyłam oliwki Babydream pomieszanej z kilkoma kroplami olejku do twarzy AA oil infusion, wersja 30+. Włosy umyłam dwukrotnie szamponem Babydream i nałożyłam odżywkę Kallos Algae zmieszaną z kilkoma kroplami olejku AA oil ifusion (tego samego, co do olejowania). Ten olejek jest niby do twarzy i w ten sposób użyłam go może z pięć razy. Głównie używam go do włosów. Umyte włosy wygładziłam jeszcze i zabezpieczyłam odżywką Ziaja bez spłukiwania (wersja z witaminami) oraz ultralekką odżywką z olejkiem arganowym Marion.


Tak moje włosy prezentowały się, kiedy wyschły. A schły naturalnie. Rozczesałam je tylko tuż po umyciu, a później już robiły sobie co chciały. Lekka szopa, chociaż można to nazwać artystycznym nieładem. 

Poniżej moje włosy już rozczesane tangle teezer, ale wciąż nietknięte żadnym specyfikiem. Są proste, ale trochę spuszone. Wiem, że słabo widać. Zdjęcie z filtrem. Bez filtra było jeszcze gorzej, serio. 


Na kolejnych zdjęciach te same włosy po zastosowaniu odżywki bez spłukiwania Ziaja i lekkiej mgiełki do psikania Marion. Nieco wygładzone i zdyscyplinowane, ale wciąż nie są to najpiękniejsze włosy świata. Niestety. Może kiedyś. 


I ostatnia odsłona. Moje włosy po kilku godzinach od mycia. Czas zawsze działał na ich korzyść. Trochę się wygładziły, ale nie wiem, czy nie jest tak, że tylko ja to widzę ;)


Dzisiaj jestem zadowolona ze swoich włosów. Nie jestem natomiast w ogóle zadowolona ze zdjęć, które wyszły wyjątkowo niekorzystnie i zupełnie nie oddają rzeczywistego wyglądu przede wszystkim moje twarzy. Która wcale nie jest taka czerwona. A jeszcze odnośnie włosów rozważam, czy nie wrócić do częstszego olejowania 1-2 razy w tygodniu. Co prawda to straszny kłopot olejować na noc, kiedy następnego dnia idzie się do pracy, ale jeżeli to jest warunek cudu na włosach, to jeszcze się zastanowię. 


Zobacz też:

piątek, 21 sierpnia 2015

Owsianka bananowo-daktylowa

Owsianka bananowo-daktylowa to coś dla wszystkich słodyczolubnych. Zarówno daktyle jak i banany są bardzo słodkie. Taka owsianka też jest mocno słodka. Ja uwielbiam. Dostarcza dużo energii i poprawia nastrój z samego rana (albo na wieczór jeżeli ktoś zdecyduje się ją zjeść na kolację). 

Owsianka bananowo-daktylowa jest banalna w przygotowaniu. Właściwie przepis na przygotowanie owsianki cały czas jest jeden i ten sam, zmieniają się tylko składniki. Potrzebujemy płatków owsianych (zamiennie mogą być także jakieś inne: żytnie, pszenne czy jęczmienne, albo mieszanka płatków zbożowych), daktyli (ja zazwyczaj kroję jednego na trzy części) i banana (kroję w plasterki). Wszystko wrzucam do miseczki, zalewam mlekiem i podgrzewam. Ja akurat w mikrofalówce ale tradycyjnie na gazie też można. Czekam aż owsianka zgęstnieje, wyciągam i teraz czekam aż ostygnie. Zjadam. 


Po przygotowaniu prezentuje się nieco gorzej, niż przed. Cóż, ważne że smakuje nie gorzej. Lubię zaczynać dzień w pracy od owsianki bananowo-daktylowej. Od razu jakoś tak się lepiej człowiekowi robi, a brzuszek szczęśliwy :) Tylko miskę zawsze ciężko jest po mojej owsiance domyć.

Zobacz też: 

środa, 19 sierpnia 2015

Bieganie na czczo

Bieganie na czczo ma swoich zwolenników i przeciwników. Ma też wady i zalety. Moim zdaniem nie da się jednoznacznie stwierdzić, że bieganie na czczo jest dobre lub złe. Wszystko zależy od konkretnego organizmu a także warunków i stawianych sobie celów. Najważniejsze to obserwować swoje ciało i słuchać wysyłanych przez niego sygnałów, bo zarówno bieganie na czczo jak i jedzenie przed bieganiem może poważnie zaszkodzić. Chociaż wcale nie musi. 

