piątek, 31 lipca 2015

5 powodów, dlaczego warto chodzić na spacery

Uwielbiam spacerować. Najfajniej jest z kimś, ale samotne spacery też dają radę i mają swoje zalety. Jestem wielką miłośniczką spacerów. Mogłabym spacerować na prawdę długo tylko zazwyczaj nie mam tyle czasu nad czym ubolewam. Zobacz 5 powodów, dlaczego warto spacerować.




Zdrowie
Spacerowanie jest zdrowe. Pomaga zachować prawidłową wagę i sprawność. Spacerując dotleniamy całe ciało. Chodzenie jest ważne, szczególnie że większość ludzi większość dnia spędza w pracy w pozycji siedzącej. Spacerując dostarczamy sobie również naturalnej witaminy D ze słoneczka. 


Wrażenie estetyczne
Spacerować można wszędzie. Po lesie, po parku, po osiedlu domków jednorodzinnych czy po zabytkowej dzielnicy miasta. Jest wiele pięknych miejsc, które warto odwiedzić. Nie tylko raz. Ja regularnie chodzę po tych samych trasach i cały czas się zachwycam. 


Kondycja
Chodzenie wbrew pozorom to całkiem niezłe ćwiczenie i jeżeli poświęcimy mu trochę czasu efekty mogą być świetne. Chodząc angażujemy niemalże całe ciało. To dobre ćwiczenia a zarazem dość proste i prawie każdy może je wykonywać. Ja zanim zaczęłam biegać bardzo dużo chodziłam - po kilka godzin dziennie (nawet nie pytajcie skąd miałam na to czas). I jestem pewna, że właśnie ta spacerowa zaprawa sprawiła, że bieganie dość szybko stało się dla mnie łatwe. 


Odchudzanie
Jak pisałam wyżej chodzenie jest dobrym ćwiczeniem. Rytmiczny marsz pozwala spalić sporą ilość energii. I można bardzo dużo schudnąć. Albo trochę, tyle ile trzeba. Chodzenie zajmuje sporo czasu, więc mniej zostaje go na objadanie się ;) Jeżeli ktoś chciałby schudnąć a nie lubi ćwiczyć polecam chodzenie. 


Równowaga psychiczna
Dość szybki marsz skutecznie pozwala pozbyć się nagromadzonej negatywnej energii. Nie trzeba kupować rękawic bokserskich, żeby się odstresować. Warto spróbować energicznego marszu. Podczas spacerowania można sobie również wiele rzeczy przemyśleć. Samotne chodzenie pozwala odzyskać równowagę. 

A Wy dlaczego uwielbiacie spacery? (Bo nie mówcie, że nie! ;))


Zobacz też:

wtorek, 28 lipca 2015

Red is Bad: testuję piękną koszulkę z orzełkiem

Od niedawna mam okazję biegać w pięknej koszulce termoaktywnej z orzełkiem. Pewnie jesteście ciekawi, gdzie można dostać taką oryginalną odzież do treningów. Otóż koszulka jest dziełem polskiej marki Red is Bad.  
RED IS BAD to marka dla wszystkich, którzy nie boją się iść pod prąd.
Dla ceniących wolność i nie chcących wyrzec się tradycji. 
To najwyższa jakość wykonania i uniwersalny przekaz prosto z Polski.

Źródło: facebook.com/parkrunkrakow

Każdy ma swój gust, ale przyznać trzeba że projekty np. koszulek sportowych są bardzo dopracowane. Nie jest to jak w większości przypadków jednolite tło i jakiś wzór. Koszulki Red is Bad są całe we wzorze. Wyróżniają się. Oryginalność to mocna strona produktów tej marki. W poradniku jak dobrze wychodzić na zdjęciach z biegów pisałam, żeby się jakoś wyróżnić. I te koszulki są w tym celu idealne. Marka Red is Bad tworzy ubrania z pasją i przesłaniem. Czasami nieco kontrowersyjne. Coś dla wszystkich, którzy lubią manifestować poglądy również za pomocą ubioru. Ubrania dla patriotów. Materiały, z których powstają ubrania Red is Bad produkowane są w Polsce. W sklepie Red is Bad można kupić odzież damską, męską i dziecięcą  a także rozmaite akcesoria jak kubki czy osłony na telefon.

Ja zdecydowałam się na sportową koszulkę termoaktywną z krótkim rękawem. Wybrałam raczej spokojny i stonowany wzór: pięknego Polskiego Orła na szarym tle. Jeżeli kiedyś uda mi się wziąć udział w jakimś zagranicznym biegu, to myślę, że właśnie w tej koszulce z polskim orzełkiem na piersi i napisem Polska na plecach.



Red is Bad - przesyłka
Swoją koszulkę otrzymałam dość szybko. Zdecydowałam się na nią w czwartek, a we wtorek już była u mnie w Krakowie. Zapakowana w ładne czarne pudełko z biało-czerwonym motywem. Pudełko było w kartonie, a karton jeszcze w folii, więc chyba to dostateczne zabezpieczenie dla przesyłki. W każdym razie doszła cała i zdrowa :)





Koszulka sportowa Red is Bad - pierwsze wrażenie
W rzeczywistości prezentuje się lepiej, niż na zdjęciu. Jest jakaś taka bardziej naturalna. Bardzo miła w dotyku i gładka. Już nie mogę się doczekać pierwszego treningu. Oglądając zdjęcia koszulek w sklepie internetowym niektóre moje znajome stwierdziły, że koszulki są... męskie. Na żywo wyglądają nieco inaczej i znacznie lepiej.

Źródło: redisbad.pl/kategoria/ona/koszulki-sportowe


Moim zdaniem jak najbardziej nadają się dla kobiet. Sporym plusem jest brak metek, które lubią irytować, drapać i podrażniać ciało. Informacja o marce oraz o sposobie prania koszulki znajduje się na takiej wprasowance po wewnętrznej stronie. Świetne rozwiązanie. Wygodnie i podejrzewam, że te informacje nie ulegną unicestwieniu tak szybko jak te z tradycyjnych metek, które dość szybko mi blakły i później już nie wiadomo jak można prać, a jak absolutnie nie.





Koszulka sportowa Red is Bad - rozmiarówka i krój
Zdecydowała się na rozmiar XS. Wybierając ubrania przez Internet a nie w sklepie stacjonarnym zawsze jest ryzyko, że jednak nie będzie pasować. Różne są rozmiarówki. Wg. tabeli rozmiarów Red is Bad koszulka xs ma 41/39 cm szerokości i 63cm długości. Zmierzyłam jedną ze swoich koszulek i wynik był podobny, więc doszłam do wniosku, że xs powinno pasować. Oczywiście wiadomo, że wolałabym po prostu przymierzyć w sklepie. Mieszkańcy Warszawy mają taką możliwość. Sklep stacjonarny Red is Bad znajduje się na ulicy Jagiellońskiej 69 w Warszawie.

Koszulka jest nieco innego kroju, niż wszystkie jakie miałam do tej pory. Przede wszystkim jest znacznie dłuższa. Akurat dla mnie to jest ogromny plus, bo zawsze mi się te koszulki podwijają jak biegam. A jak mam na biodrach saszetkę to już w ogóle jest masakra. Co chwilę muszę opuszczać koszulkę. W przypadku koszulki Red is Bad tego problemu nie ma. Poza tym jest ona dość obcisła na brzuchu i szeroka w ramionach. To chyba taka sugestia, żeby nieco przypakować ;)


Koszulka sportowa Red is Bad - pierwszy trening
Koszulka jest bardzo ładna. Biegłam i co chwilę sobie patrzyłam na tego orzełka. Czy nie odfrunął ;) Materiał jest lekki i delikatny. Nie obciera. Nie jest gorąco. Chociaż wiadomo, że oczywiście jak człowiek biega to się poci i na to żadna koszulka nie pomoże. Tak jak się spodziewałam podwijanie się koszulki jest znacznie zminimalizowane. Koszulka od Red is Bad zwracała uwagę, a komentarze były pozytywne ("Ania, jaką ty masz ładną koszulkę z orzełkiem").


Koszulka sportowa Red is Bad - podsumowanie
Koszulka sportowa Red is Bad jest koszulką techniczną. To znaczy, że dzięki zastosowaniu specjalnych technologii nadaje się do uprawiania sportu lepiej, niż zwykłe koszulki bawełniane. Jest o wiele lżejsza. Zajmuje też mniej miejsca w szafie ;) Szybciej schnie. Posiada elementy odblaskowe, więc zwiększa nasze bezpieczeństwo kiedy biegamy w ciemnościach lub w pochmurne dni. Zastosowano w niej jony srebra, co ma uczynić ją antybakteryjną. osobiście kompletnie się na tym nie znam i nawet sobie tego srebra w koszulce nie potrafię wyobrazić, ale to dość często spotykany zabieg wśród producentów odzieży lepszej jakości. Ogromną zaletą mojej koszulki Red is Bad jest to, że się nie pomięła. Niektóre koszulki techniczne są takie umięte, że aż wstyd biegać. A prasować się nie powinno. No i jak żyć? A z wad to no cóż. Po pierwszym praniu odblaskowy pasek z tyłu zaczął się odklejać. A prałam ręcznie i w specjalnym płynie do prania sportowości, więc to na pewno nie ja coś zrobiłam źle.

