sobota, 28 lutego 2015

Olejek rycynowy na paznokcie

Olejek rycynowy na paznokcie to znany domowy sposób pielęgnacji. Olejek rycynowy w ogóle jest dość uniwersalny. Stosowałam go już w różnych kombinacjach, ale olejku rycynowego na paznokcie jeszcze chyba nie.

Olejek rycynowy na paznokcie

Jak wzmocnić paznokcie? - zastanawiałam się patrząc na swoje słabe, rozwarstwiające i łamiące się paznokcie. Tak szczerze, to ja główkowałam jak uratować swoje paznokcie. Malowanie paznokci zdecydowanie im nie służy. A może to zmywacz z acetonem im nie służy? Albo połączenie lakieru i zmywacza jest dla mojej płytki paznokciowej nie do zaakceptowania? Moje paznokcie nigdy nie były wyjątkowo piękne ani mocne. Są zupełnie przeciętne. Chyba, że je maluję. Wtedy się sypią. 


piątek, 27 lutego 2015

Testujemy Kallosy - Kallos Keratin jak sprawdza się samodzielnie?

W ramach testowania Kallosów postanowiłam sprawdzić, jak spisuje się odżywka Kallos Keratin bez towarzystwa innych kosmetyków. Tzn. oczywiście użyłam szamponu, a nawet odżywki bez spłukiwania, ale zawsze to robię. I nie wydaje mi się, żeby jakoś specjalnie mogło to zafałszować wyniki testu Kallos Keratin.



Wiemy już, że Kallos Keratin bardzo dobrze współpracuje z naftą kosmetyczną. A jak sprawdza się sama? Też dobrze. Co prawda włosy tuz po umyciu lekko się puszą, fruwają dookoła głowy i sprawiają wrażenie takich szorstkich i niezdyscyplinowanych. Ale to minie. Mnie minęło po przespanej nocy. Włosy umyłam wieczorem i tuż po myciu wyglądały średnio. Ale następnego dnia rano - coś pięknego. Gładkie, błyszczące, miękkie. Aż się chciało je rozpuszczać i dotykać. Zaznaczę, że nie używałam suszarki, tylko pozwoliłam im wyschnąć samodzielnie. Kallos Keratin bez wspomagania innymi kosmetykami spisuje się bardzo dobrze. Ale jeżeli zależy nam na świetnej prezencji nie myjmy włosów tuż przed terminem zero, tylko kilkanaście godzin wcześniej.

Znowu bez zdjęcia włosów, bo w sumie nic takiego na nim nie widać i większy pożytek ze słownego opisu ich stanu ;)

czwartek, 26 lutego 2015

Czy jedzenie mięsa to egoizm?

Jedzenie mięsa to egoizm - już któryś spotkałam się z tym stwierdzeniem. Początkowo ignorowałam tego typu teksty traktując je jak nawracanie nawiedzonych wegetarian. Przecież ludzie jedzą mięso. A zwierzęta też zjadają się nawzajem. Tak jest świat urządzony. Mięso ma dużo białka. I żelazo. Ale może rzeczywiście coś w tym jest? Przecież NIE MUSZĘ jeść mięsa. Nie muszę zjadać innych żywych istot. Mam do wyboru wiele alternatywnych produktów. Przy odrobinie wysiłku i poszerzeniu swojej wiedzy na pewno byłabym w stanie skomponować wegetariańskie (a może i wegańskie) menu bez uszczerbku dla zdrowia. 
Źródło: pixabay.com

Dlaczego jem mięso?
Jeżeli zapytasz wegetarianina lub weganina, czemu nie je mięsa może ci odpowiedzieć pytaniem: "A czemu miałbym jeść mięso?" albo "A dlaczego ty jesz mięso?". Ja jem mięso z wielu powodów. Nawet sobie nie zdawałam sprawy z ich ilości, dopóki nie spróbowałam sobie na to pytanie odpowiedzieć. Jem mięso, bo lubię. Jem mięso, bo u mnie w rodzinie się je jadło. Jem mięso, bo mój chłopak też je lubi. Jem mięso, bo uważam je za dobre źródło białka i innych substancji odżywczych. Jem mięso, bo jest łatwo dostępne. Jem mięso, bo daje mi uczucie sytości na długo i dużo energii. 

Czy mogłabym nie jeść mięsa?
Pewnie bym mogła. Jest też przecież dużo innych produktów, które też lubię. Z rodzicami już nie mieszkam, a moja rodzina przez ostatnie lata stała się bardzo liberalna w kwestii diety, więc tutaj problemów też by nie było. Mój chłopak do wegetarianizmu się nie przekona, ale nie musi przecież. Ostatecznie i tak jemy całkiem różne rzeczy, mamy inny gust kulinarny i nijak nie wpływa to na nasz związek. Spośród produktów roślinnych też by się dobre źródła białka znalazły. Kiedyś może to był problem, ale teraz dostępność produktów wegańskich jest całkiem dobra. Przynajmniej np. w Krakowie, gdzie mieszkam. A fasola też pewnie by mnie na długo nasyciła. Wszystkie argumenty na nie dla wegetarianizmu obalone bez ofiar.

Źródło:pixabay.com
Jedzenie mięsa jest smaczne, wygodne i szeroko aprobowane przez moje otoczenie. Co oczywiście nie znaczy, że jakbym przeszła na weganizm spotkałabym się z potępieniem ;) Myślę, że największym argumentem na nie jest w moim przypadku wygoda i przyzwyczajenie. Mięso jest mi znane nie od dziś. Wiem jak je przyrządzać na miliard sposobów. Wiem jakie gatunki mięsa lubię, a za którymi nie przepadam. Wiem, które potrawy mięsne mi smakują, a jakich nie zjem jeżeli ze smakiem. Z dietą wegańską wszystko byłoby nowe. Musiałabym od nowa odkrywać i budować swoją kulinarną tożsamość. Trochę mi się nie chce ;) Mam też obawy, że zrównoważona dieta wegańska mogłaby być nieco droższa, niż tak mięsna. A ja jestem takim dusigroszem strasznym. Tylko czy jeżeli w grę wchodzi cierpienie żywych istot tłumaczenie się wygodą i przyzwyczajeniem jest na miejscu?

Myślę o tym weganizmie i o etyce jedzenia już od jakiegoś czasu. Sam fakt, że myślę świadczy o tym, że jakiś sens w rezygnacji z mięsa musi być. Ostatecznie jeszcze nic nie wymyśliłam. Po prostu zaczęłam się zastanawiać czy coś, co od zawsze było dla mnie oczywiste nie jest przypadkiem zwyczajnie złe.

A Wy co myślicie na ten temat? Jecie mięso czy nie? Dlaczego? Czy jedzenie mięsa jest w porządku?

Zobacz też:

poniedziałek, 23 lutego 2015

Bieganie z psem - pierwszy raz

Bieganie z psem brzmi świetnie. Jednak pierwszy bieg z psem to dużo stresu. Zdecydowanie bardziej dla właściciela, niż dla czworonoga. Gdzie biegać z psem? Jak szybko biegać z psem? Jak długo można biegać z psem? Czy bieganie z psem jest w ogóle wygodne. Czy bieganie z psem można zaliczyć do treningu, czy to bardziej będzie trening cierpliwości i uwagi? Postanowiłam zacząć biegać z moją Piccolą. Piesek ma już kilka miesięcy, niespożyte siły i chyba nadszedł ten czas, żeby powoli oswajać go z bieganiem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że na początku może być pod górkę. Chociaż Piccola jest bardzo pojętna. W 5 minut nauczyła się podawać łapę, a w 15 zrozumiała o co chodzi w spacerze na smyczy. Bez większych problemów daje sobie założyć szelki i nie obgryza ich. Piesek-ideał normalnie. Mimo wszystko mam obawy, jak będzie wyglądać moje bieganie z psem. Boję się, że Piccola narzuci za szybkie tempo ;) albo że będzie miała inną wizję trasy. Najbardziej obawiam się, że pies będzie mi się plątał pod nogami podczas biegania, bo lubi i się pląta. W wyobrażeniach mam idealną wizję, że Piccola biegnie obok mnie, w moim tempie i w ogóle nie odczuwam jej obecności. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że na początku może to nie wyglądać aż tak sielankowo. 

