środa, 31 grudnia 2014

Mój pierwszy zimowy bieg

Zaczęłam biegać na wiosnę tego roku. Przebiegałam całe lato, jesień, a teraz przyszedł czas na zimę. Trochę się ociągała, ale nadeszła. Temperatury spadły poniżej zera, a na chodnikach pojawił się śnieg. I w końcu przyszedł czas na mój pierwszy zimowy bieg po śniegu i na mrozie.

Źródło: własne
Wśród biegaczy pojawiają się sprzeczne opinie na temat biegania zimą. Jedni zdecydowanie odradzają, a inni nie widzą przeszkód. Są też miłośnicy zimowego biegania. Jedną z takich miłośniczek jest Asia, która wyciągnęła mnie na ten trening. Przez chwilę się wahałam, bo zimno, bo kolano, bo nie wiem czy mi się chce, ale miłość do biegania zwyciężyła. Założyłam buty do biegania w terenie Kalenji Kapteren, ponieważ uznałam, że będą się lepiej trzymać powierzchni i mniej ślizgać. Do tego ocieplane legginsy, koszulkę techniczną, bluzę do biegania i sportową kurtkę z kapturem. I oczywiście rękawiczki. Oraz odblaski. To bardzo ważne. I odblaski i rękawiczki. Odblaski, bo wcześnie robi się ciemno, a nawet w dzień bywa ponuro. Biegacz powinien być dobrze widoczny. Rękawiczki koniecznie, bo ręce odpadną z zimna. Podczas biegu dłonie prawie nie wykonują żadnego wysiłku.U mnie dodatkowo ręce same z siebie zawsze najbardziej marzną. I pomimo rękawiczek potwornie marzły na pierwszych kilometrach.

Źródło: własne
Założyłam też opaskę na to nieszczęsne kolano. Nie wiem, jak to działa, ale boli mnie właściwie tylko w pracy. I to tak porządnie. Dziwna sprawa. Nie sądziłam, że praca biurowa może pogłębiać kontuzje kolan. Ale podczas biegu prawie nie bolało. Przebiegłyśmy sobie nieco ponad 7 kilometrów. Spokojnym tempem. Kiedy udało mi się w końcu rozgrzać dłonie, było całkiem przyjemnie. Ale przyznam szczerze odczułam tę przerwę w bieganiu. Kondycja już nie ta. Nogi dają radę, ale gorzej z oddechem. To samo miałam na Biegu Świetlików. Muszę koniecznie wrócić do regularnych treningów, bo to wstyd trochę łapać zadyszkę podczas spokojnego truchtu. 



Przebiegłyśmy trochę ponad 7 kilometrów. Nasze średnie tempo wynosiło 6:48 min/km, czyli spokojnie i powolutku. Najszybciej biegłyśmy z tempem 5:22 min/km. Biorąc pod uwagę moje chore kolano i ogólnie kiepskie warunki tzn. śnieg, to całkiem nieźle. 




\
Kliknij, aby powiększyć

Jeżeli chodzi o wrażenia z mojego pierwszego zimowego biegu, to było super. Byłam podekscytowana, że w ogóle biegam. A leżący na chodnikach śnieg w ogóle mi nie przeszkadzał. Najgorsze były te zmarznięte dłonie, ale to jedyny dyskomfort. Tak szczerze mówiąc na padający śnieżek w ogóle nie zwracałam uwagi. Skupiałam się na samym biegu. Rzeczywiście nigdy nie jest za zimno na bieganie

wtorek, 30 grudnia 2014

Dlaczego nie robię postanowień noworocznych?

Postanowienia noworoczne to teraz temat bardzo na czasie. Koniec roku to zawsze dobra okazja do przemyśleń, analizy swojego życia i stawiania sobie nowych celów. Każdy inny dzień jest równie dobry. Kiedyś robiłam sobie postanowienia noworoczne. Zazwyczaj nic z nich nie wynikało i olewałam je, o ile wcześniej nie zdążyłam o nich zapomnieć. Zazwyczaj na liście było, żeby schudnąć. Zadbać o kondycję, lepiej się uczyć, zdrowiej odżywiać, znaleźć przyjaciół i miłość. Odnieść sukces i COŚ zrobić ze swoim życiem. Postanowienia wielkie, typowe i z definicji skazane na porażkę.
Źródło: pixabay.com

Kiedyś przeczytałam, że Nowy Rok to jest najgorszy możliwy dzień na robienie postanowień. I jeszcze gorszy na ich wypełnianie. Człowiek budzi się na kacu po wielkiej imprezie. Dookoła pełno świątecznego i sylwestrowego jedzenia. Na zewnątrz zimno. To nie są sprzyjające warunki, żeby rozpoczynać odchudzanie, treningi czy w ogóle cokolwiek. Jak się człowiek weźmie za ogarnięcie mieszania z poimprezowego chaosu to już jest wielki sukces. 

Każda chwila jest dobra, żeby coś sobie postanowić. A z rozpoczęciem realizacji swoich planów nie trzeba czekać do nowego roku, do nowego miesiąca ani nawet do poniedziałku. Można rozpocząć zmiany w środę wieczorem. Serio. Zawsze, jeżeli tylko poczujesz, że chcesz. Ja nie robię postanowień noworocznych. Jestem w tym czasie zbyt zajęta czymś innym. Poświęcam go najbliższym. Wolę spędzić to wolne na (tuczącej) kolacji u mamy niż planować dietę, którą wcielę w życie od pierwszego stycznia. Wolę wylegiwać się w łóżku z chłopakiem oglądając filmy, niż planować treningi na najbliższe miesiące. A tak szczerze to już na myśl o postanowieniach noworocznych mam w głowie pustkę. A pustka w głowie rodzi panikę. A z paniki jeszcze nic dobrego ani konstruktywnego nie powstało. Moim zdaniem czasami plan, postanowienie i pomysł potrzebuje czasu, aby dojrzeć. Nie wszystko może być gotowe już od razu na komendę. 

Źródło: pixabay.com
W nowym roku, w każdym nowym dniu, przez całe swoje życie chciałabym być szczęśliwa. Chciałabym spędzać czas z ludźmi, którzy są dla mnie ważni. Chciałabym rozwijać się, poznawać świat, ludzi i siebie. Chciałabym, żeby moje pasje i moje radości przynosiły mi korzyści, a nie szkody. Chciałabym być zadowolona i dumna ze swojego życia, ze swoich wyborów i osiągnięć. Chciałabym się uczyć na błędach, a nie tylko nimi martwić i denerwować. I tak wyszło, że zamiast postanowień złożyłam sobie życzenia noworoczne. 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Włosowa piramida pielęgnacji