Koszulka Red is Bad -  moje top 3
Prezentowana koszulka ma wiele zalet. Pisałam o nich wyżej, ta ściana tekstu. Są jednak trzy rzeczy wyjątkowo ważne dla mnie. takie moje top 3 dla tej koszulki.
  • Oryginalny i dopracowany wzór. Koszulka wyróżnia się, a przy tym jest piękna.
  • Nie mnie się.
  • Nie podwija się do góry.
A Wy co sądzicie o mojej pięknej koszulce? Podobają Wam się takie ubrania? Mieliście okazję biegać w produktach marki Red is Bad?

poniedziałek, 27 lipca 2015

Jak nie zasnąć w pracy

Jak nie zasnąć w pracy to ostatnio moje główne wyzwanie zawodowe. Nie wysypiam się i bywa ciężko. Senność jest szczególnie uporczywa w przypadku osób wykonujących pracę statyczną i biurową. Jeżeli kilka godzin spędzamy w jednej pozycji, prawie bez ruchu pracując głównie głową to nawet wyspanemu człowiekowi może się zebrać na drzemkę. Szczególnie że nie każdy przez cały czas ma do wykonania fascynujące i stymulujące intelektualnie zadania. Czasami są to rzeczy wtórne, monotonne, no po prostu nudne. I jakoś trzeba te 8 godzin przetrwać. Nie zasnąć i jeszcze zrobić w tym czasie co trzeba. Jak nie zasnąć w pracy? Jak sobie radzić z sennością w pracy? Jak efektywnie pracować pomimo niewyspania?

Źródło: pixabay.com

Niestety nie ma jednej świetnej rady, która byłaby zdrowa, stuprocentowo skuteczna i możliwa do zastosowania. Natury nie oszukasz i brak snu w dłuższej perspektywie zawsze będzie się odbijał na samopoczuciu i efektywności. Ale jest kilka rzeczy, które pomogą przetrwać senny dzień w pracy. Na podstawie własnych doświadczeń przedstawiam kilka sposobów, jak sobie pomóc w takiej sytuacji.


1. Ruch
Przejdź kilka przystanków w drodze do pracy. To zawsze ożywia i pobudza. Pomaga się dotlenić. W ciągu dnia również warto robić sobie przerwy na spacer po schodach lub wokół budynku. Dobrze jest porozciągać się trochę. Rozprostować kości. Jeżeli poświęcimy trochę czasu na ruch może udać nam się znacznie podnieść efektywność pracy. Na pewno bardziej się to opłaca niż siedzieć cały dzień przy biurku, ale pracować na poziomie 30% efektywności. 


2. Oddychanie
Staraj się od czasu do czasu wziąć kilka głębokich spokojnych wdechów. A może jakieś ćwiczenia oddechowe? Najlepiej przy otwartym oknie.


3. Zimno
Latem o to trudno, ale jeżeli pracujesz w klimatyzowanym pomieszczeniu zdejmij sweter. Lekki chłodek pobudza i odgania senność. Napij się zimnej wody. Ręce umyj również w zimnej wodzie. Jeżeli nie masz makijażu lub jest wodoodporny możesz też delikatnie schłodzić nią twarz. Nóg nie wkładaj do umywalki. Bez przesady. Nawet w bardzo wyluzowanych miejscach pracy ta metoda może nie zostać zaakceptowana. 


4. Różnorodność
Nie rób cały czas tego samego. Jeżeli masz kilka zadań spróbuj wykonywać je naprzemiennie. Dzięki temu dostarczasz sobie różnych bodźców i umysł się nie nudzi. Zamiast po kolei rób (w miarę możliwości oczywiście) po kawałku. U mnie to się bardzo dobrze sprawdza.


5. Posprzątaj
Nawet jeżeli zarówno biurko jak i brudne naczynia są doprowadzane do porządku przez zatrudnionych w tym celu specjalistów, posprzątaj wokół siebie. Trochę się poruszasz, umysł wypocznie (jak mam odpowiedni nastrój to sprzątanie jest dla mnie jak medytacja). Przy okazji pracujesz na wizerunek osoby schludnej i porządnej. 


6. Jedz
U mnie jedzenie czasami pozwala nieco oszukać senność i zmęczenie. Ważne jest jednak, żeby była to niewielka porcja. Duże posiłki często potęgują ospałość. Świetne są orzeźwiające owoce i wszelakie sałatki. Jeżeli już dopuściliśmy do deficytu snu zadbajmy, żeby za pomocą jedzenia dostarczyć sobie wszystkich niezbędnych witamin i składników odżywczych. Może mieszanka studencka albo kostka gorzkiej czekolady?


7. Pobudzająca muzyka
Może to być muzyka z gatunku tych energetycznych albo z gatunku tych motywujących poprzez tekst. Podałabym kilka przykładów muzyki, której ja słucham, ale to sami ulicznicy i trochę wstydzior ;) W każdym razie muzyka szybka lub muzyka z przekazem, dopingująca do działania może okazać się świetnym lekiem na senność. 


8. Pobudzające zapachy
Woda toaletowa i o świeżym cytrusowym zapachu na przykład powinna pobudzić i dodać energii do działania. 


Niektórzy ludzie, żeby nie zasnąć piją kawę i napoje energetyczne. Na mnie akurat to działa dokładnie na odwrót i kawa po zarwanej nocy sprawia, że wręcz zaczynam odpływać. Natomiast na mnie bardzo skutecznie przeciwko senności działa kłótnia z chłopakiem (wystarczy taka przez sms). Całkowicie odechciewa mi się spać. Wszystkiego mi się odechciewa. No ale raczej nie stosuję tego sposobu, bo bilans strat i zysków jest dość niekorzystny. 

Źródło: pixabay.com

Te metody skutkują, ale na krótszą metę. Ostatecznie zawsze trzeba się wyspać. Im szybciej tym lepiej. Niedobór snu fatalnie wpływa na całe nasze funkcjonowanie i wygląd. Jeżeli sytuacja często się powtarza zastanów się nad jej przyczyną. Oto możliwe powody: brak czasu na sen, stres, obniżenie nastroju czyli popularnie zwany dół. 
Bezsenność może być również skutkiem lub objawem poważnych chorób. W razie wątpliwości dobrze jest skonsultować się z lekarzem. Problemy ze snem i w efekcie niewyspanie mogą występować u osób nadużywających kofeiny i alkoholu lub prowadzących bardzo aktywny (organizm jej wiecznie pobudzony i spać się nie chce) lub bardzo leniwy (przez cały dzień niczym się człowiek nie męczy, więc wieczorem nie chce się spać) tryb życia.

Zobacz też:

sobota, 25 lipca 2015

Jak to jest z tymi słodyczami u biegaczy i w ogóle?

Słodycze nie są zdrowe. Każdy to wie. Nie są również niezbędne. Oprócz tego, że prawie nie zawierają nic wartościowego, to jeszcze zawierają dużo szkodliwych rzeczy. Teoretycznie, chcąc jeść idealnie powinniśmy z nich w ogóle zrezygnować. Bo nawet jeżeli niewielka ilość nam nie zaszkodzi, to też nie przyniesie nic dobrego, czego nie dałoby się osiągnąć za pomocą normalnej zdrowej żywności.

Źródło: pixabay.com

Biegacze kontra słodycze
Biegacze (przynajmniej ci których znam, ze mną na czele ;)) jakoś nic sobie z tego nie robią. Słodyczy się nie boją, pochłaniają czasami kilogramami (hiperbola - taki środek stylistyczny jakby ktoś wziął zbyt dosłownie) i bezczelnie głoszą, że im słodycze nie szkodzą. Że i tak wszystko się wybiega.
Fakt, kalorie bez problemu się wybiega. Ale tłuszczy trans na przykład to już nie do końca. Chociaż istnieje szansa, że ludzie aktywni fizycznie lepiej sobie radzą z niezdrową żywnością. Tak czy inaczej nie o kalorie się tutaj rozchodzi. Skąd w biegaczach pogląd, że mogą bezkarnie jeść niezdrowe batoniki i nie szkodzi im to? Bo nie tyją? Ale zęby się niszczą tak samo. Jak to jest z tymi słodyczami u biegaczy?
Nie będzie odpowiedzi, bo jej nie znam. Ja się bardzo mocno nad tym zastanawiam. Sama czuję się bezkarna pochłaniając kilka kawałków ciasta. I jestem pewna, że fakt biegania ochroni mnie przed wszystkimi negatywnymi skutkami, a nie tylko nadwagą.
Przed biegiem czy po bezkarnie wcinam batoniki i wierzę, że robię dobrze. Bo przecież uzupełniam energię. Potrzebuję dużo energii. A batoniki to energia. Batoniki są dobre. I tak się wybiega.

