czwartek, 30 kwietnia 2015

Moje maratońskie błędy i nie-błędy

Maraton to ważna sprawa. Poprzedzają go dłuuugie przygotowania. A przynajmniej powinny. Tydzień przed maratonem jest bardzo ważny. Dzień przed również. Duże znaczenie może mieć ostatni posiłek przed maratonem, ostatnia noc i to, co zdecydujemy się wziąć do plecaka, a co na trasę. Wiele błędów można popełnić. Ja nie jestem (jeszcze) specjalistką w tej materii, bo ledwo co przebiegłam swój pierwszy maraton. Doświadczenie i wiedzę mam nikłą. Ale i tak nie udało mi się powstrzymać przed napisaniem tej notki. Opowiem o moich przygotowaniach do maratonu i o tym, które "święte" zasady złamałam, a których nie. I jak na tym wszystkim wyszłam.



Za mało treningu
To był mój główny i największy błąd. Moje treningi można śledzić na endomondo. Nie biegam z endomondo zawsze, ale prawie zawsze. Ilość przebiegniętych kilometrów w okresie kilku tygodni przed maratonem jest malutka. Nie mogę się również pochwalić szybkim tempem. Do maratonu jakoś specjalnie się nie przygotowywałam. Biegałam sobie jak miałam ochotę z myślą, że jakoś to będzie. I jak na taką nieroztropność to nawet nie najgorzej było. Tym bardziej boli, bo gdybym się przyłożyła może mój czas nie wołałby o pomstę do nieba i zdążyłabym się załapać na żele i kanapki. Główną konsekwencją mojego nieprzygotowania był potworny ból kolan już po kilkunastu kilometrach i długi czas (5 godzin i prawie 16 minut) biegu. Na szczęście obyło się bez omdleń, zakwasów, gorączki czy kontuzji. 

Pakiet odebrałam kilka dni wcześniej
Od razu kiedy to było możliwe pognałam po pakiet startowy. Pozwoliło mi to cieszyć się koszulką już a nie później. W dodatku miałam szansę jeszcze wybrać sobie rozmiar koszulki i dostać ten chleb, który tyle emocji wywołał. Bo później to już nie każdy swoje trzy kromki otrzymał. Wybranie się do biura zawodów wcześniej umożliwiło mi również ominięcie tłumów i kolejek.



Posiłek na mieście na wieczór przed maratonem
Poszliśmy na romantyczną kolację. Wzięliśmy jedzenie na wagę. Po prawie kilogram na łebka. Głównie mięso, ale też trochę warzyw i sałatek. Zjadłam, chociaż trochę na siłę musiałam się dopychać. Nie zaszkodziło w ogóle. Wiele osób zwraca uwagę, żeby tuż przed maratonem ostrożnie spożywać i raczej pozostać przy znanym, sprawdzonym i domowym jedzonku. To całkiem rozsądna rada. Ja akurat nie skorzystałam, ale na szczęście mnie nie pokarało. 

Sprawdzone buty na maraton
Do ostatniej chwili się wahałam, które buty założyć. Rozsądek podpowiadał, że te najbardziej sprawdzone i pewne, nawet jeżeli już stare i brzydkie. Z drugiej strony nowe piękne buty kusiły. Każda dziewczyna chciałaby przebiec swój pierwszy maraton w nowych, pięknych butach. Ostatecznie schowałam próżność do szuflady i założyłam Kalenji Ekiden 50. I nie żałuję. Wyglądały średnio. Do reszty stroju nie pasowały mi w ogóle (wszystko inne miałam czarne, a one są białe). Ale przebiegłam w nich całe 42 kilometry bez żadnego urazu stopy, bez bólu stóp i nie odpadł mi paznokieć. 


Brak rozgrzewki przed biegiem i rozciągania po
No cóż (tatusiu nie czytaj!) nie rozgrzałam się przed biegiem ani nie porozciągałam. Nie to że nie było czasu ani miejsca. Były. Po prostu jakoś tak. Zresztą jak od samego początku miałam się toczyć powolutku to akurat w trakcie spokojnie się rozgrzałam. Nie wiem, czy w moim przypadku to był błąd karygodny czy tylko drobny. W każdym razie nic mnie nie pokarało. Bo nikt mi nie wmówi, że te kolana tak bolały bo się nie porozciągałam. Olałam również rozciąganie po biegu. Zresztą nie wiem czy w ogóle byłabym w stanie tak mnie wszystko bolało. Wszystko, czyli głównie kolana. 

Skorzystałam z masaży
Do tej pory tego nie robiłam, bo nie chciało mi się czekać i jakoś tak głupio do majtów się rozbierać. Ale tym razem zrobiłam wyjątek, bo mi kolega bardzo polecał i zachwalał zbawienną moc takiego masażu. Nie wiem, czy to kwestia masażu (ale bardzo możliwe), ale następnego dnia czułam się już zupełnie zdrowa. No lekki ból był, ale taki że dostrzegałam go dopiero jak się na nim skupiłam. Bez problemu biegałam po schodach tam i z powrotem. Masaże są super i polecam.

Nie wyprzedzałam baloników
I tak mi uciekły na późniejszych kilometrach. To znaczy, że tak czy inaczej bym więcej nie ugrała, więc chyba lepiej że nie wypuszczałam się do przodu za bardzo. 

Wzięłam pas z bidonem
I nie był to zbędny balast, chociaż ani razu się ze swojego bidonu nie napiłam. Pas z bidonem zapewnił mi poczucie komfortu, że w razie czego mam własne piciu. W dodatku do niego przymocowałam numer startowy, co pozwoliłoby mi się rozbierać i ubierać bez problemów i przepinania numeru. Oczywiście ani razu z tego nie skorzystałam, ale miałam tę świadomość, że w razie czego mogę. A to na prawdę dużo daje. Dodatkowo miałam wygodną kieszonkę na telefon, szminkę i chusteczki. I ani przez chwilę nie pomyślałam o pasie z bidonem jak o zbędnym balaście. Inna sprawa, że biegłam powoli. Dla szybszych zawodników może byłby to jakiś problem i dyskomfort. 



Ubrałam się ciepło
Maraton to nie jest bieg na dychę. Ani an piątkę. Trochę czasu się biegnie. I też nie w tempie sprinterskim. Można zmarznąć. Ja miałam na sobie ocieplane legginsy, podkoszulek i bluzę. I było mi akurat. Tzn. oczywiście momentami trochę za ciepło, a momentami za zimno ale ogólnie całkiem spoko. To była dobra decyzja, żeby pobiec maraton w bluzie. Pewnie jak (jeżeli) będę już bardziej zaawansowanym maratończykiem to będę biegać szybciej i będzie mi cieplej, ale na razie wolę założyć tę dodatkową warstwę. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Co to jest ASMR?

ASMR to skrót od angielskiego autonomous sensory meridian response. Niestety zjawisko to nie dorobiło się jeszcze ani polskiego odpowiednika, ani nawet oficjalnego tłumaczenia. Mówiąc o ASMR musimy radzić sobie tłumacząc je w sposób opisowy lub też za pomocą metafor. Tak więc ASMR to przyjemne dreszcze z tyłu głowy, mrowienie wzdłuż kręgosłupa, ciarki przechodzące po karku i plecach, przyjemne uczucie w głowie czy też orgazm głowy. Takie przyjemne doznania można wywołać na kilka sposobów za pomocą różnych bodźców.



Jak uzyskać efekt ASMR?
Efekt ASMR można uzyskać za pomocą dotyku (masaż, czesanie włosów albo zabawa masażerem głowy) i obrazów, ale najpopularniejszymi wyzwalaczami ASMR są rozmaite i dziwaczne dźwięki. Np. stukanie, skrobanie, szeleszczenie, szept lub bardzo spokojny i monotonny głos. Może być też kapanie wody albo szum odkurzacza. A nawet dźwięk chrupania płatków śniadaniowych. Co kto lubi. W ASMR (tak jak wszędzie indziej) można spotkać się z różnymi preferencjami. Na youtube można znaleźć wiele, na pierwszy rzut oka, dziwacznych i bezsensownych filmików z bardzo dużą liczbą wyświetleń. Artyści ASMR odgrywają w swoich filmikach rozmaite sceny np. wizyty i fryzjera lub lekarza, ale też czyszczenia aparatu fotograficznego. Dużym powodzeniem cieszą się te wszystkie dziwaczne dźwięki, które wymieniałam wyżej albo mówienie. Najlepiej się słucha w znajomym języku, aczkolwiek nie jest to warunek konieczny dla uzyskania efektu ASMR.

