poniedziałek, 29 czerwca 2015

II Wolbromska Ciężka Dycha 28 czerwca 2015

Wolbromska Ciężka Dycha to 10 km po Wolbromiu, głównie przez las i ze sporą ilością stromych podbiegów. Tak szczerze to jeden z tych startów, co nie do końca mi się chciało brać udział. Z wielu powodów a wśród nich oczywiście lenistwo i niechęć do deszczu. Ale ostatecznie jednak pobiegłam. I w nagrodę nie padało w Wolbromiu przez cały czas trwania imprezy. Po biegu natomiast mogłam się posilić pyszną kiełbaską z grilla i strogonowem. A i zajęłam 4. miejsce w swojej kategorii wiekowej, co jednocześnie jest powodem do radości ale też trochę do rozpaczy ;)



II Wolbromska Ciężka Dycha - trasa
Trasa Wolbromskiej Ciężkiej Dychy jak sama nazwa wskazuje liczyła 10 km. Były to dwie pętle. i można było przebiec tylko jedną czyli 5 km. No ale jechać te 42 km tylko po to, żeby przebiec 5 km, skoro można i 10 km to trochę bez sensu, więc ja od razu wiedziałam, że biegnę dychę. Poza tym piątki biega się szybko, a ja nie lubię biegać szybko. 30% asfalt i kostka, reszta nawierzchnia gruntowa: drogi i ścieżki. Miła odmiana dla kogoś, kto non stop biega po twardym, bo najbliżej domu. 
Źródło: wolbromteam.itcom.pl

II Wolbromska Ciężka Dycha - organizacja
Organizacja Wolbromskiej Dychy była całkiem spoko. Przynajmniej jak na niewielką imprezę. Zacznijmy od minusów. Nie widziałam nigdzie szatni (ale też nie szukałam). Był również problem ze znalezieniem kranu z wodą. Kolejka do odbioru pakietów startowych, ale to raczej standard i też nie była to nie wiadomo jaka kolejka, bo udział brało około 200 zawodników. Okresowo była też większa kolejka do toi toi tzn. clip clopów ;) Minusem jest też koszulka. Bo bawełniana. A ja w ogóle dostałam jakąś uplamioną, chociaż była zapakowana. Z wzorem też się nie popisali, a na plecach tradycyjnie słup ogłoszeniowy. Numer startowe zwrotne, też trochę szkoda. Jeżeli chodzi o zalety to szybki i bezproblemowy depozyt. Całkiem sprawne wydawanie posiłków regeneracyjnych. No i jakość tych posiłków. Dużo mięsa, bardzo smacznie. Mega plus. (Dobrze, że jeszcze nie przeszłam na ten weganizm, bo byłoby smutno i głodno). Z parkingiem też raczej nie było większych kłopotów. Nagłośnienie w porządku. Oznakowanie trasy ok. Jakbym biegła sama to była szansa, że bym się nie zgubiła. Na trasie woda w wystarczającej ilości (chociaż pewnie nikt by się nie obraził, jakby było więcej punktów z wodą). Medal ładny. Nawet mojemu chłopakowi się spodobał ("No, postarali się"). Każdy uczestnik otrzymał również dyplom. I było losowanie. Niektóre nagrody bardzo fajne, ale wielki minus za to, że nic nie wygrałam ;)



II Wolbromska Ciężka Dycha - moje wrażenia z biegu
Było super. Biegło mi się bardzo dobrze. Pomimo sporej ilości stromych i długich podbiegów nie byłam aż tak zmęczona i większość tych podbiegów udało mi się pokonać w biegu. Trasa piękna. Dużo po lesie, więc czyste powietrze i cudowne widoki. Czasami serio mam ochotę się zatrzymać nie dlatego, że jestem zmęczona, tylko żeby zrobić zdjęcie ;) Trochę bardziej trzeba było patrzyć pod nogi, ale udało mi się nie przewrócić ani nic sobie nie zrobić, więc jest ok. Właściwie nie miałam chyba żadnego momentu kryzysowego, nie czułam skrajnego zmęczenia, a te 10 km dość szybko mi minęły. Na pewno mi się nie dłużyło. To był jeden z najprzyjemniejszych biegów. Szczególnie, że pogoda wbrew moim obawom i prognozom w internecie okazała się łaskawa. bez deszczu, ładnie i słonecznie, ale też bez upału.

Kliknij, aby powiększyć
Według endomondo biegłam średnim tempem 6:00 min/km, czyli tak nie za szybko. Najszybszy był 8 kilometr 5:23 min/km. Wyraźnie widać, że były dwie pętle i że pod górę było np. na 3 i 6 km, bo biegnę wolniej. A 4 i 8 musiało być z górki, bo najszybciej, 


II Wolbromska Ciężka Dycha - 4 miejsce w kategorii wiekowej
Biegło mi się bardzo dobrze, a że impreza kameralne to i szanse na jakieś miejsce większe. Ale tym razem jednak trochę mi brakło. Zajęłam 4 miejsce w swojej kategorii wiekowej z czasem 56:03. Do najbliższej rywalki miałam prawie 2 minuty, więc nijak nie było szans żebym ją jakoś wyprzedziła. Pół minuty, może minutę, ale prawie dwie minuty to dla mnie nie do przeskoczenia. I trochę smuteczek, chociaż oczywiście duma też. Bo czwarte miejsce jest lepsze, niż siódme. I lepsze niż trzecie od końca (patrz Bieg wokół Kamienia). Mówią, że czwarte miejsce boli najbardziej. Mnie nic nie boli, ale fakt nie daje spokoju. Bo byłam już tak blisko, ale wciąż trochę zabrakło. Ale gdybym tylko była starsza i zakwalifikowała się do następnej kategorii wiekowej, to byłoby podium. I teraz tak myślę, czemu nie jestem starsza. A mogli się moi rodzice pospieszyć. No mogli ;)

Źródło
Według oficjalnego pomiaru czasu biegłam tempem 5:36 min/km i byłam 9 kobietą na 20 startujących w biegu na 10 km oraz 79 osobą w ogóle na 109. Na półmetku zameldowałam się z czasem 28:15 czyli obydwie pętle pokonałam dokładnie w takim samym czasie. Tak przynajmniej wynika ze statystyk organizatora.