Moja pielęgnacja włosów jest prosta i nudna. Myję je delikatnym szamponem co kilka dni. Po myciu obowiązkowo stosuję odżywkę lub maskę do spłukiwania, a później bez spłukiwania. Czeszę się głównie tangle teezer, ale mam też zwykły grzebień bo inaczej nie umiem zrobić idealnego przedziałka. A czasami lubię mieć idealnie równy przedziałek. Raz w tygodniu olejuję włosy na noc i to jest moje największe włosowe dziwactwo i poświęcenie. Prawie nie eksperymentuję, rzadko używam suszarki, a coś takiego jak układanie włosów u mnie praktycznie nie istnieje. Czeszę je, nakładam odżywkę i pozwalam wyschnąć. Czasami spinam w koczek lub warkoczyka, żeby się trochę pokręciły. Żadnych prostownic, lokówek, żeli, lakierów, pianek ani nawet wałków. Od ponad dwóch lat nie farbuję włosów. Na co dzień noszę włosy spięte. Bardzo rzadko zostawiam rozpuszczone. Moja piramida pielęgnacji włosów jest bardzo prosta, ale chyba się sprawdza. 
Źródło: własne
Codziennie
Oprócz czesania miałam jeszcze wpisać zdrowe odżywianie, ale jeżeli mam być szczera, to nie jest to do końca prawda. Niestety czasami jem zdecydowanie niezdrowo. A czasami zupełnie przeciętnie. Oczywiście większość mojego menu to produkty zdrowe, ale pisząc że codziennie zdrowo się odżywiam trochę bym skłamała ;) Na co dzień noszę włosy spięte w koczek lub w warkoczyka. 

Co 2-4 dni
Co kilka dni myję włosy delikatnym szamponem bez SLS. Stosuję też wtedy odżywkę lub maskę do włosów. Po każdym umyciu włosów nakładam na nie odżywkę bez spłukiwania, która ma za zadanie nieco je wygładzić, zdyscyplinować i zabezpieczyć. 

Raz w tygodniu
Staram się raz w tygodniu olejować włosy na całą noc. To mój ulubiony i najskuteczniejszy sposób pielęgnacji. Ostatnio zaczęłam również wcierać odpowiednie olejki (tzw. rycynowy i łopianowy) w skórę głowy, żeby przyspieszyć wzrost włosów i zapobiec ich wypadaniu. 

Co 10-14 dni
Co jakiś czas oczyszczam włosy za pomocą mocniejszego szamponu.

Sporadycznie
Rzadko i nieregularnie eksperymentuję z włosami. Czasami są to różne płukanki. Czasami testuję jakieś dziwactwa z drogerii w stylu zabieg laminowania. Zdarzyło mi się też kilka razy wykonać peeling skóry głowy. Sporadycznie używam również suszarki i rozpuszczam włosy (żeby się nie niszczyły). Bardzo rzadko i nieregularnie podcinam końcówki.

Nigdy
Coś takiego jak stylizacja włosów praktycznie u mnie nie istnieje. Nie mam prostownicy, lokówki ani nawet wałków. Nie używam też żadnych kosmetyków do układania włosów. Od dwóch lat nie farbuję włosów.

Więcej szczegółowych informacji na temat mojej pielęgnacji włosów można przeczytać w zakładce Niedziela dla włosów albo Włosy. Są tam efekty moich włosowych eksperymentów, recenzje kosmetyków i oczywiście najważniejsze - zdjęcia włosów. Jak je oglądam to aż sama widzę efekty i postępy w pielęgnacji. Jeszcze jakieś sto lat i może będę mieć włosy idealne ;)

niedziela, 28 grudnia 2014

Kremowanie włosów masłem do ciała

Dzisiaj mała odmiana od cotygodniowego olejowania włosów. Kremowanie włosów. Kremowanie włosów ma tę zaletę, że głowa jest trochę mniej tłusta. I tę wadę, że krem znacznie trudniej jest rozprowadzić na włosach. A jeżeli chodzi o efekt to oczywiście wszytko zalety od tego, jakich konkretnie produktów użyjemy i od upodobań naszych włosów. 

Ja do kremowania włosów użyłam masła do ciała Synegen. Dostępne w Rossmannie i kosztuje ok. 10 zł za 250 ml. W składzie ma glicerynę, masło shea, olej słonecznikowy i silikony. Co ciekawe kokosowe masło do ciała Synergen nie zawiera nic z kokosa. Za to kokosem pachnie. Dość intensywnie. 
Źródło: własne

Masło kokosowe Synergen nałożyłam na włosy na całą noc. Żeby trochę sobie ułatwić użyłam też nieco odzywki bez spłukiwania Ziaja Intensywne wygładzanie. Dzięki temu mieszanka łatwiej się rozprowadziła na włosach i uniknęłam ich nadmiernego szarpania. Trochę dla odmiany, a trochę z lenistwa masło nakładałam tak mniej więcej od polowy długości. Później oczywiście podczas czesanie rozprowadziłam je prawie na całych włosach, ale skóra głowy i włosy na samej górze pozostały nietknięte. W skrytości ducha wierzę, że zmniejszy to trochę ich przetłuszczanie. 

Rano umylam włosy jak zwykle szamponem Green Pharmacy z nagietkiem lekarskim. Nałożyłam na kilkanaście minut maskę Garnier Fructis Gęste i Zachwycające. Po spłukaniu zawinęłam na trochę w ręcznik, rozczesałam Tangle Teezer i zabepieczyłam odzywką z Ziaji Intensywne Wygładzanie. 

Źródło: własne

Włosy nie wyglądają tak zachwycająco jak po olejowaniu. Są mniej błyszczące, mniej wygładzone i o wiele mniej wow. Ale wciąż wyglądają dobrze. Są miękkie i ładnie się układają. Masło do ciała Synergen równie dobrze sprawdza się na włosach i jest miłą odmianą od tłustych olejków. 


środa, 24 grudnia 2014

Przestań marudzić na święta

Przestań marudzić na święta. Że komercja. Że tuczące jedzenie. Że za zimno. Że za ciepło. Że nie ma śniegu. Że za ślisko. Że tłumy ludzi w sklepach. Że trzeba odwiedzić rodzinę. Że to tak daleko, a paliwo takie drogie. Że bez sensu. Że składanie życzeń krępujące. Że nie lubisz karpia. Ani cioci Jadzi. 

Kliknij, aby powiększyć
Zrób sobie prezent i przestań marudzić. Nie jedz. Nie wychodź z domu. Nie patrz przez okno. Nie odbieraj telefonów. Udaj ciężko chorego. Zrób cokolwiek, tylko już nie marudź. Proszę.

Źródło: własne


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Największe wpadki organizatorów na biegach

Największe wpadki organizatorów na biegach to wdzięczny temat. Wszyscy lubimy narzekać i wytykać błędy. Tym bardziej, jeżeli te błędy rzeczywiście nam zaszkodziły. Zaliczyłam już ponad 10 biegów, więc dałam sobie prawo stworzyć taki oto wpis. 10 biegów już daje mi prawo trochę się powymądrzać.
Źródło: pixabay.com

1. Brak toalet. Na starcie, na mecie i oczywiście na trasie również.
2. Lista startowa uporządkowana wg numerów startowych. Bardzo trudno jest korzystając z takiej listy poznać swój numer startowy.
3. Przyklejane numery startowe. Szczególnie w deszczowy dzień.
4. Brak depozytu a także depozyt który dojeżdża na metę kilka minut po ostatnim zawodniku (tak, ostatnim).
5. Brak szatni.
6. Brak wody przy punktach z wodą.
7. Złe oznakowanie trasy lub w ogóle jego brak. I zawodnicy się gubią, skracają trasę lub wręcz przeciwnie.

