niedziela, 31 maja 2015

Parkrun Kraków #103 - Parkrunowy Dzień Dziecka

W sobotę ma do wyboru dwie opcje. Albo Parkrun albo BBL. No jest jeszcze trzecia: zostać przy kompie, ale ta trzecia opcja jest jakby gorsza ;) Tydzień temu byłam na zajęciach Biegam Bo Lubię, więc dzisiaj zdecydowałam się na Parkrun. Żeby było sprawiedliwie.



Pogoda zapowiadała się bardzo dobrze. Słonecznie, ale nie za ciepło. Tylko jak wyszłam z autobusu los postanowił sobie ze mnie zakpić i przez chwilę zaczęło lekko mżyć. Może nie znam się na żartach, ale to w ogóle nie było zabawne. Na szczęście nim doszłam na miejsce startu przestało kapać z nieba. Błonia prezentowały się bez zarzutów. 


Dzisiaj biegło mi się tak sobie, bo w połowie biegu zaczął mnie boleć brzuch. Na wykresie poniżej wyraźnie widać, jak bardzo zwolniłam na 4 kilometrze. Ale tragedii nie było, bo przebiegłam bez zatrzymywania się. I tym razem już nie rozwiązał mi się but. 
Źródło: facebook.com/parkrunkrakow fot. Richie
Przebiegłam parkrunowe 5 km w czasie 26:16 i byłam 86 na 122 startujących. Byłam też 15 kobietą na 30 startujących, czyli dokładnie w połowie.

Źródło: facebook.com/parkrunkrakow fot. Richie
Dane Endomondo jak zwykle nie są tak całkiem dokładne. M.in. dlatego, że włączyłam je na chwilę przed startem. Bałam się, że później nie zdążę albo że mnie ludzie z tym telefonem stratują. No po co ryzykować. Z reguły włączam trochę wcześniej, niż powinnam. 


Kliknij, aby powiększyć
Biegłam ze średnim tempem 5:47 min/km. najszybszy był 2. kilometr (5:15 min/km). Pierwszym najwolniejszym bym się nie sugerowała, bo jak już wspominałam włączyłam endomondo i jeszcze przez chwilę stałam czekając na start. 3. kilometr przebyłam nieznacznie tylko wolniej (5:17 min/km), natomiast 4. km to już 6:03 min/km. Ale i tak jestem zadowolona (jak zwykle), że się zmotywowałam i że przebiegłam:)

sobota, 30 maja 2015

Spacerek z pieskiem [fotorelacja]

Sobota zapowiadała się pięknie, więc zaraz po parkrunie postanowiłam pójść z moją Piccolą na długi spacer. Niech chociaż piesek ma coś od życia.


Najpierw trochę poopalałyśmy się leżąc na trawie. Piccola biegała, a ja próbowałam czytać książkę. Nie poczytałam sobie, bo cały czas pilnowałam pieska. Rzadko spuszczam ją ze smyczy, bo boję się, że albo coś się na nią rzuci albo ona na kogoś. Piccola jest łagodnym pieskiem, nigdy nikogo nie ugryzła ale zdarza jej się warczeć np. na dzieci. Wiadomo, że wolałabym uniknąć sytuacji kiedy pies bez smyczy leci w kierunku dziecka i warczy. Dlatego puszczam ją tylko na dużych przestrzeniach, jeżeli akurat jest pusto. Dzisiaj na szczęście było i Piccola mogła sobie trochę pobiegać luzem. 


Poszłyśmy na Kopiec Kraka. ja weszłam a Piccola została wniesiona. Nie dlatego, że nie miała siły. Bardziej dlatego, że nie bardzo chciała współpracować z pozostałymi wędrowcami nadchodzącymi z naprzeciwka. Tzn. po prostu zwyczajnie nie chciała schodzić na jedną stronę tylko szła sobie środkiem (który wcale nie był szeroki). 


Później poszłyśmy gdzieś dalej przed siebie i... sama nie wiem, gdzie byłyśmy. Żałuję, że nie włączyłam sobie endomondo, bo bym wiedziała. Wiedziałabym też, ile mniej więcej kilometrów przeszłyśmy. Cały spacer zajął nam 3 godziny, a szłyśmy powoli i miałyśmy przerwę na opalanie i bieganie, więc ilość kilometrów nie będzie zatrważająca. I w sumie nie o to chodziło. 



Widoki były przepiękne. Zdjęcia robione telefonem, więc nie do końca oddają rzeczywistą jakość krajobrazu. Było przepięknie, wręcz bajkowo. Słonecznie i ciepło, ale nie za gorąco. Dużo dawał chłodny wiaterek. 


Piccola prowadziła i pewnie gdyby jej nos to w drodze powrotnej bym pobłądziła. Jak już wspomniałam w sumie, to ja nie wiem, gdzie byłam ;) Ale było świetnie. Piccola też wyglądała na zadowoloną. 




Uwielbiam spacery, szczególnie w pięknych okolicznościach przyrody. Niezbyt udaje mi się wybrać na taki spacer, dlatego bardzo je doceniam. Dzisiaj wyjątkowo, bo chwile po naszym powrocie zaczęło strasznie padać.

Zobacz też:

piątek, 29 maja 2015

Co byś chciała na urodziny?

1 czerwca mam urodziny i od dawna ogromny problem sprawia mi tytułowe pytanie. Co byś chciała na urodziny? Co bym chciała na urodziny? Kiedy pada to pytanie zawsze mam ochotę gdzieś uciec. Odpowiadanie, co bym chciała dostać nastręcza mi wiele trudności. Z kilku powodów.