II Wolbromska Ciężka Dycha to była bardzo udana impreza biegowa i bardzo miło spędzona niedziela. Uwielbiam spędzać weekendy właśnie w taki sposób. Aktywnie, na świeżym powietrzu, zdrowo, w pewnej odległości od domu i w najlepszym towarzystwie świata. 

niedziela, 28 czerwca 2015

Wielowarstwowe olejowanie wlosów

Wielowarstwowe olejowanie włosów to termin, który przed chwilą sama wymyśliłam. Postanowiłam dokładnie odżywić włosy nakładając na nie kilka warstw olejków i nie tylko. 


Dzisiaj w Niedzieli dla włosów w rolach głównych wystąpili: olejek babydream fur mama, balsam do ciała eveline argan & vanilla i oliwka dla dzieci babydream. W pozostałych rolach szampon babydream, kallos algowy i witaminowa ziaja bez spłukiwania.


Moje wielowarstwowe olejowanie wyglądało następująco. Zaczęłam od nałożenia na końcówki i połowę długości olejku babydream fur mama. Zaplotłam włosy w warkocz, uznałam że oleju nie widać i poszłam połazić z psem. Po kilku godzinach na końcówki dołożyłam balsam Eveline. O wiele lepiej sprawdza się u mnie na włosach, niż na ciele ;) Po kilku kolejnych godzinach, już całkiem pod wieczór, rozprowadziłam na całych włosach oliwkę dla dzieci babydream i poszłam spać. Rano zmyłam wszystko szamponem babydream. Tym razem nie zabrakło cieplej wody (patrz: mała włosowa katastrofa), ale żeby nie było nudno, to mi się żarówka w łazience przepaliła. Myślałam, że to nic takiego. Co to za filozofia w końcu zmienić żarówkę. Zapomniałam tylko, że żarówka musi chcieć się zmienić. Moja nie chciała. Wymiana żarówki to wcale nie jest taka łatwa rzecz. Wracając do tematu umyłam włosy babydreamem dwa razy i nałożyłam algowego kallosa. Po 20 minutach spłukałam, a na podeschniętych włosach rozprowadziłam odżywkę bez spłukiwania. 






Moje włosy prezentowały się, jak wyżej. Nie wiem w sumie, czy jest spoko, czy bardzo kiepsko. Dla mnie nie najgorzej, chociaż końcówki są jakby trochę za suche. W ogóle coraz częściej mam włosowe kryzysy. Dbam o nie, dobrze się odżywiam, wydziwiam z olejowaniem a one prawie nie rosną i cały czas wyglądają trochę marnie. Oczywiście jest lepiej, niż było na samym początku.  

sobota, 27 czerwca 2015

Egzotyczna i słodka owsianka daktylowa z kokosem

Jeżeli mam ochotę na coś bezczelnie słodkiego i zamulającego, co nie byłoby jednak batonikiem bądź ciastkiem sięgam właśnie po owsiankę daktylową. Jest naturalnie bardzo słodka, ale też całkiem zdrowa. Jej przygotowanie zajmuje zaledwie kilka minut, a składniki należą do najtańszych dodatków owsiankowych. 



Egzotyczna i słodka owsianka daktylowa z kokosem - prosta i tania
Daktylowa owsianka z kokosem powstaje poprzez wymieszanie i mocne podgrzanie np. w mikrofalówce następujących składników: płatki zbożowe, daktyle, wiórki kokosowe, mleko. Daktyle lubię pokroić na mniejsze kawałki. Zużywam około 10 daktyli, do tego ok. 3 łyżek płatków i 2-3 łyżeczki wiórek kokosowych. Wiecie, że jestem strasznym krakowskim centusiem dlatego przypomnę, że daktyle to chyba najtańsze bakalie. Kilogram spokojnie można kupić poniżej 10 zł i starczy na dłuugo. Paczka wiórek kokosowych to nie więcej niż 2 zł za 100 g a są bardzo wydajne. Płatki owsiane wiadomo, że kosztują grosze. Najdroższe w tym wszystkim jest chyba mleko i prąd ;) 


Egzotyczna i słodka owsianka daktylowa z kokosem - bardzo zdrowa

Płatki zbożowe chociaż takie zwyczajne i pospolite są bardzo spoko. Zawierają sporo błonnika, który zapewnia uczucie sytości i wspomaga pracę jelit. Dostarczają również dużej ilości węglowodanów złożonych, czyli są świetnym źródłem energii. Ponadto płatki zbożowe są bogate w witaminy z grupy B, mają też trochę mikroelementów. Panuje teraz moda na demonizowanie zboża, a przynajmniej tych pospolitych gatunków jak pszenica, ale także żyto czy owies. Ja nie podchwyciłam tej mody. Nie nabawiłam się również nagle nietolerancji glutenu.



Wiórki kokosowe niby są bardzo kaloryczne, ale też jak już pisałam wyżej bardzo wydajne. I jak przyjdzie co do czego, to się okazuje, że zjadam ich naprawdę niewiele. Za mało, żeby miały mnie upaść do rozmiarów słonia. Zawierają też bardzo dużo tłuszczu, ale patrz wyżej. Poza tym tłuszcz też jest potrzebny. Wiórki kokosowe też mają nieco przydatnych mikroelementów jak potas czy magnez. Przy okazji szału na olej kokosowy na pewno wiórkom również warto dać szansę. 

Daktyle zawierają dużo błonnika, idealne dla osób mających problemy z zaparciami. Są bardzo słodkie i szybko dostarczają energii. Są bogatym źródłem witaminy A, zwierają również sporo mikroelementów. 

Mleko to produkt kiedyś bardzo zdrowy, a teraz prawie wyklęty. Mnie jakimś cudem nie szkodzi. Co więcej uważam, że mleko jest zdrowe. Zawiera sporo białka jak na picie, a do tego tłuszcz w komplecie z witaminami A i D. No i jeszcze wapń. Oczywiście jeżeli ktoś się mleka boi lub gardzi można użyć mleka roślinnego albo zwykłej wody. Smak będzie pewnie nieco inny, ale może wcale nie gorszy. 