Źródło: pixabay.com

Po co to ASMR?
Wiemy już, mniej więcej, co to jest ASMR i jak je można wywołać. Ale po co to właściwie komu? Jakie zastosowanie ma ASMR?
  • dla przyjemności
  • żeby się zrelaksować
  • żeby się wyciszyć i odstresować
  • ułatwia zasypianie

Ja filmiki ASMR oglądam (a właściwie jedynie słucham) tylko w pracy. I od razu dzień szybciej mija. I przyjemniej. Łatwiej i lepiej mi się pracuje, kiedy w słuchawkach lecą jakieś stukoty albo szepty. Poniżej wklejam dwa moje ulubione filmiki ASMR. W pierwszym polski artysta ASMR tłumaczy, czym w ogóle jest to zjawisko. Jeżeli moja notka jest niejasna, chaotyczna lub niepełna zachęcam do przesłuchania tego filmiki. W drugim filmiku dziewczyna szeleści opakowaniami po cukierkach, a później je spożywa. Brzmi trochę głupio, ale serio warto spróbować. Najlepszy efekt uzyskamy, jeżeli założymy słuchawki. 




Spotkałyście się kiedyś ze zjawiskiem ASMR?

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Taka piękna wiosna [fotorelacja]

Wiosnę lubię, bo nie jest jeszcze bardzo gorąco. Jednocześnie na tyle ciepło, że nie trzeba pięciu warstw ubrań. Lubię wiosnę, bo nagle zaczyna się robić pięknie i kolorowo. I wreszcie jest dzień, światło, słońce, a nie że wychodzę do pracy - noc, wracam - też noc. Wiosna sprzyja spacerom i wycieczkom. Wiosną świat jest piękny.




Szczególnie lubię wiosenne poranki. Pachnie wówczas taką świeżością. I śpiew ptaków. Ale trzeba się wsłuchać. Jak się nie wsłucham, nie słyszę. Też tak masz? Śpiew ptaków kojarzy mi się z pierwszymi klasami szkoły podstawowej. Może dlatego, że wtedy właśnie się o śpiewających ptakach uczyłam na przyrodzie. Wiosenne poranki są piękne.




Wiosna to świetny czas na bieganie. Nie jest jeszcze bardzo gorąco, ale już na tyle ciepło że spokojnie można truchtać w jednej warstwie odzieży. Dla mnie jednak wiosenne bieganie jest super nie ze względu na temperaturę, a ze względu na te piękne widoki. Cudownie jest biegać w tak pięknych okolicznościach przyrody. I wcale nie trzeba zapuszczać się jakoś daleko. Mieszkam w Krakowie, konkretniej Wola Duchacka i nawet bieganie wzdłuż ulicy Nowosądeckiej dobrze wpływa na moje zmysły estetyczne. Chociaż najpiękniej jest w rezerwacie przyrody nieożywionej Bonarka. Większość zdjęć jest właśnie stamtąd. Bardzo polecam to miejsce do biegania. 







Po białej (lub szarej, jak bez śniegu) zimie pojawiają się kolorowe kwiatki. Latem nie zrobiły aż takiego wrażenia, ale wiosną zachwycają. Tak bardzo, że nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem zdjęcia. A to przecież tylko zwykłe kwiatki osiedlowe, a nie cuda z ogrodu botanicznego. A i tak są przepiękne.




Niebo jest takie błękitne i rozświetlone słońcem. Aż chce się w nie patrzyć. Chce się pod nim leżeć. Świat wiosną jest taki piękny.




Wiosna ma w sobie jakiś taki optymizm, radość i motywację. Wiosna to czas na zmiany! Mam wrażenie, że to wiosną a nie na nowy rok ludzie robią najwięcej postanowień. I wydaje mi się również, że te wiosenne w większej ilości udaje się zrealizować. Oczywiście każdy czas na postanowienia jest dobry. A najlepszy teraz. Dzisiaj. Od razu. Wiosna kojarzy mi się z okresem przełomowym. Nie tyle w przyrodzie, co w życiu. Właśnie na wiosnę poznałam swojego chłopaka i od tego czasu moje życie powoli zaczęło zmierzać w lepszą stronę. Z tym czasem związana jest piosenka Solar/Białas - "Olejmy jutro". Koniecznie obejrzyjcie również teledysk. Jest świetny, chociaż pożyczony. W oryginale to teledysk do Cinnamon Chasers - Luv Deluxe (Music Video).





sobota, 25 kwietnia 2015

Mieszanka odżywki do włosów i mleczka do ciała

Dawno nie robiłam Niedzieli dla włosów. To dlatego, że biegałam. Przebiegłam swój pierwszy maraton i jestem z siebie mega dumna. A teraz czas zadbać o włosy, żeby te wszystkie miesiące włosomaniactwa nie poszły na marne. Tak się pospieszyłam, że Niedzielę dla włosów zrobiłam już w sobotę ;) Dzisiaj postanowiłam wzbogacić odżywkę do włosów mleczkiem do ciała. Użyłam w tym celu odżywki Isana połysk koloru do włosów farbowanych (ta z czerwoną zakrętką - Isana Hair, Colorglanz Spulung mit Uv - Schutz) i mleczka do ciała Venus do skóry przesuszonej i odwodnionej. 



Rossmann, Isana Hair, Colorglanz Spulung mit Uv - Schutz
Odżywka do włosów Isana "Połysk koloru" przeznaczona jest do włosów farbowanych i z pasemkami. Zawiera filtr UV, pantenol i witaminę B3. Nie zawiera również silikonów ani parabenów. Dla mnie to jest jedna z tych zwykłych, prostych odżywek, które nie robią krzywdy ani nic innego. Może odrobinę ułatwia rozczesywanie. I właśnie takie odżywki świetnie nadają się do tuningowania. Ma dość rzadką konsystencję i na promocji (które zdarzają się często) kosztuje 3,99 zł. Jedyne co jest w niej irytujące i najgorsze na świecie to opakowanie. Bardzo trudno wydobywa się odżywkę pod koniec. Bardzo trudno również jest przeciąć opakowanie.

PharmaCF, Venus, Nawilżające mleczko do ciała do skóry przesuszonej i odwodnionej
Mleczko zawiera glicerynę, masło shea i olej kokosowy dość wysoko w składzie. Poza tym jest jeszcze olej macadamia i i olej awokado. Nie zawiera parafiny. Do tego ma lejącą się konsystencję i w ogóle nie jest tłuste. Wydaje się być idealne do mieszania z odżywkami.

Mieszanka odżywki do włosów i mleczka do ciała
Mieszanie odżywki do włosów z balsamem do ciała to świetny sposób, który pozwala wzbogać odżywkę a oprócz tego zmniejszyć zużycie odżywek (których mam mało) i zwiększyć zużycie balsamów (których mam zatrzęsienie). Na początku miałam pewne obiekcje, czy konsystencja mleczka do ciała na pewno sprawdzi się w roli odżywki do spłukiwania. Mleczko, którego użyłam było idealne do tego celu. Bez problemu wymieszałam je z odżywką uzyskując jednolitą konsystencję. Nic mi z włosów nie pływało. Nie miałam też problemów z rozprowadzeniem na nich mikstury. Wszystko również bez problemu się spłukało, a włosy nie były tłuste ani przyklapnięte.

Ja zdecydowałam się użyć odżywki i mleczka w proporcjach 65:35, czyli trochę więcej odżywki. Potrzymałam taką mieszankę na głowie jakieś 20 minut i spłukałam. Wcześniej włosy umyłam delikatnym szamponem bez SLS (Babydream). Po umyciu tradycyjnie zastosowałam jeszcze odżywkę Ziaji bez spłukiwania z witaminami.




Włosy po zastosowaniu takiej mieszanki wyglądają... jak zwykle. Po kilku dobrych miesiącach intensywnej pielęgnacji same z siebie już nie straszą (patrz: Włosowy eksperyment - nic). Mieszanka odzywki z mleczkiem nie dała żadnego efektu wow. Być może przy regularnym stosowaniu byłyby efekty. Na pewno zamierzam na stałe wprowadzić takie mieszanie do swojej włosowej pielęgnacji. Mam parę odzywek do włosów, w których praktycznie nic nie ma i sporo całkiem bogatych w składzie balsamów. Ciała smarować nimi nie nadążam, kremowanie włosów jest ok, ale jakoś zawsze wolę olejowanie. To będę mieszać balsamy z odzywkami.

Zdjęcia może nie do końca ilustrują stan faktyczny, bo akurat na kilka godzin spięłam włosy spinką (którą nazywam rekinem). I pokręciły się tak dziwnie i nie jest to do końca korzystna fryzura. Ale na drugim zdjęciu widać, że są gładkie i całkiem spoko. Poniżej jeszcze zdjęcie mojego upięcia.


piątek, 24 kwietnia 2015

GPS dla biegacza - konieczność czy zbędny gadżet?