Dlaczego biegacze tak bardzo lubią słodycze?
Słodycze są tak bardzo lubiane przez biegaczy, bo dostarczają dużej ilości energii. Ta energia jest szybko i łatwo przyswajana. Po zjedzeniu batonika za 300 kcal czuje się lekka i spokojnie mogę biegać. Co innego, gdybym zjadła normalny obiad za 300 kcal. Przynajmniej godzinę bym sobie musiała odpocząć. I to jest ta ogromna zaleta i przewaga słodyczy. Dostarczają dużo kalorii w małej ilości i nie powodują uczucia sytego żołądka. Coś, co dla większości ludzi jest wadą, dla biegaczy okazuje się zaletą. Poza tym biegacze lubią słodycze, bo słodycze są słodkie i pyszne ;)

Źródło: pixabay.com


Co zamiast słodyczy?
Można spróbować zastąpić słodycze owocami. Np. suszonymi, które również mają małą objętość a sporo kalorii. I witamin. Mają też stety niestety dużo błonnika, co nie każdemu służy, szczególnie tuż przed biegiem lub w trakcie. Jeżeli chodzi i potrzeby biegaczy to banan wydaje się idealny. kaloryczny, lekkostrawny. Tylko, że ciężki i lubi się czasami zgnieść. Batonik niby też, ale zgnieciony banan pęknie i upapra wszystko a batonik nawet totalnie roztopiony wciąż pozostanie bezpieczny w opakowaniu.
Wiele osób próbuje robić własne słodyczy, tak żeby spełniały funkcje, ale jednocześnie były zdrowe. Np. batoniki z daktyli,  własnej roboty masło orzechowe czy czekoladowy mus. Tylko niestety wciąż nie są tak łatwe do transportu jak gotowe słodycze, nie kupisz ich też w kiosku na rogu. To znaczy, że ich skonsumowanie tuż przed, w trakcie lub tuż po biegu może być problemowe.

Słodycze dla biegaczy są bardzo praktyczne. Wygodne, łatwo dostępne i wysokoenergetyczne. Są też dość tanie, jeżeli wziąć pod uwagę wszystkie ich zalety.

A Wy jak zapatrujecie się na sprawę słodyczy u biegaczy?

Zobacz też:



czwartek, 23 lipca 2015

Jak radzić sobie z upałem podczas biegania?

Jak sobie radzić z bieganiem w gorące dni? Jak biegać, kiedy temperatura oscyluje koło 30 stopni, a słońce praży z całych sił? Czy da się biegać podczas upałów? Jak sobie ułatwić bieganie w lecie?

Środek lata, żar się leje z nieba. Bieganie w takich warunkach nie jest najprzyjemniejsze ani najłatwiejsze. W upale biega się gorzej, trudniej i niestety wolniej. Jak radzić sobie z wysoka temperaturą podczas biegania? Jak biegać w upały? Temperatury nie obniżymy. Słońca nie zakręcimy. Ale możemy trochę sobie ułatwić życie biegowe. Nie są to żadne nowe odkrycia, raczej uporządkowanie powszechnej wiedzy, którą mieć powinny już przedszkolaki. A piszę, bo każdemu może się zapomnieć. Szczególnie, jak słoneczko przygrzeje. 



Bieganie w upały: Kiedy biegać?
W lecie jest gorąco, ale czasami bywa chłodno. Deszczowe i chłodne dni są idealne, żeby się porządnie wybiegać bądź zrobić bardziej wymagający trening. A co z dniami pozostałymi? Najchłodniej jest bladym świtem, wieczorem i nocą. Temperatury latem osiągają maksymalne wartości pomiędzy godziną 11 a 15-16 i wtedy lepiej nie biegać. Oprócz bardzo wysokiej temperatury bardzo mocno świeci wówczas słońce i narażamy się na szkodliwe działanie promieni UV. Ja staram się kończyć treningi przed godziną 11-12 lub zaczynać je po 17-18. 


Bieganie w upały: Gdzie biegać?
W cieniu najlepiej. Na przykład w lesie. W lesie zawsze jest cień. Zawsze jest chłodniej. Jest też lepszej jakości powietrze, bo drzewka i zieleń. Do tego nie ma spalin. Jeżeli nie las to lepszym wyborem będzie łąka niż ulica. Asfalt, płyty chodnikowe i kostka brukowa bardzo mocno się nagrzewają od słońca. Na ulicach jest bardziej gorąco niż na trawce. Jeżeli mamy wybór wybierzmy tę stronę po której jest cień. Doskonałym pomysłem jest również bieganie tam, gdzie jest woda. Jakieś jeziorko czy rzeczka. Zawsze można się nieco schłodzić. 



Bieganie w upały: Jak się ubrać?
Lekko. W lecie szczególnie doceniamy specjalistyczną odzież funkcyjną dobiegania. Takie ubrania są lekkie, odprowadzają wilgoć i szybko schną. Komfort jest o wiele wyższy, niż gdybyśmy biegali w byle czym. Ubranie powinno być cienkie. Generalnie odsłaniamy jak najwięcej ciała, ale. No właśnie. Czasami lepiej wybrać krótki rękawek niż rękawków brak. Na przykład wtedy, kiedy już mamy ramiona mocno spieczone przez słońce. Ubrania na upał powinny być jasne. Nie czarne. Jasny odbija słońce, a ciemny przyciąga. W ciemnym jest gorąco, a w jasnym trochę mniej gorąco. Buty wybierzmy jak najlżejsze, z siateczką, przewiewne. To samo skarpetki. Dobrą inwestycją jest czapeczka. Najlepiej biała i cienka. Nie tylko ochroni naszą głowę przed przygrzaniem i ewentualnym udarem, ale też zabezpieczy włosy przed płowieniem. Włosy na słońcu płowieją. To im szkodzi. Bardzo. W celu delikatnego, naturalnego rozjaśnienia już lepiej jakieś płukanki zastosować. Pamiętajmy także o okularach przeciwsłonecznych i kremie z filtrem. 


Bieganie w upały: Picie i nawadnianie
Kiedy żar leje się z nieba powinniśmy dużo pić. Bo dużo wody tracimy pocąc się. Już podczas zwykłego chodzenia czy nawet siedzenia na słońcu. A o bieganiu to nie wspominając w ogóle. Podczas letnich treningów warto mieć ze sobą picie i regularnie popijać po łyczku. Dzięki temu zapobiegamy odwodnieniu, które jest groźne. Źle nawodniony organizm gorzej wygląda i ma gorszą wydolność. Warto pić. Ja preferuję zwykłą wodę, ale izotoniki też wydają się spoko. Można też soki owocowe. Co kto lubi. Generalnie chodzi o to, żeby w trakcie biegu móc się napić i żeby z tej możliwości co jakiś czas korzystać. Pamiętajmy też żeby pić więcej w ciągu dnia, nie tylko podczas treningu. 


Bieganie w upały: Jak biegać?
Ostrożniej. Moim zdaniem w takich nieco ekstremalnych warunkach lepiej dać sobie taryfę ulgową. Zwolnić, skrócić trasę. Bieganie w taki upał to spore obciążenie dla organizmu. Męczymy się znacznie bardziej, nawet jeżeli dystans i tempo na to nie wskazują. Nawet jeżeli czujemy się dobrze pamiętajmy, że objawy przegrzania i udaru mogą pojawić się z opóźnieniem. Ja w takie upały nawet nie planuję szybkiego biegu. Raczej taki truchcik spokojny. I jeżeli robi mi się zbyt gorąco po prostu wracam. Spacerem lub autobusem. Nie ma co ryzykować i narażać swojego zdrowia. Słońce, lato i upał potrafią być bardzo niebezpieczne. 


Upały nie są przyjemne. Do życia, a już tym bardziej do biegania. Spore znaczenie ma psychika. Jeżeli odpowiednio się nastawię i udaję, że wcale nie jest tak gorąco, to czasami rzeczywiście mi nie jest ;) Ale nawet jeżeli tego nie czujemy pamiętajmy, że gorąco jest. Odpowiednio się ubierajmy, dbajmy o nawodnienie, chrońmy głowę i unikajmy intensywnego wysiłku w południe, a będzie dobrze. Wierzę. 

P.S. Tak, na żadnym zdjęciu nie mam czapeczki. Jaki wstydzior :/

Zobacz też:

środa, 22 lipca 2015

Cracovia Półmaraton Królewski zmiana terminu

Organizatorzy 2. PZU Cracovia Półmaratonu Królewskiego poinformowali o zmianie daty imprezy. Pierwotnie bieg miał się odbyć w niedzielę 25 października 2015. Jednak ze względu na wybory parlamentarne, które również mają się odbyć w tym samym dniu Półmaraton Królewski zostanie przeniesiony na sobotę 24 października, czyli dzień wcześniej. Informacja spowodowała spore poruszenie wśród uczestników. Niektórzy zawodnicy są wręcz oburzeni. Część nie widzi problemu i poleca skończyć z narzekaniem przypominając, że biec nikt nie każe. 