Owsianka daktylowa z kokosem to prosty sposób na słodki i energetyczny poranek. Polecam wszystkim słodyczolubnym. Nie zawiedziecie się. Dla wielbicieli słodkości przypominam również Przepis na owsiankę bananowo-kakaową

środa, 24 czerwca 2015

Dwie zaskakujące książki o małych, skrzywdzonych dziewczynkach

Przeczytałam ostatnio dwie książki: "Drzwi do grudnia" autorstwa Dean Koontz  i "Hopeless" autorstwa Colleen Hoover. Książki o małych, skrzywdzonych dziewczynkach. Obydwie książki są zaskakujące, wręcz szokujące, chociaż tło wydarzeń jest całkiem inne. "Drzwi do grudnia" Dean Koontz oscylują wokół tematyki policyjnej, pełno w niej zabójstw. "Hopeless" Colleen Hoover to opowieść o nastolatce i jej pierwszej wielkiej miłości, czyli dom szkoła, chłopak.



Wspominam o tych książkach w jednym wpisie, bo wiele mają ze sobą wspólnego. Cała akcja toczy się wokół małej i trochę starszej dziewczynki, obydwie okrutnie skrzywdzone. "Drzwi do grudnia" zawierają już elementy fantastyczne, podczas gdy "Hopeless" tylko kompletnie niewiarygodne i moim zdaniem nieco naciągane. Obydwie książki są mocne i mało realistyczne. Ale to nie ważne. Nie zawsze chcę czytać coś, co mogłoby się zdarzyć. Nie przepadam też za całkiem odrealnioną fantastyką, ale "Drzwi do grudnia" dają radę. W "Hopeless" drażniły mnie trochę te wszystkie typowo nastoletnie sceny. Pewnie dlatego, że jestem już stara ;) Tak czy inaczej wolę kiedy bohaterowie książki są irytujący, niż kiedy są nudni. Zarówno "Drzwi do grudnia" Dean Koontz jak i "Hopeless" Colleen Hoover to zagadka, ale taka, którą w miarę łatwo można rozwiązać. I zawsze to jakaś satysfakcja odkryć to, co zostanie przed czytelnikiem odkryte dopiero za kilka czy kilkanaście stron.

Drzwi do grudnia" autorstwa Dean Koontz  i "Hopeless" autorstwa Colleen Hoover nie są to moim zdaniem książki wybitne. Mocne, ale gdyby nie to, że o nich piszę na 100% po roku bym już o nich nie pamiętała. Niemniej jednak uważam, że mogę z czystym sumieniem polecić, bo to ciekawa lektura do autobusu, w poczekalni lub przed spaniem. No chyba, że ktoś jest wybitnie wrażliwy i bardzo się wczuwa, wtedy przed spaniem nie polecam. 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Co zawdzięczam tacie?

Dzień Ojca w Polsce obchodzimy 23 czerwca. Mam wrażenie, że to święto jest jakoś mniej "popularne" niż Dzień Matki. Mniej nagłaśniane i trochę tak w cieniu. Dzień Ojca podobnie jak np. Dzień Chłopaka wypada dość blado w obliczu Dnia Matki czy Dnia Kobiet. Niedawno się zastanawiałam nad powodem i już wiem. Po prostu kobiety z reguły przywiązują większą wagę do tych wszystkich rocznic. A mężczyźni nieraz o własnych urodzinach zapominają ;) Z powodu zbliżającego się Dnia Ojca wybrałam kilka ważnych rzeczy, które zawdzięczam mojemu tacie.


Życie
Tak po prostu. Takie oczywiste, ale bardzo ważne. Tata (do spółki z mamą) dali mi życie. I wszystko to, co później udało mi się osiągnąć, wszystkie moje radości wynikają właśnie z tego daru. Daru życia. Dać komuś życie to najwięcej, co można dać. (No tylko później trzeba się pilnować, żeby mu tego życia nie zniszczyć, a to już znacznie trudniejsze). 

Z niczego nie muszę się tłumaczyć ani niczego wstydzić
Całe życie konsekwentnie tata swoją postawą uczył mnie, żebym nie wstydziła się rzeczy, których nie trzeba się wstydzić i nie tłumaczyła z rzeczy, z których nie trzeba się tłumaczyć. I później np. nigdy nie wstydziłam się za przypałowych znajomych, bo każdy wstydzi się za siebie i za siebie odpowiada. Nie wstydziłam się również starego telefonu, bo działał i zaspokajał wszystkie moje potrzeby. Tzn. dzwonił, wysyłała smsy, miał budzik, kalendarz, notatnik, kalkulator, nawet odtwarzacz muzyki. Wszystko, czego było mi trzeba, a nawet więcej. A ja potrzeby lansu telefonem jakoś nie miałam. Że potrzebuję wifi dowiedziałam się dopiero, jak dostałam na urodziny od chłopaka smartfona ;) Tata zawsze mówił, że wstyd to jest kraść a nie np. dorabiać sobie sprzątaniem. Nie trzeba się wstydzić choroby czy kiepskiej sytuacji finansowej. No chyba, że wynika ona z naszych głupich decyzji. Wtedy trzeba jak najszybciej się ogarnąć i zmądrzeć, bo po co być biednym, jak można nie być biednym. Tata pokazał mi również że nie ma potrzeby tłumaczenia się czemu chodzę spać tak wcześnie, czemu w weekend nie byłam na melanżu i czemu cały czas tkwię z nosem w książce. Bo tak lubię. Nic złego nie robię i nie ma się z czego tłumaczyć. Kiedyś w podstawówce jedna dziewczynka przyleciała do mnie z rewelacją, że reszta dziewczyn się ze mnie śmieje, że mam tylko jedną elegancką sukienkę. No bo mam tylko jedną elegancką sukienkę - odpowiedziałam jej. Dopiero za jakiś czas zorientowałam się, że ona wcale nie chciała zapytać o moją sukienkę tylko chciała zrobić mi przykrość i skłócić z dziewczynami. Ale wciąż nie rozumiałam, co złego jest w posiadaniu tylko jednej wyjściowej sukienki, skoro zakładam ją i tak dwa razy do roku (rozpoczęcie i zakończenie roku) i szczerze jej nie znoszę, bo wolę biegać w spodniach. A z wiekiem zaczęłam jeszcze mniej przejmować się, co ludzie powiedzą. Zawsze tylko upewniam się, czy przypadkiem nikogo (również siebie!) nie krzywdzę. Jeżeli tak, to droga wolna, hulaj dusza ;)

Bieganie
To tata mnie zainspirował, zachęcił, wspierał i robi to cały czas. Myślę, że gdyby nie on nie zaczęłabym biegać lub już bym przestała. Ewentualnie truchtałabym sobie czasami, ale jestem pewna że gdyby nie tata nigdy nie przebiegłabym maratonu. I wszystkie swoje biegowe sukcesy zawdzięczam właśnie jemu. I bardzo się cieszę, że ojciec daje mi taki dobry przykład. Zamiast siedzieć z puszką piwa przed telewizorem i narzekać na politykę on zalicza kolejne maratony i mierzy coraz wyżej, wyznaczając sobie coraz bardziej ambitne cele. Dzięki tacie zaczęłam biegać dużo i na poważnie, co z kolei zaowocowało nowymi znajomościami i lepszą kondycją.