Przed treningiem, blada bo głodna ;)
Bieganie na czczo - zalety
Lubię biegać na czczo ponieważ czuję się wtedy taka lekka. Nic nie zalega mi w żołądku. Biega mi się o wiele lżej i przyjemniej. Nie mam również problemu z bólem brzucha przy szybszym bieganiu. Istnieje teoria, że biegając na czczo spala się więcej kalorii i szybciej chudnie. Taki trening jest intensywniejszy, a przez to skuteczniejszy. Często też na czczo biegam szybciej, bo im szybciej dobiegnę tym szybciej zjem ;)

Bieganie na czczo - wady
Istnieje obawa, że biegając na czczo w większym stopniu spalamy mięśnie. Osoby, które pracują nad budową masy mięśniowej lub mają trudności z jej budowaniem powinny wziąć to pod uwagę. Bieganie na czczo może być niebezpieczne. Możemy po prostu zasłabnąć. Niektórzy mają takie skłonności i muszą coś zjeść po przebudzeniu. Zasłabnięcie przy bieganiu na czczo może nas również spotkać na diecie odchudzającej, kiedy praktycznie cały czas jesteśmy "na głodzie" i mamy deficyt kaloryczny (musimy go mieć, bo tylko wtedy się chudnie). Czasami wystarczy nie zjeść kolacji albo zjeść za mało poprzedniego dnia, żeby bieganie na czczo źle się skończyło. Bieganie na czczo może również być trudniejsze, nasze ciało może być wówczas osłabione a wyniki gorsze (to kultowe "jedz, bo nie będziesz mieć siły"). 


Biegać na czczo czy nie?
Ja lubię biegać na czczo. Służy mi to, ale muszę pamiętać, żeby poprzedniego dnia zjeść odpowiednio dużo. W innym przypadku jestem osłabiona i bez sensu taki trening. Jeżeli chcę biegać rano lub przed południem zazwyczaj nic nie jem. Szczególnie jeżeli to ma być szybki bieg (tak do 5 km). Jedzenie wtedy tylko mi szkodzi. Brzuch mnie boli i źle mi się biegnie. W przypadku dłuższych dystansów lub takiego spokojnego truchtania jedzenie z reguły mi nie szkodzi. Oczywiście nie najadam się do oporu i staram się przynajmniej godzinę po posiłku odczekać. Uważam, że bieganie na czczo to dobra opcja, ale nie dla wszystkich. Ja czuję się dobrze, więc praktykuję. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Czy częste mycie włosów im szkodzi?

Czy można myć włosy codziennie? Czy częste mycie włosów je niszczy? Czy codzienne mycie włosów sprawia, że szybciej się przetłuszczają? Jak często powinno się myć włosy? - Takie dylematy istnieją od pokoleń. Wiem, bo jak byłam dzieckiem podczytywałam mamie gazety ;) Wtedy też kobiety się zastanawiały, jak to jest z tym myciem włosów. Czy należy je myć jak najrzadziej, czy można bez obaw nawet codziennie?

Źródło: pixabay.com

Istnieją dwa główne stanowiska. Jedno, że włosy można a nawet należy myć tak często jak tego wymagają. Jeżeli się szybko przetłuszczają to codziennie, a nawet dwa razy dziennie. Chodzenie z brudnymi włosami nie jest ani przyjemne, ani ładne ani zdrowe. Nagromadzony łój zatyka pory skóry. Zbyt rzadkie mycie włosów jest niehigieniczne i może skutkować pojawieniem się łupieżu albo grzybicy. Drugie, że zbyt częste mycie włosów niszczy je i na dodatek jeszcze bardziej wzmaga przetłuszczanie. Włosy najlepiej myć jak najrzadziej. Prawda jak zwykle jest gdzieś po środku.


Dlaczego częste mycie włosów im szkodzi?
Włosy kiedy są mokre są delikatne i bardziej narażone na uszkodzenia. Częste mycie to częste narażanie ich. Podczas mycia plątają się, później wyciskamy je w ręcznik, prażymy gorącym powietrzem z suszarki. Traktowane w ten sposób codziennie mogą nieco podupaść na zdrowiu. Szampony również nie są obojętne i codzienne mycie włosów zbyt silnym szamponem może je zniszczyć i podrażnić skórę głowy. Nawet używając delikatnego szamponu i starając się delikatnie z włosami obchodzić mycie jest dla nich pewnym zagrożeniem. Dlatego w teorii, że częste mycie włosów im szkodzi trochę prawdy jest. Nie znaczy to oczywiście, żeby zacząć chodzić z tłustymi strąkami. Ale warto zastanowić się, czy nasze włosy na pewno potrzebują tak częstego mycia, a podczas tego zabiegu zachować ostrożność. Jeżeli myjemy je często warto uważnie dobrać szampon, który odpowiada naszej skórze głowy i nie będzie jej niepotrzebnie podrażniał. 