Źródło:.facebook.com/PZUCracoviaPolmaraton

Komunikat organizatora:
W związku z wyborami parlamentarnymi, ogłoszonymi przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego na dzień 25 października (niedziela), Organizatorzy 2. PZU Cracovia Półmaratonu Królewskiego zdecydowali, że planowana pierwotnie w tym terminie impreza odbędzie się dzień wcześniej – 24 października (sobota).


Zmiana terminu 2. PZU Półmaratonu Królewskiego mnie jest na rękę. Ja po prostu zdecydowanie bardziej wolę biegać w soboty, niż w niedzielę. Poza tym jestem tą szczęściarą, która w Krakowie mieszka, więc start mam na miejscu. Żaden problem. Nie miałam również na tę sobotę żadnych innych planów. Nie pracuję w weekendy. Dla mnie problemu nie ma. Nawet dobrze wyszło. 


Nie znaczy to, że popieram takie praktyki i narzekającym polecam się uspokoić. Wręcz przeciwnie. Doskonale rozumiem ich oburzenie. Część niezadowolonych zawodników przyznaje, że aby wziąć udział w Półmaratonie Królewskim musiała zarezerwować sobie nocleg i go opłacić. Na niedzielę rzecz jasna. Może da się to zamienić lub odzyskać pieniądze. A może nie. Możliwe, że właśnie nie. I taki człowiek ponosi straty finansowe w związku z decyzją o zmianie terminu półmaratonu. Pojawiają się również głosy niezadowolenia od ludzi pracujących w soboty. Nie wszyscy należą do tych szczęściarzy, co weekendy mają wolne. Niektórzy nawet w niedziele pracują i specjalnie na tę niedzielę 25 października już sobie zaklepali urlop. Może da się to zmienić. A może nie. A co z tymi, którzy na sobotę już mają inne ważne plany? Czy organizator będzie skłonny oddać pieniądze za pakiet startowy, który nie będzie mógł zostać wykorzystany (z winy organizatora)? 
Co mają wybory do biegu? W czym jedno drugiemu przeszkadza? - pytają ludzie na facebooku. Część deklaruje, że i tak nie pójdzie na wybory (po złości?). Druga część, że i tak by poszła, bo półmaratonu nie biegną przecież przez cały dzień. Dyskusja wrze. Pojawiają się również głosy z apelem aby się uspokoić. Przestać narzekać. Że ciągle źle i wszystkim się nie dogodzi. Że biegać nikt nie każe. Przymusu nie ma. Nie podoba się, to nie biegnij. 


Z jednej strony organizator w regulaminie zastrzegł sobie możliwość zmiany terminu imprezy. Z drugiej jednak ta zmiana jest mocno krzywdząca dla uczestników. Czy to naprawdę było konieczne? Zastanawiam się i podejrzewam, że organizator został przymuszony do takiej decyzji. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo jeżeli zrobił tak z własnej woli to trochę nieładnie, nierozsądnie i nie fair w stosunku do biegaczy zapisanych na 2. PZU Cracovia Półmaraton. Dla mnie, mieszkanki Krakowa bez napiętego grafiku zmiana terminu nie jest problemem. Ale myślę o tych wszystkich, którym to pokrzyżowało misternie układane plany.  Mam nadzieję, że organizator Półmaratonu Królewskiego również o nich pomyśli. I jakoś wynagrodzi powstałe niedogodności wszystkim pokrzywdzonym w tej sytuacji.

Już pojawiły się informacje, że istnieje możliwość zwrotu opłaty startowej dla tych, którzy z powodu zmiany terminu biegu nie będą w stanie wystartować. Chociaż tyle dobrze. 

Zobacz też:

wtorek, 21 lipca 2015

Joanna Opiat-Bojarska - "Blogostan" - naprawdę taka słaba?

"Blogostan" to książka Joanny Opiat-Bojarskiej opowiadająca o życiu młodej, wykształconej kobiety, która zaczyna pisać bloga. Poza blogiem główna bohaterka o imieniu Sylwia ma również parę innych problemów: skomplikowaną sytuację rodzinną, dziwną sytuację w pracy i faceta.


"Blogostan" Joanny Opiat-Bojarskiej zapowiada się ciekawie, jeżeli poprzestaniemy na informacji z tyłu książki. Kiedy zaczniemy przeszukiwać internet w poszukiwaniu opinii może się okazać, że wielu czytelników (a właściwie to czytelniczek) książkę uważa za słabą. Ja pierwszy raz dowiedziałam się o "Blogostanie" z bloga Mortycji, która "Blogostan" stanowczo odradzała. Później, kiedy ujrzałam tę okładkę w bibliotece nie mogłam się powstrzymać. Musiałam wziąć i sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak źle. 

Aż tak źle nie jest, ale dobrze też wcale. Porównałabym tę lekturę do "Trudnych spraw" i "Ukrytej prawdy". łatwe w odbiorze, ciężko uwierzyć że tacy ludzie naprawdę istnieją i nieco odmóżdżające. Główna bohaterka "Blogostanu" - Sylwia Michalak jest dla mnie strasznie irytującą osobą. Naiwna, przygłupawa, z głupawym poczuciem humoru. Typowa kobieta z kobiecych komedii o wyzwolonych, wykształconych i atrakcyjnych kobietach trochę przed i trochę po trzydziestce. Taka jest Sylwia. Wykształcona, chyba ładna ale głupia i denerwująca. Jej towarzystwo również nie jest lepsze i odnosiłam wrażenie, że bohaterami są uczniowie gimnazjum, no może liceum, ewentualnie pierwszy rok studiów a nie dorośli ludzie po studiach. Sylwia i cała reszta bohaterów "Blogostanu" jest dla mnie strasznie niedojrzała i jakaś taka hmm... dziwna, sztuczna. Niektóre dialogi i sytuacje są takie... drętwe. Nie pasujące. jakby wciśnięte nie do końca na swoje miejsce. Jakby autorka miała poważne braki w warsztacie pisarskim. Czytam i mi zgrzyta. Myślałam, że będę się z Sylwią Michalak utożsamiać. Nie umiem. Nie umiem jej współczuć, nie umiem się z nią cieszyć, umiem się tylko nią irytować. Zawsze coś.

"Blogostan" Joanny Opiat-Bojarskiej jest trochę jak główna bohaterka. Jakiś taki naiwny, nierzeczywisty i denerwujący. I jakiś taki (przepraszam) głupi. Czytam i nie wierzę. Nóż się w kieszeni otwiera, chociaż nie mam. Ani noża ani kieszeni. Robię facepalma i resztę. Ale czytam twardo dalej. Ale czyta się dość łatwo i przyjemnie mimo wszystko. Po przemęczeniu kilkudziesięciu stron nawet można powiedzieć, że mnie "Blogostan" wciągnął. Bo na początku myślałam, że nic z tego nie będzie i oddam tę książkę nieprzeczytaną. Będąc w okolicach setnej strony wiedziałam już, że przeczytam do końca. Nawet trochę byłam ciekawa, co będzie dalej. Chociaż wiedziałam, że nie będzie to nic mądrego. Historia do bólu przewidywalna i szyta grubymi nićmi. A tytułowy blog i uzależnienie głównej bohaterki od internetu to był naprawdę jej najmniejszy problem. Od początku wiedziałam, a zakończenie tylko wszystko potwierdziło.


Trochę zjechałam "Blogostan" a teraz sobie myślę, że może to po prostu nie jest książka adresowana do mnie. Może to po prostu nie jest książka dla dwudziestokilkuletnich kobiet, tylko dla kilkunastoletnich dziewczynek. Podejrzewam, że 14-letniej mnie "Blogostan" mógłby przypaść do gustu. Tylko morału jakoś brak mu tam. Jedynie może: nie bądź naiwnym człowiekiem (i: tak kończą frajerzy).


Zobacz też: 

poniedziałek, 20 lipca 2015

Szkoda czasu na sen

Sen to czynność, na którą poświęcamy prawie połowę doby. A przynajmniej jedną czwartą. Zazwyczaj jest to około 8 godzin, czyli tyle, ile spędzamy w pracy na etacie. Śmiało można stwierdzić, że sporo życia po prostu przesypiamy. To są długie godziny, które spędzamy leżąc w łóżku, prawie bez ruchu i bez świadomości co się dzieje dookoła.

Wstawaj, szkoda dnia. Po śmierci się wyśpisz. Szkoda czasu na sen. Sen jest dla słabych.

Doba ma tylko 24 godziny i nie da się jej w żaden sposób wydłużyć. Czasu nie kupisz ani nie zamrozisz na później. Można natomiast z czegoś zrezygnować, aby zyskać go więcej. I wielu ludzi rezygnuje właśnie ze snu. Nastawiają budzik na blady świt lub zarywają noce, żeby pracować, romansować albo trenować. Sprytny sposób, żeby sobie nieco dzień rozciągnąć.