Zainteresowanie książkami
Chociaż to moja mama jest bibliotekarką, tak jakoś wyszło, że z książkami zawsze bardziej kojarzył mi się tata. Do dzisiaj to on podrzuca mi większość książek. Z nim też o książkach rozmawiam. Z mama jakoś nie, chociaż obydwie mamy bibliotekarskie wykształcenie ;)

Pływanie
To tata nauczył mnie pływać. W szkole na basenie nic nie wskazywało na to, że mogę mieć jakikolwiek potencjał w tej dziedzinie. A kiedy tata przystąpił do dzieła okazało się, że umiem pływać i to bardzo dobrze i wcale nie boję się głębokiej wody. Nie pamiętam, czy ze względów bezpieczeństwa czy mojego strachu nie przerobiliśmy jednak skoków na główkę. Nauczyłam się dopiero na basenie na studiach. Bez większych problemów, ale akurat do tej formy wodnej aktywności nigdy nie zapałałam miłością. (Tata nauczył mnie również jeździć na rowerze, ale na tym dwukołowym potworze nigdy nie czułam się do końca tak pewnie, jak w wodzie).

Podstawowe umiejętności komputerowe
Komputer miałam w domu chyba od pierwszej klasy podstawówki, o ile dobrze pamiętam. Dzięki tacie zawsze jakoś sobie radziłam na lekcji informatyki, chociaż w liceum przeżywałam z tego powodu ogromny stres. Nauczyciel był bardzo spoko (nawiasem mówiąc był księdzem i jedynym informatykiem w szkole, który rzeczywiście umiał naprawić, to co się zepsuło ;) świeccy informatycy niestety nie dawali sobie rady, więc może rzeczywiście coś jest na rzeczy z tą wiarą), ale ja z jakiegoś powodu przed każdą lekcją panicznie się bałam, że zepsuję komputer. Tyle dobrego, że informatyka bardzo często przepadała. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć co się stało, że tak strasznie się tych komputerów bałam. No w każdym razie to tata nauczył mnie podstawowych rzeczy, które się powinno umieć. Poza HTMLem, którego nauczyłam się sama i z którego już i tak mało co pamiętam. 

Konto w banku
Jak miałam chyba 13 lat tata założył mi konto w banku. Ja wcale nie chciałam i mówiąc szczerze nie korzystałam z niego w ogóle przez kolejne 10 lat. No ale było sobie w razie potrzeby. Później złożyliśmy razem wniosek o kartę, z której też ani razu nie skorzystałam i straciła ważność ;)

Miłość do gór
Od dziecka jeździliśmy na wakacje i weekendy do Zakopanego (bo blisko), ale dopiero w wieku 17 lat podczas długiej wędrówki we dwoje pokochałam góry miłością wielką, choć trudną. I jak na ironię od tego czasu w górach byłam dosłownie kilka razy. Dzięki tacie pokochałem to wchodzenie pod górę, nauczyłam się zwracać uwagę na piękne widoki pomimo zmęczenia i nie zawsze idealnej pogody. Ta przełomowa wędrówka dodała mi bardzo dużo do samooceny (szczególnie, że akurat byłam wtedy dość słaba i chora i właściwie nie bardzo powinnam mieć siłę na takie ekscesy). Uświadomiłam sobie wówczas jak ogromną rolę odgrywa nasze nastawienie i psychika, które są ważniejsze od siły tkwiącej w mięśniach. Góry są wyjątkowe. Piękne i trudne. Tak jak ja hahaha ;) Czasami tak mam, że nie chce mi się gadać. Dlatego wspinaliśmy się na szczyty w milczeniu. Że niby, żeby nie tracić sił na gadanie i nie rozregulować oddechu. 


Jestem wdzięczna tacie za wiele rzeczy. Przede wszystkim za poświęcony czas, za miłość i za wychowanie mnie na w miarę ogarniętego człowieka. Za jedno tylko nie jestem wdzięczna. Za te godziny spędzone nad ćwiczeniami z matematyki. Przykro mi, ale teraz z perspektywy czasu mówię to samo co wtedy. Na nic się to nie zdało, do niczego nie było mi potrzebne. Matematyki jak nie umiałam tak nie umiem nadal i mogliśmy jakoś lepiej ten czas wykorzystać np. na rower lub książki. 

niedziela, 21 czerwca 2015

Polecam książkę: Nick Vujicic - Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!

Nick Vujicic - "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" to książka, którą dostałam pewnego dnia, zupełnie bez okazji od taty. Bez okazji, ale nie bez powodu. Tata powiedział, że daje mi tę książkę, bo niedawno wspomniałam o niej na blogu, a nie miałam okazji przeczytać jej w całości.


"Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" to książka, którą warto przeczytać z kilku powodów. Najpierw, żeby wiecznie narzekającym zrobiło się głupio, że taki Nick bez kończyn nie dość że jest szczęśliwy to jeszcze odniósł ogromny sukces i jest mentorem i wzorem dla wielu. Potem, żeby czerpać motywację i ukojenie z mądrych słów Nicka. I w końcu, żeby potraktować "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" jak przewodnik do swojego sukcesu. A przynajmniej inspirację.

Ja na szczęście już wyrosłam z wiecznego narzekania ma wszystko, więc pierwszy powód odpada. Ale motywacja i inspiracja są mi jak najbardziej potrzebne. Każdemu się przydadzą. Książka Nicka Vujica również każdemu, kto jeszcze jej nie czytał, się przyda. Chociażby dlatego, że ten człowiek jest takim fenomenem, że zwyczajnie warto znać go przynajmniej z książki.