Dlaczego częste mycie zwiększa przetłuszczanie włosów?
Podczas mycie włosów szorujemy skórę głowy, żeby usunąć zanieczyszczenia. Zbyt częste mycie jednak pobudza tę skórę, żeby produkowała jeszcze więcej łoju. Zróbcie eksperyment: po umyciu włosów czeszcie je kilkanaście razy dziennie i zobaczcie jak szybko się przetłuszczą. Umyjcie i ograniczcie czesanie i dotykanie włosów i głowy do minimum. Prawdopodobnie w drugim przypadku włosy dłużej zachowają świeżość. A podczas mycia oprócz mechanicznego drażnienia skóry dochodzi również chemiczne w postaci szamponu. Zbyt częste i zbyt silne oczyszczanie skóry głowy powoduje, że zaczyna ona produkować jeszcze więcej sebum i w efekcie włosy przetłuszczają się coraz bardziej. Teoria, że częste mycie włosów przyspiesza ich przetłuszczanie nie jest taka do końca głupia. Jeżeli naszym problemem jest nadmierne przetłuszczanie, z którym walczymy częstym myciem i silnym szamponem spróbujmy zrobić na odwrót. Zastosować delikatny środek myjący i nieco zmniejszyć częstotliwość myć. To może zadziałać!

Źródło: pixabay.com

Czy częste mycie włosów im szkodzi?
Włosom szkodzi zbyt częste mycie włosów. Wszystko zależy od rodzaju włosów. Są kobiety, które mogą myć włosy 1-2 razy w tygodniu, a są takie, które powinny 1-2 razy dziennie. Włosom szkodzi brak delikatności i niedostosowanie zabiegów i kosmetyków do ich potrzeb. W ekstremalnych przypadkach zawsze warto skonsultować się ze specjalistą. Nadmierne przetłuszczanie się włosów może być objawem choroby lub niedoborów składników odżywczych.


Czy można codziennie myć włosy?
Można, ale jeżeli nie trzeba to nie warto. Moim zdaniem lepiej jest skupić się na tym, żeby zmniejszyć przetłuszczanie się włosów.


Jak często powinno się myć włosy?
Tak często, jak trzeba. Na pewno wtedy, kiedy są mocno przetłuszczone. Nawet jeżeli włosy wyglądają świeżo warto je umyć delikatnym środkiem przynajmniej raz w tygodniu, żeby usunąć kurz i inne zanieczyszczenia i oczyścić skórę głowy, żeby mogła swobodnie oddychać. 


Jak często myję włosy?
Długo myłam włosy co 2 dzień. To było akurat. Z reguły myłam je zanim jeszcze zdążyły się przetłuścić. Bo ten trzeci dzień to była taka loteria. Nigdy nie było wiadomo, jak będą wyglądać. Mycie włosów co drugi dzień wydaje się dość rozsądne. Ostatnio postanowiłam jednak jeszcze trochę zmniejszyć częstotliwość myć. Spowodowane to było nie tyle lenistwem, co miotłą na mojej głowie. Włosy wyglądały coraz gorzej. Czemu postanowiłam ograniczyć mycie? Bo zauważyłam, że świeżo umyte wyglądają tak sobie. Najlepiej i najzdrowiej prezentują się na drugi, trzeci dzień. Ja mam raczej delikatne włosy, a mycie moim zdaniem zawsze trochę je nadwyręża. Ograniczenie mycie pozwoli im nieco odetchnąć. A ostatecznie zdrowie włosa jest ważniejsze od perfekcyjnej fryzury.


Zobacz też:

niedziela, 16 sierpnia 2015

Kawowo-cukrowy peeling skóry głowy

Kawowo-cukrowy peeling skóry głowy to nowość w mojej pielęgnacji. Dzisiaj prawdziwy deser na włosach. Zaczęłam od peelingu skóry głowy do którego użyłam kawy i cukru. Taki kawowo-cukrowy peeling skóry głowy. Byłam nad wodą i pływałam, więc włosy jak najbardziej wymagają porządnego oczyszczenia.
Kawowy peeling skóry głowy stosuję od jakiegoś czasu i bardzo sobie chwalę. Cukrowy też robiłam raz czy dwa. I teraz postanowiłam to połączyć w jedno i stworzyć cukrowo-kawowy peeling skóry głowy. Zarówno kawa jak i cukier mają wady oraz zalety. Zobaczymy co wyjdzie z mojego połączenia. Zdecydowałam się na kawę, bo fusy z kawy mam i tak. I albo je zużyję, albo będę się denerwować, że brudne kubki wszędzie ;) Kawowe fusy sprawiają pewne trudności z wypłukaniem, ale za to świetnie peelingują. Nie za mocno i nie rozpuszczają się, więc nie trzeba się spieszyć. Cukier z kolei sprawia, że mieszanka świetnie się pieni. W dodatku jest humektantem, czyli nawilża. Po cukrowym peelingu włosy są takie świeże i odbite od nasady.


Kawowo-cukrowy peeling skóry głowy zapewnił mi dokładne oczyszczenie i odświeżenie włosów oraz skóry głowy. Bardzo dobrze się pienił i nie był na tyle mocny, żeby podrażnić mi skórę. Spłukał się bez problemów. Potrzeba tylko nieco więcej czasu i cierpliwości. 