Pewnie przypomniałabym sobie więcej, ale celowo zostawiam szczęśliwą siódemkę nieszczęśliwych wpadek organizatorów biegów. A wy co jeszcze byście dopisali? Które wpadki najbardziej wam dały w kość,a  które tylko zdumiały?
Tak, można zgadywać których konkretnych biegów dotyczą poszczególne punkty ;)

niedziela, 21 grudnia 2014

Olejowanie plus balsamowanie

Olejowanie włosów na noc to taki mój zwyczaj. Staram się robić to regularnie, przynajmniej raz w tygodniu. Zmieniam tylko produkty, które nakładam na włosy. Z okazji obecnej Niedzieli dla włosów naolejowałam skórę głowy olejkiem łopianowym pomieszanym z rycynowym, a na długość nałożyłam olejek kokosowy, który właściwie jest parafiną. A później jeszcze rozprowadziłam na włosach balsam do ciała Eveline Argan & Vanilla. 
Źródło: własne
Trzy olejki, których użyłam dzisiaj stosowałam także tydzień temu. Z tą różnicą, że teraz wzbogaciłam moje olejowanie balsamem do ciała. Balsam Eveline Argan & Vanilla zawiera olejek kokosowy, masło shea, olejek arganowy i olejek makadamia. Do ciała spisuje się średnio, ale na włosy jest super. Dodatkowo nałożenie balsamu na naolejowane włosy sprawia, że przestają być one tak potwornie tłuste. Na pewno pozytywnie to wpływa na pościel, piżamę oraz śpiącego współtowarzysza. 
Źródło: własne
Rano włosy umyłam dwa razy delikatnym szamponem bez SLS (Green Pharmacy nagietek lekarski). Po umyciu zastosowałam maskę do włosów Gloria. To już któreś moje opakowanie i zawsze do niej wracam. Pierwszy raz przeczytałam o tej masce na blogu Anwen, spróbowałam i bardzo mi się spodobała. 
Źródło: własne
Po umyciu jak zwykle Ziaja Intensywne Wygładzanie oraz czesanie szczotką Tangle Teezer. Tym razem również obyło się bez suszarki. Za to wyszłam z mokrymi włosami na spacer z psem i teraz obstawiamy z siostrą, czy się przeziębię, czy może jednak nie ;) To było trochę głupie, przyznaję. 
Źródło: własne
Dzisiaj również jestem zadowolona z moich włosów. Ten balsam Eveline na prawdę jest świetny na włosy. Czuję, że bardzo mocne je odżywiłam. Na dodatek nie wydaje mi się, żeby możliwe było ich przeciążenie w ten sposób, bo przecież i tak myję włosy. Najbardziej zachwycona jestem ich blaskiem. Wręcz bije po oczach ;)

sobota, 20 grudnia 2014

Dr Reiner - płyn do prania odzieży sportowej

Dr Reiner, płyn do prania odzieży sportowej nabyłam kilka tygodni temu i jestem w fazie testowania. Zakupiłam go w hipermarkecie Carrefour za niecałe 10 zł za litr. Nie jest to aż tak wysoka cena, chociaż zwykłe płyny do prania kosztują nieco mniej. 

Źródło: własne
Używałam płynu Dr Reiner jedynie do prania ręcznego, ponieważ nie piorę odzieży sportowej w pralce. Boję się, że mogłaby się w ten sposób zniszczyć. Płyn dobrze dopiera, a jego intensywny zapach na długo jeszcze pozostaje na ubraniach. Nie uważam tego za wadę. Myślę, że może to być nawet celowe. Nie wiem, jak określić zapach. Jest taki typowy jak dla płynów do prania. Płyn Dr Reiner bez problemów dopiera moje ubrania sportowe. Nie zauważyłam też, póki co, żeby jakoś niszczył ich właściwości. 

Źródło: własne

Źródło: własne
A wy czego używacie do prania odzieży sportowej? Możecie mi coś polecić, ewentualnie odradzić? Jakiś czas prałam ubrania sportowe w zwykłym mydle (gdzieś tak przeczytałam), a czasami w zwykłym proszku. Chyba nic się nie im stało.

czwartek, 18 grudnia 2014

12 powodów, dlaczego lepiej być dorosłym

Dorosłość - to brzmi cudownie. Serio. Nigdy nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy tęsknią za dzieciństwem bądź chcieliby się do niego cofnąć. To dorosłość właśnie jest super. Dorosłość to wolność, swoboda i wcale nie nuda czy ciągły stres. Na nasze dzieciństwo często nie mamy zbyt wielkiego wpływu. Co innego dorosłość. Tutaj otwiera nam się pole do popisu. I od Ciebie zależy, jak będzie wyglądać Twoja dorosłość. Wszystko jest w Twoich rękach. Poniżej przedstawiam 12 powodów, dla których lepiej jest być dorosłym. 

Źródło: pixabay.com
  1. Możesz bez pytania wychodzić do toalety
  2. Możesz samodzielnie i legalnie kupować alkohol i papierosy, ale też telefon w abonamencie albo sprzęt agd na raty.
  3. Możesz rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, a jak cię policja znajdzie to nie zaciągnie za ucho z powrotem.
  4. Możesz rzucić szkołę, albo zmienić na taką, jaką chcesz ty, a nie twoi rodzice.
  5. Nie musisz się przejmować, że przyniesiesz komuś wstyd, bo dorosły człowiek odpowiada sam za siebie i tylko sam sobie może przynieść wstyd.
  6. Możesz wydawać swoje pieniądze tak głupio i bez sensu jak tylko sobie zamarzysz. Dwa kilo pierniczków? Piąta szczotka do włosów? Nowy telefon co dwa tygodnie? Droga wolna, twoje prawo.
  7. Możesz przez całą noc oglądać telewizję albo koty w internecie. A później przez cały dzień chodzić w piżamie.
  8. Możesz jeść deser przed obiadem, a nawet zamiast obiadu.
  9. Nie musisz wracać do domu przed zmrokiem. Ani przed 22. W ogóle nie musisz wracać (patrz punkt 3.).
  10. Nie musisz nikomu tłumaczyć się, gdzie jesteś ani prosić o pozwolenie na wyjście. 
  11. Sprzątasz swój pokój, wtedy kiedy ty masz ochotę. W rezultacie żyjesz w brudzie, ale to twój wybór i jeżeli tylko daje Ci szczęście to super. 
  12. Jeżeli nabroisz w szkole lub na osiedlu nikt nie leci ze skargą do rodziców. Możesz zawalić rok na studiach albo zdemolować przystanek, a Twoi rodzice nigdy się o tym nie dowiedzą. No chyba, że przybiegniesz do nich prosząc ich o ratunek. 

Powodów, dla których lepiej być dorosłym jest oczywiście wiele, wiele więcej. Ja wymieniłam tylko kilka. Wcale nie najważniejsze, a losowe. Najważniejsze i najlepsze w dorosłości jest wymienione już wyżej, że wszystko jest w Twoich rękach. 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Krakowski Bieg Świetlików 2014 - Zima

Krakowski Bieg Świetlików 2014 edycja zimowa 13 grudnia, godzina 18:00 Hotel Forum przy Bulwarze Wołyńskim. Byłam tam. Nie świeciłam co prawda zbyt mocno. Ani dosłownie, ani przykładem ale byłam. A później pobiegłam. Wcześniej deklarowałam, że jeżeli nogi odmówią posłuszeństwa, to pobiegnę choćby na rękach. 