Nick Vujicic - "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" - cytaty

Chciałam wybrać pozytywne, fajne i motywujące cytaty. Było to zadanie z jednej strony banalne, a z drugiej bardzo trudne. Banalne, bo właściwie cała książka jest jednym wielkim tekstem motywacyjnym. Praktycznie co czwarte zdanie się nadaje. Dlatego też zadanie wybrania najlepszych cytatów było trudne. Ciężko było mi zdecydować, które zdania z tego ogromu wybrać.

Mam wybór - i Ty też masz wybór. Możemy skupić się na rozczarowaniach i brakach, możemy wybrać zgorzknienie, złość lub smutek. Ale możemy też postanowić, że nawet gdy przeżywamy trudne chwile lub stykamy się z niesympatycznymi ludźmi, wyciągniemy z tego doświadczenia jakąś naukę i pójdziemy dalej, biorąc w swoje ręce odpowiedzialność za własne szczęście.

Samo pragnienie zmian jeszcze niczego nie zmieni, ale jeśli postanowisz działać, Twoja decyzja doprowadzi do pozytywnych zmian!



Jeśli dziś przeżywasz frustrację, nie martw się. Poczucie frustracji oznacza, że oczekujesz czegoś więcej. Bardzo dobrze. Nierzadko to właśnie problemy i trudności, z którymi się borykamy, pokazują nam, do czego naprawdę powinniśmy dążyć i jacy winniśmy się stawać.

Niektóre rany goją się szybciej, gdy jesteśmy aktywni i nie stoimy w miejscu.

Gdy potrzebujesz współczucia, okazuj współczucie innym ludziom. Gdy potrzebujesz przyjaźni, bądź przyjacielem. Gdy potrzebujesz nadziei, stawaj się źródłem nadziei dla innych. 


W dzieciństwie myślałem, że gdyby Bóg dał mi ręce i nogi, byłbym szczęśliwy już do końca życia. (...) W późniejszych latach odkryłem jednak, że mogę być szczęśliwy i spełniony także bez rąk i nóg.



Książka "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" to autobiograficzna opowieść o Nicku począwszy od jego najmłodszych lat, które zna tyle z opowiadań, aż do czasów obecnych, kiedy jest szczęśliwym i spełnionym człowiekiem sukcesu. W książce bardzo wiele jest przemyśleń i porad, dla wszystkich tych, którzy jeszcze nie odnaleźli swojej drogi do szczęścia.

Ktoś kiedyś zarzucił, że Nick za dużo pisze o Bogu. Może, ale nie jest to w żaden sposób nachalne. raczej naturalne. Pisze jakby Bóg był codziennym elementem jego życia, a nie jakby kogokolwiek próbował nawracać na swoją wiarę. Zresztą niewierzący już wypracowali sobie skuteczny trick: w miejsce słowa Bóg należy wstawić los/karma/przeznaczenie, co tam komu pasuje.

Jak większość ludzi mam lekką alergię na pouczanie i wymądrzanie się. W książce Nicka tego nie zauważyłam. Wyczułam natomiast ogromny entuzjazm i szczerość. On nie mógłby udawać! "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" czyta się szybko i przyjemnie. Połączenie poradnika z fascynującą autobiografią to zawsze dobry pomysł. Polecam książkę Nick Vujicic - Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!

piątek, 19 czerwca 2015

Olejowanie włosów, a kremowanie włosów - wady, zalety, co lepsze?

Olejowanie włosów czy może kremowanie włosów? Czym się różnią? Jakie są ich zalety i wady? Olejowanie włosów i kremowanie włosów to dwa na pierwszy rzut oka podobne zabiegi pielęgnacyjne, które możemy łatwo przeprowadzić w domowych warunkach i które mają szansę dać na prawdę dobre rezultaty. 

Wśród włosomaniaczek są zarówno zwolenniczki olejowania włosów, jak i zwolenniczki kremowania włosów. Ja nie potrafię się opowiedzieć po żadnej stronie. Stosuję oba zabiegi w zależności od... nastroju. I obydwa lubię. Moje włosy też lubią i olejowanie i kremowanie. Dzisiaj postanowiłam je ze sobą porównać.

Przewaga olejowania włosów
  • łatwiej jest rozprowadzić na włosach olej niż krem/balsam/mleczko
  • efekty olejowanie włosów z reguły są bardziej intensywne niż kremowania
  • olejki generalnie lepiej wypadają pod kontem składu, bo nie muszą mieć żadnych dodatkowych, niepotrzebnych składników
  • olej się praktycznie nie wchłania i nie paruje z niego woda, więc zużywamy go mniej niż byłoby to w przypadku kremu

Włosy po olejowaniu
Przeczytaj też więcej na temat: olejowanie.


Przewaga kremowania włosów
  • kremowanie mniej brudzi całe otoczenie, łazienkę i pościel niż olejowanie
  • krem/mleczko/balsam  łatwiej jest zmyć z włosów niż olej
Włosy po kremowaniu
Przeczytaj też więcej na temat: kremowanie włosów

Olejowanie włosów wygrało 4:2 z kremowaniem włosów. Przynajmniej u mnie tak to wygląda. Co nie znaczy, że kremowanie jest gorsze. każdy musi wybrać taki sposób pielęgnacji włosów, który najbardziej odpowiada mu pod każdym kontem. A ważniejszy od formy kosmetyku jest zwyczajnie jego skład. Są świetne balsamy idealne na włosy i są też kiepskie olejki, które nadają się jedynie do oliwienia zawiasów ;) A w sumie to do tego też nie. Ja stosuję zamiennie olejowanie i kremowanie, chociaż muszę przyznać że w całej swojej włosowej przeszłości zdecydowanie więcej olejowałam. 

Ciekawym pomysłem, żeby udoskonalić pielęgnację włosów jest połączenie olejowania i kremowania. Wówczas nakładamy na włosy bardzo bogatą mieszankę, która ma szansę bardzo intensywnie zadziałać. Dodatkowo po nałożeniu na naolejowane włosy kremu one przestają być tak potwornie tłuste, co jest sporą zaletą. 

Więcej na temat olejowania i kremowania:

A Wy wolicie olejowanie czy kremowanie? Czy dwa w jednym? Mogłybyście coś dopisać do przewagi olejowania lub przewagi kremowania?

czwartek, 18 czerwca 2015

Jak popełnić samobójstwo?