Bieganie z psem



Jak wyglądał mój pierwszy bieg z psem?

Mój pierwszy bieg z psem wyglądał dokładnie tak, jak się tego spodziewałam. Piccola plątała mi się pod nogami. Nie do końca byłyśmy zgodne, co do trasy. Piesek albo narzucał zbyt szybkie tempo albo miał ochotę na przytulanki zamiast biegania. Ale pomimo tych drobnych niedogodności nasz pierwszy psi bieg uważam za udany. Świetnie się bawiłam i mam nadzieję, że Piccola też. I chciałabym tak ją wytrenować, żeby kiedyś bez wstydu móc ją zabrać na jakiś bieg. Nie mówię, że od razu maraton ale chociaż na parkrun

Bieganie z psem
Kliknij, żeby powiększyć

Przebiegłyśmy 3,6 km, z czego powiedzmy, że 1 km to był spacer. Zostaje 2,5 km biegu. Jak na pierwszy raz uważam, że w sam raz, chociaż Piccola nie sprawiała wrażenia specjalnie zmęczonej. Ja w sumie też nie ;) Bieg zajął nam nieco ponad pół godziny. Biegłyśmy ze średnim tempem 8:56 min/km, a maksymalne tempo jakie Piccola uzyskała ciągnąć mnie do przodu to 4:00 min/km.  

Mam zamiar regularnie biegać z Piccolą, bo to świetna dla nas dwóch. Ten pies kiedyś wystartuje w maratonie. Jak tylko jego pani osiągnie maratońską formę, co może nieco potrwać ;) Reasumując: bieganie z psem - gorąco polecam. 

sobota, 21 lutego 2015

Włosowy eksperyment - nic

Ostatnio zrobiłam ze swoimi włosami coś szalonego. Coś, czego do tej pory w historii mojego włosomaniactwa jeszcze nie było. Mój eksperyment był bardzo odważny i dość kontrowersyjny. Sama miałam wątpliwości. Nie było łatwo się zdecydować mając świadomość możliwych skutków. Ale zrobiłam to.

Źródło: pixabay.com

- Zrobiłam dzisiaj wielki eksperyment z włosami. Wiesz, co z nimi dzisiaj zrobiłam?
- Co? (Przez myśl przelatują rozmaite maseczki, mieszanki, glinki, błoto, zawartość lodówki i woda z makaronu)
- Nic.
- ...
- Dzisiaj nie zrobiłam z nimi dosłownie NIC. Zero odżywek, zero maseczek, zero wcierek, zero olejków i kremów. Umyłam włosy prostym szamponem z SLS, odcisnęłam w ręcznik i pozwoliłam schnąć.


Jak wyglądają moje włosy jedynie po wymyciu, bez wspomagania żadnymi odżywkami? O dziwo dobrze. Bardzo dobrze. Rzekłabym nawet, że jak po zaserwowaniu jakiejś niezłej kuracji pielęgnującej. Oczami wyobraźni widziałam latające dookoła głowy, cienkie, smutne, zniszczone strąki. A okazało się, że moje włosy bez zastosowania kosmetyków do pielęgnacji cały czas wyglądają ładnie i dobrze. Nawet zaryzykowałabym, że może lepiej. Oczywiście rozczesanie takich włosów niepotraktowanych odżywką może być trudne. Na szczęście Tangle Teezer poradził sobie z tym bez problemów. To kolejny dowód na rewelacyjne działanie tej szczotki. Moje włosy po wyschnięciu były gładkie, miłe w dotyku, sprawiały nawet wrażenie minimalnie grubszych i bardziej prostych. Koleżanka w pracy również nie zauważyła, żeby brak odżywki jakoś negatywnie się odbił na ich wyglądzie.

Źródło: pixabay.com

Co na celu miał ten eksperyment? Chciałam sprawdzić jak na prawdę wyglądają moje włosy. Bez wspomagania się odżywkami czy maskami. Chciałam zmyć z nich wszystko, co da się zmyć i zobaczyć jak się prezentują. I okazało się, że moje włosy są w całkiem dobrym stanie. 
To oczywiście nie znaczy, że teraz zamierzam zrezygnować z używania kosmetyków. Myślę, że to właśnie dzięki tym kosmetykom doprowadziłam włosy do przyzwoitego stanu. I gdybym zaprzestała ich stosowania stan włosów by się stopniowo zaczął pogarszać. Nawet najpiękniejsze, silne i zdrowe włosy potrzebują ochrony przed szkodliwymi czynnikami i jakiegoś dodatkowego odżywienia. Absolutnie nie zamierzam rezygnować z kosmetyków. Ten eksperyment pokazał mi prawdziwe efekty mojej pielęgnacji.

Nie wklejam zdjęcia włosów, bo mam wrażenie, że na każdym wyglądają one mniej więcej tak samo. Niestety robienie zdjęć telefonem, przy średnim oświetleniu i absolutnym braku jakichkolwiek kwalifikacji fotografa nie może dać nawet zadowalającej jakości. 

czwartek, 19 lutego 2015

Czym jest szczęście?

Szczęście było kiedyś jednym z głównych tematów moich rozmyślań. Zastanawiałam się, co to jest szczęście. Czym jest szczęście? Co to znaczy być szczęśliwym? Dużo myślałam o szczęściu, zamiast po prostu być szczęśliwą. Teraz, z perspektywy czasu wciąż nie jestem w stanie podać definicji szczęścia. Nie chodzi o ogólną, bo każdy ma własną definicję szczęścia. Ale ja nie umiem podać nawet tej mojej własnej definicji szczęścia. Umiem za to powiedzieć, co daje mi szczęście. Co sprawia, że jestem szczęśliwa. Ale zanim przejdę do sedna muszę jeszcze napisać jedną bardzo ważną rzecz: Od myślenia o szczęściu nikt nie staje się szczęśliwszy. 



A czym jest moje szczęście? Co daje mi szczęście? Kiedy jestem szczęśliwa? Bardzo często. Jestem szczęśliwa, pomimo przeciwności losu. Jestem szczęśliwa, chociaż moje życie nie jest idealne. Jestem szczęśliwa nawet wtedy, kiedy coś mi się nie udaje. Jestem szczęśliwa kiedy:
  • trzymam za rękę ukochaną osobę,
  • Piccola (mój piesek) wskakuje mi na kolana, gdy siedzę przed komputerem i tak sobie leży patrząc na mnie swoimi kochającymi oczkami,
  • przebiegam linię mety, a na mojej szyi zawisa medal,
  • biegam (że mam siłę, zdrowe nogi i piękne buty),
  • ludzie doceniają moją pracę (zarówno jeżeli chodzi o bloga, pracę pracę czy posprzątanie mieszkania),
  • oglądam piękne krajobrazy i zapierające dech w piersiach widoki,
  • czytam ciekawą książkę,
  • kładę się spać u boku ukochanej osoby,
  • widzę, że rodzice są ze mnie dumni,
  • ktoś się dzięki mnie uśmiecha (szczęście jest zaraźliwe - daj je innym, a wróci do ciebie),
  • ... (tutaj miliard innych powodów, pozornie błahych, ale jednak bardzo ważnych).