Źródło: pixabay.com
Sen jest niezbędny do życia. Tak jak picie i jedzenie, a właściwie chyba nawet bardziej niż jedzenie. Czytałam, że bez jedzenia człowiek dłużej jest w stanie przeżyć niż bez snu. Ja na pewno. Brak snu fatalnie wpływa na cały nasz organizm. Wszystko zaczyna działać coraz gorzej, zaczynamy wyglądać coraz gorzej i coraz gorzej się czuć.

Moim zdaniem wydłużanie sobie doby kosztem snu nie ma sensu. Jasne raz na jakiś czas można zarwać noc, żeby dokończyć mega ważny projekt. Albo połazić po pustych ulicach z ukochaną osobą. Albo przeczytać do końca mega wciągająca książkę. Albo cokolwiek co mamy ochotę lub potrzebę zrobić. Oczywiście nie jest to najzdrowsze, ale bez przesady. Jedna zarwana noc nas od razu nie zabije. Jednak na dłuższą metę życie kosztem snu to głupi pomysł.

Przeciętny dorosły człowiek powinien spać około 7-8 godzin na dobę. To znaczy, że jeżeli wstajemy o 6 to powinniśmy położyć się spać około 22-23. Jeżeli kładziemy się spać o północy budzik powinniśmy nastawiać na godzinę 7, ewentualnie 8. Ja z reguły wstaję o 5:30. Tzn. na ta mam budzik. Często budzę się już o 5. Albo pies mnie budzi. Jeszcze kilka miesięcy temu były lepsze czasy i spać się kładłam pomiędzy 21 a 22. Było idealnie. Teraz niestety zasypiam nieco później, a wstaję wciąż o tej samej godzinie. I jestem bardziej zmęczona. Najgorzej z samego rana i pod wieczór.
Źródło: pixabay.com
Z niespaniem dość mocno kojarzą mi się studia i sesja. Doszliśmy wówczas do wniosku, że lepiej położyć się wcześniej a rano wstać i jeszcze ze świeżym umysłem douczyć. Kucie przez całą noc i ewentualnie 2-3 godziny snu nad ranem przed egzaminem były mniej skuteczne. Również mniej przyjemne. Łatwiej się człowiekowi nauczyć, kiedy jest wypoczęty i wyspany. Sztuczne pobudzanie się kawą to też nie jest rozwiązanie na dłuższą metę.

Brak snu jest zabójczy. Niedobór snu pogarsza nasze funkcjonowanie. Nie znaczy to jednak, że im dłużej śpimy tym lepiej. Zbyt długi sen też nie jest dobry. Wiele osób, jeżeli zdarzy im się w weekend wstać koło południa narzekają na złe samopoczucie. Z reguły ból głowy i takie jakieś osłabienie i jakby niewyspanie. A i są jeszcze odleżyny jak ktoś już konkretnie się do łóżka przyklei ;)

Ze spaniem jest jak ze wszystkim. Trzeba znaleźć złoty środek. System, który będzie się u nas sprawdzał. Warto jednak pamiętać, że spanie to bardzo ważna potrzeba i należy ją respektować, gdyż brak snu zemści się prędzej czy później. 

Piszę tę notkę z samego rana po nieprzespanej nocy. Nie jest fajnie ani dobrze. Jest kiepsko. Serio ludzie, śpijcie, jeżeli tylko możecie.

Zobacz też:


niedziela, 19 lipca 2015

Liebster Award

Liebster Award to taka zabawa blogowa. Niektórzy ją lubią, inni nie znoszą. Ja akurat bardzo lubię. Każda nominacja jest dla mnie miłym wyróżnieniem. Poza tym uwielbiam pisać o sobie, a odpowiadanie na pytania zadane przez innych blogerów to jedna z fajniejszych form takiego pisania. Czuję się jakbym udzielała wywiadu ;) Problem mam tylko z nominowaniem innych blogów. Mam takie poczucie, że ktoś może sobie nie do końca tego życzyć i moją nominację potraktuje jak irytujący spam. 


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Po przyjęciu LBA należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował. Obowiązkiem jest też wklejenie znaku LBA do wpisu.
Do Liebster Award zostałam nominowana przez The Student Cookbook. Dziękuję serdecznie. Za samą nominację oraz za fajne pytania, na które miło mi się odpowiadało. 


1. Wolisz ćwiczyć sama czy z kimś?
Sama. Zdarza mi się trenować z kimś, zdarza mi się również trenować w grupie. I naprawdę to lubię i widzę wiele zalet. Ale zdecydowanie najwięcej treningów odbywam samotnie i tak wolę. Jestem z natury introwertykiem, samotnikiem i moje potrzeby towarzyskie nie są zbyt duże. Super jest od czasu do czasu umówić się z kimś na wspólne bieganie czy przyjść na zajęcia, ale gdybym każdy trening odbywała w towarzystwie byłoby to dla mnie męczące. Zobacz też: Zalety samotnego biegania

2. Co myślisz o superfood?
Że jest super! Świetnie, że jedzenie z powodzeniem może zastąpić wszystkie magiczne i niesamowite tabletki o rzekomo cudownym działaniu. O wiele bardziej wolę zjeść prawdziwe jedzenie, niż tabletkę. Smaczniej, a także najprawdopodobniej bardziej efektywnie i zdrowiej.

3. Twój ulubiony deser?
Oj, zależy od nastroju. Latem uwielbiam mocno świeże i lekko kwaskowate koktajle owocowe. Kiedy jest chłodniej preferuję wszystko co kakaowe. A o każdej porze roku uwielbiam lody i żelki. 

4. Jeśli mogłabyś cofnąć czas, jakich rad udzieliłabyś sobie na przyszłość?
Nie bój się. Nie martw się. Działaj. To wszystko minie. A i jeszcze, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Niestety doskonale zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym jakimś cudem cofnęła czas i mogła małej sobie udzielić jakichś rad to ta mała ja i tak nic by sobie z nich nie zrobiła, bo musiałaby sama dorosnąć i dojrzeć do ich zastosowania. 

5. Co myślisz o tzw. cheat day, cheat meal, itp.?
Myślę, że to może być dobry pomysł. O dziwo taki cheat day doskonale się sprawdza u ludzi odchudzających się, którzy skrupulatnie przestrzegają diety. Z reguły po takim jednym dniu dietetycznego luzu waga leci w dół. Nie jest to żaden fakt naukowy tylko moja własna obserwacja. Wiele moich znajomych się z tym spotkało, dlatego piszę. Myślę, że taki cheat day może być psychicznym wytchnieniem dla ludzi na diecie. Niektórym to jest bardzo potrzebne. Trzeba jednak pamiętać, że nie u każdego taki system się sprawdzi. Są ludzie, którym po jednym dniu łasuchowania o wiele ciężej jest wrócić do diety, niż mieliby jej przestrzegać non stop bez przerwy. Ja jestem zwolenniczką jedzenie tego na co się ma ochotę, wtedy kiedy się ma ochotę ;) Oczywiście to nie znaczy, że jem same słodycze. Jakoś nie mam ochoty żywić się wyłącznie niezdrowym świństwem. Zazwyczaj mam ochotę na normalne, zdrowe jedzenie. Ale jeżeli mam tydzień, że codziennie pragnę żelek to je jem. 

6. Twoje ulubione miejsce do ćwiczeń?
Lubię ćwiczyć na świeżym powietrzu, bo w domu nie do końca mam sprzyjające warunki. Fajnie jest rozłożyć sobie kocyk czy matę na trawce i poćwiczyć. O wiele przyjemniej, niż w zamkniętym pomieszczeniu. Lubie też biegać wśród zieleni. Sama najchętniej biegam i ćwiczę w okolicach Rezerwatu Przyrody Bonarka. Mam bardzo blisko od domu to piękne miejsce. Jest zieleń, jest różnorodna nawierzchnia do biegania (asfalt, kamyki, trawa, zbiegi, podbiegi). Można też rozłożyć sobie na trawce kocyk i porozciągać się. I blisko na Kopiec Kraka. Czasami wbiegam. Świetne ćwiczenie. 

 









7. Czy aktualnie masz jakiś sportowy cel?
Chyba nie mam ;)

8. Jak widzisz siebie za 5 lat?
Przewiduję, że na 90% wciąż będę wyglądać jak 15-latka ;) Na pewno będę szybciej biegać i mieć więcej mięśni ;) Tak szczerze to rzadko się nad tym zastanawiam. Teraz "za 5 lat" wydaje mi się odległą przyszłością. Ale już jest bliżej, niż było tydzień temu. Czas sobie powoli płynie. Praktycznie niezauważalnie. Większość zmian przebiega powoli i stopniowo. Prawie tego nie czuć.

9. Psy czy koty?
Psy, chociaż się ich boję ;) Wydają mi się jakieś takie bardziej kontaktowe i mam wrażenie, że rozumieją, co się do nich mówi. Psa więcej można nauczyć. Jest jakiś taki praktyczniejszy ;) No i psy nie łażą po meblach. 