Źródło: krakowskibiegswietlikow.pl
Zimowa edycja Krakowskiego Biegu Świetlików to mój pierwszy bieg od dawna. Od Półmaratonu Królewskiego. Trochę się denerwowałam, ale jeszcze bardziej byłam podekscytowana. A gdzieś tam z tyłu głowy miałam myśl, że tak na prawdę to w ogóle nie powinnam startować. Ale czego się nie robi z miłości. Uparłam się, że pobiegnę i pobiegłam.

Przed biegiem
Pogoda szczęśliwie dopisała. Było ciepło. I sucho. I oczywiście ciemno, chociaż ciemność ta była rozświetlana przez biegaczy. Wreszcie miałam okazję założyć moją nową kurtkę. Kupiłam ją kilka miesięcy temu w Decathlonie. Na jakiejś mega promocji za 25 zł. Aha, i na dziale dziecięcym ;) Kurtka jest miękka, pięknie się układa, ma kaptur i dużo kieszeni. Idealna do biegania.

Źródło: własne
Byłam zbyt podekscytowana i zdenerwowana samym faktem, że biegnę, dlatego też w ogóle nie przebrałam się za nim świecącego. Jedynie ozdobiłam sobie buty święcącymi elementami, a na ręce zrobiłam świecące bransoletki. Kreatywność i pomysłowość innym biegaczom dopisała, a oglądanie tych niesamowitych iluminacji było wspaniałą rozrywką. Ale moją głowę głównie zaprzątało to kolano. Bałam się przed startem, bałam się podczas biegu i bałam się już po przebyciu tych 10 km.

Źródło: instagram.com/abakercja


Mój wynik
Określam ten bieg "cudem nad Wisłą". Dosłownie. Bo to był cud, że pobiegłam. Szczególnie, że dzień wcześniej były momenty, że ledwo chodziłam. A w nocy przed biegiem budził mnie przeraźliwy ból kolana. Teoretycznie absolutnie nie powinnam była biec. A pobiegłam, dobiegłam i chyba obyło się bez żadnych szkód. Ale o kolanie będzie jeszcze za chwilę.


Jak widać powyżej udało mi się pokonać prawie 10 km (jak zwykle trochę trasy gdzieś zjadło) w nieco ponad godzinę. Mój oficjalny czas to 1:00:26 czyli niewiele ponad godzina. Nie spodziewałam się aż tak dobrego czasu biegnąć z zepsutym kolanem po półtoramiesięcznej przerwie od jakiejkolwiek aktywności.

Kliknij, aby powiększyć
Biegłam mniej więcej równym tempem. Na początku może nieco szybciej. Ale bez gwałtownych zmian. Jestem całkowicie zadowolona z wyniku i napisze jeszcze raz: nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. 



I co z tym kolanem?
A teraz najbardziej emocjonująca część historii. Dla przypomnienia napisze jeszcze, że od Półmaratonu Królewskiego nie biegałam w ogóle, bo kilka dni po nim zaczęło mnie boleć kolano. I jak zaczęło to przestać nie mogło. Mijały tygodnie i nic. Czasami ledwo chodziłam, czasami budziłam się w nocy z bólu. I absolutnie nie byłam w stanie biegać. Odpuściłam kilka biegów i wiele treningów, ale w końcu powiedziałam sobie DOŚĆ. I świadoma wszystkich konsekwencji oraz zagrożeń wystartowałam w Krakowskim Biegu Świetlików. Podczas biegu miałam na kolanie opaskę neoprenową. Biegłam jak już wyżej wspominałam nie za szybko, ale też nie wlekłam się. Tempo całkiem niezłe biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności.

Podczas biegu kolano prawie mnie nie bolało. bardzo się cieszyłam. Dopiero w połowie biegu przypomniało mi się, że zażyłam mocne leki przeciwbólowe. Akurat z myślą o brzuchu, a nie kolanie, no ale działa na wszystko. No to będzie zabawa jak przestaną działać - pomyślałam. Bo teraz to ja nie wiem, czy mnie boli czy nie. I nawet jeżeli coś jest bardzo nie tak, to ja tego nie czuję. No brawo, Aniu. Biegłam bez zatrzymywania się. Raz tylko przeszłam do marszu przy punkcie z wodą, żeby spokojnie wypić. I wtedy poczułam to kolano. Nie ból. Było takie nieswoje. jakby z waty. Jak po intensywnej wizycie na siłowni. Ale biegłam dalej i było w miarę ok. Kiedy robiło się gorzej, lewej nogi używałam głównie do podpierania się, odpychając się jedynie prawą. I nadwyrężając ją zapewne. Wizja zepsucia sobie jeszcze drugiego kolana lekko mnie podłamała.

Źródło: własne
Do mety dobiegłam. Kolano leciutko tylko bolało i to nie wiem czy nie ze zwykłego zmęczenia i nieprzyzwyczajenia. W nocy spokój. Następnego dnia również wszystko wydawało się ok. Nie było gorzej. Powiem więcej: było lepiej niż przed biegiem. tak jakby ten bieg uleczył kolano. Jakkolwiek głupio to brzmi to dokładnie tak było. Boli mnie kolano od tygodni, ale twardo biegnę, pokonuję trasę i kolano przestaje boleć. Czasami chyba na prawdę trzeba ból rozbiegać. Oczywiście nie próbujcie tego w domu, a jeżeli już to na własną odpowiedzialność.

Medal
Medal z Krakowskiego Biegu Świetlików to mój najcenniejszy medal do tej pory. Najcenniejszy, bo wymagał najwięcej walki. I nie była to walka podczas biegu. Tym razem stoczyłam walkę w swojej głowie. Walkę ze swoimi lękami. Musiałam podjąć decyzje, która mogła mieć katastrofalne skutki. Tak szczerze mówiąc to było bardzo głupie i tylko moje wielkie szczęście, że skończyło się dobrze.

Źródło: własne
I chociaż w Krakowskim Biegu Świetlików uzyskałam najgorszy w swojej karierze czas to uważam ten bieg za swój największy wyczyn. I za bieg magiczny i wyjątkowy. I to nie tylko ze względu na piękna oprawę artystyczną w postaci świecących biegaczy,

Po biegu
Po biegu byłam z siebie bardzo dumna (że taki dobry czas) i szczęśliwa (że kolano się naprawiło, a nie zepsuło do reszty). To był wyjątkowy bieg. Byłam pewna, że Biegiem Świetlików zakończę sezon biegowy 2014, ale teraz nie jestem już pewna. Miałam grzecznie się leczyć, ale skoro kolano samo się naprawiło, to może jeszcze w tym roku gdzieś wystartuję...

niedziela, 14 grudnia 2014

Trzy olejki na włosy (łopianowy, rycynowy i kokosowy)

Olejowanie to najlepsza rzecz, jaką robię dla swoich włosów. Rozmaite olejki pielęgnują włosy, nawilżają, wygładzają i chronią. Ostatnio rozpoczęłam także olejowanie skóry głowy z myślą o przyspieszeniu wzrostu włosów i żeby zmniejszyć ich wypadanie. 