Czym więc jest moje szczęście? Moje szczęście to miłość, radość, satysfakcja, zdrowie, pasja, praca, piękno... A czym jest Twoje szczęście?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Maciej Dutko - "Efekt tygrysa" - recenzja

"Efekt tygrysa - puść swoją osobistą markę w ruch!" przeczytałam już kilka tygodni temu. Maciej Dutko stworzył trochę taki podręcznik budowania własnej marki. Piszę trochę podręcznik, bo nie ma tutaj gotowej recepty krok po kroku. Jest za to wiele pomysłów i inspiracji, które warto wykorzystać. "Efekt tygrysa" przeczytałam w kilka dni. Nie jest to wielkie wyzwanie biorąc pod uwagę, że pozycja liczy 160 stron. Ale warto zaznaczyć, że czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Nie ma tutaj przynudzania ani górnolotnych zwrotów. "Efekt tygrysa" jest napisany prostym, ładnym językiem. Czyta się bardziej jak powieść, niż jak poradnik biznesowy. Na łamach tej książki można znaleźć kilka pożytecznych wskazówek. M.in. skąd można wziąć pieniądze na realizację swojego pomysłu czy jak budować wizerunek w mediach społecznościowych. Maciej Dutko zwraca uwagę jak ważne dla postrzegania i zapamiętania naszej marki są takie drobiazgi jak charakterystyczna kolorystyka, muzyka czy nawet zapach. Autor zdradza też dlaczego, paradoksalnie, im droższy produkt lub usługa, tym bardziej pożądany. 





"Efekt tygrysa" nie oczarował mnie ani nie zachwycił, aczkolwiek moja opinia wciąż pozostaje całkiem pozytywna. Myślę, że to przydatna pozycja dla każdego kto pracuje nad tworzeniem wizerunku. Swojego czy swojej firmy. Ja czytałam "Efekt tygrysa" z myślą o rozwijaniu swojego bloga i z kilku wskazówek planuję skorzystać (jak tylko się zbiorę w sobie ;)). Ogromnym plusem dla mnie jest, że chyba wszystkie przykłady są z życia wzięte. I to konkretnie z życia pana autora. Maciej Dutko podzielił się swoimi doświadczeniami i pozwolił czerpać z nich wiedzę. "Efekt tygrysa" napisany jest w lekki i momentami zabawny sposób, a przy tym nie brakuje mu wartości merytorycznych. Ta książka nie odmieni Twojego życia za Ciebie, ale Ty możesz to zrobić. A "Efekt tygrysa" może być pierwszym krokiem. 

Parafinowe olejowanie i kremowanie

Olejowanie włosów kokosowym olejkiem i kakaowym masłem do ciała nadało im niezwykły blask. Warto wspomnieć, że koksowy olejek składa się głównie z parafiny. Masło kakaowe podobnie. Oczywiście obydwa kosmetyki posiadają pewną niewielką ilość tytułowego składnika, ale ich zawartość to głównie parafina. I okazuje się, że parafina całkiem ładnie działa na moje włosy. 



Kokosowy olejek do opalania Dax Cosmetics zawiera emolient tzw. suchy, filtry przeciwsłoneczne (bo to olejek do opalania), tytułowy olej koksowy, ekstrakt z kwiatów gardenii i witaminę E. Mleczko do ciała Ziaja również zawiera emolient suchy, glicerynę, silikony i masło kakaowe. Obydwa kosmetyki pachną pięknie i słodko. O ile ktoś lubi kokosy i kakao. Takie bardziej kosmetyczne w zapachu kokosy i kakao. W sumie gdybym nie wiedziała, to miałabym problem zgadnąć, czym pachną ;)

Powyżej moje włosy po całej nocy spędzonej z olejkiem kokosowym i masłem kakaowym. Tradycyjnie umyte delikatnym szamponem bez SLS, zwilżone odżywką bez spłukiwania Ziaji i rozczesane niezawodnym Tangle Teezer. Są miękkie, śliskie, gładkie i przede wszystkim pięknie błyszczą. Z czystym sercem polecam te dwa kosmetyki w duecie do długiego olejowania. 

niedziela, 15 lutego 2015

Krakowski Bieg Antysmogowy

Krakowski Bieg Antysmogowy się odbył. Na Stadionie na Groblach pojawiły się tłumy biegaczy. Na fejsbuku swój udział zadeklarowało około tysiąca osób. Było nas na prawdę dużo. Organizacja była świetna. Obyło się bez przepychanek, dla nikogo też nie zabrakło maseczki przeciw smogowi. Na manifestacji pojawiły się również media. 



Krakowski Bieg Antysmogowy czyli niecałe 5 km delikatnym truchcikiem przez centrum miasta dla czystszego powietrza. Pogoda dopisała, biegacze również. Pobiegł z nami także Zły Piec. Miejmy nadzieję, że jakość powietrza w Krakowie niebawem ulegnie poprawie. 


sobota, 14 lutego 2015

Zalety biegania zimą. Dlaczego warto biegać zimą

Bieganie zimą ma swoich zwolenników i przeciwników. Ja jestem wielką miłośniczką biegania i oficjalnie stwierdzam, że bieganie w zimie jest równie wspaniałe jak latem. Owszem, trochę inne, ale absolutnie nie gorsze. Czy lepsze? Też nie, no bez przesady. Tzn. nie dla mnie. Po ostatnim niedzielnym biegu w pełnym śniegu wróciłam przeszczęśliwa. Biegło mi się cudownie, a te 40 minut naładowało mnie pozytywną energią na resztę dnia. I postanowiłam napisać o zaletach biegania zimą.

Źródło: własne

1. Piękne widoki. Kiedy spadnie śnieg nawet te pospolite drzewa nabierają magicznego wyglądu. Poniekąd na pewno wynika to z tego, że śnieg mamy jedynie przez 1/4 roku. Dlatego jawi nam się on jako taki piękny. Cały świat przysypany białym pyłem,w którym odbijają się promienie słońca. Istna biegowa poezja. Nie chciałabym tutaj być zbyt patetyczna, ale na prawdę byłam oczarowana. Bieganie zimą jest cudowne. Jeżeli tylko uda się to zrobić w ciągu dnia. Te widoki, ta atmosfera, magia po prostu. 

2. Łatwiej mieć przy sobie niezbędne drobiazgi typu klucze, pieniądze, telefon, chusteczki. Latem podczas biegania staramy się mieć na sobie tak mało, jak to tylko możliwe. Zimą natomiast można pozwolić sobie na kilka warstw. Moja zimowa kurtka do biegania jest odzieżą wyjątkowo bogatą w kieszenie. Spokojnie mogę tam władować klucze, telefon, bilet miesięczny, szminkę czy chusteczki. Latem nie ma tego komfortu i trzeba kombinować albo rezygnować. Zima natomiast jest w tym względzie łaskawa. Odpada problem gdzie ja mam to włożyć. 

3. Pot się tak nie leje. Oczywiście biegając zimą człowiek też się spoci i zgrzeje. Ale znacznie mniej niż latem. Na pewno nie jest to aż tak dokuczliwe. I wystarczy na chwilę przystanąć, dotknąć śniegu żeby się schłodzić. Zimą również pragnienie podczas biegania jest o wiele mniejsze. 

