niedziela, 30 listopada 2014

9 rad jak przetrwać poniedziałek?

Poniedziałki to dla niektórych istny horror. A najgorsze jest, że trzeba się z nim mierzyć co tydzień. Ludzie jakoś sobie radzą (albo i nie). Poniżej przedstawiam kilka rad, jak przetrwać poniedziałek. Rady stanowią zbiorową mądrość i dobro wspólne wszystkich ludzi, którzy mają (lub mieli) jakiś problem z poniedziałkiem. Zachęcam do dzielenia się również swoimi sposobami.



1. Kawa. Duża i mocna. Albo z mlekiem i kakaem. Jak wolisz. Równie dobrze sprawdzi się też zielona herbata lub yerba mate. Dobra jest też woda z cytryną. Wszystkie napoje, które lubisz i które stawiają cię na nogi są dobre. Ale nie wódka. Naprawdę, nie wódka.
2. Albo zupełnie w drugą stronę. Przespać poniedziałek. 
3. Wziąć urlop na żądanie. I problem z głowy. Można też L4. 
4. Przesunąć kalendarz na wtorek. Podobno serio działa. Taki sprytny sposób, żeby trochę siebie oszukać. Można też zostawić na niedzieli. Tak chyba nawet lepiej. 
5. Zacząć dzień od pysznego, zdrowego śniadania i kontynuować kulinarną rozpustę w porze obiadu. Dobre jedzenie zawsze jest dobre, poprawia nastrój i dodaje sił.
6. Od rana myśleć tylko o wtorku. Albo piątku.
7. Często w poniedziałki tańsze są bilety do kina, piwo albo manicure. Warto zorientować się, co w naszej okolicy w poniedziałki jest w atrakcyjnej cenie. Od razu ten dzień robi się jakiś przyjemniejszy. 
8. Pokochać życie. O dziwo ludzie, którzy kochają życie nie wykazują skłonności do nienawidzenia poniedziałków.
9. Dobrze zacząć dzień.



Jeżeli chodzi o pierwszy dzień tygodnia, to ja akurat lubię poniedziałki. Serio. Nie jest to może mój ulubiony dzień (bo ulubionego nie mam), ale nie nienawidzę ich. Znam również sposoby, żeby polubić poniedziałki. Wiem też, że czasami się nie da. I wtedy trzeba przetrwać. Stąd też zebrałam tę garść porad, jak przetrwać poniedziałek. Warto również poznać kilka rad, jak przetrwać dzień w pracy, bo najczęściej poniedziałkowe problemy są związane właśnie z pracą. 

piątek, 28 listopada 2014

Najtańsze zdrowe jedzenie

Mit, że zdrowe jedzenie jest drogie został już wielokrotnie obalony. Oczywiście, że zdrowe jedzenie nie jest koszmarnie drogie. Na pewno nie droższe niż fatalna dieta oparta na słodyczach i fast foodach. Te to dopiero są drogie, a przy tym ubogie w wartości odżywcze i szkodliwe. Zdrowa dieta może być tania i przy zachowaniu rozsądku na sto procent nikogo nie zrujnuje. Wybrałam kilka zdrowych, niedrogich i powszechnie dostępnych produktów, które mogą być podstawą zrównoważonej diety.



1. Płatki zbożowe. Takie najzwyklejsze płatki zbożowe. Nie żadne musli, crunchy czy inne mieszanki tylko płatki. Ja kupuję na wagę w auchanie. Najczęściej wybieram płatki owsiane lub żytnie. Czasami decyduję się na pszenne albo jęczmienne. Kilogram kosztuje mniej niż 3 zł, a starcza na wiele śniadań. Płatków zbożowych można również użyć do zrobienia placuszków albo jako panierkę do kotleta. Pomysłów jest mnóstwo, ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Ja nad swoją muszę chyba popracować, bo płatki jem głównie na śniadanie w formie "owsianki". W cydzysłowie, bo nie zawsze ma ona coś wspólnego z owsem. A jak inaczej? Żytnianka? 

2. Sezonowe owoce i warzywa. Moim zdaniem owoce i warzywa są stosunkowo drogie. Szczególnie, że same nie mogą stanowić kompletnego posiłku. No chyba, że np. taka fasola. Ale jeżeli mamy na myśli pomidory, szparagi, brukselkę, jabłka, pomarańcze czy banany, to nadają się na przekąskę. Albo jako dodatek. Zawierają głównie wodę, cukier, błonnik. Dużo witamin i minerałów, ale wciąż posiłek składający się z samych owoców i warzyw jest moim zdaniem mocno niekompletny. Z reguły kupuję owoce i warzywa sezonowe. Jest ich dużo, a co za tym idzie cena nie jest zbyt wysoka. Na dodatek wiadomo, że są świeże i wyhodowane w naturalnych warunkach. Niestety sezon na owoce i warzywa właśnie się skończył.