Źródło: pixabay.com
Po pierwsze jestem typem Zosi-Samosi. Jeżeli tylko mogę wolę sama sobie wszystko załatwić. W związku z tym nie przywykłam do proszenia o coś, czy nawet wyrażania swoich pragnień. Jak chcę nowe buty, to je sobie kupuję. Jak mnie nie stać to szukam tańszego zamiennika, oszczędzam pieniądze, staram się zarabiać więcej lub sobie odpuszczam. Proste. Straszny problem sprawia mi pytanie, co ja bym mogła od kogoś chcieć. 

Po drugie ja już wszystko mam. Mam wszystko co jest mi niezbędne do życia i sporo rzeczy, które bywają przydatne lub fajne. Nic mi nie brakuje. Nie wiem, co mogłabym chcieć dostać, jak wszystko co potrzebne już mam. A jeżeli nie mam to patrz akapit wyżej. 

Po trzecie nie lubię mówić, co bym chciała, bo wolę, żeby ktoś sam się wysilił i wymyślił. Taki prezent ma dla mnie podwójne znaczenie, bo jest w nim coś osobistego. Pomysł. Zamówić to ja sobie mogę coś w internecie. Ale zamawianie prezentu nie do końca mnie satysfakcjonuję. Chcę dostać coś od serca. Coś, co ważna dla mnie osoba uzna za słuszne. Chcę dostać to, co ktoś chce mi dać. I nie chodzi mi tutaj o niespodziankę, bo akurat nie szaleję za niespodziankami. Nie mam nic przeciwko, ale też nie jest tak, że uwielbiam niespodzianki. Nie chodzi też o to, że lubię komuś komplikować życie i utrudniać. Po prostu dla mnie fajny prezent to taki, który wynika w całości z  czyjejś inicjatywy, a nie mojego zamówienia. 

Jeden z ważniejszych prezentów: własnoręcznie wycięte serce z kamienia

Czy prezent powinien być praktyczny?
Nie dla mnie. Tzn. może, nie mam nic przeciwko. Rok temu dostałam od taty plecak. Bardzo praktyczny prezent. Tata widział, że na treningi chodziłam z siatą, do której ledwo co się mieściłam i postanowił kupić mi plecak. Żeby uczynić moje życie łatwiejszym. To był dobry prezent. Ale prezenty niepraktyczne też są super. Np. ręcznie robiona laurką, którą dostałam od siostry. Leży sobie w teczce. Fajna pamiątka i bardzo osobista, wyjątkowa. Od swojego chłopaka dostała Jerrego. Jerry jest super. Obecnie siedzi na szafie (żeby go Piccola nie pogryzła) i rządzi światem. Prezent nie musi być praktyczny. Prezent powinien sprawić radość obdarowywanej osobie. 


Wiem, że są ludzie, którzy nie cierpią dostawać bibelotów w postaci porcelanowych słoników. Ja nie mam nic przeciwko. Liczy się dla mnie intencja i uczucia. Są ludzie, którzy wolą dostać prezent z przygotowanej przez siebie listy. Dla mnie to odbiera mnóstwo radości i trochę przypomina transakcję handlową. Zdobywanie za darmo czegoś, za co musielibyśmy sobie zapłacić. Nie o to mi w prezentach chodzi. Oczywiście nie twierdzę, że jest w tym coś złego. Ja po prostu wolę inaczej. 


Co z nieudanymi prezentami?
Myślę, że jak kogoś znamy i lubimy to ciężko jest dać mu nietrafiony prezent. No chyba, że koszulkę w złym rozmiarze, bo czasami ciężko na oko oszacować ;) U mnie sytuacja z nieudanymi prezentami jest specyficzna. Dla mnie prezent, jeżeli jest od serca i z dobrymi chęciami, zawsze jest udany. Wartość emocjonalna wystarczy, żeby coś na co normalnie bym nie spojrzała przekształcić w coś, bo będzie dla mnie ważne i fajne. Mówiąc wprost prezenty w pierwszej chwili nieudane szybko pokochałam i zaakceptowałam ;)

Hahaha tak wyglądała, kiedy do mnie trafiła
Piccola też była prezentem I to trochę takim, jak niespodziewana ciąża ;) Ale szybko ją zaakceptowałam, pokochałam i bardzo się cieszę, że jest z nami.
Myślę, że bardzo łatwo jest wybrać mi prezent, chociaż ja sama nie potrafię powiedzieć, co bym chciała. Łatwo, bo jestem człowiekiem, który cieszy się z każdego prezentu. I chociaż nie mówię, co bym chciała dostać, to dużo mówię co mi się podoba lub o czym marzę. Wystarczy posłuchać i zapamiętać, a później jak znalazł będzie na urodziny ;) 

wtorek, 26 maja 2015

Czy jest sens kupować najtańsze buty do biegania?

Buty do biegania Kalenji Ekiden 50 to chyba najtańsze buty biegowe. Cieszą się one ogromną popularnością wśród początkujących biegaczy. Są bardzo tanie i łatwo dostępne (każdy Decathlon). Wydają się idealne na początek. 