Źródło: własne
Dzisiaj w skórę głowy wmasowałam mieszankę olejku łopianowego z papryką (Green Pharmacy) oraz olejku rycynowego. Po cichu liczę też na lekkie przyciemnienie włosów. Latem lubię delikatnie (naturalnie rozjaśnione), a zimą właśnie ciemniejsze. Takie dopasowywanie się do pory roku. Na resztę włosów nałożyłam kokosowy olejek do opalania, którego głównym składnikiem jest parafina. I z taką mieszanką na włosach położyłam się spać.

Źródło: własne
Po kilku godzinach snu umyłam włosy mocniejszym szamponem. Cały czas dokańczam szampon Nivea Diamond Gloss. Odzywkę po umyciu nałożyłam też z Nivei - Long Repair. Ma bardzo dobre opinie. Ja po pierwszym użyciu jestem zachwycona gęstą konsystencją. Odżywka sprawia wrażenie bardzo wydajnej. Włosy doskonale się po niej rozczesują. To rzeczywiście może być bardzo dobry kosmetyk. Tym razem zrezygnowałam z nakładania na głowę czepka. I zobaczę, czy jakoś wpłynie to na przetłuszczanie się włosów.

Źródło: własne

W dalszej kolejności do dzieła wkroczyła Ziaja Intensywne wygładzanie bez spłukiwania i oczywiście tangle teezer. Mijają miesiące, a ja jestem już pewna, że to była dobra inwestycja. Warto kupić tangle teezer. Szczególnie, że od jakiegoś czasu można trafić na te szczotki w sklepach stacjonarnych i w bardzo przystępnych cenach. Ostatnio chyba nawet widziałam ją gdzieś za nieco ponad 20 zł (Ale nie pamiętam gdzie i nie jestem pewna, czy mi się nie przyśniło. W każdym razie za 30 zł już spokojnie można TT kupić). Odżywka Ziaja bez spłukiwania intensywne wygładzanie z proteinami jedwabiu również spisuje się doskonale. Pięknie pachnie, nie obciąża i starcza na bardzo długo. A jej cena to zaledwie ok. 5 zł. 

Źródło: własne
Miałam dużo czasu, więc pozwoliłam włosom wyschnąć samodzielnie. Oczywiście nie demonizuję suszarki. Jeżeli tylko nie trzymamy jej tuż przy włosach i nie suszymy ich kilka razy dziennie, nawet najzwyklejsza suszarka nie powinna zaszkodzić. Mimo wszystko jeżeli tylko mam taką możliwość staram się rezygnować z suszenia włosów. Oszczędzam w ten sposób prąd i jestem eko ;) Poza tym nie znoszę tego ciepłego powiewu na twarzy.

Źródło: własne
Dzisiaj moje włosy bardzo mi się podobają. Są dokładnie takie, jak trzeba. Nie puszą się, nie latają każdy w swoją stronę. Są wygładzone, miękkie i dobrze się układają. Zazwyczaj muszę po umyciu spiąć je na trochę w koczka, żeby jakoś wyglądały. A dzisiaj tak same z siebie od razu po wyschnięciu przybrały pożądaną formę.

Źródło: własne
Niestety fotografa znowu nie ma na posterunku, więc muszą wystarczyć takie sweet focie do lustra i włosowe selfie. Nijak nie umiem sobie sama zrobić zdjęć włosów z tyłu. Ale musicie mi uwierzyć na słowo, że wyglądają na prawdę dobrze.

czwartek, 11 grudnia 2014

Bieg Świetlików nadchodzi

Wielkimi krokami zbliża się zimowa edycja Krakowskiego Biegu Świetlików. Już nie mogę się doczekać. Po prawie siedmiu tygodniach bez biegania jestem mocno stęskniona. Już nie mogę się doczekać, chociaż oczywiście trochę się tego startu obawiam. Ale zdecydowanie przepełnia mnie euforia i cała reszta pozytywnych odczuć.

Źródło: krakowskibiegswietlikow.pl
Pakiet startowy odebrany. Mam piękny, dwucyfrowy numerek 28. Niestety nie mam jeszcze świecącego przebrania i nie wiem, czy będę mieć. Ale cały czas mam to na uwadze. 
Koszulka z pakietu startowego jest piękna. Przed odbiorem byłam pewna, że zamawiałam czarną. I trochę smutno mi się zrobiło, bo w rzeczywistości ta czarna tak jakoś marnie wyglądała. A biała taka piękna. Ku mojemu zaskoczeniu w pakiecie dostałam białą. Tak po prostu, bez żadnego proszenia. Jakby mi ktoś w myślach czytał :)

Źródło: własne
Do pokonania mam 10 km. Zazwyczaj taki dystans pokonywałam w czasie niecałej godziny. Teraz ze względu na kolano i długą przerwę obiecuję sobie, że jeżeli czas będzie gorszy nie będę się na siebie bardzo złościć. (Chociaż podczas Biegu AGH pomimo bolącego kolana udało mi się osiągnąć całkiem niezły czas, więc może to żadna przeszkoda ;)) Będę z siebie dumna cokolwiek się stanie. Już nie mogę się doczekać tego momentu, kiedy przebiegam linię mety, a na mojej szyi ląduje piękny medal. 

I jeszcze żarcik na zakończenie:
- Jak biec z zepsutym kolanem?
- Najlepiej w ogóle. 

środa, 10 grudnia 2014

O głupotach, jakie człowiek robi z miłości

Miłość wiadomo ma swoje prawa. Dużo wybaczy i dużo zniesie. Czasami z miłości, albo nawet z zauroczenia i fascynacji, człowiek robi straszne głupoty. A później cierpi. A cierpi rozmaicie z miłości. Cierpi zdrowie, cierpi portfel, cierpią znajomi. Ale na miłość rady nie ma i każde poświęcenie jest tego warte. Taka prawda. Kto się nie zgadza ten nie kochał i kropka ;) tzn. średnik i nawias zamykający. Ja dzisiaj oczywiście o głupotach z miłości, ale z miłości do biegania, napiszę. Głupoty z miłości do człowieka zostawię dla siebie. Przynajmniej na razie. Może jeszcze przyjdzie czas na taki blogowy ekshibicjonizm, ale mam nadzieję że nie. A miłość do biegania, jak każda miłość może być toksyczna. Na pewno jest mocno absorbująca. Zaczynamy więc opowieść o głupotach, jakie z miłości się robiło.

Źródło: pixabay.com
1. Biegnę, chociaż boli. Nie ma że boli. To się rozbiega. Samo przejdzie. Musi boleć, wtedy wiadomo że trening jest mocny. No cóż, ignorowanie i lekceważenie bólu to jeden z głównych grzechów, jakie biegacze popełniają z miłości do biegania. Bo przecież nie mogę odpuścić tego wyczekiwanego miesiącami maratonu tylko i wyłącznie dlatego, że ciało ma taki kaprys i sobie pobolewa. Nie ma mowy. 