4. Śnieg trochę amortyzuje. Jest bardziej miękki niż chodnik czy asfalt. Bieganie po śniegu będzie wytchnieniem dla twoich stawów, które przez cały sezon były narażone na twardą powierzchnię. Oczywiście warto zainwestować w odpowiednie buty do biegania zimą. Niektórzy mają w zwyczaju zimą wykańczać buty, które po sezonie letnim powoli zmierzają ku końcowi swojego żywota. Ja akurat nie jestem zwolenniczką tego trendu. Śnieg ma swoje wady, zalety i wymagania. 

5. Bieganie po śniegu to dodatkowe +10 do intensywności treningu. Dzięki temu wyrabiasz sobie kondycję, a efekty treningu przychodzą szybciej.

6. Trudne warunki kształtują charakter. I ciało. Bieganie zimą to świetny sposób na zahartowanie całego organizmu oraz na wypracowanie hartu ducha. Najpierw trzeba odkopać zaspy śniegowe przed drzwiami, a później przekopywać się dalej ulicami, ale po powrocie do domu satysfakcja jest ogromna.

Źródło: własne

Jak widać bieganie zimą ma bardzo wiele zalet. Zastanawiam się teraz, czy nie więcej, niż bieganie w każdej innej porze roku ;) Na pewno zimowe bieganie jest wyjątkowe. I nieco mniej popularne, chociaż dla twardzieli, miłośników i starych wyjadaczy nigdy nie jest za zimno na bieganie

czwartek, 12 lutego 2015

Jak Instagram zmienił moje życie

Instagram zmienił moje życie. Niewiarygodne, a jednak. Instagram to taki trochę twitter tylko ze zdjęciami. Albo fejsbuk tylko z ograniczoną ilością literek. Instagram to taki współczesny album ze zdjęciami. Odkąd założyłam Instagram wiele w moim życiu się zmieniło. Weszłam na inną drogę i musiałam zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Jak Instagram zmienił moje życie?
1. Muszę wcześniej wstawać, żeby zdążyć zrobić rano selfie w łazienkowym lustrze. 
2. Staranniej przyrządzam posiłki, żeby było się czym pochwalić na Instagramie. Ćwiczę również cierpliwość, bo zamiast rzucać się na jedzenie od razu, najpierw ustawiam je pod odpowiednim kątem i robię zdjęcie.
3. Dowiedziałam się, że pieski i pluszowe maskotki wcale nie cieszą się taką popularności i nie zbierają tylu lajków, co sądziłam. Znacznie lepiej w tej kwestii wypadają biegowe medale albo zwykłe łazienkowe selfie. 
4. Jestem zmuszona odświeżać swoje angielskie słówka, bo wiadomo że ten język ma o wiele większy zasięg niż mój polski. 
5. Na wszystko w swoim otoczeniu patrzę jak na potencjalny obiekt do sfotografowania. 
6. Jestem spokojniejsza, bo wiem że większość uchybień można poprawić filtrami, a jak jest bardzo źle to wystarczy użyć aplikacji do upiększania selfie.
7. Podszkoliłam się z angielskich słówek i trochę już umiem w hasztagi.
8. Nie mam dylematu jak podzielić się dużą ilością zdjęć bez jednoczesnego zaśmiecania sobie fejsbuka. Od wrzucania zdjęć (i tylko zdjęć) mam Instagram.

Kiedyś wydawało mi się, że Instagram to zbędny lans i nikomu do niczego nie jest właściwie potrzebny. Że na pewno nie jest potrzebny mnie. Jakże się myliłam. Instagram jest super. Nie jest oczywiście niezbędny, ale to fajna zabawka. Zdecydowanie polecam. 

Buty do biegania na zimę Kapteren Discover Kalenji

Buty do biegania zimą to teraz bardzo ważna sprawa. W końcu mamy środek zimy. Jak wybrać buty do zimowego biegania? Jak  Kapteren Discover Kalenji spisują się na śniegu i lodzie? Czy  Kapteren Discover Kalenji to dobry wybór na zimowe treningi?



Buty powinny dobrze trzymać się podłoża. Bieganie po śniegu jest spoko, to oblodzone powierzchnie są wyzwaniem. Łatwiej o kontuzję, chociaż z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że nie są one wcale takie znowu częste. Tzn. mam na myśli te typowo z powodu poślizgnięcia się na lodzie. Wystarczy zachować ostrożność i nie mieć kosmicznego pecha, żeby całym i zdrowym wrócić z zimowego biegu.

Buty  Kapteren Discover Kalenji kupiłam z myślą o biegach w terenie. Mają grubszą podeszwę i bardziej agresywny bieżnik. Dlatego biegam w nich właśnie teraz zimą, kiedy drogi pokryły się śniegiem i lodem. Doszłam do wniosku, że lepiej będą się spisywać podczas moich zimowych treningów niż Kalenji Ekiden 50. I rzeczywiście spisują się dobrze. Przede wszystkim ich czerń z różowymi elementami pięknie kontrastuje z bielą śniegu ;) Poza tym nie ślizgają się po lodzie na tyle, żeby utrzymanie równowagi było niemożliwe. Zostawiają ładne ślady podeszwy na świeżym śniegu i nie przemakają jakoś przesadnie. Oczywiście jak jest plucha i ja biegam po niej, to buty są mokre. Ale przy zachowaniu odrobiny uwagi i bieganiu po terenach ucywilizowanych, wcale tak nie przemakają jak można by się obawiać. Co ważne ani razu nie było mi również w nich zimno w stopy.
Źródło: decathlon

Nie umiem jeszcze tak ładnie oceniać butów przy użyciu skali i tych wszystkich mądrych, ważnych parametrów. Buty  Kapteren Discover Kalenji są zupełnie spoko na zimowe bieganie. Nie mam z nimi żadnych problemów. To niższa półka cenowa, więc nawet jak się nie sprawdzą, to mniejszy ból. Chociaż nie wiem, czemu miałyby się nie sprawdzić. Są ładne, zgrabne, kobiece. Podeszwa jest super na tzw. trudną nawierzchnię. A jak zima się skończy  Kapteren Discover Kalenji świetnie będą służyć podczas biegów w terenie lub w błocie. Też sprawdziłam i dają radę. 

środa, 11 lutego 2015

Walentynki - Święto Zakochanych czy festiwal kiczu i żenady?

Walentynki mają stałe grono hejterów. Często pada argument, że miłość powinno się okazywać sobie codziennie a nie tylko od święta. Że prawdziwi zakochani nie potrzebują okazji. Oczywiście. Dlatego też codziennie powinniśmy wręczać sobie prezenty i chodzić na długie spacery i romantyczne kolacje. To by dopiero była rozrzutność walentynkowa i komercja byle się tylko handlarze i restauratorzy mogli nachapać. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że większość ludzi nie ma możliwości, żeby codziennie obdarowywać swoją miłość prezentami i codziennie spędzać razem romantyczne wieczory. Co innego od czasu do czasu. Przy jakiejś okazji i czasami bez okazji. Ale litości, nie codziennie. 

Źródło: pixabay.com

A czy sklepy zarabiają na naszej miłości i nie to tylko nasza decyzja i nasz wybór. Nikt przecież nikomu nie każe kupować na prezent tego wielkiego (i równie drogiego) pluszowego serduszka. Na Walentynki można kupić coś zupełnie nie związanego z miłością, serduszkami i kolorem różowym. Np. książkę. Można też upiec ciasto. Napisać wiersz. Zrobić masaż. Ważne, żeby sprawić przyjemność obdarowywanej osobie (patrz: Co kupić dziewczynie na Walentynki i Idealny prezent na Walentynki). A że jakieś koszty trzeba ponieść, coś od siebie dać? No zawsze trzeba. Jak kupujesz sobie chleb na śniadanie to też ktoś na tym zarabia. 