Popełnić samobójstwo, zabić się, skończyć ze sobą, odejść z tego świata... Jak zwał tak zwał, ale chodzi o to samo. Chcę się zabić, bo nie potrafię dłużej znieść cierpienia. Chcę umrzeć, bo nie umiem żyć. Nie chcę już żyć. Moje życie nie ma sensu. Lepiej ze sobą skończyć. Powodów samobójstwa jest bardzo wiele: nieszczęśliwa miłość, śmierć bliskiej osoby, ciężka choroba, bieda, nieplanowana ciąża, presja, przemoc, obojętność... Żadnego nie można bagatelizować. Sposobów na popełnienie samobójstwa również jest wiele. I żaden nie jest w stu procentach skuteczny, szybki i bezbolesny. 

Źródło: pixabay.com
Życie boli, więc przynajmniej niech śmierć będzie szybka i bezbolesna. Niestety nigdy nie ma gwarancji, że tabletki zadziałają tak jak trzeba. Może się skończyć na płukaniu żołądka lub co gorzej na kalectwie. Skok z wysokości nie musi być śmiertelny. Może natomiast skutkować złamaniem kręgosłupa i kalectwem do końca życia. Jeszcze gorzej. Śmiertelnie strzelić sobie w łeb wcale nie jest łatwo, nawet jeżeli na co dzień nieźle posługujesz się bronią. Sposobów, żeby popełnić samobójstwo jest wiele, ale każdy niesie ze sobą ryzyko, że będzie jeszcze gorzej. 

Źródło: pixabay.com
Ludzie nie dostrzegają czyichś problemów, udają że ich nie widzą, boją się, uciekają, bagatelizują, mają własne sprawy. Czasami próbują pomóc, ale robią to tak nieudolnie, że jest tylko gorzej. Zwątpienie narasta. Ból istnienie jest coraz silniejszy. Życie staje się nie do zniesienia. Szukasz pomocy wśród najbliższych, ale jej nie znajdujesz. Oni Cię nie rozumieją. Nie chcą lub nie potrafią Ci pomóc. Jesteś z tym wszystkim sam. Przytłacza Cię to. Wykańcza. Zabić się, skończyć ze sobą, popełnić samobójstwo wydaje się jedynym rozwiązaniem. Znikąd pomocy. Ale jest jeszcze szansa. 
Źródło: pixabay.com
Daj sobie jeszcze jedną szansę. Zadzwoń pod jeden z poniższych numerów. Tam znajdziesz ludzi, którzy chcą Ci pomóc. Chcą Cię zrozumieć. Nie zbagatelizują Twoich problemów, nie każą się "ogarnąć" i "przestać użalać nad sobą", nie wyśmieją. Pomogą. Spróbuj. Zabić się zawsze zdążysz, a utraconego życia już nie odzyskasz. Nie odzyskasz też żadnej minuty spędzonej w rozpaczy i depresji. Daj sobie pomóc już teraz. W tej minucie. Po prostu zadzwoń. Nic nie tracisz. 

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej


Jeżeli jednak wciąż zamierzasz ze sobą skończyć:

środa, 17 czerwca 2015

Biegam Bo Lubię - kolejne artykuły mojego autorstwa

Kolejna porcja moich tekstów zamieszczonych na stronie akcji Biegam Bo Lubię. Tym razem dominują poradniki, ale jest też garść przemyśleń i jeden luźny, żartobliwy tekst. Zapraszam do lektury i do dzielenia się swoimi uwagami. 


Zapraszam również na sobotnie zajęcia BBL. Na krakowskich czasami się pojawiam ;)

niedziela, 14 czerwca 2015

Peeling skóry głowy fusami kawy

Peeling skóry głowy jest bardzo ważny. Pozwala dokładnie oczyścić skórę głowy i jednocześnie stanowi relaksujący masaż. Obie te czynności mają pozytywny wpływ na zdrowie włosów i ich wzrost. Regularnie wykonujemy peeling całego ciała, a wiele osób zapomina o skórze głowy. Ba, niektórzy nawet nie wiedzą, że tak w ogóle można. 

Źródło: pixabay.com
Ja niestety peeling skóry głowy robię bardzo rzadko. Wręcz okazyjnie. A szkoda. Zawsze jakoś mi nie po drodze i z olejowaniem na całą noc wydaje mi się, że mniej zachodu. Ale dzisiaj zrobiłam i jestem z siebie dumna. A wcale nie było trudno ani długo. Bałagan po wszystkim też raczej niewielki. 

Peeling skóry głowy fusami kawy - mój przepis
Wzięłam fusy pozostawione przez mojego kochanego chłopaka po wypiciu dwóch kaw mielonych. Były to w sumie cztery spore łyżeczki kawy i dużo cukru, który w większości i tak się rozpuścił i został wypity. Przelałam je do miseczki i dodałam mocniejszego szamponu z SLS. Tak, żeby jeszcze dokładniej oczyścić skórę głowy. Użyłam go nieco więcej niż stosuję zazwyczaj do mycia włosów. Wszystko wymieszałam.

Peeling skóry głowy fusami kawy - mój sposób
Najpierw włosy długo i dokładnie wyczesałam robiąc przy okazji masaż skóry głowy. Następnie umyłam je łagodnym środkiem bez SLS. Użyłam akurat płynu Facelle. Spłukałam i tutaj zaczyna się część właściwa. Kawowa mieszanka peelingująca oczywiście wyszła mi zbyt wodnista, ale postanowiłam działać tak czy inaczej. Rozprowadzałam peeling na skórze głowy delikatnie masując. W sumie bardziej mi chyba masaż niż peeling wyszedł, no ale nic. Pozostałą resztkę równomiernie wylałam na włosy i dalej masowałam. Mieszanka świetnie się pieniła i zabieg byłby przyjemnością, gdyby nie to że stałam z głową w dół nad brodzikiem. No chociaż gdyby to wszystko lało mi się po twarzy i ciele to lepiej chyba by nie było. Z dwojga złego wolę już z głową w dół. Trochę włączyły mi się obawy, że tych fusów nie wyplątam z włosów, ale obyło się bez katastrofy. Wszystko pięknie się wypłukało. Jasne trzeba zachować przy tym zimną krew, ostrożność i cierpliwość. Takie płukanie może trwać nieco dłużej. 