2. Nie pójdę do lekarza. Bo mi zabroni biegać mówiąc, że nie jestem psem. Albo każe zrobić przerwę, a ja mam tyle planów biegowych. A w tych planach przerwy nie ma. 

3. Pół pensji na bieganie. Bo przecież trzeba się obkupić w decathlonie, trzeba opłacić wszystkie najbliższe starty i wiele już z wypłaty nie zostaje. Ale co tam. Najważniejsze sprawy załatwione. A rachunki sobie mogą poczekać. 

Źródło: pixabay.com

4. Nie śpię, bo biegnę. Dzień ma tylko 24 godziny, a po odliczeniu czasu na pracę i dojazdy do niej wiele już nie zostaje. Ale zawsze można sobie ukraść kilka godzin kosztem snu. Ileż to wstać o 3 zamiast o 6 i mieć dodatkowe 3 godziny na trening. Sprytnie, co?

5. Nie da rady, mam trening. To najczęściej słyszą znajomi, przyjaciele i rodzina biegacza. Biegacz nie ma czasu na imprezy, na obiady ani nawet na dłuższą pogawędkę przez telefon, bo biegnie. Albo już powinien biec. A nie może, bo ktoś ma czelność czegoś od niego chcieć.

6. Od razu maraton, czyli rzucanie się z motyką na słońce. Bo przecież kocham biegać i na pewno dam radę, skoro ci wszyscy starsi panowie biegną ja też mogę. Nie istotne, że oni trenują już kilka lat, a ja od kilku dni. Stawianie sobie na samym początku zbyt wysokich celów zawsze kończy się bolesnym upadkiem w trakcie drogi na wymarzony szczyt. Wiadomo, że jak zafascynujesz się bieganiem, to chcesz wziąć udział w najbliższym maratonie, a nie tym za dwa lata. A nowe życiówki każdego dnia też mocno kuszą. Skutki takiej biegowej brawury zazwyczaj są opłakane i grożą kontuzją i co gorsze znienawidzeniem biegania. Tak, tak od miłości do nienawiści tylko jeden krok. 

Źródło: pixabay.com

7. Całe dnie w biegu. Treningi codziennie. I to po kilka godzin. Żeby każdego dnia było więcej, niż wczoraj. Żeby z każdym kolejnym tygodniem kilometraż wyraźnie wzrastał. Coraz więcej i więcej. Bieganie uzależnia i wciąga. Kto by marnował czas na regenerację, kiedy można biegać codziennie maratony. Trzeba wykorzystać każdy dzień, bo długo taka sielanka nie potrwa, a skutki przetrenowania mogą być bolesne i długotrwałe. 

8. Bezgraniczna wierność, czyli tylko bieganie. Kocham biegać i jestem wierna. Na bok wszystkie inne dyscypliny, na bok inne ćwiczenia. Liczy się tylko bieganie. Nie mam czasu na bzdury, nie będę się rozdrabiać. Nie ważne, że ograniczając się do tylko jednej dyscypliny uniemożliwiamy sobie równomierny rozwój i ostatecznie nasze wyniki w bieganiu są gorsze, niż gdybyśmy od czasu do czasu poćwiczyli coś innego. 


Oczywiście tekst lepiej potraktować z przymrużeniem oka. I warto się sobie przyjrzeć, czy przypadkiem tych głupot z miłości nie jest zbyt wiele. Bieganie się nie obrazi, jeżeli raz na jakiś czas odpuścimy sobie trening. Mało tego, kolejny będzie jeszcze lepszy. W końcu nie ma to jak trochę za sobą zatęsknić. Czasami taka przerwa jest zdrowa, a nawet konieczna. A jeżeli już darzy nam się jakąś głupotę z miłości popełnić, uczmy się na błędach i nie powielajmy ich w przyszłości. Pozdrawiam: unieruchomiona od ponad miesiąca Ania.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dlaczego bieganie uzależnia

Bieganie wciąga. Uzależnia. Przyjdziesz raz i będziesz przychodzić co tydzień. Zobaczysz, że ci się spodoba. Tylko spróbuj. Co ci szkodzi? To spróbowałam. Przyszłam raz i rzeczywiście. Wzięłam udział w pierwszym biegu, a później nie mogłam się doczekać kolejnych. Byłam ciężko chora, kiedy z powodu kontuzji nie mogłam iść na trening. Kiedy z powodu kontuzji nie mogłam wziąć udziału w biegu to był mój mały armagedon. Dlaczego bieganie tak uzależnia? Co w tym jest takiego fajnego?

Źródło: shutterstock

1. Endorfiny, które produkujemy podczas wysiłku fizycznego sprawiają, że czujemy się tak super. Nic dziwnego, że nikt nie chce z tego rezygnować.

2. Ludzie. Biegacze są świetni. To bardzo zróżnicowana grupa, ale łączy ich pasja, radość, poczucie humoru, życzliwość. Oczywiście niektórzy są zrzędami, marudami cierpią na tzw. ból dupy, ale to też jest słodkie na swój sposób ;)

3. Miliard spalonych kalorii. No może nie miliard, ale każde 5 km to u mnie minus 250 kcal. Czyli wystarczy zrobić dychę, żeby móc spałaszować czekoladę (całą tabliczkę!) i nic a nic nie przytyć. Tylko głupi by rezygnował z gratisowego jedzonka. 

4. Jestem zwycięzcą. Tak, jestem. Za każdym razem jak przekroczę linię mety i dostanę medal. 

5. Życiówki. Pobiegniesz raz. Później przyjdzie taki moment, że postanowisz pobiec szybciej. I uda się. Więc może by jeszcze szybciej. Bicie własnych rekordów i kolejne życiówki są bardzo wciągające. 

6. Kompletowanie biegowego ubioru. Zaczyna się od butów do biegania. Do tego jakieś legginsy i jakaś koszulka. Ale im dalej w las, tym więcej drzew. Później potrzebujemy już nie jednej, ale kilku par butów. Do tego skarpetki. Zwykłe, niezwykłe i kompresyjne. Legginsy o różnych grubościach i długościach. Chusty, buffy, opaski, czapeczki, okulary... Koszulka do biegania w dzień, koszulka do biegania w nocy, koszulka do sprintu, koszulka na długie dystanse. Producenci odzieży i sprzętu zadbali o to, żeby nigdy nie było dość. Ale skoro biegam, to przecież coś mi się od życia należy. Przychodzi ta wypłata co miesiąc, to zamiast kisić na koncie coś sobie kupię. Tylu rzeczy mi jeszcze brakuje... ;)

7. Nosi cię. Jak zaczniesz biegać ciężko się zatrzymać. Dosłownie i w przenośni. Ktoś, kto pokonał biegiem kilkanaście kilometrów nie będzie już w stanie zalegać godzinami na kanapie. Niby bieganie powinno zużywać energię, a  tymczasem ono tylko dodaje powera do działania. 

8. Lepiej wyglądasz. Ciało jakieś takie szczuplejsze i jędrniejsze. Cera zdrowa i rumiana. A do tego ten radosny uśmiech. Bieganie upiększa!