Źródło: pixabay.com
Jeżeli zrezygnujemy ze świętowania Walentynek, bo miłość trzeba okazywać sobie codziennie, powinniśmy także zrezygnować z obchodzenia Dnia Matki czy Dnia Dziadka. Im przecież też codziennie powinno się okazywać miłość i zainteresowanie. Nie wiem też skąd takie przekonanie, że jak ktoś okazuje sobie miłość 14 lutego, to nie robi tego w pozostałe dni roku. Dla mnie od zawsze to było proste i oczywiste. Kocham i szanuję moich bliskich codziennie. Każdego dnia mówię lub okazuję im swoim zachowaniem, jak są dla mnie ważni. A od czasu do czasu przy okazji (urodziny, imieniny, Walentynki, Dzień Ojca itp.) składam życzenia i robię dla nich coś ekstra, czego nie jestem w stanie robić codziennie. Np. kupuję wypasiony prezent czy biorę wolne w pracy i spędzam z bliskim cały dzień. Sorry, ale na co dzień bym tego nie dała rady robić. 

Moim zdaniem każda okazja do świętowania miłości jest dobra. I wcale nie trzeba przy tym robić mega szumu czy wydawać milionów monet. Co kto lubi. Czasami wystarczą życzenia prosto z serca i buziak w policzek. Inni mocno celebrują ten dzień. Też można. Nikt nikogo do obchodzenia Walentynek nie zmusza. Ale po co hejtować Święto Zakochanych, które samo w sobie ma bardzo pozytywny wydźwięk? Masz prawo nie lubić Walentynek, tak samo jak inni mają prawo je uwielbiać. 

A Ty obchodzisz Walentynki czy ignorujesz? A może jednak aktywnie hejtujesz?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Naturalne rzęsy po przedłużaniu (stan i zdjęcia)

Jak wyglądają nasze naturalne rzęsy po zdjęciu przedłużanych? Czy przedłużanie rzęs je niszczy? Czy po przedłużaniu rzęsy mogą wypaść? Czy żałuję przedłużania rzęs? Zabieg przedłużania rzęs, jak ostatnio zauważyłam, robi się bardzo popularny. Coraz więcej kobiet zastanawia się nad nim. Ja przez trzy miesiące nosiłam przedłużane rzęsy i wymagało to dwukrotnej wizyty u kosmetyczki. Nie jest to ani bardzo długi czas, a liczba zabiegów przedłużania którym się poddałam nie zatrważa. Mimo wszystko uważam, że mam jakieś doświadczenie w tej kwestii i chciałabym się nim podzielić ze wszystkimi niezdecydowanymi. O przedłużaniu rzęs pisałam już kilka razy i wszystkie linki znajdziecie w poniższym tekście, który dotyczy tego, jak naturalne rzęsy wyglądają po usunięciu przedłużanych. Czy są zniszczone lub słabsze? Czy wyglądają gorzej? Czy powypadały? Czy zdecydowałabym się ponownie na przedłużanie rzęs?


Jak wyglądają przedłużane rzęsy?

Zacznijmy pozytywnym i efektownym akcentem. Poniżej przedstawiam kilka zdjęć z przedłużonymi rzęsami. Zdjęcia są różnej jakości, z różnej odległości. Na jednych mam pełny makijaż, a na innych w ogóle. Pochodzą one również z różnych okresów przedłużania rzęs. Rzęsy zaraz po przedłużeniu wyglądają najbardziej spektakularnie.  Zazwyczaj miesiąc po przedłużeniu rzęs trzeba już zacząć myśleć o uzupełnieniu. 

Naturalne rzęsy po przedłużaniu

Przedłużanie rzęs, a naturalne rzęsy

Jak wyglądają rzęsy po przedłużaniu

Naturalne rzęsy po zdjęciu przedłużanych


Trzeba przyznać, że efekt jest piorunujący, a przedłużane rzęsy wyglądają niesamowicie. Co prawda kilka osób zwróciło uwagę, że może zbyt sztucznie. Ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że granica przesady nie została przekroczona. W przedłużonych rzęsach chodziłam do pracy, na treningi, byłam też na dyskotece i na pogrzebie. W żadnej z tych sytuacji nie wyglądałam ani nie czułam się nie na miejscu. Odpowiednio dobrany strój i reszta makijażu całkowicie załatwiają sprawę i przedłużone rzęsy absolutnie nie przeszkadzały ani nie wyglądały niestosownie. Byłam z nich zadowolona i sprawowały się dobrze. Oczywiście przedłużanie rzęs ma swoje wady i zalety. Pisałam o tym tutaj: wady i zalety przedłużania rzęs


Jak wyglądają naturalne rzęsy po zdjęciu przedłużanych?

Wiele kobiet nie decyduje się na przedłużenie rzęs w obawie, że zniszczy ono naturalne rzęsy. I jest w tych obawach trochę słuszności. Naturalne rzęsy przed doklejeniem sztucznych trzeba odtłuścić specjalnym preparatem. Później przykleić do nich sztuczną rzęsę. Klej to sama chemia i nic przyjemnego, a doklejona rzęsa może nadmiernie obciążać naturalną. Sztucznych rzęs można się pozbyć czekając aż wypadną razem z naturalnymi. Wtedy teoretycznie nie powinny mieć an nie wpływu, bo przecież jedna wypada i odrasta zupełnie nowa. Można też je usunąć mechanicznie czyli odrywając albo za pomocą specjalnego preparatu, który oczywiście musi być mocny i na pewno nie ma działania pielęgnującego. Ja poczekałam aż przedłużone rzęsy same wypadną i odpadną. I wbrew pozorom nie było to aż tak uciążliwe. Oczywiście w pewnym momencie dysproporcja pomiędzy naturalnymi a resztką sztucznych była na tyle duża, że musiałam zacząć używać tuszu. Nie pamiętam, ile to dokładnie trwało. Podejrzewam, że od momentu kiedy rzęsy zaczęły wyglądać wyraźnie źle do momentu kiedy wszystkie sztuczne wypadły minęło około dwóch tygodni. A poniżej przedstawiam zdjęcia swoich rzęs po pozbyciu się doklejanych.

Czy przedłużanie rzęs je niszczy

Czy przedłużanie rzęs je niszczy


Różnica jest ogromna. Rzęsy są jakieś takie przykrótkie i jaśniutkie. I wyglądają jakby ich było mniej, chociaż oczywiście na 90% jest ich mniej więcej tyle samo, tylko są cieńsze, krótsze i jaśniejsze. Oczywiście mam na myśli różnicę pomiędzy naturalnymi a doklejanymi. W porównaniu do przedłużanych, naturalne rzęsy prezentują się jakoś tak słabo i biednie. A z większej odległości w ogóle ich nie widać. Jakby faktycznie wypadły.


Jak wyglądają naturalne rzęsy przed przedłużeniem i po przedłużeniu?

A teraz porównajmy jak moje naturalne rzęsy wyglądały przed doczepieniem sztucznych, a jak po pozbyciu się sztucznych. Czy rzeczywiście przedłużanie rzęs je zniszczyło? Czy są słabsze, krótsze i w gorszym stanie? Poniżej przedstawiam zdjęcia moich rzęs tuż przed zabiegiem przedłużania i niedługo po pozbyciu się doklejanych rzęs. 