Po wypłukaniu włosów lekko odcisnęłam je w ręcznik i użyłam Kallosa algowego na 20 minut. Niebawem pewnie jakaś recenzja tej maski na blogu, więc na razie wstrzymam się z opiniami. Na lekko wilgotne włosy nałożyłam Ziaję Intensywne Odżywianie, a potem jeszcze spryskałam końcówki olejowym serum zabezpieczającym. A oto efekt:






Zrobiłam sporo zdjęć. Tym razem od przodu i skupiając się na końcówkach. I tragedii nie ma, ale idealnie też nie jest. Przydałoby się podciąć, ale wiecie jaki to ból ;) A to pierwsze zdjęcie to jeszcze nieuczesane dlatego taka szopa. 

czwartek, 11 czerwca 2015

Małe codzienne radości i przyjemności - część I: poranek

Każdego dnia spotyka mnie przynajmniej kilkanaście miłych rzeczy. Są to rzeczy bardzo zwyczajne, codzienne i dostrzegłam je dopiero niedawno, kiedy postanowiłam bardziej skupić się na pozytywach. Wcześniej jakoś nie dostrzegałam ich, nie zwracała uwagi i nie doceniałam. A szkoda. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak fajny i przyjemny jest mój każdy dzień i za jak wiele rzeczy powinnam być wdzięczna losowi. Im dłużej myślałam o takich codziennych, zwyczajnych pozytywach, tym więcej tego było. Początkowo sądziłam, że uda mi się spokojnie zamknąć wszystko w jednym wpisie, ale okazało się, że nie. Dzisiaj przedstawiam pierwszą część codziennych radości i przyjemności, czyli dobre rzeczy, które spotykają mnie o poranku.



1. Budzę się
Pobudki bywają u mnie różne. Czasami i tak nie mogę spać i czekam niecierpliwie na budzik. Czasami bardzo nie chce mi się wstawać i z trudem zwlekam się z łóżka. Tak czy inaczej zawsze się cieszę, że wstałam. Że nastał kolejny dzień. Że świat się nie skończył, a ja wciąż mam szansę robić te wszystkie wspaniałe rzeczy. Cieszę się, że dostałam kolejny dzień. Zazwyczaj o tym nie myślę, ale gdzieś z tyłu głowy czai się świadomość, że jednak jutra może nie być. Cieszę się, że koniec świata czy mojego życia to jeszcze nie teraz. Zobacz też: Jak dobrze rozpocząć dzień

2. Psie przytulanki
Od jakiegoś czasu moja suczka Piccola śpi z nami w łóżku. Uwielbiam przytulać się do niej na dzieńdobry i głaskać po brzuszku. Jest śliczna, słodziutka, kochana i taka puchata. Każdy poranek zaczynam od psich przytulanek i jest super. Zobacz też: Dlaczego warto mieć psa?


3. Ludzkie przytulanki
Nie ma chyba nic fajniejszego, niż przytulić się z samego rana do ukochanej osoby. Poranki z reguły się chłodne, a ludzie ciepli więc tym bardziej jest super. 

4. Wygodne miejsce w autobusie
Lubię jeździć komunikacją miejską, o ile tylko mam wygodne miejsce przy oknie i najlepiej na podwyższeniu. Żeby to osiągnąć wstaję trochę wcześniej, trochę wcześniej wychodzę z domu i robię sobie kilkunastominutowy spacerek na wcześniejszy przystanek. I tak to jest zdecydowanie tego warte. Gdybym miała całą drogę stać albo nawet siedzieć na miejscu, które mi nie odpowiada podróż do pracy nie byłaby żadną przyjemnością. A tak jest :)

5. Książka w autobusie
Uwielbiam czytać książki. Regularnie chodzę do biblioteki i wypożyczam. Zazwyczaj czytam książki właśnie w autobusach i tramwajach w drodze do pracy i z powrotem. Bardzo to lubię i często nie mogę się doczekać aż usiądę na "swoim" miejscu i otworzę lekturę. Zobacz też: Polecam książkę.


6. Śniadanko
Pierwszy posiłek jem dopiero w pracy. Poradniki mówią co innego, ale mnie ta opcja służy, więc się jej trzymam. Uwielbiam śniadania i czekam na nie z niecierpliwością, bo bez względu na to jak bardzo najadłabym się na noc, w 90% przypadków rano i tak jestem głodna. Zobacz też: Co jem na śniadanie.

Sześć fajnych rzeczy, które spotykają mnie każdego dnia. I to wszystko jeszcze przed 9 rano. A później jest jeszcze lepiej. Stworzenie tej listy zwyczajnych, pozytywnych rzeczy pozwoliło mi dostrzec dobre strony, których kiedyś nie zauważałam. Dostrzec i docenić, bo wiem jak bardzo nieprzyjemnie by było stać w autobusie przez godzinę albo nie mieć się do kogo przytulić rano. 

wtorek, 9 czerwca 2015

II Bieg wokół Kamienia - 7 czerwca 2015

II Bieg wokół Kamienia odbył się 7 czerwca 2015 roku, w 696 rocznicę lokacji wsi. Kamień to wieś w województwie małopolskim, w gminie Czernichów. Do pokonania było nieco ponad 8 kilometrów w pięknej okolicy. Biegło się przez las, mijało jeziora. Widoki były niesamowite, chociaż trasa nie najłatwiejsza. Sporo górek, a upał nie pomagał. Na szczęście były aż trzy punkty z wodą, co na 8 kilometrowych biegach nie zdarza się zbyt często. Bieg wokół Kamienia to bardzo kameralna, ale świetna impreza i kolejny dowód na to, że warto brać udział również w mniejszych biegach organizowanych przez lokalne społeczności.