Zaczynałam biegać bez GPSa. Nawet bez zegarka. Po prostu wychodziłam z domu i biegłam. A kiedy się zmęczyłam albo uznałam, że już dość, wracałam. Banalnie proste i oczywiste. Nie wiedziałam nawet dokładnie jak długo ani jak daleko biegłam, o tempie w ogóle nie wspominając. Było tak przez kilka tygodni. Później dostałam na urodziny nowy telefon i pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było ściągnięcie Endomondo. I od tego czasu moje bieganie bardzo się zmieniło. Wydawałoby się, że bieganie to bieganie i bez względu na to, czy dysponujemy jakimś dodatkowym sprzętem czy nie, trening niewiele się różni. W praktyce GPS bardzo dużo zmienia. Z jednej strony otwierają się przed nami nowe możliwości. Z drugiej niestety pojawiają się też ograniczenia i problemy. 


Zalety biegania z GPSem
Jedną z głównych zalet biegania z GPSem jest możliwość prowadzenia dokładnych statystyk treningu. Urządzenie podaje wiele istotnych i ciekawych informacji np. długość trasy, jej profil, średnie tempo podczas całego treningu i na poszczególnych odcinkach, a także maksymalne tempo. Co więcej wszystkie te dane zostają zapisane. Możemy do nich wrócić w dowolnej chwili i przeanalizować trening sprzed kilku miesięcy. Często dopiero mając przed oczami zapisy z poszczególnych treningów widzimy postęp, jaki udało nam się zrobić. A to bardzo motywuje do dalszego biegania i zwyczajnie cieszy. Dzięki urządzeniu zaopatrzonym w GPS łatwiej jest zaplanować trasę i o wiele trudniej jest się zgubić ;) Ja odkąd biegam z GPSem czuję się tak jakoś bezpieczniej i pewniej. Wiem, że mam w telefonie mapę powrotną. I już nie trzeba rzucać okruszków jak w bajce o Jasiu i Małgosi. 

Wady biegania z GPSem
Jednym z najczęściej wymienianych przez moich biegających znajomych problemów są problemy z GPSem podczas biegania (że się gubi albo w ogóle nie łapie sygnału, że bateria za szybko siada). Zawsze to również dodatkowe urządzenie, które trzeba ze sobą mieć, a podczas biegania im mniej rzeczy tym lepiej i wygodniej. Biegamy w różnych warunkach. Człowiek z cukru nie jest, ale urządzenia elektroniczne często nie są wodoodporne. Udogodnienie jakim jest GPS często bywa również utrudnieniem. Ale nie to jest moim zdaniem największym problemem. Najgorzej jest , kiedy biegacz staje się niewolnikiem GPSa. A wbrew pozorom bardzo łatwo jest uzależnić się od tego urządzenia. I zaczynają się problemy. Paniczny lęk, że zgubimy sygnał. Ogromna irytacja, kiedy nie możemy zacząć treningu, bo GPS nie może złapać sygnału. Strach przed deszczem (bo urządzenie zamoknie). Rozpacz na biegach ultra, bo bateria przecież tak długo nie wytrzyma. Płacz jeżeli w trakcie coś zaszwankowało i trening się nie zapisał. I nagle sprzęt, który miał był ułatwieniem staje się kulą u nogi i ograniczeniem. Bajer, który miał pomagać i sprawiać radość jest jedynie źródłem stresu i irytacji. 



Jak nie dać się zwariować?
Wpaść w pułapkę GPSa jest łatwo. Wydostać się trochę trudniej. Pamiętam, jak raz trening mi się nie zapisał. A kiedy indziej przez pomyłkę go sobie skasowałam. To była rozpacz. Czułam się dosłownie, jakbym nie biegała. Jakby to się nie  liczyło, bo się nie zapisało. Paranoja, nie? I bezsens. Bieganie jest tak samo skuteczne bez względu na to, czy trening zostanie zarejestrowany gdzieś, czy nie. GPS miał mi ułatwiać trening, a nie być źródłem stresu. Najlepiej oczywiście byłoby nie popadać w paranoję i nie przejmować się, jeżeli urządzenie czasami zaszwankuje. Szkoda dobrego wyniku czy fajnej trasy, ale przecież nasze wspomnienia z biegu są warte więcej niż statystyka. Fajnie jest mieć szczegółową statystykę wszystkich treningów. Ale spokój i komfort psychiczny są ważniejsze. Postanowiłam od czasu do czasu wyjść na trening bez GPSa. I też było fajnie. I moje ciało też odczuło ten trening. A o ileż wygodniej bez opaski na smartfon na ramieniu. I deszcz mi nie straszny, bo jak zmoknę to wyschnę i się od tego nie zepsuję. Bieganie bez GPSa też ma swoje zalety. A w kwestii poprawy kondycji działa dokładnie tak samo. A że nie mam pełnych statystyk? I co z tego? Moje nogi wiedzą i pamiętają, a to najważniejsze. 

GPS dla biegacza - konieczność czy zbędny gadżet?
Czy GPS to dla biegacza konieczność czy może tylko kaprys i zbędny gadżet? Na pewno nie konieczność. Gadżet potrzebny, ułatwiający trening, ale nie niezbędny. Moim zdaniem zdecydowanie warto spróbować biegania z GPSem, ale cały czas trzeba pamiętać o zachowaniu umiaru i zdrowego rozsądku. To urządzenie jest dla nas, a nie na odwrót. Od nas zależy w jakim stopniu będziemy wykorzystywać nowoczesne technologie. Niektórzy biegają z GPSem tylko na zawodach. A inni wręcz przeciwnie, akurat na zawody rezygnują z tego urządzenia, bo wygodniej im biec bez. Można używać GPSa tylko na nowych trasach, albo sprawdzać swoje postępy na jednej. Od nas zależy kiedy włączymy urządzenie. I nie musimy używać go na każdym treningu. A jeżeli kiedyś nam padnie bateria albo zapomnimy nacisnąć start świat się nie zawali. 

środa, 22 kwietnia 2015

Mój pierwszy maraton: 14. PKO Cracovia Maraton 19 kwietnia 2015 Kraków

Maraton to bieg liczący 42 km 195 metrów. Nazywany jest również królewskim dystansem. Dla mnie aż do zeszłej niedzieli 19 kwietnia 2015 roku maraton był totalną abstrakcją. Dystansem nie do wyobrażenia sobie. O przebyciu nie wspominając. Decyzja o starcie w Cracovia Maraton była nie do końca rozważna i przemyślana, a ja nie do końca przygotowana do takiego biegu. Na pewno można mi pogratulować odwagi i optymizmu, bo tym się chyba kierowałam. Trochę też swój udział miała ciekawość. I nie chciałam zawieść taty, bo widziałam jak bardzo on chce, żebym ja pobiegła. No to pobiegłam. 

Przed startem udało mi się spotkać z Małgą. Małga jest urocza. Tworzy piękne odzienie z tej złotej ocieplającej folii zamiast narzucać ją na siebie jak worek na śmieci i ozdabia sobie numer startowy. Ja bym w życiu na to nie wpadła. Małga jest uroczą i inspirującą osobą. Ma też dobre serducho, bo oddała mi swoją czekoladkę. Dzięki!

Cracovia Maraton: założenia, kolana i kilometry
Pierwszy maraton to zawsze życiówka, więc nie ma się co spinać. Nawet lepiej podejść do tego na luzie i trochę odpuścić, żeby później łatwiej było pobić własny rekord ;) (sprytnie, co?). Strategią tego nazwać nie można jeszcze, ale postanowiłam biec powoli. Bardzo powolutku. Tak żeby nie paść z wyczerpania w połowie. I udało mi się, bo za połową, dokładnie na 26. kilometrze mocno przyspieszyłam i naprawdę czułam moc. A później było już tylko gorzej, ale o tym za chwilę. Przez jakieś 20 kilometrów człapałam sobie równo trzymając się baloników na 5:00. I próbowałam ich nie wyprzedzić, chociaż nogi trochę rwały się do przodu. Po przebiegnięciu kilkunastu kilometrów moje lewe kolano mocniej dało o sobie znać. Na szczęście na taką właśnie ewentualność miałam przy sobie opaskę. Założyłam i poczłapałam dalej. Było trochę lepiej. Przed 30. kilometrem dokuczał mi już silny ból kolan. Bolały oba. Trochę szłam, ale szybko zorientowałam się, że na kolana nie robi mi totalnie żadnej różnicy czy idę czy biegnę. Boli tak samo, więc starałam się biec. Ale i tak co jakiś czas zatrzymywałam się, żeby sprawdzić, czy mi te kolana nie odpadły. Serio było źle. Za to nie byłam w ogóle zmęczona w takim potocznym tego słowa znaczeniu. Miałam zmęczone kolana, ale łapkami bym bez problemu jakieś ciężarki po podrzucała. Biegłam naprawdę wolno i spokojnie. Jednak dystans i czas zrobiły swoje i to było trochę ponad wytrzymałość moich kolan. Jak zaczynałam biegać już pół godziny truchtu skutkowało bólami kolan. A później się przyzwyczaiły. Nie pamiętam, czy to był taki sam ból co teraz, ale całkiem możliwe. Tak właśnie założyłam i starałam się nie martwić na zapas tylko jakoś toczyć w stronę mety. Poniżej międzyczasy z endomondo. To co mi naliczyło endomondo trochę różni się od oficjalnego pomiaru czasu jak zwykle, ale ogólny sens i kształt chyba zostały zachowane.