10. Aktualne ulubione śniadanie?
Owsianka. Uwielbiam owsiankę, bo jest łatwa i szybka do zrobienia. Może smakować na milion sposobów, w zależności od tego, jakich dodatków użyjemy. Ciągle wpadam na nowy pomysły, jak przyrządzić owsiankę: owsianka bananowo-kakaowa, owsianka daktylowa z kokosem, owsianka warstwowa czy owsianka cynamonowo-jabłkowa



11. Czy lubisz ćwiczyć w domu czy na zewnątrz?
Na zewnątrz jest ciekawiej, wygodniej i zdrowiej. Często z braku czasu ćwiczę również w domu. Tak jest szybciej. Nie trzeba nigdzie wychodzić ani wracać ;) Jak już wcześniej wspominałam w domu nie do końca mam warunki do ćwiczeń (pies mi próbuje pomagać ;)), więc jeśli mam możliwość wychodzę. Ale jeżeli mam coś szybkiego do poćwiczenia to walczę z losem w zaciszu domowym. 

Zobacz też inne zabawy blogowe: 

czwartek, 16 lipca 2015

Lepiej ćwiczyć za mało, niż za dużo

Może to trochę kontrowersyjne głoszenie poglądu, że lepiej jest ćwiczyć za mało, niż za dużo. Może wychodzę na lenia bez ambicji twierdząc, że lepiej biegać trochę za mało i za wolno, niż za dużo i za szybko. Może dlatego nie osiągnęłam jeszcze przez te półtora roku biegowej kariery żadnego spektakularnego sukcesu. Może jestem leniwa i wygodnicka. I nie mam ambicji. Może. Ktoś może tak uważać. Ja uważam, że jestem rozsądna. Uważam też, że co nagle to po diable i forma budowana powoli jest jakaś stabilniejsza. Trochę jak z odchudzaniem, lepiej chudnąć wolniej. Tak samo lepiej wolniej nabierać muskulatury. Nawet bogacić się lepiej jest powoli i stopniowo, niż nagle.



Dlaczego lepiej ćwiczyć za mało, niż za dużo?

Jeżeli ćwiczymy za mało, to efekty są słabsze. Albo wolniejsze. Ewentualnie prawie ich nie ma. Nie jest to oczywiście stan pożądany. Ale pomyślmy co się dzieje, kiedy ćwiczymy za dużo. Kontuzje, przeciążenie, przemęczenie... Uważam, że to jest znacznie gorsze. No i zacząć ćwiczyć trochę więcej i trochę mocniej możemy w każdej chwili. W tym drugim przypadku w pewnym momencie musimy przerwać, bo organizm nie da rady. A leczenie skutków swojej nadgorliwości i przesady może być długie, bolesne i drogie. Organizm potrzebuje czasu i odpoczynku, żeby się zregenerować.

Ćwicząc za dużo ryzykujemy o wiele więcej. Ćwicząc za mało nie ryzykujemy właściwie nic. Moim zdaniem o wiele lepiej jest powoli zwiększać kilometraż, obciążenie, intensywność. O wiele lepiej zacząć z najniższego pułapu niż spaść z tego, który okazał się dla nas za wysoki. Ja w ogóle we wszystkim mam takie asekuranckie podejście. I spokojne. Wolę powoli, stopniowo do celu. Nie muszę już teraz, zaraz od razu. Mogę poczekać, spokojnie popracować, nie porywać się z motyką na słońce. Nie lubię ryzyka i tam gdzie się da, unikam go. Nie wychodzę na tym najgorzej, chociaż oczywiście nie wiem, co by było, gdybym podejmowała inne decyzje. Ale wracając do treningu: lepiej jest ćwiczyć trochę za mało, niż trochę za dużo. Zdrowiej i bezpieczniej. Może dojście do jakiejś konkretnej formy zajmie trochę więcej czasu, ale co z tego?



Czy ciężki trening jest zły?

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi mi o to, że ciężki trening jest zły. Zły jest za ciężki trening. A nie zawsze znamy swoje granice. Często balansujemy tuż na granicy. I lepiej jest kawałek odejść od krawędzi, niż spaść z hukiem. Bieganie codziennie jest dla mnie przesadą. Oczywiście nie chodzi o zrobienie codziennie 2-3 km. Ale gdybym ja miała biegać codziennie i to dzień w dzień, tygodniami po 10 km to obawiam się, że na chwilę obecną, więcej bym z tego miała szkody niż pożytku. Tak, zdarza mi się czasami biegać po kilkanaście kilometrów przez kilka dni pod rząd. Zdarzyło mi się nawet w ciągu trzech dni przebiec 60 czy 70 km (Patrz: Krakowskie Spotkania Biegowe 2015). Ale to się zdarza raz na jakiś czas a nie regularnie. Raz na jakiś czas nic mi się nie stanie. Gdybym robiła tak ciągle to myślę, że by zaszkodziło. Niektórzy twierdzą, że więcej niż 2 dni przerwy w treningu to za dużo. Dla mnie to nie jest za dużo. To jest dla mnie minimum po jakimś bardziej intensywnym wysiłku. Co jakiś czas mam nawet tygodniowe przerwy i nie odczuwam, żeby moja forma wówczas spadała. Wręcz przeciwnie. Kiedy wracam do aktywności fizycznej czuję się silniejsza i bardziej chętna, bo wypoczęta. Czasami potrzebuję sobie odpuścić, żeby odpocząć zarówno fizycznie jak i psychicznie. I zatęsknić. Nie uważam, żeby było w tym coś złego. Wręcz przeciwnie. Jestem wielką przeciwniczką sportowego terroru i przymuszania się do treningów. Jasne, czasami się zmuszam, jak mi się nie chce, ale chcę. Czasami. A czasami dla równowagi robię dzień lenia i sobie odpuszczam. Wiadomo, że siedzący tryb życia nie jest zdrowy, ale przesada w drugą stronę też. To nie do końca tak działa, że im więcej biegasz tym lepiej. To działa tylko do pewnego momentu, a później każdy dodatkowy kilometr jest gwoździem do trumny. 


Kiedy trenujemy za dużo, za mocno, za bardzo?

Nie twierdzę teraz, że przedstawiony powyżej schemat jest jedynym słusznym. On się sprawdza u mnie. Każdy z was ma inne predyspozycje i jest na innym etapie. Dla mnie codziennie przebiec 3 km to tyle co nic (dlatego też rzadko biegam tylko tyle, nie widzę sensu). Ale półtora roku temu był to wysiłek porównywalny z 10 km obecnie. Wiem, że dla wielu osób moje 10 km jest właśnie takie jak te 3 km - nieodczuwalne. Za kilka lat pewnie 10 km dziennie będzie dla mnie tyle co nic i będę tyle biegać na luzie, bez spiny i bez nadwyrężania się. Bo nie warto się przeciążać. Skutki mogą być opłakane. Raz na jakiś czas mocniejszy akcent jak najbardziej tak, ale codzienne zajeżdżanie się to już nie za bardzo. Moim zdaniem. Organizm potrzebuje czasu na regenerację. A ile to jest za dużo, za mocno, za bardzo to każdy sam musi wyczuć. Każdy powinien być na tyle świadomym swojego ciała, żeby wiedzieć kiedy daje sobie wycisk, kiedy po prostu trenuje, a kiedy tak sobie truchta i jego ciało nawet tego nie czuje. 



Czym grozi zbyt intensywny trening?

Tak w skrócie czym może grozić, kiedy ćwiczymy za dużo, za mocno, za często, za bardzo: kontuzje, przemęczenie, zniechęcenie, brak efektów lub znacznie wolniejsze efekty, niewspółmierny wysiłek i poświęcony czas do efektów. Czynniki te wynikają z siebie nawzajem i łączą się ze sobą za pomocą łańcucha przyczynowo-skutkowego, więc zazwyczaj doświadczymy nie tylko jednego, a co najmniej kilku. Jak już wspomniałam nasze ciało po mocnym wysiłku potrzebuje się zregenerować. Jeżeli nie damy mu takiej możliwości będzie słabsze na kolejnym treningu. A lepiej jest robić mniej intensywniejszych treningów. A trenując non stop chcąc nie chcąc nasza moc spada i trening jest słabszy. Nasze ciało tez jest wówczas coraz słabsze, nie tylko na treningu ale w ogóle.

Nie chciałabym, żeby ktoś ten wpis odebrał jako "Hej Ty, biegasz za dużo!" Raczej chciałam przedstawić swój punkt widzenia i taktykę, która sprawdza się u mnie. U kogoś innego też się może sprawdzić. Można spróbować dać sobie więcej luzu i odpoczynku. Niektórzy początkujący popełniają ten błąd, że od razu chcą biegać bardzo szybko i bardzo dużo. Kończy się różnie. Na szczęście zazwyczaj opamiętaniem, czasami jednak kontuzją, zniechęceniem do biegania a nawet trwałym uszkodzeniem ciała. Nie warto przesadzać.