Zaczynając biegać nie wiemy, czy nam się spodoba, więc szkoda inwestować kilka stówek w buty, z których nie będziemy korzystać. Oczywiście wiadomo, można w butach do biegania po prostu chodzić. Ale chodzić można również w o wiele tańszych i ładniejszych butach. Początkujący biegacze, moim zdaniem, nie potrzebują tych wszystkich zaawansowanych technologii, ponieważ i tak nie będą w stanie ich wykorzystać. Biegowe początki to takie zapoznawanie się. Biegamy wówczas powoli, nie za dużo i po niezbyt trudnych trasach. Przynajmniej tak jest rozsądniej na początek. Nie dziwi, że wielu biegaczy zaczyna swoje treningi w butach do biegania Kalenji Ekiden 50.

Ja również zaczynałam biegać w Kalenji Ekiden 50. Po kilku tygodniach pokusiłam się o ich recenzję - Buty do biegania Kalenji Ekiden 50 - recenzja W skrócie buty oceniłam całkiem pozytywnie. Do niczego się nie przyczepiłam, bo początkującemu biegaczowi ciężko się przyczepić do czegoś. Może tylko jedynie, że buty za wolno biegają ;) Teraz mija już prawie półtora roku jak biegam w Kalenji Ekiden 50 i cały czas nie mam się do czego przyczepić. No może poza kolorystyką i wyglądem, bo piękne te buty nie są. Kalenji Ekiden 50 są bardzo proste w stronę pospolite. Takie typowe obuwie sportowe ("adidasy"), które pamiętam jeszcze z czasów szkolnych. Ale poza wyglądem mają same zalety.

Kalenji Ekiden 50 dużo ze mną przeżyły tzn. przebiegły: maraton (Cravovia Maraton), dwa półmaratony (Półmaraton Wielicki i Półmaraton Królewski) i wiele krótszych biegów oraz treningów. Nie mam wielkiego porównania, bo biegałam jeszcze tylko w Kalenji Kapteren Discover i Asics Gel-Zaraca 3. Ale Kalenji Ekiden 50 są z całej trójki zdecydowanie najlepsze. 
Po pierwsze są bardzo lekkie i bardzo wygodne. Teraz już się trochę przyzwyczaiłam do lekkich butów, ale jak je pierwszy raz założyłam, miałam wrażenie jakbym nic na nogach nie miała. To była miłość od pierwszego założenia. Moje stopy je pokochały, a Kalenji Ekiden 50 pięknie się odwdzięczyły i ani razu ich nie zawiodły. 
Po drugie są bardzo tanie i łatwo dostępne. Jeżeli je zniszczę lub zgubię w każdej chwili mogę kupić bez problemu kolejną parę. Dla niektórych może to brzmieć głupio, ale dla mnie to ważne. W bardzo drogich lub unikalnych butach zawsze mam tak, że staram się je oszczędzać. A oszczędzanie butów biegowych zawsze jest kosztem zdrowia, wygody, czasu lub treningu w ogóle ;) A Kalenji Ekiden 50 nie żal mi jest ubłocić, zamoczyć czy poharatać o kamienie. 

Teoretycznie moje buty Kalenji Ekiden 50 powinny już odejść na emeryturę. Teoretycznie to w ogóle powinnam w nich biegać o wiele mniej i rzadziej. Teoretycznie absolutnie nie nadają się na maraton. Ale dały radę i cały czas dają. Jedynie w siateczce zaczynają się robić dziury. Ale na razie w niczym to nie przeszkadza, tylko paskudnie wygląda. Jak na taką cenę uważam, że Kalenji Ekiden 50 są super i rozważam ponowny zakup. Bo jasne, na pewno są lepsze buty. Trzeba je tylko znaleźć. Ale ile nieudanych prób przede mną? Może nie ma sensu na siłę szukać, skoro już znalazłam buty, które spełniają wszystkie moje oczekiwania poza tymi estetycznymi? Może lepiej zainwestować w wodoodporne pisaki i je przyozdobić?



Czy jest sens kupować najtańsze buty do biegania? Moim zdaniem, na podstawie moich doświadczeń, jak najbardziej tak. Na pewno nie należy skreślać butów tylko dlatego, że są tanie, pospolite i nic specjalnego wydają się sobą nie reprezentować. Można się bardzo miło zaskoczyć, bo najtańsze buty do biegania mogą okazać się najlepsze. Albo przynajmniej zupełnie przyzwoite. Oczywiście każdy ma inną stopę i w ogóle inne preferencje oraz wymagania. Dla mnie Kalenji Ekiden 50 są super, a dla kogoś innego mogą być beznadziejne. Tutaj nie ma rady, tylko trzeba sobie doświadczalnie sprawdzać, w czym się najlepiej biega. I może warto dać szansę również obuwiu z dyskontów, które kosztuje grosze.

A Wy jakie macie doświadczenia z tanimi butami do biegania? Co polecacie, a co odradzacie?

niedziela, 24 maja 2015

Kremowanie włosów mleczkiem do ciała

Kremowanie włosów z jednej strony przypomina olejowanie (nakładam coś tłustego na całą noc, a rano koniecznie muszę umyć włosy, żeby móc gdzieś wyjść), ale to jednak zupełnie inne odczucia (trudniej się rozprowadza na włosach, ale za to nie tłuści wszystkiego dookoła) i trochę inne efekty (o efektach pod koniec). 


Do kremowania włosów użyłam mleczka Eveline, Extra Soft Multiodżywcze mleczko do ciała SOS. W składzie na pierwszym miejscu (po wodzie) mamy olej sojowy, następnie mocznik (urea), olej kokosowy i glicerynę. Trochę dalej silikony, masło shea (butyrospermum parkii butter) i pantenol. 