Remiza OSP w Kamieniu - Biuro Zawodów


Bieg wokół Kamienia to jedna z tych kameralnych imprez biegowych. Na starcie stanęło zaledwie kilkadziesiąt zawodników, w tym kilkanaście kobiet. I tutaj nigdy nic nie wiadomo. Bo z jednej strony mała konkurencja. No ale z drugiej w takich biegach zazwyczaj biorą udział ludzie, którzy już coś biegają. Może nie elita wśród amatorów, ale jednak bardziej zaawansowani biegacze. Przynajmniej tak chyba było tym razem, gdyż udało mi się być wśród wszystkich kobiet trzecią, tyle że od końca ;) Ważne, że nie ostatnia. A najważniejsze, że pobiegłam i dobiegłam. Może przez chwilkę czułam się zażenowana i rozżalona, ale szybko przeszło. Przecież było wspaniale! Biegłam w pięknej okolicy, słoneczko opalało moje blade nie opalające się nogi, mogłam pooddychać świeżym powietrzem, podziwiać widoki, a sam bieg był doskonałym treningiem i świetnym zakończeniem długiego weekendu. Kiedy udało mi się doczołgać na metę dostałam dyplom i wodę. I muszę przyznać, że było ciężko. Na pewno upał zrobił swoje. Sprinty poprzedniego dnia też trochę dały się we znaki. Do tego sporo biegania pod górę. Nie było łatwo. Ale przecież nie zawsze może być łatwo, przyjemnie i z górki. A na pocieszenie wygrałam jeszcze loda. Ja nigdy wcześniej chyba nic nie wygrałam, a od czegoś trzeba zacząć. Może to jest początek mojego wielkiego szczęścia i już niedługo wygram coś w totolotku ;) Bieg wokół Kamienia zakończyłam z oficjalnym czasem 57 min i 22 sekundy.




  
Na wyróżnienie zasługuje doskonała organizacja. Absolutny brak kolejek do czegokolwiek. Papier w toalecie, a nawet dwa mydła do wyboru. W ramach pakietu startowego dostałam torbę ekologiczną a w niej dużo książeczek ze zdjęciami przyrody i mapami oraz dwa ekologiczne długopisy. Sto razy lepszy taki pakiet startowy niż kilkanaście ulotek. Oczywiście w biurze zawodów padło nieśmiertelne pyanie "A czy pani jest pełnoletnia?" ;) Po biegu na zawodników czekała tradycyjna zupa biegaczy z jajkiem i naprawdę sporą ilością kiełbasy ;) Od serca. A później było... ciasto. Dużo kawałków różnych pysznych ciast. Jak pani wniosła to ciasto to już zmęczenie kompletnie zniknęło. Atmosfera była wręcz domowa, a każdy kto tylko miał ochotę mógł również poprosić o herbatę lub kawę.



II Bieg wokół Kamienia na pewno będę wspominać. Trudna, ale piękna trasa, świetna atmosfera i doskonała organizacja. Warto było. Idealne zakończenie długiego weekendu. Poniżej jeszcze kilka screenów z endomondo.



Biegłam prawie godzinę ze średnim tempem 7:04 min/km. Maksymalne tempo jakie udało mi się osiągnąć to 3:12 min/km czyli w tym całym powolnym toczeniu się były i szybsze momenty. Zapewne gdzieś z górki. Bo górek było sporo.

Kliknij, aby powiększyć
Najszybszy był drugi kilometr - 5:25 min/km, a najgorszy ostatni, który właściwie w całości szłam (9:17 min/km). No do mety resztką sił dobiegłam tzn. dotruchtałam.

Tangle Teezer po roku użytkowania

Szczotkę Tangle Teezer mam już ponad rok. Myślę, że to wystarczająca ilość czasu, żeby dokonać ostatecznego podsumowania TT. Nie będzie ono długie, bo właściwie wszystko co o tangle teezer miałam napisać już napisałam. Dzisiaj tylko krótko podsumuję rok z tą szczotką.


Tangle Teezer po roku użytkowania nie jest już jak nowa. Ząbki nieco się powyginały. Gorzej to wygląda, ale wciąż doskonale czesze. Szczotka kilka razy mi spadła i trochę się wygięła tak, że nie da się jej całkiem domknąć. Oprócz tego, że źle to wygląda to przez tę szparę wpada woda podczas mycia. To drobny problem, bo trzeba TT jedynie po myciu otworzyć i wytrzeć lub poczekać aż wyschnie sama. Nie mam w tym momencie porównania z nową, ale podejrzewam, że kolor też nieco wyblakł. Ostatnim defektem po roku używania tangle teezer jest to, że zaczyna się robić taka chropowata. Na razie tylko na jednym brzegu, ale widzę początki tego procesu również na ząbkach. Nie wiem, czy na zdjęciach będzie to widoczne, czy musicie mi uwierzyć na słowo ;) Nie ma też pojęcia czy to tylko defekt estetyczny czy może mieć jakiś zły wpływ na włosy. Jeżeli wiecie coś na ten temat dzielcie się śmiało. Poniżej zdjęcia mojej starej, wysłużonej TT ;)




A jak wglądają wasze szczotki po roku używania? A o kilku latach? Podzielcie się swoimi obserwacjami? Co ile czasu w ogóle należy wymieniać tangle teezer?

Zobacz też:

niedziela, 7 czerwca 2015

Olejowanie (oliwka Babydream) plus kremowanie (mleczko do ciała Venus) włosów

Olejowanie i kremowanie włosów jednocześnie to taki mój ekstra zabieg. Stosuję go, kiedy zależy mi na intensywnym odżywieniu lub świetnym efekcie. Albo kiedy mam za dużo czasu i chęci na pielęgnację włosów ;) I właśnie oto ten czas nastał, dlatego dzisiaj olejowanie i kremowanie. W roli głównej znana wszystkim oliwka Babydream oraz mleczko do ciała Venus. 




Na zdjęciach powyżej możecie podziwiać zdjęcia z fleszem i bez flesza. Włosy są wygładzone i zdyscyplinowane, tak jak lubię. Nie puszą się, nie latają na wszystkie strony, ale wyglądają świeżo i czysto czyli tak jak włosy po myciu wyglądać powinny. Cały czas mam tylko wrażenie, że nie rosną. W ogóle. Nic a nic. Tyle już zapuszczam, a one cały czas mają tę samą długość. 

Właściwie to nie wiem, jak długie chciałabym mieć włosy docelowo. Dłuższe. Zawsze chciałam dłuższe. Ale gdzieś przecież ta granica musi być. Kiedy włosy będą dla mnie za długie?


Poniżej główni bohaterowie dnia dzisiejszego





















Lubię te kosmetyki za przystępną cenę i wielofunkcyjność. Pachną też całkiem ładnie. A i oczywiście skład bardzo spoko. Dużo dobroci dla włosów i ciała. w mleczku mamy wysoko glicerynę, masło shea i olej kokosowy a w oliwce olej słonecznikowy, migdałowy i jojoba. 


Zobacz też: 




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...