Ja wolę biegać rzadziej i wolniej, ale dłuższe dystanse. Wolę poświęcać na sport mniej czasu, ale żeby był to czas przyjemny, a nie droga przez mękę i rzeźnia. A jeżeli funduję sobie rzeźnię to raz na jakiś czas a nie co trening. Umiar, umiar i jeszcze raz umiar. Jestem osobą, która lubi sobie czasami popadać w skrajności, więc utrzymanie tego złotego środka wymaga ode mnie pewnego wysiłku. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale ja też miewam te obsesyjne zrywy, żeby biegać więcej, więcej i jeszcze więcej. Ale się hamuję. Jeżeli bieganie staje się obsesja i nałogiem w tym pierwotnym tego słowa znaczeniu to jest źle.

Zobacz też: 

wtorek, 14 lipca 2015

Szybki przegląd nowych kosmetyków do makijażu

Ostatnio przybyło mi trochę nowych kosmetyków do makijażu. Część z nich jest nowością w ogóle, a część jest tylko nowa w mojej kosmetyczce. Oto moje nowe łupy: korektor Synergen, puder do twarzy Miss Sporty, niebieski cień do powiek w płynie Oriflame, róż do policzkówi cienie do powiek Essence Brit-tea, rozświetlający róż Catrice, tusz do rzęs Essence get big lashes potrójnie czarny, tusz do rzęs z dwiema szczoteczkami Oriflame double effect. 



Korektor Synergen
Mówi się, że jedne go kochają, a inne nienawidzą. Nie wiem. To mój drugi Synergen w karierze, ale pierwszy w dobranym kolorze (natur 04). Kupiłam go ze skąpstwa i myślałam, że będę żałować. Ale nie ma tragedii. Jeżeli ktoś tak jak ja nie ma regularnych, sporych problemów z cerą wystarczy. Tylko dokładnie sprawdźcie odcień. Ich wybór jest niestety mały, a kolory raczej ciemne.

Puder Miss Sporty, So Clear, Anti - Spot
Dorwałam na tej mega promocji -49% w Rossmannie. Zawsze używałam najtańszego pudru, ale postanowiłam w końcu zaryzykować i szarpnąć się na coś odrobinę droższego. Tzn. on i tak jest tani bo kosztuje jakieś 13 zł, ale w porównaniu do pudru za 7 zł to jednak różnica spora ;) W działaniu również. Po pierwsze w ogóle się nie osypuje. Mogę malować się w czarnym swetrze, a później wyjść do ludzi bez otrzepywania się. W ogóle go nie widać ani na twarzy ani nigdzie indziej. Pewnie dlatego, że kolor 001 Transparent. Ale to że jest niewidoczny nie znaczy, że nie działa. Ładnie matuje, wygładza. Fakt po kilku godzinach trzeba zrobić poprawkę albo zacząć się świecić, ale i tak jest dobrze. Z ciekawostek ma taką śmieszną małą gąbeczkę, a w zasadzie to pół gąbeczki. I pół lusterka. 

Cień do powiek w płynie The ONE Liquid Metal, Oriflame
Dziewczyny mnie namówiły, żebym wzięła. Że niby mi do oczu taki kolor pasuje (?). To wzięłam. Z zachłanności. Kolor jest blue czyli niebieski. Nie żaden błękit tylko mocny niebieski z metalicznym połyskiem i błyszczącymi drobinkami. Miałam wątpliwość. A może one chciały tylko ze mnie zakpić... 

Wygląda bardziej jak błyszczyk. I wcale nie jest tak łatwo rozprowadzić go na powiece. Przynajmniej, jak się nie ma wprawy. Ja wole stosować go do robienia kreski. Wygląda subtelniej i większa szansa nie zrobić sobie krzywdy ;)


Jest trwały. Raz dobrze nałożony trzyma się cały dzień bez rozmazywania. I wbrew pozorom zupełnie łatwo jest go zmyć podczas demakijażu. Idealny dla dziewczyn, które lubią (i umieją) mocniej pomalować oko. 

Róż do policzków Essence, Brit-tea
Zakochałam się we wzorku w róże i kolorach. Można stosować osobno albo mieszać. Świetnie stapia się ze skórą, nadaje jej taki odświeżony kolor. Ten róż jest naprawdę super! Działanie także mnie oczarowało. Mam raczej jasną cerę, ale nawet ten najmocniejszy różowy po roztarciu prezentował się naturalnie, a nie jak w cyrku. 



Cienie do powiek Essence Brit-tea
Podobnie jak róż urzekły mnie swoją kolorystyką. na powiekach są bardzo jasne. rzekłabym, że to jest kolor biały, biały różowy i biały fioletowy. Wiele się między sobą nie różnią. Świetne do delikatnego makijażu. 


Rozświetlający róż do policzków Catrice Illuminating Blush
Mam odcień 010 I Am Nuts About You i w sumie na pierwszy rzut oka bardziej wygląda jak bronzer. I faktycznie ma brązowy kolor. Dość ciemny. Trzeba uważnie i ostrożnie nakładać. Z ciekawostek: opakowanie jest nieco mniejsze niż normalnie i standardowej średnicy gąbeczka się nie mieści.

Tusz do rzęs Essence Get BIG Lashes, Triple Black
Ma dużą szczoteczkę i rzekomo ma być bardziej czarny od innych tuszy. Że niby potrójna czerń. Oczywiście, że nie jest bardziej czarny, ale i tak jest spoko. Pomalowane nim rzęsy wyglądają na tyle dobrze, że ludzie czasami pytali, czy mam przedłużane rzęsy. A miałam wcześniej, więc mieli porównanie jak to wtedy wyglądało. Tusz ładnie pogrubia i lekko wydłuża rzęsy. Teoretycznie nie jest wodoodporny, ale jest dość trwały. Ciężko zmyć go kosmetykami do zwykłego makijażu. Schodzi albo dopiero za trzecim razem albo przy pomocy kosmetyków do demakijażu wodoodpornego. I to może być zarówno zaleta, że trwały, ale i wada że ciężko się później domyć. W ogóle nie zauważyłam, żeby się osypywał czy rozmazywał w ciągu dnia. No chyba, że płakałam albo stałam w pełnym deszczu. Podczas malowania jednak często zdarza mi się, że odbija się na powiece. Taka drobna niedogodność, ale ogólnie to całkiem przyzwoity tusz, a kosztuje ok. 10 zł więc jeden z najtańszych. 


Tusz do rzęs The ONE Double Effect, Oriflame
To jest dopiero ciekawy wynalazek. Tusz, który albo wydłuża albo nadaje objętość. A wszystko dzięki dwóm szczoteczkom. Przyznam szczerze jeszcze nie rozkminiłam na jakiej zasadzie to niby działa, ale już sam pomysł zasługuje na uwagę i uznanie. Chociaż wiadomo, że lepiej jak nie trzeba wybierać pomiędzy długością a objętością ;)


A w praktyce? No cóż, pierwsze wrażenie tusz zrobił na mnie złe. Efekt był mizerny, rzęsy jakby w ogóle nie pomalowane, a na dodatek powieki całe umaziane na czarno. Z każdym kolejnym zastosowaniem było coraz lepiej. Do tego tuszu trzeba się przyzwyczaić, nabrać wprawy. Jest ok, ale raczej do naturalnego, delikatnego makijażu. Nie uzyskamy za jego pomocą ani oszałamiającej długości ani gęstości. 

Nikt nie jest idealny. Kosmetyki również. Ale z tych, które obecnie posiadam jestem bardzo zadowolona. Są trwałe, w miarę proste w obsłudze, niedrogie i zamknięte w estetycznych opakowaniach. Zobacz też używane wcześniej kosmetyki do codziennego makijażu.


Zobacz też:

poniedziałek, 13 lipca 2015

Owsianka cynamonowo-jabłkowa z rodzynkami

Owsianka cynamonowo-jabłkowa z rodzynkami to coś dla wielbicieli szarlotki. Pyszna słodka z wyczuwalnie jabłkową nutą i mocnym aromatem cynamonu. Nie jest to moja ulubiona wariacja na temat owsianki, ale czasami dla odmiany jadam. Jej wykonanie jest bardzo proste (jak każdej zresztą owsianki ;)), zaspokaja poranny wilczy głód, jest zdrowa i bardzo tania.