Kliknij, aby powiekszyć

Ubiór na Cracovia Maraton
Jeżeli chodzi o pogodę to ona akurat najmniej mnie obchodziła odkąd przekroczyłam linię startu. Było chłodno, ale jak się biegnie to tragedii nie ma. Na szczęście nie padało, bo tej lekkiej mżawki przez kilka sekund w ogóle nie liczę. Miałam na sobie długie, ocieplane legginsy (bo nie dorobiłam się jeszcze długich cienkich), podkoszulek biegowy normalny i bluzę biegową. Wielokrotnie rozpinałam i zapinałam ją pod szyją. Chowałam łapki w rękawach i wyciągałam. Myślę, że udało mi się idealnie dopasować strój do pogody. Miałam ze sobą pas z bidonem, a na nogach poczciwe Kalenji Ekiden 50. I to są moje najlepsze buty biegowe ever (tak gwoli wyjaśnienia poza nimi mam jeszcze tylko dwie inne pary ;)). I na pewno niebawem jakąś pieśń pochwalną na blogu tym butom wysmaruję, bo są super i u mnie sprawdzają się idealnie, a przynajmniej najlepiej spośród tego, co testowałam. Pas z bidonem bardziej niż dla bidonu miałam, żeby schować błyszczyk, chusteczki i telefon. Bidon też miałam, a w nim piciu, ale w ogóle na trasie nie korzystałam. Wystarczyły mi punkty z wodą i izotonikiem. A pas z bidonem przydał mi się jeszcze do przyczepienia do niego numeru startowego. Tak na wszelki wypadek gdybym się chciała rozbierać, żeby było łatwiej. 

Myśli, uczucia i odczucia na trasie 14. PKO Cracovia Maraton
Maraton to długi bieg. Szczególnie, jak się biegnie tak powoli. Na trasie spędziłam dobrze ponad 5 godzin (dokładny czas: 05:15:57). Pierwsze kilometry to była taka rozgrzewka. Człapałam sobie w tłumie i było przyjemnie. Później czekolada, banany i piciu. Też było fajnie. Szczególnie uroczy był wolontariusz, który wręczył mi kolejny już kubeczek ze słowami "specjalnie dla pani". No nie mogłam nie wziąć ;) Później jakoś tak się ten biegowy tłum rozrzedził. Miało to swoje zalety. Np. łatwiej było mi dostrzec kibicujących znajomych na trasie. I łatwiej było fotografom uchwycić mnie na zdjęciu. Mniejsze tłoki przy punktach odżywczych i brak kolejek do wc. Ale jak biegniesz taki kawał samemu to robi się nudno. Sytuacje ratują kibice. Naprawdę ich doping bardzo, bardzo dużo mi dał. Wspaniale było zobaczyć znajome twarze. Wspaniale było dostać wsparcie i słowa otuchy od zupełnie obcych ludzi. Ja bardzo łatwo się wzruszam, więc wzruszyło mnie niesamowicie, że ci ludzie stoją przez kilka godzin na tym zimnie, żeby zagrzewać nas do walki. Było kilka takich momentów, że się prawie rozpłakałam, ale chyba nikogo to nie dziwi. Kobiety lubią sobie popłakać, a maraton to świetny pretekst. Te emocje, to zmęczenie. Łzy usprawiedliwione. To było niesamowite doświadczenie tak biec całą kolumną przez miasto. Ulicami. Cała ulice dla nas. Ekstra sprawa, chociaż kierowcy pewnie mają na ten temat odmienne zdanie ;) Na mecie czekał na mnie tata, który oczywiście przybiegł szybciej. Czekał i bał się ruszyć nawet po pakiet regeneracyjny w obawie, że przybiegnę akurat w tym czasie i mnie nie zobaczy pokonującą linię mety. Pomimo swoich obaw nie przypominam sobie momentu, żebym chciała zejść z trasy. Chciałam skończyć i dobiec już, owszem. Ale nie schodzić z trasy przed 42. kilometrem. Był chyba moment, że myślałam że jestem głupia i maratonów mi się zachciało i że to ostatni raz, a później zasiadam już z paczką chipsów przed tv jak normalny człowiek. Później mnie oświeciło, że poza tymi o smaku wasabi to ja nie lubię chipsów. Żelki co innego. I właśnie z żelkami czekali na mnie znajomi z BBL Kraków gdzieś w okolicy 34. kilometra. I te żelki były super pyszne w kształcie misiów. Jeszcze raz dzięki!

Samopoczucie po maratonie
Dzień po maratonie czułam się świetnie. Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Trochę jeszcze bolały mnie kolana, ale to było nic z porównaniu z tym, czego się spodziewałam. Może te masaże po biegu miały taki zbawienny wpływ. Przebiegnięcie maratonu dało mi mnóstwo energii. Cały dzień byłam uśmiechnięta i w pełni sił. Żadnego zmęczenia ani osłabienia tylko czysta moc. Co prawda na pytanie, kiedy następny maraton odpowiadałam: nigdy :P Na pewno do kolejnego muszę się solidniej przygotować, bo już nie będzie taryfy ulgowej. Pierwszy maraton jest tylko raz. Ogromnie się cieszę, że zdecydowałam się wziąć udział w 14. PKO Cracovia Maraton. Jestem też z siebie dumna. Bardzo dużo dało mi to doświadczenie. Poza radością i kolejnym osiągnięciem do odhaczenia w biegowym cv, pokonanie maratonu dostarczyło mi solidnej dawki motywacji do dalszej pracy nad sobą i kolejnych treningów. Dawno nie chciało mi się biegać aż tak.


Zdjęć z maratonu jeszcze nie skompletowałam, więc chcąc nie chcą prawdopodobnie pojawi się jeszcze jedna notka na temat Cracovia Maraton i dla odmiany zamiast ściany tekstu będzie dużo fotek. 

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Krakowskie Spotkania Biegowe 2015: Bieg Nocny na 10 km, Biegi Radia RMF FM, 14. PKO Cracovia Maraton

Krakowskie Spotkania Biegowe to wielka imprezy dla biegaczy, która trwa cały weekend. Od piątku wieczór, kiedy odbywa się Bieg Nocny aż do niedzieli i kulminacyjnego punktu czyli Cracovia Maraton. Przez cały weekend cały Kraków biega. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Oprócz maratonu i 10 kilometrowego Biegu Nocnego odbywało się wiele biegów na krótszych dystansach. W sobotę na Błoniach Biegi Radia RMF FM: Bieg Rodzinny, Bieg Par i Bieg o Puchar Radia RMF FM, a później Mini Cracovia Maraton im. Piotra Gładkiego. W niedzielę oprócz Cracovia Maraton zorganizowano Bieg w Krawacie (w zeszłorocznym wzięłabym udział, gdyby mi buty zdążyły wyschnąć). Oprócz biegów 18 kwietnia odbyła się sesja naukowa z wykładami naukowców i przedstawicieli środowiska biegowego. 



Bieg Nocny na 10 km

Krakowskie Spotkania Biegowe rozpoczął Bieg Nocny na 10 km w piątek 17 kwietnia 2015. Brałam udział w zeszłorocznej edycji (Bieg Nocny Kraków 16 maja 2014), więc i tym razem nie mogło mnie zabraknąć. Nie planowałam życiówki. Planowałam biec powoli, żeby nie zmęczyć się przed maratonem. Zakładałam sobie czas ok. 1h 15 min. Tak na spokojnie, żeby się tylko rozgrzać i oczywiście świetnie bawić. 