Bieganie jest super i wciąga. Mnóstwo jest powodów, po co ludzie biegają. To jest takie pozytywne uzależnienie. Taki dobry nawyk. Same korzyści i miliard plusów :)

niedziela, 7 grudnia 2014

Nafta kosmetyczna na włosy

Nafta kosmetyczna to bardzo stary sposób pielęgnacji włosów. Używały jej już moje babcie. Pierwszy raz zastosowałam naftę kosmetyczną na włosy jakieś 2 może 3 lata temu. To było jeszcze zanim zaczęłam olejować włosy. Efekty po nafcie były bardzo, bardzo fajne. Włosy były wyraźnie bardziej błyszczące, gładsze, lepiej się układały i wyglądały naprawdę świetnie. Zużyłam całe opakowanie i na tym się moje przygoda z naftą kosmetyczną skończyła. Aż do teraz, kiedy postanowiłam wrócić do nafty.

Źródło: własne

Nafta kosmetyczna - pochodzenie i działanie

Nafta kosmetyczna to ciekła parafina pozyskiwana z ropy naftowej. Dlatego tak śmierdzi. Pochodzenie nafty może budzić pewne wątpliwości, ale póki co nikt nie szumi o jej szkodliwości. Przeznaczona jest do pielęgnacji włosów szczególnie z problemami. Jej działanie głównie polega na stworzeniu warstwy otulającej i zabezpieczającej powierzchnię włosa. Nadaje włosom blask, wygładza i ułatwia rozczesywanie oraz układanie. Gdzieś też mi się obiło o uszy, że nafta kosmetyczna pomaga na łupież i na porost włosów. Warto jednak pamiętać, że stosowana zbyt często może wysuszać włosy i podrażniać skórę głowy. Na pewno nie używałabym jej przed każdym myciem. 

Rodzaje nafty kosmetycznej i jej skład i cena

Jest dość dużo rodzajów nafty kosmetycznej. Wystarczy sobie przejrzeć ofertę dowolnej apteki. Mamy do wyboru czystą naftę kosmetyczną, a także naftę kosmetyczną z dodatkami np. z witaminami, z olejem rycynowym, z ekstaktem drożdżowym czy sokiem z pokrzywy. Warto zwrócić również uwagę na pełny skład, gdyż oprócz samej nafty i wyżej wymienionych dodatków niektóre produkty zawierają również substancje zapachowe, alkohol, zagęstniki czy barwniki. Nafta kosmetyczna nie jest droga. Buteleczka o pojemności 100 ml kosztuje ok. 6 zł i spokojnie starcza na kilka czy nawet kilkanaście (w przypadku krótkich włosów) zastosowań. 


Nafta kosmetyczna - sposób użycia

Naftę kosmetyczną nakłada się na włosy na 15-20 minut przed umyciem. Najwygodniej jest rozprowadzić ją za pomocą atomizera. Można kupić naftę kosmetyczną w opakowaniu z atomizerem, albo po prostu przelać do pustego pudełka po psikanej odżywce (ja tak robię). Nafta kosmetyczna jest też często wykorzystywana jako jeden ze składników masek do włosów. Najczęściej łączy się ją z żółtkiem jajka, sokiem z cytryny olejek rycynowym lub jakimkolwiek innym olejkiem. Nafta kosmetyczna jest tłusta i wymaga równie dokładnego zmywania co oleje. 

Źródło: własne

Nafta kosmetyczna a olejowanie

Pozwoliłam sobie porównać olejowanie i naftę kosmetyczną. Nie jestem w stanie stwierdzić, która metoda pielęgnacji jest lepsza. Każdy ze sposób ma swoje wady i zalety. Wszystko zależy od naszych preferencji. Ja mam zamiar stosować zamiennie, raz nafta kosmetyczna, a raz olejowanie. Największą przewagą nafty kosmetycznej jest szybkość. Żeby odczuć wyraźne skutki olejowania zostawiam oleje na całą noc, a conajmniej na kilka godzin. W przypadku nafty kosmetycznej wystarczy już 20 minut. Olejki natomiast nie śmierdzą. A przynajmniej nie wszystkie. NIektóre nawet ładnie pachną. I jeżeli mam porównać moje włosy po olejowaniu i po nafcie, to jednak olejowanie daje trochę mocniejszy i lepszy efekt. Jest to różnica bardzo subtelna, ale jest. 


Moje włosy po zastosowaniu nafty kosmetycznej

Ja mam wersję nafty kosmetycznej z biopierwiastkiem firmy Kosmed. Za 150 ml buteleczkę zapłaciłam 6 zł z groszami. Całość przelałam do pustego opakowania po odżywce w sprayu. Nie wiem, jak inaczej mogłabym ją zaaplikować na włosy. A na pewno byłoby to trudne. Moja wersja nafty kosmetycznej nie ma na opakowaniu wyszczególnionego składu, ale podejrzewam, że zawiera jakieś substancje zapachowe. Bo trochę śmierdzi naftą, a trochę pachnie jakby cytryną. Tak całkiem ładnie. Jest tłusta, a przy tym bardzo lejąca. 

Źródło: własne
Naftę kosmetyczną nałożyłam na włosy na jakieś pół godziny, a następnie zastosowałam jeszcze odżywkę (Isana Proffesional Volume), żeby ułatwić mycie. Trzy razy umyłam włosy szamponem Green Pharmacy z rumiankiem. Jakoś tak ciężko mi było je domyć, ale w końcu się udało. Następnie zastosowałam różową maskę do włosów Garnier Fructis Gęste i Zachwycające. Trzymałam ją na włosach ok. 20-30 minut pod czepkiem. Kiedy włosy lekko podeschły zastosowałam odżywkę bez spłukiwania Ziaja intensywne wygładzanie z proteinami jedwabiu.

Źródło: własne

Moje włosy wyglądały całkiem nieźle. Były miękkie, gładkie, przyjemne w dotyku i ładnie się układały. Oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić, na ile to działanie nafty kosmetycznej, a na ile pozostałej tony kosmetyków, które na nie nałożyłam ;)

Źródło: własne
Zobacz też:

piątek, 5 grudnia 2014

5 drobnych zmian - Mała zmiana, duży efekt

Wprowadzanie zmian jest trudne. Na początku często pojawia się opór, niechęć i poczucie krzywdy. Np. kiedy trzeba umyć podłogę albo przestać słodzić herbatę. Ciężko jest wyjść poza swoją strefę komfortu i przyspieszyć biegowe tempo, kiedy tak przyjemnie się truchta 7 min/km. Większość zmian, które prowadzą ku dobremu wymaga od nas jakiegoś wysiłku i poświęcenia. Czasami lenistwo i wygoda bierze górę i nawet obietnica świetnych efektów nie jest w stanie przekonać nas do zmiany. Kiedy ciężko jest zebrać się i stawić czoła wyzwaniu, walczyć i wytrwać proponuję metodę małych kroczków. Powolutku, pomalutku do celu. Będzie dłużej trwało, ale lepsze powolne postępy niż ich całkowity brak. Małe zmiany są prawie bezbolesne i nie przewracają naszego porządku do góry nogami, ale są pierwszym krokiem do większego celu. 