Przepis na kawowo-cukrowy peeling skóry głowy
Ja użyłam 2 łyżeczek kawy, 4 łyżeczek cukru i 2 łyżek szamponu. Z tym szamponem to próbuję oszacować, bo lałam na oko ;) W każdym razie więcej cukru niż kawy i na tyle szamponu żeby to miało jakąś w miarę spójną konsystencję. Mieszamy i cukrowo-kawowy peeling skóry głowy gotowy. Zużyć należy natychmiast delikatnie masując mieszanką skórę głowy. 


Włosy po kawowo-cukrowym peelingu
Moje włosy po zastosowaniu kawowo-cukrowego peelingu skóry głowy są czyste i świeże. Dobrze się układają i nie są przyklapnięte. Widać jednak, że brakuje im silnego odżywienia. Jakiej mocnej maski albo olejowania (po myciu użyłam tylko czekoladowego Kallosa). Doszłam do wniosku, że skoro porządnie oczyściłam włosy i skórę głowy peelingiem kawowo-cukrowym to nie będę zaraz ich "zalepiać" i obciążać mocnym kosmetykiem. Nie wiem, czy to była dobra decyzja. Włosy wyglądają nieźle, ale widać wyraźnie jak słabiutkie i przerzedzone są końcówki. A nie tak dawno je podcinałam.

Zobacz też: 

piątek, 14 sierpnia 2015

Nie chce mi się biegać

Czasami mi się nie chce biegać. Po prostu zwyczajnie mi się nie chce. Wolę zasiąść na fotelu z talerzem pyszności i pogapić się w telewizor. Albo pooglądać swoje zdjęcia... z biegów i treningów. Tak strasznie mi się nie chce biegać. Wiem, że czas ucieka a kilometry się muszą zgadzać. Trzeba robić życiówki na parkrunie. Niedługo półmaraton. A mnie się nie chce biegać, więc nie idę biegać. Czasami potrafię tak przez cały tydzień. Albo miesiąc. Nie chce mi się biegać.  

Nie chce mi się biegać. Niekiedy zwalam winę na upały (a jak biegać, kiedy tak gorąco?). Kiedy indziej nie wychodzę na trening, bo przeczuwam kontuzję. Zawsze mam tyle do zrobienia. Jak podczas sesji: pustynię trzeba zamieść. Albo nie idę na trening, bo pada a biegać w deszczu też nie będę. Mnóstwo powodów, mnóstwo wymówek. Nie mam czasu, nie mam siły, nie chce mi się biegać. Czasami się zmuszam, ale często sobie odpuszczam. Odpuszczam sobie, bo mogę. Bo nie muszę biegać. Bo biegam głównie dla przyjemności. A kto to widział zmuszać się do przyjemności. Chociaż kiedy się zmuszę to zazwyczaj po jestem bardziej szczęśliwa niż przed. Ogromnym luksusem i cudowną świadomością jest, że nie muszę biegać. Nie muszę wylewać z siebie siódmych potów ani wstawać bladym świtem. Ja mogę. I robię to, kiedy chcę. 

Od zawsze miałam pewne drobne problemy z dyscypliną i dostosowaniem się. Zawsze chciałam wszystko robić po swojemu. A nauczyciele w szkole chcieli mi mówić, jak mam prowadzić swój zeszyt. Paranoja. Dlatego cieszę się, że już nie jestem w szkole i uważam, że lepiej jest być dorosłym. A wracając do biegania i robienia po swojemu to trochę idę na kompromis z ogólnie przyjętymi zasadami, ale tylko trochę ;) Lipiec był świetnym biegowo miesiącem. Sierpień jak na razie z pod znaku lenia. No cóż, widocznie tego właśnie mi trzeba. Żeby się zregenerować. Odpocząć fizycznie i psychicznie. Zatęsknić. Staram się nie wymuszać na sobie żadnej presji. Wcale nie muszę przebiec w tym miesiącu minimum 150 km ani nawet 100 km. Wolność, swoboda i świadomość, że nic nie muszę mają ogromne znaczenie dla mojego poczucia komfortu.


Oczywiście nie jest tak, że ja biegać nie lubię i to dla mnie męka i tortura. Ja uwielbiam biegać! Ale wtedy, kiedy chcę. A czasami akurat nie chcę. Nie chce mi się. I trwa to nieraz godzinę, a nieraz miesiąc. Czy tracę czas? Nie uważam tak. Niewykorzystany na bieganie czas wykorzystuję na coś innego. Czy się cofam czy stoję w miejscu? Też tak na to nie chcę patrzyć. Bieganie nigdy nie było priorytetem. Nic nigdy nie było priorytetem poza zdrowiem, miłością i rodziną. Czy się tłumaczę i usprawiedliwiam? No troszeczkę ;) Serio, nie chce mi się biegać. Teraz. Ale wiem, że się zachce. I że wrócę wtedy do treningów z mega powerem. I tak do następnego...

czwartek, 13 sierpnia 2015

Zaufaj mi, Zbłocona, Niewina i Fotografia, czyli ostatnio przeczytane książki

Joyce Carol Oates "Zbłocona", Brenda Nova "Zaufaj mi", Taylor Stevens - "Niewinna" Penelope Lively - "Fotografia" to cztery książki, które udało mi się przeczytać w ostatnim czasie i uznałam, że warto krótko o nich wspomnieć.