3. Fasola. I groch. I wszystkie inne odmiany fasolowatych typu soczewica czy ciecierzyca. Najczęściej zajadają się nimi wegetarianie i weganie. A szkoda, bo taka fasola i jej siostry stanowi fajną odmianę w diecie. Jest sycąca, bogata w błonnik i ma wiele wartości odżywczych. Niestety długo się gotuje, niektórym śmierdzi i może powodować problemy żołądkowe u tych wrażliwszych. Ja cały czas nie mogę się psychicznie przekonać do białka roślinnego, ale faktem jest że fasola zawiera go sporo. Na pewno warto włączyć ją do swojego menu. Nasze portfele na tym nie ucierpią. 

4. Serek wiejski. 200 gramowe opakowanie to koszt ok. 2 zł. A czasami mniej. Serek wiejski zawiera sporo białka (10 g białka na 100 g serka) i jest też dobrym źródłem wapnia. Można go jeść na słono, na słodko, na pikatnie, dosypać orzechów albo ziół. Można też zjeść go solo bez dodatków. Jak kto woli. Serek wiejski świetnie sprawdza się jako drugie śniadanie w pracy lub szkole. Jest bezzapachowy, można go bez problemu kupić w każdym sklepie spożywczym i schować do torebki (ja dla pewności zawsze wkładam jeszcze do reklamówki). 

5. Kasze. Zamiast popularnych makaronów czy ziemniaków dla odmiany polecam kasze. Wybór jest dość duży, a ceny bardzo zachęcające. Kasze świetnie smakują z mięsem, można je też przyrządzać na słodko (no może nie gryczaną). Nie żeby makaron czy ziemniaki były złe, bo też są super (szczególnie makaron razowy). 

6. Śledź. Taka ryba. Tak, serio. Ostatnio trochę jakby zapomniany, ale na pewno usłyszymy o nim przy okazji świąt. Do wyboru mamy śledzia marynowanego lub oleju albo sosie. Można też kupić surowego świeżego lub mrożonego i przyrządzić po swojemu. Usmażyć, upiec, ugotować bądź rzucić na grilla. Chociaż sezon na grilla akurat się skończył. Ja uwielbiam takiego śledzia z puszki z ryżem natomiast marynowany jest idealny do sałatek. Ta tłusta ryba zawiera białko i dużo dobroczynnych tłuszczy. Poza tym witaminy (A, D, E, B6 i B12) i minerały (żelazo, cynk, jod). Jak wszystkie wymienione na tej liście pokarmy śledzie są przystępne cenowo i łatwo dostępne. 



7. Siemię lniane. Paczuszka kosztuje kilka złotych, a starcza na dłuugo. Siemię lniane zawiera dużo dobroczynnych tłuszczy i błonnika. Można je spożywać na surowo, prażone, w całości bądź zmielone. Zmielone lepiej się przyswaja, w całości prawie w ogóle. Siemię lniane ma podobne właściwości do bardzo modnych teraz nasion chia, a przy tym jest kilkakrotnie tańsze i łatwiej dostępne. Ponadto wymowa jego nazwy nie budzi żadnych wątpliwości, więc można kupować bez obaw i obciachu. Ja siemię lniane dodaję do owsianki, posypuję nim kanapki i sałatki. Można również ugotować z niego taki kisiel, który bardzo pomaga na podrażniony żołądek. 


Po więcej niedrogiego. zdrowego i łatwo dostępnego jedzenia zapraszam do wpisu top 5 produktów spożywczych. Tak szczerze, to dopiero w połowie tej notki przypomniałam sobie, że już na tem temat pisałam. Ale zdrowego jedzenia nigdy dość, więc powstało to zestawienie. I myślę, że jeszcze kilka takich list ze zdrowymi produktami na blogu powstanie. 