Wyszło jak wyszło. Czas 01:02:14, a wydawało mi się że wlekłam się z półtorej godziny. Żeby było śmieszniej jeszcze przed 2 kilometrem się przewróciłam. Na szczęście nikt mnie nie stratował. Wręcz przeciwnie szybko zostałam podniesiona. Trochę, jak to zwykle ja, ubolewałam nad koszulką. Już nie o wzór czy materiał chodzi, a o kolor tym razem. Na Bieg Nocny była pomarańczowa koszulka, a mnie bardziej do gustu przypadła ta niebieska na Mini Maraton ;)



Biegi Radia RMF FM

Bieg o Puchar Radia RMF FM liczy zaledwie 4,5 km i biegnie się go głównie dla fun'u (fun - zabawa). Nie znaczy to absolutnie, że bieg jest łatwy czy byle jaki. Jest dokładnie na odwrót. Te 4,5 kilometra obfituje w podbiegi, zbiegi i zakręty. Nie jest łatwo. Za to trasa jest piękna, bo wiedzie z Błoń pod Kopiec Kościuszki i z powrotem. Biegłam oczywiście powoli (czas 00:30:27), ale i tak się solidnie zmęczyłam. Ogromną zaletą Biegów RMFu jest to, że są zupełnie darmowe, można się na nie zapisać bezpośrednio przed startem, a wszyscy uczestnicy otrzymują upominki. Chociaż w tym roku chyba zabrakło już upominków dla zawodników Biegu o Puchar. Chyba, że ja przeoczyłam. W sobotę było wyjątkowo zimno. Miałam na sobie koszulkę, bluzę, kurtkę i podkoszulek RMFu, a i tak zmarzłam. Chociaż pod tym względem i tak było lepiej, niż rok temu (Bieg o Puchar Radia RMF FM, czyli bieg błotny w deszczu).


Na Błoniach zorganizowano również Bieg Rodzin i Bieg Par. Obydwa liczyły nie więcej niż 2 km, a zawodnicy musieli pokonać ten dystans połączeni specjalną smyczą. Było szybko, zabawnie i krzywo, bo Błonia pełne są dziur i nierówności. Na szczęście nikomu nic się nie stało. 


Cracovia Maraton

14. PKO Cracovia Maraton to mój debiut na królewskim dystansie. Bardzo się denerwowałam. Cieszyć zaczęłam się dopiero na mecie ;) No dobra, jeszcze przy punktach z czekoladą byłam happy. I oczywiście kiedy udało mi się wypatrzeć znajome twarze, które motywowały i zagrzewały do walki. Dzięki Wam wszystkim. Szczególnie za te żelki w okolicy 34. kilometra. 


Swój pierwszy maraton zakończyłam z czasem 05:15:57 czyli tak jak zakładałam. W zgłoszeniu zaznaczyłam sobie strefę czasową 5:00-5:30. Jest super, bo pierwszy maraton to zawsze życiówka ;) Później będzie już trudniej, ale dam radę. Chociaż na chwilę obecną absolutnie nie planuję żadnego więcej maratonu. Ale podobno mi minie. 42 kilometry to jest kawał drogi i biegnie się kawał czasu. Momentami człowiek się nudzi. Dlatego tak ważny jest doping. To naprawdę ogromna pomoc i bardzo dużo daje. To wspaniałe, że są ludzie, którym chciało się stać przez kilka godzin w zimnie, żeby kibicować i wspierać na duchu maratończyków. Jeżeli chodzi o sam bieg, to oczywiście biegłam powolutku. Powyżej 7 min/km. Nie byłam zmęczona w takim potocznym tego słowa znaczeniu. Miałam siłę. Problemem był ból kolan. One zdecydowanie nie są przyzwyczajone, żeby biegać 42 kilometry. Już półmaratony dają im w kość. Wydaje mi się, że gdyby nie te kolana to mogłabym biec szybciej. Na pewno bym biegła. Zatrzymywałam się nie ze zmęczenia, tylko z bólu. Ale tak szczerze, to myślałam że będzie gorzej. A ja następnego dnia prawie normalnie mogę chodzić, a ból jest no jest, ale bywało o wiele gorzej. Może to zasługa masaży, bo na prawdę moje nogi czują się nieźle jak na to, że właśnie przebiegłam swój pierwszy maraton. W nocy nie za bardzo mogłam spać. Trochę z powodu bólu, a trochę z powodu pieska ;) ale obudziłam się szczęśliwa, pełna pozytywnej energii i uśmiechnięta. Jest moc!



14. PKO Cracovia Maraton to mój najważniejszy do tej pory bieg i poświęcę mu o wiele więcej miejsca i o wiele więcej słów. Ale jeszcze nie teraz. Musi to we mnie dojrzeć. Muszę sobie przemyśleć. Przetrawić. No i oczywiście skompletować dużo zdjęć. Starałam się ładnie wyjść na zdjęciach ;) Spodziewajcie się więc jeszcze co najmniej jednej obszernej notki z Cracovia Maraton w roli głównej. 

środa, 15 kwietnia 2015

Szybki i tani sposób na niedoskonałości

Maść cynkowa lub pasta cynkowa (nieznacznie się różnią, ale działanie jest praktycznie takie samo) to prosty, tani i szybki sposób na niedoskonałości. Wystarczy posmarować grubszą warstwą problemowe miejsce i wytrzymać kilka godzin. Maść cynkowa i pasta cynkowa dzięki zawartości tlenku cynku ma działanie wysuszające i przyspiesza gojenie. Dobrze sprawdzają się kiedy wyskoczy nam jakiś pryszcz. Uratują również, jeżeli tego pryszcza zdarzyło nam się rozdrapać. Raz lub kilka razy. Dzięki zastosowaniu prostego i taniego kosmetyku z zawartością tlenku cynku rana bardzo szybko się zagoi. Oczywiście nie można jej non stop rozdrapywać ;) Sprawdziłam na sobie i maść cynkowa nie ma sobie równych. To jeden z moich ulubionych kosmetyków: bardzo skuteczny, niedrogi i łatwo dostępny.



Jak działa maść cynkowa i pasta cynkowa?
Maść cynkowa i pasta cynkowa zawierają tlenek cynku. Mają działanie wysuszające dzięki czemu przyspieszają gojenie. Szczególnie dobrze sprawdzają się w przypadku różnego rodzaju pryszczy, które okazjonalnie nam wyskakują. W przypadku poważniejszych problemów z cerą zawsze lepiej udać się do dermatologa, a nie działać na własną rękę. Maść cynkowa i pasta cynkowa stosowane są również przy odparzeniach. Ponadto ma lekkie działanie przeciwbakteryjne.

Maść cynkowa i pasta cynkowa - gdzie kupić i ile kosztuje?
Zarówno maść cynkową jak i pastę cynkową bez problemów dostaniemy w każdej aptece bez recepty. Koszt jednego opakowania to kilka złotych. Z reguły nie więcej niż 4 zł, a ze względu na stosowanie miejscowe nawet niewielka tubka wystarcza na bardzo długo. 

Czym się różni maść cynkowa od pasty cynkowej?
Maść cynkowa jest bardziej tłusta podczas gdy pasta cynkowa ma bardziej gęstą, zbitą konsystencję. W paście jest nieco większa zawartość cynku (maść cynkowa 10%, pasta cynkowa 25%) i bywa minimalnie droższa. W praktyce nie zauważyłam specjalnej różnicy pomiędzy pastą cynkową a maścią cynkową. Obydwa kosmetyki są bardzo skuteczne. 


Maść cynkowa i pasta cynkowa to bardzo skuteczne, proste kosmetyki które warto mieć w swojej łazience. Odkąd je odkryłam nie wyobrażam sobie, jak mogłoby ich zabraknąć. Firmy kosmetyczne produkują coraz to nowe specyfiki, półki sklepowe się uginają, ze wszystkich stron atakują nas reklamy, a czasami wystarczy taka zwykła maść z apteki za kilka złotych. Jestem wielką zwolenniczka takich prostych, niedrogich i nieco zapomnianych rozwiązań. Zobacz też: olejek pichtowy na zaskórniki

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

III Bieg Pamięci Kraków 11 kwietnia 2015

Bieg Pamięci był obowiązkową pozycją  na mojej liście startów w 2015 roku. To właśnie Bieg Pamięci rok temu był pierwszym biegiem zorganizowanym, w którym wzięłam udział. A ja bardzo sentymentalna jestem. 11 kwietnia 2015 roku też koniecznie musiałam pobiec w Biegu Pamięci. Przy okazji chciałam sprawdzić, czy uda mi się pobić mój zeszłoroczny rekord. Drugim moim takim marzeniem na ten bieg, było dobiec do mety na tyle szybko, żeby zdążyć na pyszne ciasteczka. Rok temu się nie udało i długo to przeżywałam. Właściwie aż do teraz. W Biegu pamięci 2015 udało mi się zrealizować oba cele. Poprawiłam swój zeszłoroczny rekord o ponad minutę i zjadłam kilka pysznych ciasteczek. Nawet bardzo nie musiałam się przepychać. To był bardzo udany bieg. Zapraszam na moją relację z Biegu Pamięci 2015!