Zawsze lubiłam czytać książki i od dziecka regularnie gościłam w bibliotece. Później nawet poszłam na bibliotekoznawstwo i je skończyłam. Tak wyszło, że nie pracuję w bibliotece, ale często bywam. Uważam, że to jeden z najgenialniejszych wynalazków taka biblioteka. Przychodzisz, grzebiesz między półkami, wybierasz sobie kilka książek, zabierasz do domu, czytasz a później oddajesz, żeby nie zajmowały miejsca. A wszystko to zupełnie za darmo! To oczywiście nie wszystko. Biblioteka daje o wiele więcej możliwości, niż tylko wypożyczanie książek ale o tym może innym razem. 

Joyce Carol Oates "Zbłocona" 



"Zbłocona" to książka... dziwna. Bardzo ciężko było mi przebrnąć przez pierwsze 200 stron. 200 stron rozgrzewki zanim książka wciągnie to jest bardzo dużo. Za dużo. Udało mi się przebrnąć dzięki silnej niechęci do oddawania do biblioteki nie przeczytanych książek. Bardzo nie lubię tego robić, chociaż oczywiście uważam że nie ma sensu czytać na siłę czy męczyć się jeżeli lektura rozczarowuje. W "Zbłoconej" rzeczywistość miesza się z jakimiś urojeniami. Przeszłość przeplata z teraźniejszością. Na początku czytało się bardzo ciężko. Teoretycznie powinno być ciekawie (dziecko porzucone przez matkę na śmierć, cudem odnalezione, a później osiąga sukcesy w życiu) a nie było. Dopiero mniej więcej w połowie wciągnęłam się. "Zbłocona" to książka specyficzna, ale warta spróbowania. Porusza bardzo wiele wątków i jest świetnym źródłem do rozmaitych przemyśleń i dyskusji. Czytałam w autobusie jadąc do pracy lub wracając. Wymaga pewnej dozy skupienia. 




Brenda Nova "Zaufaj mi"


"Zaufaj mi" książka w moim ulubionym stylu. Morderstwa, przestępca, zagrożenie, atrakcyjna kobieta i policjant. Nic nadzwyczajnego ani odkrywczego, ale czyta się przyjemnie. Nie jest nudno. Czas w autobusie szybko leci. Książka wciąga. Mamy zabójcę, któremu nie zabójstw nie udowodniono. Poszedł siedzieć za próbę gwałtu, ale właśnie wychodzi. Ofiara, która wsadziła go za kratki jest niebezpieczeństwie. Pojawia się te oczywiście wątek miłosny pomiędzy ową ofiarą a przystojnym policjantem. Ale to nie jest jedyny romans w tej książce. Interesująca jest również postać kryminalisty, jego przeszłość i źródło zła, które  w nim siedzi. Niestety im bliżej końca tym historia robi się coraz bardziej oczywista i nierzeczywista zarazem (tak, da się tak). Trochę jak bajki o superbohaterach, które oglądałam w dzieciństwie. Wtedy było ok. Teraz oczekuję czegoś nieco bardziej skomplikowanego, mniej przewidywalnego i mniej naciąganego. 



Taylor Stevens - "Niewinna



"Niewinna" to książka po której wiele się spodziewałam i troszeczkę rozczarowałam. Bardziej niż przygodami nieustraszonej bohaterki i jej taktyką byłam zainteresowana sektą i tym, co się wewnątrz niej dzieje. Niestety więcej było o samej bohaterce, niż o sekcie. A Vanessa "Michael" Munroe też jakoś nie specjalnie przypadła mi do gustu. Nazwałabym ją dziwną, ale to chyba nie jest dobre słowo, wobec tego, czym się ona zajmuje. W każdym razie nie wzbudziła mojej sympatii. Ale niechęci też nie. "Niewinną" przeczytałam bez męki, ale też bez wypieków. Książka Taylor Stevens mnie nie wciągnęła. czytało się dobrze, ale bez szału. Zdecydowanie za mało momentów, w których nie chciało się odkładać lektury. I zdecydowanie nie przeczytałam jej jednym tchem. 