Cały skład jest dość długi i bogaty w rzeczy fajne i te nie do końca fajne też. Miałam pewne obiekcje co do mocznika. Występuje on w dość dużym stężeniu (5%) a gdzieś wyczytałam (ale nie wiem, czy to prawda czy bzdury, więc się nie sugerujcie za bardzo), że może on rozpuszczać paznokcie. A więc włosy pewnie też. Oczywiście nawet jeśli to pewnie musiałby być to proces nieco dłuższy niż jedna noc raz na jakiś czas. W każdym razie moich włosów nie rozpuściło, chociaż nałożyłam mleczko na całą noc. 




Włosy po umyciu są miłe w dotyku, gładkie i ładne. Właściwie nie widzę specjalnej różnicy pomiędzy dzisiejszym kremowaniem, a olejowaniem. Kremowanie włosów zawsze traktowałam trochę po macoszemu, jako taki gorszy substytut olejowania. A dzisiaj okazuje się, że może niesłusznie, bo po kremowaniu włosy też potrafią wyglądać bardzo dobrze i bez zarzutów. Tzn. bez zarzutów, jak na moje włosy. Do ideału jeszcze nieco im brakuje, wiem. Pracuję nad tym. 


Zobacz też:


piątek, 22 maja 2015

13 rzeczy, których nauczyła mnie mama

Dzień Matki w Polsce obchodzimy 26 maja. Moja mama jest najlepszą mamą na świecie (bo moją!) i wielu rzeczy mnie nauczyła. Postanowiłam zebrać i wypisać kilka losowych rzeczy, których nauczyła mnie mama. Niektóre są bardzo ważne, inne mniej, a część w ogóle błędna ;) Bo każdy przecież popełnia błędy. Oto, czego nauczyła mnie mama.

Źródło: pixabay.com

1. Idąc najpierw stawiać piętę, a później palce. Mówiła, że dzieci w przedszkolu się będą ze mnie śmiać, jak będę zaczynać krok od palców. Teraz myślę, że technika chodu to ostatnia rzecz, z której dzieci by się śmiały. Co nie zmienia faktu, że lepiej zaczynać piętą.

2. Jak zakładać rajstopy. Zaczynamy od dołu i ostrożnie acz stanowczo naciągamy coraz wyżej. 

3. Żeby wypalić do końca pierwszego papierosa. Tak żeby się zniechęcić i nie mieć potrzeby próbować więcej. Co prawda nie pamiętam, czy wypaliłam pierwszego papierosa do końca. Nie jestem również pewna, czy można to nazwać wypaleniem. Fakt faktem nie palę. Ale to nie ten pierwszy papieros mnie zniechęcił. Długo chociaż sama nie paliłam nie miałam nic przeciwko. Najbardziej do papierosów zniechęciło mnie częste i długie przebywanie z palaczem. Bo u mnie w rodzinie nikt nie palił i ja nawet sobie nie zdawałam sprawy jak naprawdę wygląda to uzależnienie. Tę radę mojej mamy można również potraktować nieco metaforycznie i odnieść do innych głupot. Np. alkoholu. Mama chciała, żebym (w granicach rozsądku oczywiście) wyszalała się za młodu, bo później to już wstyd. Jak to Rysio Peja nawinął " mogłeś Leszku się pogubić. To jak być pełnoletnim i zacząć jarać szlugi". 

4. Uśmiechać się. Jak się boję, jak czegoś nie umiem, jak oblałam siebie lub kogoś ketchupem. W wielu sytuacjach uśmiech ratuje sytuację, a przynajmniej pozwala nieco zminimalizować szkody. 


5. Przebierać się w ciuchy "po domu" (czyli najgorsze szmaty). I ten nawyk akurat niekoniecznie w dzisiejszej rzeczywistości wychodzi mi na dobre. 

6. Zakładać poszewkę na kołdrę. O wiele łatwiej idzie, kiedy poszewkę wywrócimy na lewą stronę i zakładając jednocześnie przewracamy na prawą. To jest jedna z tych rzeczy, co myślę, że każdego mama nauczyła.

7. Żeby źle nie mówić o byłym partnerze w towarzystwie obecnego. Bo pomyśli, że po rozstaniu o nim będziesz tak samo się wypowiadać. W ogóle mama nauczyła mnie, żeby nie mówić źle o ludziach, a jeżeli już to tylko w bardzo zaufanym gronie i też nie za często. Jakieś niewinne ploteczki o dalszych znajomych lub anonimowych osobach - tak, ale chamskie obgadywanie wszystkich dookoła - absolutnie nie. Bo koniec końców to sobie wystawiam fatalne świadectwo.

8. Segregować ubrania do prania kolorami. Co prawda kiedy tego nie zrobię i wrzucę do pralki wszystko jak leci też się nic nie dzieje. Ale staram się jednak segregować, żeby nie kusić losu. 

9. Że lepiej zrobić raz a porządnie, niż dziesięć razy poprawiać. I że lepiej zrobić od razu i mieć spokój. Taka powszechna wiedza, którą czasami ciężko jest zastosować w praktyce.

10. Żeby ludziom to tak za bardzo nie ufać ;) Rodzinie też nie do końca. 