Naturalne rzęsy po przedłużaniu (stan i zdjęcia)

Naturalne rzęsy po przedłużaniu (stan i zdjęcia)

Naturalne rzęsy po przedłużaniu (stan i zdjęcia)

Jakość zdjęć nie powala, ale wyraźnie widać, że różnica jest niewielka. Właściwie prawie jej nie ma. Przedłużanie rzęs w ogóle nie wpłynęło na moje naturalne rzęsy. Wyglądają dokładnie tak samo. Tylko ja przyzwyczaiłam się do ciemnych, grubych i długich doklejanych i teraz patrząc na swoje naturalne widzę biedę. Ale one zawsze tak wyglądały. Przedłużanie ich nie zniszczyło. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę to, co pisałam na początku. Nosiłam przedłużane rzęsy zaledwie trzy miesiące. Nie wiem, jaki byłby efekt po trzech latach. Na pewno jednorazowe przedłużanie rzęs ich nie zniszczyło. 


Czy warto przedłużać rzęsy?

Reasumując, w moim przypadku krótkotrwałe przedłużenie rzęs w ogóle nie wypłynęło na ich stan. Nie miałam również do czynienia z żadną alergią, podrażnieniem czy zapaleniem spojówek. Oczywiście po części to jest kwestia szczęścia i wiadomo, że nie wszystko zawsze można przewidzieć. Jeżeli ktoś się pyta, czy warto zdecydować się na przedłużanie rzęs odpowiem tak: jeżeli się nad tym zastanawiasz - warto spróbować. To ogromna wygoda, zawsze +10 do wyglądu i nowe doświadczenie. Zabieg przedłużania rzęs wykonany przez profesjonalną kosmetyczkę przy użyciu dobrej jakości produktów i zachowaniu środków ostrożności nie stanowi dużego ryzyka dla osób zdrowych. Jeżeli jesteś zainteresowana warto również przeczytać krótki poradnik jak dbać o przedłużane rzęsy, żeby uniknąć przykrych niespodzianek po fakcie. 

niedziela, 8 lutego 2015

Tuningowana maseczka jajeczna do włosów przed myciem

Maseczka jajeczna do włosów to znany od lat (wieków?) sposób pielęgnacji. Stosowały go na pewno moja mama i babcia. Czy prababcia to nie wiem i już się nie dowiem. Ale teraz ja używam maseczki jajecznej do pielęgnacji włosów.



Jajeczna odżywka do włosów to nie jest dla mnie nowość. Stosowałam już wielokrotnie w różnych kombinacjach. I dzisiaj właśnie przedstawię jedną z wersji. Jest to wersja na spontana dolej co masz pod ręką. Moja maseczka oprócz głównego składnika jakim są dwa żółtka zawiera także kilka kropli olejku rycynowego, kilka kropli nafty kosmetycznej, trochę odżywki bez spłukiwania Ziaja i trochę odżywki do spłukiwania Garnier Ultra Doux z Cudownymi Olejkami. Całość dokładnie wymieszałam i nałożyłam na włosy przed myciem na 20 minut.

Trzeba przyznać szczerze, że naturalne albo chociaż pół-naturalne metody pielęgnacji poza niezaprzeczanymi zaletami mają też dość uciążliwe wady. Największą z nich przy tej odżywce jest okropne splątanie włosów. Ciężko jest rozprowadzić ją na włosach, a kiedy to już się uda przypominają one wielki kołtun. Na szczęście po spłukaniu już jest prawie normalnie, a po umyciu szamponem nie widać już ani śladu splątania. 

Ja umyłam włosy rozcieńczonym szamponem Babydream i nałożyłam jeszcze raz odżywkę Garnier Ultra Doux z Cudownymi Olejkami pod czepek. Normalnie ta odżywka prawie nie działa (przynajmniej u mnie) więc wiadomo, że całą zasługę można przypisać jajku. A włosy rzeczywiście wyglądają wyraźnie lepiej, niż gdybym nic specjalnego z nimi nie robiła.


Na zdjęciu trudniej jest uchwycić efekt, ale w dotyku i w obsłudze włosy są bardzo miłe i grzeczne ;) Zdyscyplinowane, wygładzone, nie puszą się. Dobrze się z nimi współpracuje i prezentują się również niczego sobie. Jajeczne mikstury z dodatkiem wszystkiego co zalega w łazience bardzo polecam. 

sobota, 7 lutego 2015

Mini projekt denko

Idea projektu denko jest taka, żeby zużywać posiadane kosmetyki, zamiast ciągle dokupywać kolejne i zawalać nimi łazienkę. Taki kosmetyczny minimalizm. Idea jak najbardziej szczytna. Chociaż tak szczerze to dla mnie projekt denko kojarzy się z trzymaniem pustych opakowań, żeby pod koniec miesiąca je sfotografować i opisać ;) Dlatego też nigdy nie robiłam projektu denko. Trzymanie takiej ilości śmieci przez miesiąc jest dla mnie nie do przejścia. Nawet nie tyle psychicznie (chociaż to trochę też), tylko że nie mam na to miejsca ;)

Źrodło: własne
Mini projekt denko, bo wygrzebałam z kosza w łazience kilka opakowań kosmetyków, które udało mi się zużyć w ostatnim czasie. Nie są to kosmetyki z całego miesiąca. Prędzej z tygodnia, bo bez przesady żebym miesiąc śmieci nie wyrzucała ;) Na tapecie dzisiaj:
  • Elfa, Green Pharmacy, Szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się z nagietkiem lekarskim
  • Garnier Fructis, Gęste i zachwycające, Głęboko odżywcza maska do włosów cienkich
  • Marion, Zabieg laminowania Diamentowy połysk
  • Oriflame, Perfect Body Firming Bust & Décolleté Gel, Ujędrniające serum do biustu i dekoltu
  • Synergen, Coconut Body Butter, Masło do ciała kokosowe
  • Farmona, Sweet Secret, Żel pod prysznic Ciemna czekolada i orzech pistacji
  • Kolastyna, Protect Beauty, Krem do stóp z pękającą skórą pięt

Szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się z nagietkiem lekarskim miał być delikatnym szamponem do częstego stosowania. Nie zawiera parabenów, SLS ani SLES. Zawiera za to Sodium Myreth Sulfate, które podobno wiele się od tamtych detergentów nie różni. Uświadomiła mnie dopiero niedawno jedna z osób w komentarzach. Szampon zawiera również silikony. U mnie spisywał się w porządku, ale więcej do niego nie wrócę chyba. Nie żeby mi zalazł za skórę, po prostu nie zachwycił. 

Głęboko odżywcza maska do włosów cienkich zachwyca cukierkowym zapachem. Jeżeli chodzi o działanie, to szału nie ma, ale źle też nie jest. Wygładza włosy, ułatwia rozczesywanie, lekko je dociąża. Niby głęboko odżywcza maska, chociaż jak dla mnie to raczej odżywka. I to dość lekka. Ale fajna. Być może jeszcze kiedyś kupię. 

Zabieg laminowania Diamentowy połysk opisywałam już szerzej przy okazji ostatniej Niedzieli dla włosów i odsyłam do tamtego tekstu. Tutaj napiszę tylko, że sprawdził się dobrze. Znacznie lepiej, niż ten zwykły bez diamentowego połysku. 

Ujędrniające serum do biustu i dekoltu podobno ma kosmiczną cenę 60 zł. Nie jestem pewna, bo akurat je dostałam. I całe szczęście, bo jak dla mnie w ogóle nie działa. A mam porównanie, bo np. serum ujędrniające z Eveline też biustu nie powiększy no ale działa. A to tutaj nic. W dodatku konsystencja strasznie rzadka, a w przypadku podrażnionej skory pojawiało się mocne pieczenie. Tego kosmetyku w ogóle nie polecam. Jest drogi i nie działa, a jego stosowanie też nie jest specjalnie przyjemne.