Penelope Lively - "Fotografia"



Książka zapowiadała się bardzo, bardzo ciekawie. Niestety już pierwsze strony mocno osłabiły mój zapał. Nie czytało się lekko. Ogrom opisów nie pomagał. W tej książce prawie w ogóle nie ma dialogów. Trzeba się skupić, bo inaczej szybko człowiek się gubi i odpływa. Fragmenty przyjemne i wciągające przeplatają się z tymi, kiedy trzeba czytać niemalże na siłę. "Fotografia" to fascynująca podróż w przeszłość i poznawanie od nowa osoby, którą wydawało się, zna się bardzo dobrze. Nie wiem czemu, ale książka mocno skojarzyła mi się z Ann Bauer - Mój na zawsze. Główny bohater ma powód podejrzewać, że jego zmarła żona nie była mu wierna. A jeden romans budzi podejrzenia o kolejne. Wdowiec zaczyna dociekać, jak wyglądało życie jego żony, z kim się spotykała, gdzie bywała. O dziwo, za jej życia niespecjalnie go to interesowało. On dużo wyjeżdżał, ona też. Teraz dowiaduje się, że mogła mieć romans.I to nie z pierwszym lepszym, przypadkowym mężczyzną... Przez większą część książki współczułam zdradzonemu mężowi. Dopiero pod koniec, nagle kompletnie zmienił mi się kierunek postrzegania i to tej kobiety zrobiło mi się potwornie żal. Dopiero, gdy pewne fakty zostały przedstawione wprost i wręcz uderzyły mnie w głowę. Co oczywiście nie zmienia faktu, że zdrada jest wysoce naganna i nie ma dla niej usprawiedliwienia.



Zobacz też:

wtorek, 11 sierpnia 2015

Poradnik biegacza: przydatne artykuły

Cześć! Dzisiaj kolejna porcja biegowych tekstów napisanych specjalnie dla Biegam Bo Lubię. (Prawie) wszystko o bieganiu w lesie: zaletach i zagrożeniach, a także co zrobić gdy spotkamy na drodze dzika (lub inne dzikie zwierzę). Wypunktuję podstawowe błędy biegacza i poradzę, jak można ich uniknąć. Dowiecie się również ile kosztuje bieganie i dlaczego niektórzy wstydzą się biegać w miejscach publicznych. Ponadto poradnik, jak zachować jędrność skóry jeżeli postanowiliśmy dzięki bieganiu nieco schudnąć i co najlepiej jeść przed bieganiem. Zapraszam!



Podstawowe błędy biegacza - Popełnia je bardzo wielu początkujących, ale mogą dopaść każdego. Warto wiedzieć, czego nie warto robić, jeżeli chcemy cieszyć się bieganiem i zdrowiem oraz dobrymi wynikami. Tekst idealny dla wszystkich tych, którzy właśnie planują swoje pierwsze lub drugie wyjście na trening.

5 zalet biegania w lesie - Bieganie w lesie to zupełnie inna jakość. Każdemu polecam. Wymieniłam 5 głównych zalet biegania w lesie, jakby ktoś jeszcze miał jakieś wątpliwości, czy to na pewno dobry pomysł.

Na co uważać biegając po lesie? - Bieganie po lesie poza niewątpliwymi zaletami niesie ze sobą również pewne zagrożenia. Warto być ich świadomym, żeby bez przeszkód móc cieszyć się bezpiecznym treningiem.

Co robić, kiedy spotkamy w lesie dzikie zwierzę? - Jednym z zagrożeń mogących czyhać na biegacza w lesie są dzikie zwierzęta. To temat na tyle ważny, że poświęciłam mu cały artykuł. Przeczytaj, a dowiesz się jak reagować na dzika w lesie i jak zminimalizować ryzyko spotkania z dzikim zwierzęciem.

Ile kosztuje bieganie? - Zastanawialiście się kiedyś? Buty, odzież, inny sprzęt, dieta, treningi, starty itp. itd. Bieganie to najtańszy sport czy wcale niekoniecznie? Czego tak naprawdę potrzebujecie, żeby moc biegać, a co jest tylko dodatkiem lub zbędnym

Co jeść przed bieganiem? - Dieta jest bardzo ważna. Coraz większą uwagę przywiązuje się do właściwego jedzenia. Nie jest ono już dodatkiem tylko do treningów. Coraz częściej mówi się o diecie jako o elemencie koniecznym do uzyskania sukcesu.

Dlaczego wstydzimy się biegać w miejscach publicznych? - Temat mocno wstydliwy, spychany na margines, a jednak ważny. Niektórzy wstydzą się biegać. O nich i dla nich jest ten tekst. A reszta dowie się z niego, co takiego wstydliwego jest w bieganiu.

Jak zachować jędrność ciała podczas odchudzania? - Bieganie to nie tylko wspaniały sport i fantastyczna pasja. Bieganie to również świetna metoda, żeby schudnąć. Niestety, jak człowiek chudnie to mu czasami ciało flaczeje. jak tego uniknąć? Jak zachować jędrność ciała podczas odchudzania? Sprawdź!