Bieg Pamięci 2015 - wrażenia
Przed startem Biegu Pamięci poznałam Łucję, z którą przebiegłyśmy razem całą trasę. No prawie, bo pod sam koniec trochę zostałam w tyle. Pewnie dałabym radę dotrzymać jej kroku (zawsze mamy trochę więcej siły, niż nam się wydaje), ale wolałam odpuścić. Jeszcze zemdlałabym na mecie i po co taki przypał. I na tydzień przed maratonem też nie ma sensu ryzykować i się przeciążać. Tak, trochę się tłumaczę. Bo czas 25:32 to nie jest moja życiówka. Kiedyś, dawno temu, za górami, za lasami udało mi się pokonać 5 km w czasie 25:13 (Parkrun) i trochę miałam nadzieję, że dzisiaj pobiję ten rekord. Nie udało się. Oczywiście i tak jestem bardzo zadowolona. Biegło mi się bardzo dobrze i szybko jak na mnie. Biegnięcie z kimś jest motywujące. Łucja biega trochę szybciej ode mnie, więc to ona była tą osobą, która ciągnie do przodu i pomaga. Bo pewnie jakbym biegła sama miałabym gorszy czas. Po zimie i po kontuzji nie jestem jeszcze w szczytowej formie. 

fot. Zygmunt Zarzecki
Biegłam na tyle szybko, że kompletnie zapomniałam o własnych poradach, jak ładnie wychodzić na zdjęciach z biegów. Zapomniałam o uśmiechu i w ogóle nawet nie zauważyłam fotografa. Efekt moich zaniedbań możecie obejrzeć powyżej i poniżej (ja to ta z numerem 71). Tylko nie śmiać się za bardzo proszę :)

fot. Zygmunt Zarzecki

Źródło: datasport.pl

Bieg Pamięci 2015 - koszulka, medal i poczęstunek
Na zdjęciach powyżej i poniżej można zobaczyć fragment koszulki. Jest ona dość podobna do tej zeszłorocznej, z tym że w tym roku jest techniczna. Super! Osobiście bardzo mi się podoba. Jest czarna, prosta, schludna i co najważniejsze poza logo muzeum nie ma tysiąca innych napisów reklamowych. To chyba pierwsza moja koszulka, która nie jest jedną wielką reklamą sponsorów.



Medale były w tym roku. Zdjęcie poniżej. Każdy medal jest ważny i cenny. Kolekcja rośnie. Ucieszyło mnie, że w tym roku zdecydowano się wręczyć zawodnikom medale. Za to numery startowe były do zwrotu. No cóż, coś za coś. 



Na mecie każdy uczestnik dostał wodę mineralną. W tym roku udało mi się biec na tyle szybko, że zdążyłam na poczęstunek, a nie na resztki. Jak rok temu było pyszne i oryginalne jedzenie. Owsiane ciasteczka, inne ciasta i zupa dość treściwa z fasolą. Do tego herbatka z jakiegoś zielska. Ja akurat lubię. Poczęstunek był super i całkowicie zadowolił mój bezdenny żołądek.


Bieg Pamięci - oficjalne wyniki
Bieg Pamięci ukończyłam z czasem 25 min, 32 sekundy (czyli ponad minutę lepiej niż w zeszłym roku: 26 minut i 35 sekund). Zajęłam 216 miejsce OPEN (na 500 osób) i 17 miejsce w kategorii K1.



Bieg Pamięci 2015 - wyniki z Endomondo
Z endomondo miałam ogromny problem, bo przez półtorej godziny nie mogłam złapać gpsa. Półtorej godziny! Na szczęście dosłownie na 5 minut przed startem się udało. I bardzo dobrze, bo według statystyk z endomondo pobiłam dwa swoje rekordy: 3 mile w 23 minuty i 54 sekundy oraz 5 kilometrów w 24 minuty i 41 sekund. Mój oficjalny czas był prawie o minutę gorszy (jakim cudem ja się pytam?!), ale nie przejmuję się tym za bardzo, bo i tak pobiłam swój zeszłoroczny rekord z Biegu Pamięci, a takie właśnie miałam założenie.

Według endomondo trasę Biegu Pamięci pokonałam ze średnim tempem 4:58 min/km czyli całkiem nieźle. Dawno nie miałam tak szybkiego tempa. Trochę dlatego, że z reguły biegam dłuższe dystanse, bo (śmieję się) na 5 km to nawet szkoda się ubierać, bo i tak za chwilę człowiek musi się przebierać, a spocony jest tak samo jakby przebiegł 10 czy 20 km. A może i bardziej, bo biegnie szybciej.


Dzięki Łucji, z  którą pokonałam prawie całą trasę Biegu Pamięci (na ostatnich metrach zostałam trochę z tyłu) udało mi się pięknie praktycznie przez cały bieg trzymać idealnie równe tempo. To na pewno dzięki Łucji, bo wiem że sama tego kompletnie nie umiem. Totalnie nie mam wyczucia i nigdy nie wiem, czy biegnę jak trzeba czy za szybko czy za wolno. Nawet nie jestem jeszcze (po roku biegania) w stanie wyczuć czy biegnę równym tempem. 

Kliknij, aby powiększyć


Bieg Pamięci pod każdym względem mnie zachwycił. Piękna koszulka (a ja przecież biegam dla koszulek), medal, doskonała organizacja (nie zarejestrowałam ani jednej wpadki), świetna atmosfera, pyszne jedzonko, a do tego idealna pogoda. Czego chcieć więcej? To był bardzo udany bieg. 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wiosna - czas na zmiany!

Przyszła wiosna, to najlepszy czas na zmiany w życiu. Tzn. nie chodzi o to, że wiosna sama w sobie jest jakoś bardziej dobra niż jakikolwiek inny czas. Chodzi o to, że wiosna jest teraz. Najlepszy czas na zmiany jest teraz. Czyli na wiosnę ;) Zainspirowana różnymi sytuacjami i osobami, trochę zmęczona i nieco znudzona swoim życiem postanowiłam coś zmienić. Tak, żeby było lepiej. Żyć swoim wymarzonym życiem i zamiast zazdrościć czegoś innym, cieszyć się z tego co mam. Najpierw oczywiście trzeba to mieć. Albo zdobyć. W tym właśnie celu te zmiany.


Ostatnio zbyt często byłam smutna i sfrustrowana. Zbyt często patrzyłam na innych tęsknym wzrokiem z nutką zazdrości. I zbyt często nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Stop! Tak być nie może. Mam kilka ogólnych postanowień i celów do zrealizowania. A na doła najlepsze są zmiany.

Częściej nosić sukienki i spódnice
Do tego pomysłu wcale nie zainspirowała mnie coraz cieplejsza pogoda. Miałam w swoim życiu taką sytuację, że wszystkie moje spodnie były albo brudne, albo się poprzecierały. Chcąc nie chcą musiałam przez kilka dni nosić sukienki i spódnice. I czułam się normalnie. Sukienka kojarzy mi się z nie do końca wygodnym ubraniem. I to jest nie do końca słuszne przeświadczenie. Moje otoczenie od razu zauważyło zmianę i bardzo pozytywnie zareagowało. Dzięki temu incydentowi ze spodniami doszłam do wniosku, że sukienki i spódnice również się sprawdzają. Jedynym moim problemem w tej materii jest dobór butów do sukienki lub spódnicy. Większość moich butów znacznie lepiej komponuje się ze spodniami. Przy sukience trzeba kombinować. Ale da się. A od kombinowania mózg robi się lepiej wyćwiczony. Same plusy.

Zrobić porządek w garderobie
Pozbyć się rzeczy, w których nie da się chodzić. Wszystkie za krótkie, uplamione lub niewygodne bluzki muszą zniknąć z mojego życia. Na wierzch wyciągamy ubrania ładne i chodzimy w nich. Ładny wygląd dodatnie wpływa na samopoczucie, a dobre samopoczucie to rzecz kluczowa. W tym punkcie zawiera się również zreperowanie wszystkiego co zepsute. O ile się da i ma to sens kleimy buty, zaszywamy bluzki i próbujemy za pomocą proszku do pieczenia wywabić te niewiadomego pochodzenia plamy na białym materiale. Wszystko oczywiście ładnie składamy, tak żeby było wiadomo co mam i gdzie to znaleźć. 