środa, 26 listopada 2014

Moja codzienna pielęgnacja twarzy

Pielęgnacja twarzy to temat, któremu nigdy nie poświęcałam zbyt wiele uwagi. Nie znaczy to, że o twarz nie dbam. Już dawno zauważyłam, że im mniej robię z cerą, tym lepiej ona wygląda. Zazwyczaj wybierałam prosty i niedrogi krem pod oczy i lekki, nietłusty krem do twarzy. Od czasu do czasu robię peeling twarzy. Czasami z nudów i nadmiaru czasu stosuję też jakieś maseczki, ale nigdy nie zauważyłam żadnych specjalnych efektów. Nie narzekam na cerę, ale miewam drobne problemy z niedoskonałościami. Moja skóra twarzy jest raczej normalna. Nie przesusza się, nie przetłuszcza. Nie mam też skłonności do alergii ani pękania naczynek. Dzisiaj przedstawię jakich kosmetyków do twarzy używam obecnie.

Wersja minimum

Źródło: własne
Płyn micelarny i krem dla dzieci. Często używam tego sławnego micela z Biedronki, ale obecnie mam Vichy. Na regularne stosowanie płynu micelarnego do oczyszczania twarzy przerzuciłam się po przedłużeniu rzęs. Trochę boję się je codziennie moczyć i narażać na kontakt ze środkami myjącymi. Płyn micelarny dobrze radzi sobie z delikatnym oczyszczeniem twarzy. Na co dzień nie robię mocnego makijażu. Tylko korektor i trochę pudru, więc płyn micelarny wystarcza mi do demakijażu. Od ponad roku jestem wierna kremowi dla dzieci Babydream z Rossmanna. Ma dobry, delikatny skład i pomimo zawartości olejków w ogóle nie jest tłusty. Bardzo szybko się wchłania i delikatnie pachnie. Jest wydajny i niedrogi. Bez obaw stosuję go również na skórę wokół oczu
.


Wersja nawilżanie + oczyszczanie


Źródło: własne

Raz lub dwa razy w tygodniu warto dokładniej oczyścić cerę. Lubię też wtedy dla odmiany zastosować inne kosmetyki. Obecnie używam peelingu Perfecta. Właściwie jest to peelingujący żel do mycia twarzy z mikrogranulkami. Jest bardzo delikatny i trzeba przez dłuższą chwilę masować twarz, żeby był jakiś efekt. Z reguły lubię mocne zdzieracze, ale z tego kosmetyku jestem zadowolona. Po oczyszczeniu twarzy nakładam na nią krem nawilżający Lirene Aqua Cristal. Jest bardzo lekki i nie zawiera parabenów. Pod oczy kładę nawilżający krem Rival de Loop Hydro z Rossmanna.


Wersja na niedoskonałości

Źródło: własne
Od czasu do czasu mam drobne problemy z niedoskonałościami. Stosuję wówczas aktywny krem eliminujący niedoskonałości Iwostin Purritin. Punktowo, a czasami na całą twarz nakładam też krem antyseptyczny Himalaya. Często ratuję się też maścią cynkową, którą smaruję cerę punktowo. Mam też takie 5w1 Under Twenty. To jest kosmetyk typu wszystko w jednym. Jest jednocześnie żelem micelarnym, żelem do demakijażu, żelem do masażu, maseczką oraz serum. Co ciekawe do demakijażu oczu można go stosować, ale kiedy używamy go jako maseczki okolice oczu należy omijać. Ja tak czy inaczej nie zamierzam zbliżać go do oczu, ale czasami stosuję jako żel do mycia lub maseczkę. Ma bardzo ładny, świeży owocowy zapach (w przeciwieństwie do większości tego typu kosmetyków), ale nie wiem czy działa ;)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Biegam dla koszulek

Koszulki do biegania w pakietach startowych to dla jednych zbędna rzecz, a dla innych bardzo istotna sprawa. Osobiście należę do tej drugiej grupy. Koszulka techniczna w pakiecie musi być. Biegam dla koszulek. Oczywiście nie tylko. Nawet nie głównie dla koszulek. Głównie to biegam dla własnej satysfakcji i dla wspomnień oraz doświadczeń. Ale koszulka z logo biegu też ważna sprawa. I nawet nie chodzi o to, że jestem takim krakowskim skąpcem i chcę mieć za półdarmo. Owszem, jestem krakowskim skąpcem i lubię mieć za półdarmo. Ale bardziej chodzi o to, że ja lubię te koszulki kolekcjonować.