Miłej lektury! :)

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Niedziela dla włosów: Olejowe dobrodziejstwo na włosach

Olejek rycynowy, nafta kosmetyczna z olejem arganowym, oliwka przeciw rozstępom Babydream i olejek do twarzy AA Oil Infusion to bohaterowie dzisiejszej Niedzieli dla włosów. Olejowanie włosów to jeden z najważniejszych zabiegów mojej codziennej pielęgnacji włosów. Staram się robić to minimum raz na dwa tygodnie. Idealnie byłoby co tydzień, ale nie zawsze się udaje. Dzisiaj (a właściwie wczoraj, bo olejuję na całą noc) się udało. 


Olejowanie skóry głowy
Ostatnio staram się rzadziej myć włosy, ponieważ zauważyłam że są w kiepskim stanie. Jakkolwiek to zabrzmi - niemycie im służy ;) Wczoraj wieczorem nałożyłam na skórę głowy mieszankę olejku rycynowego, nafty kosmetycznej z olejem arganowym i olejku do twarzy AA Oil Infusion. Olejek rycynowy jaki jest każdy widzi. Bardzo gęsty dlatego zawsze go rozcieńczam innymi olejami. W założeniu miał zrobić dobrze skórze głowy, zmniejszyć wypadanie włosów, przyspieszyć wzrost i nieco je przyciemnić (bo ostatnio chyba wyblakły od słońca). Nafta kosmetyczna do tego, żeby wzmocnić cebulki i zapobiec wypadaniu włosów. Ja mam nafte kosmetyczną z olejem arganowym. Co prawda tego oleju pewnie za dużo tam nie ma, no ale zawsze coś. Mogłabym poprzestać na takiej mieszance, ale obawiałam się, że może być ona zbyt agresywna dla skóry i włosów jeżeli pozostawię ją na całą noc, więc dodałam jeszcze olejek do twarzy AA Oil Infusion. 

Olejowanie włosów na długości
Kiedy zaczęłam rozczesywać naolejowane włosy mieszanka przeniosła się również na dalsze partie. Resztę długości ze szczególnym uwzględnieniem końcówek naolejowałam mieszanką oliwki Babydream fur Mama i olejku AA Oil Infusion. Oliwka Babydream fur Mama to mieszanka oleju sojowego, oleju ze słodkich migdałów, oleju słonecznikowego, oleju jojoba i oleju z orzechów makadamia. To jedna z lepszych oliwek z przystępnej cenie. Jej wadą jest zapach. Tzn. nie tyle zapach z opakowania, co zapach, który pozostaje na ubrudzonych nią rzeczach czyli w moim przypadku pościeli. Bardzo ciężko jest to później doprać. W 40 stopniach nie da rady.  W 60 czasami się uda. Warto zwrócić na to uwagę. Olejek do twarzy AA Oil Infusion mam w wersji 30+ argan, marula oil. Mieszanka zawiera olej arganowy, olej z awokado, olej migdałowy, olej słonecznikowy, olej marula (nazywa się on w składzie... Sclerocarya Birrea Seed Oil) i olej jojoba. Dużo olejowej dobroci dzisiaj na włosach. 



Mycie włosów po olejowaniu
Rano umyłam włosy. Zawsze po olejowaniu myje je dwa razy. Nie mniej, ale też nie mam potrzeby więcej. Dwa mycia to jest optymalnie. W sumie bez olejowania też myję dwa razy. Z reguły używam do mycia rozcieńczonego szamponu. Najczęściej rozcieńczam go wodą w kubeczku (tzw. metoda kubeczkowa). Czasami kiedy mam resztkę w butelce tam nalewam wody, wstrząsam i dopiero leję na głowę. Ten sposób na dwie zalety. Pierwsza jest dyskusyjna, ale druga jak najbardziej jest prawdą. Podobno rozcieńczony szampon jest dla włosów bardziej delikatny, mniej je niszczy. Na pewno rozcieńczony szampon o niebo lepiej się pieni i łatwiej jest umyć włosy. A to szczególnie ważne przy olejowaniu.  Również delikatne szampony bez SLS/SLES dobrze jest rozcieńczać, bo wtedy się okazuje, że one wcale się tak źle nie pienią. Ja do mycia użyłam szamponu dla dzieci Babydream. Jest tani, łatwo dostępny, delikatny. I jakoś okrutnie włosów mi nie plącze. To kwestia delikatności i wprawy. 

Odżywki do włosów
Dzisiaj nałożyłam na włosy mieszankę dwóch Kallosów: algowego i czekoladowego. Samodzielnie te maski są dość średnie. Szczególnie Kallos Chocolate nie zachwyca (i to nie jest tylko moja opinia. Ale w duecie dają radę. Potrzymałam je na włosach około pół godziny. Zamiast odżywki bez spłukiwania zastosowałam żel z siemienia lnianego. Nałożyłam go na całe włosy, również na skórę głowy. Siemię lniane super się u mnie sprawdza jako odzywka bez spłukiwania. Włosy wyglądają genialnie. Tzn. lepiej ;)