11. Że wyspać się i zjeść jest ważniejsze od innych obowiązków jak praca czy nauka. I zgadzam się z tym i stosuje. Tylko odpowiednio zadbany, wypoczęty, wyspany i dobrze odżywiony człowiek może na dłuższą metę wykonywać pracę efektywnie i skutecznie. Najważniejsze jest zadbać o siebie, swoje zdrowie i swój komfort, a z resztą pójdzie wówczas łatwiej.

12. Ściągać na klasówkach ;) Jak byłam w podstawówce mama podzieliła się ze mną kilkoma swoimi patentami, jak sobie radzić w szkole, jeżeli akurat się nie nauczyłam.

13. Robić wianuszki z kwiatków i pleść warkoczyka. Zwykłego. Francuskiego nikomu nie udało się mnie nauczyć. 


Oczywiście powyższa lista to zaledwie ułamek tego, czego nauczyła mnie mama. Wybrałam rzeczy, które utkwiły mi w pamięci lub te, które akurat wpadły mi do głowy. Za wszystkie serdecznie dziękuję mamusiu <3
Źródło: pixabay.com
A czego Was nauczyła mama?

czwartek, 21 maja 2015

Odzyskać dziecięcy zapał

Chciałabym odzyskać dziecięcy zapał. Pamiętam, że jak byłam dzieckiem wszystko mi się chciało. A później jakoś tak niepostrzeżenie dawne atrakcje stały się obowiązkami. I przestały bawić. Coś co kiedyś cieszyło, teraz zaczęło męczyć. I męczy mnie to, że mnie to męczy. Wolałabym raczej tryskać radością i entuzjazmem, albo chociaż nie odczuwać tego zniechęcenia. 


Dla dzieci wszystko jest atrakcyjne
Jak byłam dzieckiem bardzo lubiłam myć umywalkę. Uwielbiałam tę pachnącą pianę i że w ciągu kilku minut z matowej i szarawej, umywalka stawała się lśniąca i biała. Odkurzanie to dopiero była zabawa. Albo robienie makijażu. Mama raczej się nie zgadzała, więc żeby się wymalować musiałam jechać do cioci. Było ekstra. A teraz? Teraz przedłużyłam sobie rzęsy, żeby nie musieć ich codziennie malować i wciąż rozważam opcję makijażu permanentnego. Bo mi się nie chce. Już mnie nie bawi malowanie twarzy. Nie bawi mnie też sprzątanie. To tylko przykry obowiązek, do którego mniej lub bardziej muszę się motywować. Wpuśćcie dzieci do siłowni a z radością zaczną się pocić. Oczywiście wiele dorosłych również lubi ćwiczyć, ale na ich twarzy nie uświadczysz już tej dziecięcej radości.

Źródło: pixabay.com

Kiedyś pisałam, że lepiej jest być dorosłym. I podtrzymuje swoje zdanie, aczkolwiek jest kilka rzeczy, których dzieciom zazdroszczę. Jedną z nich jest właśnie ten entuzjazm i radość z najzwyklejszych spraw jak sprzątanie, gotowanie, zakupy, sport czy przejażdżka autobusem. Dla dzieci wszystko jest super. Praktycznie każda czynność jest atrakcyjna. Dopóki im się tego nie obrzydzi. Ja bardzo lubiłam się uczyć. Nawet matematyki. Dopóki nie poszłam do szkoły ;) Skoro bez problemu można człowiekowi wszystko obrzydzić, myślę że przy odrobinie wysiłku można również odzyskać dziecięcy zapał i radość. I to jest mój kolejny cel. Zobacz też: Wiosna - czas na zmiany! O ileż piękniejsze i łatwiejsze byłoby życie, gdyby wszystkie obowiązki i pożyteczne rzeczy sprawiały człowiekowi autentyczną przyjemność. Moim zdaniem wyrzucanie śmieci czy wieszanie prania samo w sobie nie jest nieprzyjemne. To wszystko kwestia podejścia.

Źródło: pixabay.com
Ban na negatywne myśli
Jak zamierzam polubić robienie tego, czego nie lubię? Przede wszystkim chciałabym skończyć z utrwalaniem negatywnych skojarzeń. Od dzisiaj sprzątanie nie będzie głupie, nudne ani męczące. Tzn. nie będę go tak tytułować. Zamiast "muszę" będę mówiła (i myślała) "chcę". Spróbuję nawet nazywać sprzątanie fajnym, a nie głupim. I myśleć o efektach. Jak cudownie, piękną będę miała podłogę, kiedy uda mi się ją porządnie wymyć. Brzmi sensownie, żeby zamiast o tym jak męcząca jest czynność, myśleć o tym, jak satysfakcjonujące będą efekty. Po co się skupiać na złym, skoro można się skupić na tym, co dobre. Bo każdy kij ma dwa końce i nie a tego złego, co by na dobre nie wyszło. Np. ostatnio wracając z Testu Copera na AWFie uciekł mi autobus. Dzielnie biegłam przez kilkadziesiąt metrów z ciężkim plecakiem, ale autobus okazał się szybszy. Byłam trochę zła, bo spieszyło mi się ponieważ tego samego dnia czekał mnie jeszcze Bieg Wadowicki, a tu autobus mi zwiewa. Musiałam poczekać 10 minut na inny i na dodatek jeszcze później się przesiadać. I byłam niezadowolona. Do czasu. Na trasie okazało się, że ten autobus, który mi uciekł miał wypadek. Pech, że mi autobus uciekł? A może właśnie szczęście.

wtorek, 19 maja 2015

Bieg Kraków Skotniki - 17 maja 2015

X Bieg Kraków-Skotniki odbył się 17 maja 2015 roku. O godzinie 16 ruszyliśmy ze stadionu Pogoń Skotniki do Klasztoru Benedyktynów w Tyńcu i z powrotem. Trasa Biegu Skotnickiego liczyła około 13 km i obfitowała w zbiegu oraz podbiegi. Widoki były piękne, a część drogi prowadziła przez las. Pogoda również tym razem się udała. Bez deszczu i nie było wcale tak znowu gorąco.