Masło do ciała kokosowe było fajne. Pachnie kokosem i nie zostawia tłustej warstwy. W składzie ma m.in. masło shea. Również całkiem nieźle spisuje się do kremowania włosów. Całkiem niezły kosmetyk do ciała. Ładnie nawilża, nie uczula, nie podrażnia, nie zapycha. 

Żel pod prysznic Ciemna czekolada i orzech pistacji opisałam szerzej w zapachowych ulubieńcach kąpielowych. Ale tak w skrócie polecam ze względu na zapach. Konsystencja też jest ok. fajny kosmetyk i polecam wszystkim miłośniczkom czekolady i łazienkowej aromaterapii. 

Krem do stóp z pękającą skórą pięt to jeden z lepszych kremów do stóp. Ma taki specyficzny zapach. Mnie się podobał, chociaż nie wiem, czym pachnie. Może jakimiś ziołami albo olejkami? To gęsty, treściwy krem i dobrze natłuszcza skórę pięt. Polecam zdecydowanie. 

Nie wiem jeszcze, czy mini projekt denko będzie stałą serią na tym blogu, czy tylko takim wybrykiem. Pewnie zależy od nastroju i jak długo nie będę śmieci wyrzucać ;)

czwartek, 5 lutego 2015

Biegowe plany na luty 2015

Planów na luty 2015 nie mam zbyt wielu, bo to krótki miesiąc ;) Poza tym wychodzę z założenia, że lepiej mało sobie postanowić i zrobić wszystko albo więcej, niż na odwrót.


Plany na luty 2015

  1. Raz w tygodniu zajęcia core stability - Przez tę kontuzję w październiku po Półmaratonie Królewskim oprócz długiej przerwy w bieganiu, zaniedbałam też wszystkie inne aktywności. M.in. właśnie zajęcia ze stabilności ogólnej, które są bardzo ważne dla biegaczy. Nie tylko dla biegaczy zresztą. Tego typu ćwiczenia dobrze wzmacniają mięśnie i ładnie rzeźbią ciało. Z kolanem już prawie wszystko w porządku i nie mam żadnej innej wymówki, więc od lutego wracam na treningi. 
  2. Krakowski Bieg Antysmogowy - Inicjatywa moich znajomych z BBL Kraków. Bieg dostępny dla wszystkim, bez opłat i nawet bez konieczności wcześniejszego zapisywania się. Właściwie oficjalnie to jest manifestacja. 
  3. Przebiec przynajmniej 100 km - w styczniu przebiegłam 70 km, a dałam sobie mega taryfę ulgową. W lutym postanowiłam być dla siebie trochę surowsza i wyżej postawić poprzeczkę. Zresztą to 100 km to wcale nie jest jakoś specjalnie bardzo dużo. To jest takie minimum, jeżeli poważnie myślę o maratonie czy chociażby półmaratonie. 
Źródło: instagram.com/abakercja

I właściwie to by było na tyle. Plany jak najbardziej realne, bez szaleństw, bez presji. 

środa, 4 lutego 2015

Akcja Włosomaniaczek: Testujemy Kallosy!

Postanowiłam przyłączyć się do akcji testowania masek Kallos zaproponowanej przez włosowe guru czyli Anwen. Tak na prawdę to nie planowałam tego. Planowałam jedynie kiedyś, jakoś w bliższej przyszłości zakupić jakąś dużą i niedrogą maskę do włosów. I pewnie padłoby na któregoś Kallosa. Nie wiem, kiedy zmotywowałabym się do zakupów, ale pomogła mi w tym Asia. Zaproponowała, żebyśmy kupiły sobie maskę Kallos na spółkę. Litrowe opakowanie to bardzo dużo jak dla jednej osoby, więc pomysł świetny. Pomimo swoich problemów z podejmowaniem decyzji wybrałam Kallos Keratin, Maska keratynowa z proteinami mleka, a Asia otwarta w tej kwestii całkowicie mój wybór zaakceptowała. Zdecydowałam się akurat na tę, ponieważ Anwen kilka wpisów wcześniej bardzo pozytywnie ją oceniła. Na KWC Kallos Keratin również ma całkiem dobre noty. Oczywiście wiadomo, że kusił mnie banan albo czekolada ze względu na zapach albo algowa ze względu na jakąś taką oryginalność. Ale postanowiłam kierować się rozsądkiem przy wyborze maski i padło na Kallos Keratin. 
Źródło: własne
Po pierwszym użyciu maski Kallos Keratin jestem zachwycona. Włosy są piękne. Gładkie, miękkie, zdyscyplinowane. Na dodatek jakoś tak wydają się grubsze i jakby było ich więcej. Nie mogę się napatrzyć i wpadam w samozachwyt. Z tym, że nie wiem, czy to zasługa maski, bo przed myciem nałożyłam na włosy naftę kosmetyczną. Z tą naftą miałam niedawno pewną przykrą sytuację, ale opiszę to kiedy indziej. Zapewne przy okazji jakiejś notki na temat włosowych lub urodowych wpadek. Wracając do Kallosa i włosów to maska jest gęsta i nie spływa. Może trochę ciężej jest ją rozprowadzić, ale i tak wolę te gęstsze. Zawsze można słabiej osuszyć włosy. Zapach jest mocny i nie do końca trafia w mój gust. Ale nie przeszkadza. Maskę trzymałam na włosach ok. 20 minut. Po spłukaniu i zawinięciu na chwilę w ręcznik nałożyłam na włosy lekką odżywkę bez spłukiwania z Ziaji i pozwoliłam włosom wyschnąć samodzielnie.

Źródło: własne
Efekt moim zdaniem jest świetny. Włosy wyglądają bardzo dobrze. Oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić, czy to w całości zasługa maski Kallos Keratin czy bardziej nafty kosmetycznej. Ale na pewno mogę stwierdzić, że nafta kosmetyczna i maska Kallos Keratin to świetne połączenie i bardzo dobrze ze sobą współpracują. 

wtorek, 3 lutego 2015

Niedzielny bieg na dobry początek lutego [fotorelacja]

Fotorelacja to nowa seria, gdzie oprócz skupiania się na bieganiu będę również wiele uwagi poświęcała na robienie sobie selfie oraz zdjęć krajobrazów. Tak dla urozmaicenia i żeby było bardziej kolorowo na blogu. Bo bieganie to nie tylko przemierzone kilometry i hektolitry potu, ale też świetna zabawa, a zdjęciami najłatwiej to pokazać.

Jest niedzielny poranek. Wychodzę pełna nadziei. Z miną cwaniaka i okularami przeciwsłonecznymi. Bo słoneczko ładnie daje po oczach. Jak w lecie. Od śniegu się te promienie odbijają i jest jeszcze lepiej. Aż chce się biegać. 

Źródło: własne
Wychodzę i buty toną w śniegu. No i super. Bieganie po śniegu jest fajne. I jeżeli nie są to półmetrowe zaspy, to wcale nie jakoś bardzo trudniejsze. Nie jest również powiedziane, że buty muszą przemoknąć. Moje akurat tym razem nie przemokły. A trochę przebiegłam po śniegu. Zima to wcale nie taka zła pora dla biegacza. Właściwie to całkiem dobra. 