Mam pełną szafę koszulek technicznych z różnych biegów. Tych ładniejszych nie zakładam w ogóle. Bo się zniszczą ;) Ja chcę je mieć. Lubię sobie wyjmować je z szafy, oglądać i jeszcze raz układać na półce. Każdy ma jakieś drobne dziwactwo. Krzywdy nikomu swoim umiłowaniem do koszulek nie czynię. A ile wspomnień w takiej koszulce się kryje. Nie znaczy to, że nie doceniam medali. Medale są nawet ważniejsze. Nie dostaję się ich od razu, ale dopiero po ukończeniu biegu. Ale medal jest ciężki, twardy i zimny. A koszulka jest taka delikatna i miękka. I to koszulka była ze mnie cały czas podczas biegu. Jest takim niemym świadkiem. Ja jestem osobą bardzo sentymentalną i mocno się przywiązuję do przedmiotów. A moje zamiłowanie do biegowych koszulek to bardziej właśnie emocjonalność niż wyrachowanie, żeby za małe pieniądze mieć porządną odzież do biegania. 

Źródło: własne
Z tymi koszulkami to często jest problem. Tzw. "lipa" i smutne zawodzenie, jeżeli organizator nie przewiduje ich w pakiecie startowym. Albo jeżeli są bawełniane. Złość i zniechęcenie, jeżeli przy odbiorze pakietu nie można dostać swojego, deklarowanego wcześniej rozmiaru. No bo jak to tak? Po stronie organizatorów nie zapewniających odpowiednich koszulek stanął już Paweł przy okazji wyjaśniając kilka spraw. Teraz ja stanę w obronie ludzi oburzających się o brak koszulki. Najłatwiej by było, gdyby organizator od razu w regulaminie informował (najlepiej jeszcze tłustym drukiem i dużymi literami, bo łatwo przegapić) czy przewiduje w pakiecie startowym koszulkę i czy będzie to koszulka techniczna. I od razu wszystko byłoby jasne. Coraz częściej zauważyłam również zastrzeżenie, że organizator nie gwarantuje otrzymania koszulki w deklarowanym rozmiarze. I bardzo dobrze. Tzn. dobrze, że przewiduje i informuje o takiej możliwości. 

A teraz coś na obronę tych wstrętnych, interesownych malkontentów, którzy tak się o ten brak koszulki rzucają. Przyglądając się zdjęciom z dowolnego maratonu można zauważyć, że bardzo wielu biegaczy ma na sobie identyczne koszulki. Tak! Koszulki z pakietu startowego z logo tegoż maratonu. I nie ma chyba nic dziwnego ani zdrożnego w tym, że wybierając się na bieg chcemy go odbyć w koszulce z logo tego biegu. I trochę ciężko by się biegło w za dużej lub za małej koszulce. Te bawełniane też mają raczej małe grono zwolenników. Chodzi o nasz komfort podczas biegu. Jasne, wiem. Chcesz mieć wygodną, porządną koszulkę w swoim rozmiarze to ją sobie kup. Ale ja chcę porządną koszulkę w swoim rozmiarze z logo biegu. Chcę ją taką samą jak inni biegacze, żeby móc jeszcze mocniej identyfikować się z grupą. A później  schować ją sobie do szafy i mieć. I od czasu do czasu wyciągać, oglądać i ponownie odkładać na półkę. 

Koszulki są ważne dla wielu biegaczy. Gdyby tak nie było, to pewniej w ogóle ten wpis by nie powstał. Oprócz tego te koszulki są też reklamą samego biegu (i sponsorów oczywiście). Myślę, że w interesie wszystkich jest, aby uczestnicy biegów otrzymywali koszulki. I to takie, w których da się biegać, czyli techniczne i w swoich rozmiarach. A jeżeli jednak ich nie otrzymają powinni zostać poinformowani już na samym wstępie, zanim jeszcze zdążą opłacić bieg. Tak, żeby nikt nie poczuł się oszukany. 

niedziela, 23 listopada 2014

Niedziela dla włosów i włosowe przemyślenia

Dzisiejsza niedziela dla włosów bez niespodzianek, bez nowych kosmetyków i bez wielkich eksperymentów. Za to z bardzo ładnie wyglądającymi włosami. 

Ostatnio więcej uwagi poświęcam skórze głowy. W tę niedzielę kontynuuję wcieranie olejku rycynowego zmieszanego z olejkiem łopianowym (wersja z papryką przyspieszająca wzrost włosów). Na długość nałożyłam tym razem olejek kokosowy do opalania. Opiera się on głównie na parafinie, więc nie ma co spodziewać się jakiegoś odżywienia. Akurat leżał na wierzchu, więc chwyciłam go nie zastanawiają się. Trochę dlatego, że chcę go jak najszybciej zużyć. Regularnym wcieraniem olejku chcę zahamować wypadanie włosów. Jeżeli przy okazji uda się nieco przyspieszyć ich wzrost, to będzie super.