Bieg Skotniki nie jest dużą imprezą. W 2015 roku udział wzięło niecałe 300 zawodników. Wszyscy, którzy zdążyli zarejestrować się przez internet i zapłacić otrzymali pamiątkową koszulkę z okazji 10-lecia biegu. Numery startowe podobnie jak w zeszłym roku (zobacz też: Bieg Skotniki 2014) były zwrotne. Tym bardziej szkoda, że mnie przypadł w udziale numerek 222. Strasznie żal było oddawać. Zawsze jest trochę żal, bo to pamiątka, a taka fajna liczba też nie trafia się często.



Startując w Skotnikach miałam mieszane uczucia co do swojej oczekiwanego wyniku. Z jednej strony marzyła mi się jakaś życiówka i miejsce na podium, bo to mały bieg więc mniejsza konkurencja. Duże znaczenie miał też fakt, że w zeszłym roku poszło mi całkiem nieźle (byłam wówczas 5 w swojej kategorii wiekowej), a to był początek mojej biegowej pasji. Z drugiej strony zdawałam sobie sprawę, że może nie być łatwo, bo niedawno mi się kolano wyleczyło a teraz boli mnie stopa. Na dodatek dzień wcześniej biegłam 10 km w Wadowicach.



Poszło mi nieco gorzej, niż rok temu. Zajęłam 7 miejsce w swojej kategorii wiekowej i 223 w kategorii open (szkoda, że nie 222 jak mój numer startowy). Na metę dobiegłam z czasem 01:16:41. Pierwsze kilometry mijały dość szybko. Ani się obejrzałam a już przebiegłam 5 km. Trochę gorzej zrobiło się dopiero w drodze powrotnej. Przy zbiegach dala o sobie znać boląca stopa, a przy podbiegach brak sił. Kawałeczek przemaszerowałam, ale tragedii nie było. Moim zdaniem ;)

Kliknij, aby powiększyć 
Endomondo naliczyło mi 13,10 km w czasie 1:16:28. Biegłam ze średnim tempem 5:50 min/km, a maksymalne tempo jakie udało mi się osiągnąć to 3:24 min/km. Najszybszym okazał się 5 km (5:00 min/km), najwolniej natomiast wlekłam się na 12 kilometrze (7:02 min/km). Jak widać na poniższych wykresach tempo dość zróżnicowane, podobnie jak profil trasy. 

                                             

Kliknij, aby powiększyć

Po wbiegnięciu na linię mety otrzymałam wodę i medal. Następnie udałam się po zupę, która bardzo mi smakowała. Jak zwykle zresztą. Te zupy pobiegowe są mega pyszne. A i z bólem serca oddałam swój piękny numer startowy. Medal jest w porządku, chociaż nie ujął mnie jak zeszłoroczny. Ale tamtego nic nie pobije, bo to był mój pierwszy medal. Wyjątkowy. 


10. Bieg Skotniki będę wspominać miło, chociaż nie udało mi się wywalczyć żadnego miejsca ani pobić życiówki. Cieszę się, że nie padało. Że stopa bolała tylko umiarkowanie. Że obyło się bez kontuzji. I jestem z siebie dumna, że pobiegłam. Każdy start to dla mnie przede wszystkim świetny trening. Jestem z siebie dumna, że przez 13 km (no a przynajmniej przez ostatnie 5) zmagałam się ze zmęczeniem. Że walczyłam ze swoimi słabościami. Każdy bieg jest sukcesem i powodem do dumy :)

poniedziałek, 18 maja 2015

I Bieg Wadowicki - 10 km - 16 maja 2015

I Bieg Wadowicki odbył się 16 maja 2015 roku. Punktualnie (serio, punktualnie) o godzinie 16 tłum około 500 zawodników rozpoczął 10 km bieg. Pogoda była piękna. Słonecznie i ciepło, ale dla mnie jeszcze nie za ciepło. Bieg Wadowicki poprzedziła wspólna rozgrzewka na rynku.

Źródło: facebook.com/biegwadowicki

I Bieg Wadowicki - koszulka
Koszulka pamiątkowa z I Biegu Wadowickiego jest super. Bardzo zgrabna ;) poza tym projekt nietypowy jak na koszulkę z pakietu. Bardzo ciekawie i oryginalnie. Oczywiście nie wszystkim się podoba, że napisy po angielsku. Tak samo, jak nie wszystkim się podoba że biała. Wiadomo, każdemu nie dogodzisz. Moim zdaniem koszulka jest super. Przynajmniej z przodu, bo z tyłu jest słupem reklamowym ;) No ale wiadomo jak jest. Sponsor nie może dać sobie krzywdy zrobić. Jeżeli chodzi o komfort biegania to jest ok. Nie zauważyłam żadnych uchybień. Nic nie obciska, nie obciera, nie uczula, techniczna. Super!