Wprowadzić świeżość do sfery kulinarnej
Zauważyłam, że właściwie jem ciągle to samo. Oczywiście lubię to co jem. Co więcej moje posiłki są raczej zdrowe. Ale trochę się nudzę. Chciałabym wyjść poza swój utarty schemat. Postanowiłam częściej eksperymentować w kuchni. Sięgać po nowe produkty. Improwizować. Czasami zrobić zakupy w innym sklepie. Zjeść obiad na śniadania, a śniadanie na kolację. 



Zrobić coś inaczej
Również poza kuchnią. Iść pobiegać przed pracą zamiast po. Inną trasą dotrzeć do celu. Jeszcze dokładnie nie wiem, co konkretnie mam na myśli ;) ale na pewno coś wymyślę. 

Więcej (aktywnie) przebywać z ludźmi
Codziennie przez 8 godzin w pracy siedzę z ludźmi, ale to nie to. Pewnie dlatego, że pracujemy. Na uszach mamy słuchawki i właściwie bardziej jesteśmy obok niż razem. Nie wystarczy po prostu być fizycznie być przy kimś. Żeby to miało sens trzeba się zaangażować. A ja ostatnio coraz mniej mam takich zaangażowanych kontaktów i czas to zmienić. Inni ludzie są doskonałym źródłem wiedzy, motywacji, wprowadzają świeżość. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że warto się angażować w rozmaite znajomości. 

Nie marnować życia na złe myśli
Złe myśli tak na prawdę niczemu nie służą. Co więcej najbardziej szkodzimy w ten sposób właśnie sobie. Więcej na ten temat pisałam niedawno we wpisie Jak zmienić życie na lepsze


Dlaczego pisząc o ważnych zmianach za przykłady podaję takie pierdoły, jak noszenie sukienek czy urozmaicenie menu? Może dlatego, że tak łatwiej zacząć. A może dlatego, że nie da się wejść na szósty schodek, jeżeli wcześniej nie przejdzie się trzeciego. Drobnostki same w sobie może nie mają wielkiego znaczenia, ale jak się je zbierze do kupy to okazuje się, że własnie z nich składa się większa część naszego życia. Zwykła codzienność. Ale może być niezwykła. I do tego starajmy się dążyć. Żeby nasze codzienne życie było ekscytujące. 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Nietypowe zastosowanie kosmetyków czyli precz z etykietkami

Kosmetyki można wykorzystać na wiele sposobów. Niekoniecznie tak, jak jest napisane na opakowaniu. Ja bardziej kierowałabym się składem kosmetyku, niż zaleceniami producenta. Serio. Wiecie, że trzy teoretycznie różne kosmetyki (olejek łagodzący do ciała po depilacji, olejek do włosów i olejek antycellulitowy do ciała) mogą mieć dokładnie taki sam skład. Różni je tylko opakowanie i zalecenia producenta. I całkiem możliwe, że cena. Powszechnie dostępne kosmetyki można wykorzystać na wiele różnych sposobów, o których producent nie zawsze wspomina. Bo i po co, skoro może wyprodukować drugi raz ten sam kosmetyk z inną etykietką i dwa razy zarobić. Często też niektóre kosmetyki są droższe nie ze względu na skład, a na zastosowanie. Odżywka do rzęs będzie droższa od pomadki do ust, a skład może być bardzo podobny, jeżeli nie identyczny. Dezodoranty do stóp są droższe od zwykłych dezodorantów, a z powodzeniem tych drugich możemy użyć także na stopy. Balsam do ciała porównując stosunek ceny do zawartości wychodzi taniej, niż krem do rąk. A działanie może być podobne, a nawet lepsze. Nie warto sztywno trzymać się zaleceń producenta. Lepiej czytać składy i sprawdzać, jak dane kosmetyki się sprawdzają w nieco mniej tradycyjnych zastosowaniach. Poniżej przedstawiam kilka moich propozycji na wykorzystanie kosmetyków nie do końca zgodnie z zaleceniami producenta. 

Źródło: pixabay.com

1. Dezodorant na stopy. Taki zwykły, który używa się pod pachy. Oczywiście lepiej mieć dwa osobne albo na stopy zużyć ten, który pod pachami podrażnia (ja tak zrobiłam z Garnier Mineral 5 Protection). Najlepszy będzie dezodorant w sztyfcie lub w kremie, bo oprócz zapobiegania brzydkiemu zapachowi będzie też pielęgnował skórę stóp. Czyli dezodorant i krem w jednym. I prawdopodobnie taniej, niż gdybyśmy chciały kupić dezodorant przeznaczony do stóp. Oczywiście zwykły dezodorant w mniejszych stopniu będzie chronił np. przed grzybicą, ale jeżeli nie mamy z nią problemu to chyba wystarczy. A jeżeli mamy to chyba lepiej wybrać się do lekarza albo chociaż do apteki po specjalną maść. 
2. Pasta do zębów na wypryski. Sposób bardzo stary. Ma swoich zwolenników i przeciwników. Myślę, że warto spróbować. Wyjdzie o wiele łatwiej i taniej, niż kupować specjalne płyny lub kremy do punktowego stosowania na niedoskonałości. Zazwyczaj te z drogerii są dość drogie. Ponad 10 zł za malutkie opakowanie. Jeżeli pasta do zębów się nie sprawdzi lepiej skoczyć do apteki po maść cynkową. Kosztuje kilka złotych i starcza na bardzo długo. 
3. Odżywka do włosów zamiast pianki do golenia. Ja używam depilatora, ale wiele dziewczyn bardzo sobie chwali takie zastosowanie odżywki. Zależy jakiej odżywki używamy. Jeżeli niedrogiej, to wyjdzie nam taniej niż kupować piankę. No i zawsze lepiej mieć w łazience jedno pudełko, a nie dwa. 
4. Olejek po depilacji do olejowania włosów. Osobiście wypróbowałam. Jeżeli w składzie nie ma nic podejrzanego spokojnie można nałożyć na włosy olejek, który z założenia miał być po depilacji. Albo przeciwko cellulitowi. 
5. Krem do rąk zamiast odżywki do włosów. Można stosować w niewielkiem ilości jako odżywkę bez spłukiwania. ładnie wygładza i dyscyplinuje włosy. Krem o bogatszej konsystencji również fajnie sprawdzi się w roli odżywki do spłukiwania. Można również użyć go jako alternatywy olejowania - kremowanie włosów
6. Pomadka do ust na rzęsy. Ja osobiście nie zauważyłam żadnego specjalnego efektu, ale internet i blogi są pełne efektownych metamorfoz, dlatego polecam. Koszt takiej pomadki to ok. 6 zł, a jest na prawdę wydajna. I o wiele wygodniejsza do stosowania niż olejek rycynowy. A jak nie na rzęsy to spokojnie można ją użyć zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem czyli do ust. 
7. Balsam do ust lub pomadka ochronna do pielęgnacji paznokci i skórek. Jest tłustsza niż krem, więc lepiej sprawdzi się na przesuszone skórki. Dobrze również natłuści płytkę paznokcia. 
8. Żel do higieny intymnej jako szampon, żel pod prysznic i żel do mycia twarzy. W drugą stronę niekoniecznie się sprawdza, ale płyn do higieny intymnej to rzeczywiście dość wszechstronny kosmetyk. Zazwyczaj jest wystarczająco delikatny i z powodzeniem nadaje się do włosów i twarzy. Nasze ciało też skorzysta, jeżeli zastąpimy nim zwykły żel pod prysznic. A jaka oszczędność miejsca. Ja najbardziej polecam płyn do higieny intymnej Facelle z Rossmanna. Jest niedrogi, gęsty, wydajny i nie zawiera SLS ani SLES. 
9. Puder na nieświeże włosy jako suchy szampon. Mam powody podejrzewać, że to mój autorki pomysł ;) Moja mama używała mąki. Ja postanowiłam trochę tę metodę udoskonalić. Używając pudru odpada problem z białymi włosami. No i nie robi się ciasto na głowie podczas deszczu. Co prawda używanie pudru w tym celu nie do końca się opłaca pod względem finansowym. Są tańsze zamienniki (np. kakao, talk, zasypka dla niemowląt, zmielone płatki owsiane). Ale puder ma tę zaletę, że zawsze mamy go pod ręką. 