Owsianka cynamonowo-jabłkowa z rodzynkami - składniki
  • Płatki (owsiane albo każde inne: żytnie, pszenne, jęczmienne, może być również mieszanka płatków) - 3 łyżki
  • Rodzynki - 2 łyżki
  • Cynamon - pół łyżeczki
  • Mleko - ok. pół szklanki (chodzi o to, żeby było trochę ponad suche składniki, asekuracyjnie lepiej dać mniej i ewentualnie dolać później)
  • Błonnik jabłkowy - 1 łyżka (ja używam, ale spokojnie można się bez tego składnika obyć jak ktoś nie może, nie lubi albo nie ma gdzie kupić)
  • Jabłko - 1 malutkie lub pół średniego (można je pokroić w kosteczkę, w słupki albo zetrzeć na tarce)
  • Mus jabłkowy - 1 łyżka (składnik opcjonalny, jeżeli mamy już jabłko)


Składniki na taką średnią porcję. Zazwyczaj sypię wszystko na oko i każdemu to polecam. Ale dla ułatwienia pokusiłam się o orientacyjne określenie ilości poszczególnych składników. Moja drobna rada: zawsze lepiej dać trochę za mało i później uzupełnić, niż dać za dużo i zastanawiać się, jak uratować albo jak zjeść taką byczą porcję ;)


Owsianka cynamonowo-jabłkowa z rodzynkami - przygotowanie
Płatki, rodzynki, cynamon i błonnik wsypujemy do miseczki i mieszamy. Jabłko i mus jabłkowy możemy dodać teraz, w połowie przyrządzania owsianki lub na samym końcu. Sami musicie wypróbować w jakiej wersji wam bardziej smakuje. Do miseczki ze składnikami wlewamy mleko, mieszamy jeszcze raz i wkładamy do mikrofalówki (na gazie lub w piekarniku też powinno się udać, tak myślę chociaż nigdy nie robiłam). Niestety nie jestem w stanie powiedzieć na ile czasu trzeba zamknąć owsiankę w mikrofali. Ja zazwyczaj sprawdzam co minutę, czy nie wygląda jakby miała kipieć. Gotową wyciągamy, ewentualnie dodajemy jeszcze jabłka, czekamy chwilę aż ostygnie i gotowe. 
Przed i po zalaniu mlekiem

Owsianka cynamonowo-jabłkowa z rodzynkami przy odrobinie szczęścia może smakować jak najlepsza szarlotka albo w drugą stronę, jak wyśmienity deser mleczny. Jeżeli nie mamy szczęścia wygląda jak brązowa breja, w której ktoś utopił jakieś ciemne bobki :P Tak czy inaczej jest pyszna i zdrowa. Polecam! Zapraszam też do zapoznania się z przepisem na daktylową owsiankę z wiórkami kokosowymi.


Zobacz też:



niedziela, 12 lipca 2015

Nafta kosmetyczna, olejek rycynowy plus siemię lniane

Ostatnio ktoś mi napisał, że moje włosy są maksymalnie spuszone i że tylko siemię lniane może mnie uratować i humektanty (to co nawilża) plus emolienty (czyli tłustości, oleje). Humektantów zawsze u mnie jak na lekarstwo, ale siemię lniane i olejowanie było. Zaraz, zaraz: siemię lniane jest humektantem. Czyli wszystko dobrze. Niedzielę dla włosów czas zacząć.


Zaczęłam mój pielęgnacyjny rytuał od wmasowania w skórę głowy zmieszanej nafty kosmetycznej z olejkiem rycynowym. Naftę kosmetyczną mam taką z dodatkiem olejku arganowego, ale pewnie nie jest go zbyt dużo. Po krótkim masażu rozczesałam włosy, a długość spryskałam dodatkowo olejkiem Eveline luksusowy olejek arganowy 3w1. Nie jest to stuprocentowy olejek, bo zawiera silikony ale najgorszy też nie jest. Włosy rozczesałam po raz kolejny i zostawiłam to na głowie na około półtorej godziny.

Następnie umyłam włosy metodą OMO (odżywka, mycie, odżywka). Zamiast szamponu użyłam żelu do higieny intymnej Facelle, a odżywki kallosa aloesowego. Zarówno do pierwszego mycia jak i później już jako odżywkę. A trzymałam go na włosach dobre pół godziny. 


Na lekko podsuszone włosy nałożyłam sporą ilość żelu lnianego (patrz: siemię lniane na włosy). Na początku rzeczywiście były sztywne i posklejane, ale przeszło. Żel z siemienia lnianego całkiem miło spisuje się jako odżywka bez spłukiwania. Wygładza, prostuje (przynajmniej moje), dyscyplinuje. I chyba rzeczywiście coś tam nawilża. Końcówki w dotyku są całkiem miłe, chociaż wizualnie wygląda to słabo wciąż. Na dodatek podcięłam włosy, więc jest ich jeszcze mniej. Na dodatek dyżurny fotograf ciężko pracuje, więc nie ma mi nawet kto normalnego zdjęcia zrobić. 


Przynajmniej z tyłu są równe (końcówki)
Wyglądają tak sobie, ale w dotyku serio są miłe i gładkie. Musicie mi uwierzyć na słowo. Niedziela dla włosów zakończyła się sukcesem.


Zobacz też:

piątek, 10 lipca 2015

Biegowe wycieczki w nieznane czyli warto zmieniać trasę

Jestem osobą, która mogłaby cały czas jeść to samo i to samo robić. Lubię chodzić w te same miejsce i w ten sam sposób spędzać czas. Lubię stałość. Lubię takie swoje rytuały. Bywam nudna i boję się nowego. Od stu lat mam tę samą fryzurę. Noszę te same ciuchy, co w liceum czy nawet gimnazjum (o ile się jeszcze nie zniszczyły). A na dodatek cały czas wyglądam tak samo i w ogóle się nie starzeję ;) Serio serio. Nuda. Stagnacja. I jest mi z tym dobrze. Bezpiecznie. Oczywiście nie jest tak, że się w ogóle nie zmieniłam i nie rozwijam. O nie! Bardzo dużo zmieniłam w sobie i swoim życiu przez ostatnie kilka lat. Bilans wychodzi na plus. Nie jest tak, że stoję w miejscu w ważnych kwestiach. Ja raczej lubię stać w miejscu w sprawach drobnych typu jadłospis czy fryzura. Ciężko mi się przemóc do zmian. Jeżeli już się zdecyduję często żałuję i wracam do starego i sprawdzonego. 

Jest jeden wyjątek od tej reguły. Bieganie. Kto śledzi mnie na Endomondo wie, że mam właściwie dwie stałe trasy, które czasami łączę ze sobą tworząc trzecią. Wczoraj postanowiłam pobiec gdzieś indziej. Zaczęłam się zastanawiać, czy moje lenistwo nie wynika ze znudzenia. No bo ileż można ciągle truchtać po tych samych drogach. Nic dziwnego, że się nie chce. Że kilometry się dłużą. Że ciężko wybiegać więcej niż 10 km. Wczoraj chciałam pobiec gdzieś zupełnie indziej. Pamiętam swoje biegowe początki. Wtedy wszystkie trasy były nowe. Pamiętam jaką radość dawało mi ich odkrywanie. A później śledzenie na Endomondo mapki gdzie byłam. Poznawanie swojej okolicy poprzez bieganie jest świetne! Biegniesz i obserwujesz. Jest element zaskoczenia. Nie wiesz, gdzie dana droga cię zaprowadzi. Jest też element ryzyka, że się zgubisz ;) Dobrze, że mam telefon z gpsem, więc w tej kwestii czuję się w miarę bezpiecznie i nawet gdybym sama nie mogła się zlokalizować, kto ktoś inny na pewno mnie odnajdzie. Bieganie po nieznanym terenie jest o wiele ciekawsze.
Kliknij, aby powiększyć
Wczoraj postanowiłam pobiec gdzieś indziej. Nie planowałam tej trasy. To był spontan. Ruszyłam przed siebie i postanowiłam, że pobiegnę tam właśnie. Było zupełnie inaczej. Obserwowałam nową okolicę. Próbowałam zapamiętać trasę, żeby bez problemów wrócić. Biegło mi się o niebo przyjemniej. Było też łatwiej a kilometry same leciały, chociaż wiał dość silny wiatr i zazwyczaj w twarz nie w plecy. Momentami zaczynało padać, ale w niczym mi to nie przeszkadzało. W ogóle nie irytował mnie deszcz na nowej trasie. Wręcz przeciwnie. Cieszyły mnie spadające krople wody. Cieszyło mnie słońce wychodzące momentami zza chmur. I cieszyło mnie ciemne, niemal granatowe niebo. Było pięknie. 


Przebiegłam 16 km i właściwie prawie nie odczułam zmęczenia. W ogóle tych kilometrów nie odczułam. Trening zakończyłam bardziej z rozsądku, żeby nie szaleć i się nie przeciążać, niż ze zmęczenia. Po biegłam do Łagiewnik, a później na Górę Borkowską. Wróciłam już fragmentem mojej stałej trasy. Ponad 16 km pokonałam w 1h 39 min biegnąc średnim tempem 6:04 min/km. 

Kliknij, aby powiększyć

Kliknij, aby powiększyć

Kliknij, aby powiekszyć

Wczorajszy trening był świetny! Wiem, że powinnam częściej zapuszczać się w nieznane, ale... czuję jakiś lęk i opór przed tym ;) A przecież wiem, że będzie fajnie. Zmiana trasy biegowej działa bardzo odświeżająco. Od razu bardziej się chce. Przynajmniej u mnie tak to działa. Monotonia jest spoko, ale w bieganiu potrzebuję urozmaicenia. Stare trasy w końcu się nudzą i nawet piękna ścieżka po lesie zaczyna być odczuwana jak bieganie dookoła stadionu niczym chomik. Taka moja mała rada: spróbuj nowej, zupełnie nieznanej trasy. Możesz odkryć nowe zupełnie nieznane biegowe doznania. I kilka ciekawych miejsc, o których warto wiedzieć. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...