I Bieg Wadowicki - trasa, przebieg i wynik
10 km w Wadowicach udało mi się przebiec w 00:56:18. Zajęłam 328 miejsce open i 18 w swojej kategorii. Nie jest to moja życiówka, ale jestem zadowolona. Biegłam bez spiny (jak zwykle zresztą, ach ta strefa komfortu ;)), nie padłam na mecie zimnym trupem, a czas poniżej godziny jest zupełnie ok. Chociaż mnie niedawno BIEGmageddon zapytał, czy nie chciałabym mocno przytrenować i znacznie poprawić wyniki. A no chciałabym, tylko trochę mi się nie chce, więc mam mnóstwo wymówek ;) A tak serio to jeszcze nie do końca jestem gotowa na takie ekscesy.



Wracając do Biegu Wadowickiego biegło mi się w porządku. Pomimo tej stopy, która boli bardziej jak chodzę. Biegać mogę prawie normalnie. Tylko zbiegi wiadomo zawsze bolą. Trasa była piękna. Wadowice nie są bardzo daleko ale trochę poczułam się prawie jak w górach. Lubię takie wzniesienia i lasy dookoła. Bieganie w takich okolicznościach jest jeszcze lepsze. Pierwsze kilometry Biegu Wadowickiego były najbardziej wymagające i obfitujące w podbiegi. Za połową, czyli po 5 kilometrze już był luz i praktycznie cały czas po równym lub z górki. 

Kliknij, aby powiększyć

Kliknij, aby powiększyć
Według endomondo jak zwykle jest trochę inaczej. Nie ma 10 km tylko 9,77 km w czasie 00:56:31. Moje średnie tempo to 5:47 min/km, a maksymalne 3:27 min/km. Najszybszy okazał się siódmy kilometr (5:22 min/km), a najwolniejszy pierwszy (6:11 min/km). Po kliknięciu w powyższe zrzuty z Endomondo można zobaczyć sobie dokładniej wykresy i międzyczasy. 

Bardzo fajnym pomysłem były chorągiewki z oznaczeniem kilometrów. Np. przy 9 kilometrze było coś w stylu "Już tylko kilometr dzieli was od kremówek". Niestety większości haseł nie zapamiętałam lub nie zauważyłam. Gdybym wiedziała, zwróciłabym baczniejszą uwagę. Ale pomysł genialny. 

I Bieg Wadowicki - medal i na mecie
Na mecie Biegu Wadowickiego czekała zupa i oczywiście kremówka. A i medal przecież. Były tez masaże i losowanie nagród, ale ja dość słabo się czułam (stopa jednak bolała) i szybko się zmyłam. Szczególnie, że do domu z godzina drogi. 




Medal ma na odwrocie słowa Jana Pawła II "Musicie od siebie wymagać, choćby inni od was nie wymagali". I to jest akurat motto dla mnie. Medal z I Biegu Wadowickiego jest świetną pamiątką. W ogóle fajnie tak wziąć udział w pierwszej edycji jakiegoś biegu. Później można we wszystkich kolejnych i po 10 może jakieś zniżki czy wyróżnienia chociaż będą ;)

niedziela, 17 maja 2015

Olejowa mieszanka na włosach i mała katastrofa

Olejowanie włosów to mój ulubiony zabieg kosmetyczny. Ulubiony, bo najskuteczniejszy. Nic nie zapewniło mi takiej poprawy wyglądu włosów, jak właśnie olejowanie. Co ciekawe rodzaj użytego olejku nie jest tutaj najważniejszy. W moim przypadku (włosy bardzo przeciętne: średnioporowate, o średniej grubości i średniej gęstości, lekko falowane) właściwie nie zauważyłam różnicy, a olejowałam różnymi specyfikami. Zazwyczaj były to mieszanki, ale też oliwa z oliwek czy zwykły kuchenny olej rzepakowy. Efekt zawsze był super. Trochę gorzej było, kiedy gotowa mieszanka olejowa nie składała się w 100% z olejków, tylko zawierała parafinę, silikony i inne dziadostwa. Ale jeżeli mówimy o olejowaniu olejkami zawsze było dobrze. Wiem, że teoretycznie różne olejki mają różne właściwości. Do włosów niskoporowatych dobrze sprawdza się olej kokosowy a przy wysokoporowatych migdałowy. Nigdy się w to specjalnie nie wgłębiałam, bo jeszcze nie mam takiej potrzeby. Leję na głowę pierwszy lepszy olej i jest super. 


Jak wspomniałam wyżej najczęściej używam gotowych mieszanek olejowych. A żeby było ciekawiej to lubię te mieszanki jeszcze bardziej pomieszać. Tym razem zmieszałam AA, Oil Infusion 30+, olejek do twarzy intensywne wygładzenie + witalność z oliwką dla niemowląt Babydream. 



Olejek Oil Infusion zawiera kompozycje olejków: marula, arganowy, jojoba, awokado, słonecznikowy i ze słodkich migdałów.
Oliwka pielęgnacyjna dla niemowląt babydream zawiera olej z nasion słonecznika, olej migdałowy i olej jojoba.