Źródło: własne
Pogoda była idealna. Warunki piękne. Ciepło jak na śnieżny, zimowy dzień. Bardzo słonecznie. To piękne miejsce, w którym biegam w weekendy (a latem również w tygodniu, ale zimą nie bo jest ciemno i się zwyczajnie boję ;)) to Rezerwat przyrody Bonarka. Piękna okolica. Polecam każdemu kto mieszka w pobliżu. Do biegania albo na spacery. A w bardzo bliskim sąsiedztwie znajduje się kopiec Krakusa. 

Źródło: własne
Ładne okoliczności uprzyjemniają wysiłek. Czas szybko płynie, a kilometry same się wybiegają. Dodatkowo nie muszę wdychać spalin ani uważać na sygnalizację świetlną. 

Źródło: własne
Selfie pod koniec biegu. Widać wyraźną różnicę w wyrazie twarzy. Po prawie 10 km moje oblicze zdobi szeroki uśmiech. Oczy też się cieszą, ale przez okulary tego nie widać. Musicie uwierzyć na słowo. Bieganie poprawia nastrój, nie da się zaprzeczyć. 

Źródło: instagram.com/abakercja

Statystyki oczywiście podzielone, bo robiłam zdjęcia. I tak cud, że mi tylko raz podzieliło trening. Tempo takie spokojne. Nie na rekord, a dla przyjemności. I cały czas jeszcze jestem na etapie wracania do formy. A idzie mi całkiem nieźle. 

Kliknij, aby powiększyć
Niedzielny bieg naładował mnie pozytywną energią i pozwolił dobrze zacząć kolejny biegowy miesiąc. Jeszcze przed południem 1 lutego na liczniku miałam zrobione 12 km. To motywuje i zachęca do dalszej pracy i kolejnych treningów. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Biegowe podsumowanie stycznia

Biegowe podsumowanie stycznia przedstawia się całkiem ładnie zważywszy na okoliczności. Styczeń miał być moim miesiącem rozgrzewkowym. Po kontuzji i długiej przerwie potrzeba taryfy ulgowej, żeby dość do siebie (a nie wyjść z siebie). Bieganie w styczniu miało być spokojne. Powoli, bez nerwów, bez spiny. Bez ciśnięcia kilometrów czy prędkości. Chciałam się rozruszać i przypomnieć nogom, jak to jest, kiedy się biega.



Miałam nie zakładać sobie żadnych celów, żeby się nie stresować. Nie udało się. Jakoś w połowie stycznia pomyślałam sobie, że dobrze byłoby przebiec tak 50-60 km. Przebiegłam 70 km. To więcej niż np. w październiku, kiedy nic mi nie dokuczało (poza ewentualnym leniem albo kłopotami osobistymi, o których teraz już nawet nie pamiętam ;)).

Kliknij, aby powiększyć

Starałam się biegać co kilka dni. Ale szczególną uwagę zwracałam nie na to, żeby biegać, tylko żeby nie biegać. A konkretniej, to żeby nie biegać dwa dni pod rząd. Dla początkujących i dla wracających do formy codzienne bieganie może bardziej zaszkodzić niż pomóc. To jest oczywiście tylko moja teoria, ale niewykluczone, że biegowe autorytety wyznają taką samą.

Kliknij, aby powiększyć

W styczniu udało mi się zaliczyć jeden bieg. III Bieg Wielkich Serc. Zakończyłam go pięknym medalem i trochę mniej zachwycającym czasem 27 min 55 s na 5 km. Niby zaledwie 5 km ale po dłuższej przerwie i kontuzji nawet taki dystans dał mi w kość. Nie jakoś bardzo, troszeczkę ;) Ale jednak.



Biegałam głównie odcinki średnie tj. 5-6 km. Trzy razy przebiegłam 10 km. Szczególnie miło wspominam pewne sobotnie bieganie. Pierwsze dwa tygodnie były trudne. Szło mi trochę opornie, ale szybko się rozruszałam. Nawet mam wrażenie, że moja kondycja jest lepsza. Albo głowa silniejsza, bo prawie w ogóle się nie zatrzymuję podczas biegania. Tylko na światłach. Albo żeby odebrać telefon. A pamiętam, że przechodzenie do marszu, kiedy droga wiodła w górę było takim moim zwyczajem. Pewnie bardziej z lenistwa, niż z rzeczywistego braku sił. Ale udało mi się tę skłonność wyplenić, co bardzo mnie cieszy. Ale wciąż się zastanawiam, jak przebiec maraton

Kliknij, aby powiększyć

Pisząc styczniowe podsumowanie wspomnę jeszcze o pogodzie. Zima jest cudowną porą na bieganie. Wcale nie biega mi się gorzej. I jeżeli coś mnie zniechęca do treningu, to bardziej ciemność niż niskie temperatury czy śnieg. Bieganie zimą po śniegu jest wspaniałe i dostarcza mi wiele radości. Moje wcześniejsze wątpliwości co do biegania zimą właśnie się rozwiały. Z blogowych tekstów stycznia polecam  biegową motywację na zimne dni oraz moje wymądrzanie się na temat pozornego braku sił do biegania, czyli że tylko ci się wydaje, że nie dasz rady. 

niedziela, 1 lutego 2015

Zabieg laminowania diamentowy polysk Marion

Marion, zabieg laminowania diamentowy połysk włosów przeznaczony jest do włosów pozbawionych blasku i puszących się. Sprzedawany jest w formie podwójnej saszetki, która u większości starcza na jedną aplikację ;) Do opakowania dołączony jest też specjalny czepek, który nakładamy sobie na głowę, żeby utrzymać ciepło i zintensyfikować działanie. Zabieg laminowania zawiera diamentowy pył, proteiny jedwabiu, płynną keratynę i witaminy. A przynajmniej taka informacja widnienie na opakowaniu. 

Źródło: własne
Powiem szczerze, że byłam sceptycznie nastawiona do tego wynalazku. Testowałam jakiś czas temu zwykły (w sensie, że nie diamentowy) zabieg laminowania Marion i nie zachwycił. Ale postanowiłam dać mu szansę po raz drugi. A nuż diamentowa wersja spisze się lepiej. I rzeczywiście spisała się o niebo lepiej. Właściwie z czystym sumieniem mogę zabieg laminowania diamentowy połysk Marion ocenić pozytywnie, a nawet chyba polecić. Saszetka kosztuje kilka złotych, więc w razie czego mała strata. 
Źródło: własne
Zabieg laminowania diamentowy połysk włosów ma intensywny zapach. Nie jest on specjalnie ładny. Nie jest też odrzucający. Tyle że bardzo mocny. Długo pozostaje w łazience i na włosach. Sama aplikacja jest bardzo prosta. Zawartość dwóch saszetek rozprowadzam na włosach po czym nakładam na głowę czepek i czekam kilkanaście minut. Produktu mogłoby być minimalnie więcej, ale jakoś dałam radę. Po spłukaniu włosy bez problemu dają się rozczesać. Co prawda producent zaleca użyć suszarki, ale ja pozwalam włosom wyschnąć naturalnie. 

Źródło: własne
Efekt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Włosy są gładkie, miękkie, miłe w dotyku i pięknie błyszczą. Delikatnie falują, bo cały czas noszę je spięte w koczek. Podejrzewam, że gdyby nie to, mogłyby być nawet prawie całkiem proste. Zabieg laminowania diamentowy połysk bardzo dobrze spisał się na moich włosach. Oczywiście nie jest to ten sam fenomenalny efekt, jaki kiedyś udało mi się osiągnąć poprzez domowy zabieg laminowania żelatyną, ale jest dobrze.

Zobacz też: 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...