1. Pół łyżeczki mniej
Jeżeli słodzisz herbatę może być ci ciężko w jednej chwili przestawić się na picie gorzkiego lub kwaśnego (herbatki owocowe) płynu. Wszyscy wiemy, że ten cukier do herbaty nie jest nikomu do niczego potrzebny. Nie ma żadnych wartości poza tymi smakowymi. No i kalorycznymi, ale w razie deficytu energetycznego lepiej jest uzupełniać kalorie czymś innym niż białym cukrem. Są ludzie, którzy rzucają cukier od razu. Męczą się pijąc coś, co im w ogóle nie smakuje, ale cel osiągnięty. Zrezygnowali ze słodzenia. Jeżeli uda im się wytrwać, to za jakiś czas prawdopodobnie brak cukru w herbacie przestanie już tak doskwierać, a kubki smakowe przyzwyczają się.

Źródło: pixabay.com
Jeżeli jednak nie jesteś w stanie lub nie chcesz od razu rezygnować z cukru dobrym pomysłem będzie niewielkie zmniejszenie dawki. Np. o pół łyżeczki. Różnica w smaku nie powinna być zbyt mocno wyczuwalna, a zawsze to pół łyżeczki cukru mniej. Jeżeli słodzisz dwie łyżeczki i pijesz dziennie cztery herbaty to oszczędność dwóch łyżeczek dziennie. Zawsze coś na dobry początek. Jak się przyzwyczaisz możesz zmniejszyć o kolejne pół łyżeczki. Ta sama zasada dotyczy soli. Większość ludzi spożywa jej zbyt dużo i zrezygnowanie z dosalania potraw raczej wyjdzie nam na zdrowie. Jeżeli nie jesteś w stanie odstawić soli w ogóle to spróbuj solić o te pół łyżeczki mniej. 

2. Sprzątnij tylko jedną rzecz
Wielkie sprzątanie domu nie dla wszystkich brzmi radośnie i pozytywnie. Perspektywa spędzenia kilku godzin na szorowaniu podłóg, wycieraniu wszystkich półek i myciu wanny, dwóch umywalek, zlewu i toalety nie jest zbyt kusząca. Nie wszyscy lubią sprzątanie. Mnie też czasami zdarza się zapuścić dom tak, że później aż mi wstyd. I nawet wracać mi się do niego nie chce. Sprzątać trzeba, wiadomo. I to non stop. Na okrągło. Bo ciągle się brudzi. Nie jest tak, że sprzątniesz raz i masz już spokój na wieczność. Niestety. Wszyscy pracujemy, uczymy się, prowadzimy bujne życie towarzyskie, poświęcamy czas na swoje pasje i wygrywamy życie. Na dodatek musimy jeszcze znaleźć czas na sen. Nic dziwnego, że na sprzątanie może go zabraknąć. Ale udało mi się znaleźć jakiś kompromis i nie gnić w brudzie, nie padać ze zmęczenia i nie rezygnować z życia.

Źródło: pixabay.com
Postanowiłam, że będę sprzątać tylko jedną rzecz. Nie wszystko. Nie ważne, że wszystkie podłogi są brudne. Umyję tylko tę w łazience. Na początek starczy. I tak lepiej umyć cokolwiek, niż nic. A jutro, czy nawet za dwa dni umyję tylko podłogę w kuchni. Wieczorem jeżeli czeka na mnie cały zlew brudnych naczyń myję tylko część. Dzięki temu nie zmęczę się za bardzo, nie stracę zbyt wiele czasu, ale jutro będę mieć już trochę mniej roboty. Często wymówką, żeby nie sprzątać był brak czasu. Nie zdążę umyć wszystkich okien, więc nie umyję żadnego. Dzisiaj w takiej sytuacji myję tylko jedno. Lepiej zrobić cokolwiek, niż nic. A taki nawyk robienia drobnych porządków w ciągu dnia po pewnym czasie skutkuje całkiem czystym mieszkaniem, które posprzątało się nie wiadomo kiedy i bez wielkiego wysiłku. 

3. Odkładaj po kilka złotych
Moim zdaniem, jeżeli kogoś stać na chipsy za kilka złotych, stać go też żeby te kilka złotych odłożyć. Schować pieniądze do skarpety albo świnki skarbonki. Jeżeli w portfelu latają nam jakieś luźne dwuzłotówki kilka można zachomikować. Nie powinniśmy w ogóle tego odczuć, a za jakiś czas z tych pieniążków uzbiera się większa sumka. Czy 10 zł czy 100 zł to zależy od nas. Ale czasami nawet to 10 zł może uratować życie ;) Naprawdę warto jakieś drobniaki sobie odkładać. To przydatny nawyk. Zaczyna się od złotówek, a za jakiś czas może przejdziemy do odkładania banknotów?

Źródło: pixabay.com


4. Trochę warzyw dla ozdoby
Ostatnio zorientowałam się, że ja prawie w ogóle nie jem warzyw. Nie to, że nie lubię. Lubię. No może poza kalafiorem i korzeniem pietruszki. No i gotowaną marchewką. Ale generalnie warzywa lubię. Po prostu nie zawsze starcza mi na nie czasu i miejsca na talerzu, w żołądku, w budżecie. A że takie niepozorne, sama woda i błonnik to najłatwiej było mi je wyeliminować z diety bez poczucia straty. Teraz próbuję wprowadzić je ponownie. Wiadomo, że nie rzucę sobie nagle na talerz kilograma zieleniny. Kupiłam jednego pomidora i ogórka i dodaję po kawałku do obiadu. Nic na siłę. Raczej powoli i stopniowo. Jeżeli z jakichś powodów nie jadasz warzyw warto na początku wprowadzić je w niewielkiej ilości jako ozdoba posiłków. Lepiej jest zjeść tego jednego liścia sałaty na kanapce, niż nie zjeść żadnego warzywa w ogóle. 

5. Przejdź jeden przystanek
Wprowadzanie do życia aktywności fizycznej warto zacząć od chodzenia. Spacery to niezbyt męcząca na początek, ale dość efektywna forma ruchu. Żeby nie nabawić się zakwasów (tak, można nabawić się zakwasów od samego chodzenia po mieście) i nie zniechęcić warto zacząć powoli. Np. przejść pieszo tylko jeden przystanek. To zaledwie kilka minut i dobry nawyk. Idealna porcja ruchu na początek. Później oczywiście warto zwiększać dystans, ale nawet te kilka minut spaceru jest lepsze niż absolutny brak aktywności fizycznej. Na początek można kierować się w stronę tego wcześniejszego przystanku. Ja tak zawsze robię, dzięki czemu udaje mi się zająć komfortowe miejsce siedzące w komunikacji miejskiej i mogę czas w podróży wykorzystać na czytanie książki, a nie na próby utrzymania równowagi i obijanie się o innych stojących pasażerów.

Źródło: pixabay.com

Ja jestem osobą, która nie lubi gwałtownych zmian. Jedną z tych, które plaster zawsze odrywają powoli. Metoda małych kroczków i drobnych zmian sprawdza się u mnie najlepiej. Zmierzam ku lepszemu, bez robienia rewolucji w swoim życiu i przewracania wszystkiego do góry nogami. Zmiany następują powoli i stopniowo, więc mam czas się do nich przygotować i przyzwyczaić. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...