Jestem zwolenniczką zostawiania oleju na włosach na całą noc. Tylko wtedy czuję, że coś rzeczywiście ma czas zadziałać. Na kilka godzin czy na pół godziny to szkoda by mi było kosmetyków i zachodu, bo zmywanie tego wszystkiego trwałoby dłużej niż trzymanie na włosach. Bez sensu. Oczywiście rozumiem, że są osoby, którym zbyt długie przetrzymywanie oleju na włosach nie służy. Nie twierdzę, że moja metoda jest idealna dla każdego. Jest idealna dla mnie :)




Włosy wyglądają na trochę przetłuszczone. Zaraz zdradzę dlaczego. Bo akurat rano ciepła woda się zepsuła i byłam zmuszona jakoś sobie radzić. Domywać olej zimną wodą jest trudno. W ogóle mycie włosy zimną wodą nie jest przyjemne. Oczywiście można sobie podgrzać wodę w czajniku. Zrobiłam tak, ale nie mam kompletnie wprawy w takim myciu włosów. Kąpiele w misce to znam tylko z opowiadań. No może jak byłam bardzo mała na wakacjach na wsi tak się kąpaliśmy. Ale byłam tak mała, że tego nie pamiętam i pewnie to mama mnie kąpała. Mama by umiała mi domyć te włosy. Ja zrobiłam jak umiałam. Wizualnie wygląda słabo, ale wierzę że pod względem pielęgnacyjnym i ochronnym ta niedomyta warstwa oleju robi moim włosom dobrze.

Zobacz też:

sobota, 16 maja 2015

WiosennyTest Coopera 2015

Dzisiaj organizowany przez AZS AWF Kraków Masters Test Coopera czyli 12-minutowa próba wytrzymałościowa. To już w sumie mój czwarty Test Coopera. Za każdym razem było odrobinę lepiej, więc trochę czułam presję. Którą oczywiście sama na siebie nałożyłam, bo zamiast podejść do tego jak do ważnej informacji to podchodzę jak do rywalizacji sama ze sobą. Bo chodzi o informację, w jakiej jestem kondycji. Jak zimowa przerwa na mnie wpłynęła. I kontuzja. Czy jestem w podobnej formie jak z zeszłym roku czy jest lepiej. A może gorzej? I że w związku z tym trzeba popracować. Nad dietą na przykład. I nad szybkim bieganiem. A nie załamywać się, jak się okaże że wynik gorszy niż poprzednio.


Test Coopera - moje dotychczasowe wyniki
W swojej biegowej karierze miałam okazję wziąć udział w wiosennym Teście Coopera 31 maja 2014. Osiągnęłam wówczas wynik 2460 m w 12 minut. Nastepnie były dwa Testy Coopera na jesień 2014 dzień po dniu. Udało mi się przebiec w sobotę 2510 m, a w niedzielę 2650 m, czyli cały czas tendencja była wzrostowa. Ale do bardzo dobrego wynik wciąż mi sporo brakuje.

Źródło: biegambolubie.com.pl
Moje rozważania na temat Testu Coopera
Test Coopera nie jest moim ulubionym bieganiem. Ja w ogóle nie specjalnie lubię biegać szybko. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi powolne toczenie się przez wiele kilometrów niż szybka piątka. A Test Coopera trwa zaledwie 12 minut, więc naprawdę trzeba porządnie zasuwać. Zawsze się zmęczę, upocę, zasapię i źle później na zdjęciach wychodzę ;) Tak serio to najgorszy dla mnie w Teście Coopera jest potworny ból brzucha, który dopada mnie praktycznie za każdym razem. Nie mam pojęcia z czym to może być związane i jeszcze nawet nie zdążyłam tego z nikim przedyskutować, bo taki Test Coopera tylko ze dwa razy w roku robię, więc zapominam szybko. Ból ten mogłabym porównać do bardzo silnych bólów menstruacyjnych. Takich przy których się już mdleje i wymiotuje. Ja jeszcze po Teście Coopera ani nie zemdlałam ani nie zwymiotowałam, no ale wszystko przede mnie ;) Chyba po prostu nie jestem przyzwyczajona do tak szybkiego biegania. Albo nie jestem do niego stworzona. Bo co innego przebiec z dużą prędkością te 2-3 minuty, a co innego 12 minut. 

Nastroje przed Testem Coopera
Dzisiaj oprócz Testu Coopera po południu biegnę również 10 km (I Bieg Wadowicki). Oczywiście te 12 minut nawet bardzo szybkiego biegu nie powinno jakoś znacząco mi zaszkodzić. Bardziej mnie martwi, że mnie stopa boli. Takie życie biegacza, że kontuzja goni kontuzję. Jak kolano wydobrzało to teraz stopa szwankuje. Dobrze, że chociaż pogoda jest idealna.

Wiosenny Test Coopera 2015 - wynik
W ciągu 12 minut udało mi się przebiec 2620 metrów. Nie jest to mój rekord, niestety. Ale jestem zadowolona z kilku względów. Po pierwsze, że to wciąż przyzwoity czas z bolącą stopą (po kontuzji kolana, po zimie, po lenistwie). Po drugie, bo pierwszy raz nie bolał mnie brzuch. Tak ani odrobinkę. I po trzecie tłumaczę sobie, że nie mogłam dać z siebie maksimum, bo przecież biegnę zaraz w Wadowicach i trochę sił musi mi pozostać ;) Chciałam przebiec przynajmniej 6 kółek dookoła stadionu i się udało, więc teraz nie ma co narzekać. Jedynie na przyszłość można chcieć przebiec 7.


A jeszcze w ramach ciekawostek, to ta stopa mnie boli jak chodzę. Jak biegam nie boli. Nie boli również w butach na obcasach. Ciekawa sprawa.

A jak tam Wasz Test Coopera?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...