Włosy po takim olejowaniu wyglądają nieźle (albo tylko mi się wydaje). Wiem, że duże znaczenie miało użycie zamiast odżywki bez spłukiwania żelu z siemienia lnianego. Na chwilę obecną jestem zachwycona jak działa i dziwię się, że wcześniej nie spróbowałam. Zdjęcia robione były kilka godzin po myciu. Na następny dzień wyglądały jeszcze lepiej :)

sobota, 8 sierpnia 2015

Mrożony mus bananowo-kakaowy - przepis

Przepis na mrożony mus bananowo-kakaowy jest bajecznie prosty. W mojej minimalistycznej wersji potrzebujemy jedynie trzech składników (banany, mleko, kakao), pojemniczka, łyżki i zamrażalnika. Mrożony mus bananowokakaowy to świetny i bardzo zdrowy przysmak na upalne dni. 

Mój mus bananowokakaowy powstał jak zwykle na skutek przypadku. Po raz setny zaglądając do lodówki w poszukiwaniu nie wiem czego zorientowałam się, że moje banany powoli kierują się ku kresowi swojego życia. I trzeba je szybko wykorzystać zanim się zepsują. Jasne, mogłam po prostu zjeść. Ale nie za bardzo miałam ochotę na słodkiego i zamulającego banana w ten upalny dzień. A to jeszcze były dwa banany. W kuchni miałam również resztkę mleka. Zawsze zostawiamy resztkę czegoś, żeby nie wyrzucać opakowania ;) I w tych okolicznościach zrodził się pomysł na mrożony mus bananowo-kakaowy. 

Przed zamrożeniem

Jak przygotować mrożony mus bananowo-kakaowy?
Nic prostszego! Wystarczy banany zmiażdżyć np. widelcem. Niekoniecznie bardzo dokładnie na gładką masę. Jeżeli ktoś woli mieć w musie całe kawałki to miażdży niedokładnie. Do papki dolać odrobinę mleka i wymieszać. Lepiej dolewać po trochę, niż nalać za dużo. Banany połączą się z mlekiem tworząc gładką, gęstą masę. Teraz dosypujemy kakao. Ja wzięłam dwie łyżeczki (na dwa banany). Mój mus jest mocno kakaowy. Mieszamy i wkładamy do zamrażalnika. Dobrze jest od czasu do czasu przemieszać zanim zamarznie na kość. Kiedy uznamy, że uzyskana konsystencja nam odpowiada to znaczy, że mus bananowokakaowy jest gotowy. Uwaga! Dalsze przetrzymywanie w zamrażalniku może zmieniać jego konsystencję. Lepiej spożyć od razu :)

Jak jeść mrożony mus bananowo-kakaowy?
Jak chcecie! Można łyżeczką z pojemniczka, można przełożyć do pucharków. Taki mus dopóki nie zamarznie na kość będzie świetny do maczania owoców albo jako sos do sałatki owocowej. Można go dodać do jogurtu albo użyć do ciasta. Pysznie będzie smakował z biszkoptami lub herbatnikami. Można bananowokakaowym musem przełożyć wafle i w kilka chwil mamy ciasto na deser! Możliwości są nieograniczone.

Dlaczego mus kakaowo-bananowy jest super?
Bo jest zimny! Poza tym jak już wspominałam jest bajecznie prosty do zrobienia. Nie potrzeba ani wiele czasu ani żadnych specjalistycznych składników. Śmiało można go przygotować czekając aż się woda zagotuje (w czajniku elektrycznym). Poza tym mus bananowo-kakaowy jest mega zdrowy. Dzięki zawartości bananów i kakao dostarczamy sobie sporą dawkę potasu i magnezu. Banany są dobrym źródłem kwasu foliowego. Zawierają również szereg witamin, fosfor i błonnik. Kakao zawiera przeciwutleniacze. Jest świetne na koncentracje (jak kawa tylko zdrowsze). Nie ma w nim absolutnie nic niezdrowego. Mus kakaowo-bananowy to także świetny sposób na przemycenie większej ilości owoców do swojej diety oraz zdrowsza alternatywa kupnych lodów czy czekolady. Wygląda jak wygląda, ale jak smakuje!

Po zamrożeniu
Ekstra porada: Najlepiej jest zamrażać w takich plastikowych pojemniczkach zamykanych. Kosztują kilka złotych i pełno ich w sklepach. I dopiero niedawno się zorientowałam, że w takich samych pojemniczkach sprzedawane są lody w Biedronce (Lody Diuna, 360 ml). Co więcej te pojemniczki lodowe wydają się być solidniejsze niż te sklepowe. No i są za darmo tzn. gratis do lodów. A te lody też bardzo lubię. Napis z opakowania można usunąć (zostaje biała powierzchnia idealna na twórczość własną). Nie pamiętam już czy ja robiłam to zmywaczem do paznokci czy płynem do naczyń. Musicie sobie sami  spróbować tak, żeby zeszło. No chyba, że nie przeszkadzają wam lodowe napisy. 


Zobacz też:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...