Nietypowe zastosowanie kosmetyków często pozwala zaoszczędzić trochę pieniędzy i miejsca w kosmetyczce. Zamiast trzech kremów (krem do rąk, krem do stóp i balsam do ciała) mam jeden. Zamiast kilku butelek z tym samym olejkiem (do twarzy, do ciała po depilacji, do ciała ujędrniający, do włosów) mam jedną. Mogę też kupić kilka różnych olejków, a nie tych samych tylko w innym opakowaniu. Nie przepłacam tylko dlatego, że niektóre kosmetyki mogą być droższe. Patrzę na skład i za ten skład płacę. Nie za opakowanie, obietnice producenta i jego widzimisię, że tego olejku akurat będziemy używać na cellulit. 


A wy jakie jeszcze znacie nietypowe zastosowanie powszechnie dostępnych kosmetyków? Spotkałyście się z dwoma teoretycznie różnymi kosmetykami, które miały identyczny skład?

środa, 8 kwietnia 2015

Zalety samotnego biegania

Różni są ludzie i różni są biegacze. Każdy ma swoje preferencje i odmienną osobowość. Dużo się mówi o tym, jak fajne jest bieganie w grupie. Zgadzam się, jest fajne. Uważamy jednak, że samotne bieganie też jest fajne. I też ma zalety. Nie wspominając już o fakcie, że niektórzy są bardziej towarzyscy, a inni mniej. Wśród biegaczy można znaleźć również samotników i ze specjalną dedykacją dla nich ten tekst. Chciałabym  wam powiedzieć, że bieganie w pojedynkę jest spoko.



Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem
Jedną z głównym zalet samotnych treningów jest niezależność. Nie musisz się z nikim umawiać ani do nikogo dostosowywać. To ty wybierasz porę, trasę i tempo. Możesz spontanicznie wskoczyć w buty kiedy tylko nabierzesz na to ochoty. Możesz swobodnie modyfikować trening. Wydłużać trasę i ją zmieniać. To ty decydujesz i z nikim nie musisz niczego uzgadniać. Biegniesz swoim tempem bez patrzenia na partnera, który może nie nadążać. Biegniesz tak jak lubisz bez wypluwania płuc, żeby partnerowi dorównać. Bieganie to wolność i właśnie podczas samotnego biegania najlepiej tę wolność czuć. Najłatwiej również trzymać się konkretnego planu treningowego biegając w pojedynkę. Kiedy nie musisz na nikogo patrzeć możesz skupić się tylko na sobie i na swoim treningu. 

Bez świadków
Biegasz sam i tylko dla siebie. Nie musisz przejmować się tym, że źle wyglądasz. Że twarz jest cała czerwona, a koszulka przepocona, włosy lepią się do twarzy, a ty ledwo dyszysz. Nie musisz krępować się z powodu zdarzających się podczas biegania problemów żołądkowych. Bieganie nie zawsze jest tak piękne jak pokazują to kolorowe magazyny. Jest piękne, ale jest też męczące, a my jesteśmy tylko ludźmi, nie modelami z photoshopa, nie superbohaterami z filmów. (Ale przeczytaj koniecznie jak dobrze wychodzić na zdjęciach z biegów). Jeżeli dopadnie cię nagły brak sił po prostu zwalniasz lub w ogóle się zatrzymujesz. I nikomu nie musisz tłumaczyć się ze swojej niedyspozycji. Nikomu również swoim zatrzymywaniem się nie psujesz planu treningowego.

Czas tylko dla siebie
Brak czasu to jeden z większych problemów dzisiejszego świata. Brakuje nam czasu na różne obowiązki i przyjemności, nie wspominając o czasie tylko dla siebie. Czasie, żeby pobyć sam na sam ze sobą. Przemyśleć pewne sprawy. Bieganie jest ku temu doskonałą okazją. Ja uwielbiam moje biegowe przemyślenia. Wysiłek fizyczny pozwala wyrzucić z siebie negatywne emocje, więc myślenie o rzeczach złych, smutnych czy trudnych nie ma wówczas na mnie tak destrukcyjnego wpływu. Co więcej często właśnie podczas biegu zdarza mi się rozwiązywać problemy. Moje samotne bieganie mogłabym nazwać pewnym rodzajem medytacji. To jest czas tylko dla mnie. Podczas takiego samotnego treningu układam sobie wszystko w głowie. 


Lubię biegać tak po prostu. Lubię biegać w grupie i w samotności. Myślę, że mogłabym wszystkie treningi odbywać w samotności. W drugą stronę już nie bardzo. Czasami mam ochotę pobiegać sobie sama. A czasami to wręcz muszę. Bieganie w pojedynkę ma w sobie jakąś magię. Mam wrażenie, że wtedy robię nie tylko coś dla swojego ciała, ale i dla ducha. Czuję się wolna. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Czy warto brać udział w biegach zorganizowanych?

Niektórzy regularnie biorą udział we wszystkich biegach w okolicy. Są też biegacze, którzy specjalnie jeżdżą po całej Polsce czy nawet po całym świecie na maratony. Są też tacy, którzy chociaż biegają od lat nigdy jeszcze nie wzięli udziału w żadnej imprezie biegowej i nie jest im to do szczęścia potrzebne. Czy warto brać udział w biegach zorganizowanych? Moim zdaniem warto spróbować i przekonać się. Zawsze to nowe doświadczenie i ciekawe przeżycie. Poniżej wybrałam kilka powodów, dla których warto brać udział w biegach masowych.

Źródło: pixabay.com

1. Możliwość sprawdzenia się w komfortowych warunkach
Często biegając sami dla siebie nie mamy możliwości do końca sprawdzić naszej kondycji. Na trasie biegu często przeszkadzają nam samochody, rowery, sygnalizacja świetlna, inni ludzie, psy. Nie w każdej okolicy można znaleźć teren, na którym da się biec przed siebie bez zatrzymywanie się, szybko i bez rozglądania się dookoła. Problemem może być też dokładne wyliczenie długości trasy. W przypadku zorganizowanego biegu odpadają nam te problemy. Organizator odpowiada za zabezpieczenie trasy (zazwyczaj oznacza to wstrzymanie ruchu). Co więcej oprócz dokładnie wyliczonej długości zazwyczaj trasa jest oznaczona co kilka kilometrów. Nie pa potrzeby sprawdzania na telefonie czy zegarku, ile jeszcze kilometrów nam zostało. To duże ułatwienie. W przypadku dłuższych biegów na trasie znajdują się też punkty z wodą i jedzeniem. Nie trzeba biegać z własną butelką, nie ma obaw że zabraknie nam wody. A po biegu czeka na nas ciepły posiłek regeneracyjny. Można też od razu przebrać się, bo z reguły organizator zapewnia szatnie. Czasami także natryski, warto czytać regulamin, a w razie wątpliwości dzwonić i pytać. Biegając samemu nie mamy takiej możliwości i trzeba tak kombinować z trasą, żeby zawsze kończyła się przed domem. 

2. Bezpieczeństwo
Nawet jeżeli organizator nie zapewnia ubezpieczenia od wypadków losowych to zawsze na trasie jest zabezpieczenie medyczne. Jeżeli coś nam się stanie w trakcie biegu natychmiast uzyskamy fachową pomoc.

3. Nowe znajomości
Biorąc udział w biegach zorganizowanych masz szansę poznać wielu biegaczy. Zarówno amatorów jak i zawodowców. Ludzie, którzy biegają od lat i tych, którzy dopiero zaczęli. Imprezy biegowe to świetna okazja do zawarcia nowych znajomości i podzielenia się  swoim doświadczeniem, ale też  obawami czy pytaniami. Jeżeli nie masz z kim biegać, to po udziale w biegu masowym sytuacja na pewno się zmieni. Nawet nie podejrzewasz jak wielu ludzi dookoła biega. 

4. Niesamowite wrażenia i przygoda
Każdy bieg, bez względu na to czy to krótkie 5 km czy maraton, to niesamowite emocje i wyjątkowa atmosfera. Ciężko jest przekazać to słowami. Trzeba to po prostu przeżyć. 

5. Medale, koszulki, dyplomy
Organizatorzy bardzo często w ramach pakietu startowego oferują zawodnikom wspaniałe pamiątki. Odkąd zaczęłam biegać mam sporą kolekcje medali i koszulek oraz kilka dyplomów. Najlepsze jest to, że w większości przypadków taki upominek otrzymuje każdy zawodnik, który tylko ukończy bieg. To świetna motywacja dla tych początkujących, którzy nawet nie marzą o miejscu w czołówce. A koszulki (zazwyczaj techniczne) zawsze przydadzą się na treningi. 

XII Międzynarodowy Bieg Skawiński 10 maja 2014

Ja uwielbiam brać udział w biegach zorganizowanych. Uważam, że to najlepszy trening, a czasy z biegów są najbardziej wiarygodne. Lubie też tę całą otoczkę (za wyjątkiem kolejek do wc czy depozytu ;)).  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...