Jak zwykle w weekend poszłam spać z naolejowanymi włosami. Dzisiaj postanowiłam mocniej je oczyścić przy pomocy szamponu z SLS. Tradycyjnie po umyciu nałożyłam odżywkę, a po jej spłukaniu jeszcze na minutę ocet malinowy. I dzisiaj jestem ze swoich włosów niesamowicie zadowolona. Nawet moja mama stwierdziła, że są jakieś gęstsze i bardzo ładne. I spytała, co z nimi robię, więc przez godzinę jej opowiadałam ;)


A poza olejowaniem nie robię z włosami nic specjalnego. Najczęściej używam delikatnego szamponu. Staram się delikatnie je czesać. Zazwyczaj używam Tangle Teezer i bardzo sobie chwalę. Znacznie mniej włosów sobie wyrywam podczas czesania. Na co dzień niestety noszą włosy spięte. Żeby się nie niszczyły i nie czochrały. Też się czasami zastanawiam, po co tak dbać o włosy i zapuszczać, jak tego nikt nie widzi, bo i tak ciągle je spinam. Oglądam je rozpuszczone tylko na zdjęciach. Powiedzmy, że trzymam je na specjalne okazje ;) Odżywiam się raczej przeciętnie. Niby staram się zdrowo, ale różnie wychodzi. Jem dość dużo słodyczy i czasami zdarza mi się nie dojadać. I chyba rzeczywiście to olejowanie czyni cuda

sobota, 22 listopada 2014

Kiedy pojawia się nowy domownik...

Kiedy pojawia się nowy domownik dotychczasowe życie staje na głowie. Wszystko musi się zmienić. Cały nasz plan dnia wymagał przeorganizowania. Aż trudno uwierzyć, że jedna malutka istota jest w stanie wprowadzić taką rewolucję.

Źródło: własne
Bilans strat
W ciągu kilku pierwszych godzin kabel od ładowarki uległ przegryzieniu. Niedługo później zostaliśmy odgryzieni od internetu. Najciekawsze, że kabel od internetu był najgrubszy. Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale jestem pewna że celowo wybrała akurat ten kabel. Nasze pantofle były już stare i zniszczone, więc rozszarpanie ich nie było zbyt bolesną stratą. 

Pozytywne aspekty
Poza niewątpliwie niszczycielskimi skłonnościami nowy domownik nauczył nas kilku ważnych rzeczy i skutecznie je egzekwował. Po pierwsze ubrań (ani brudnych ani czystych) nie rzuca się na ziemię ani pod łóżko, bo ulegną zniszczeniem. Brudne ubrania do pralki, a czyste wkłada się do szafy. Nie siedzi się również przez cały dzień w domu. Minimum dwa razy dziennie należy iść na spacer się przewietrzyć. W przeciwnym razie sprzątanie podłogi za karę. 

Nie lubi aparatu
O dziwo przez dwa tygodnie nie udało mi się zrobić miliarda zdjęć pieska. Zrobiłam ich zaledwie kilka. Jeszcze mniej nadaje się do czegokolwiek. Piccola oczywiście jest bardzo fotogeniczna i do nieśmiałej też jej daleko. Po prostu nie lubi zdjęć i wyraźnie daje to do zrozumienia odwracając się tyłem za każdym razem jak tylko uruchamiam aparat. Lubi też świecić oczami do obiektywu

Źródło: własne
Ma na imię Piccola. Nie wiem, ile ma dokładnie tygodni ani jaka krew w niej płynie. Lubi gryźć, skakać, a przy tym jest straszną przytulanką i nie lubi być sama. Biega za mną nawet do łazienki. 

Nieprzespane noce
Wystarczyło raz nieopatrznie wziąć pieska na łóżko, aby zapałał sympatią do tego miejsca. Na tyle dużą, że w obawie o własne tyłki zdecydowaliśmy, że pies na łóżko nie ma wstępu. Pierwsza noc nieprzespana. Piesek nie spał, bo próbował się wdrapać na łóżko. My nie spaliśmy, bo próbowaliśmy to ignorować. Na drugi dzień Piccola już trochę urosła, bo musieliśmy zająć się w nocy uniemożliwianiem jej wskakiwania na łóżko. Pierwsze dni były najgorsze. Nie wiem, czy gorsze dla nas czy dla pieska. Teraz już się wszystko mniej więcej ustabilizowało. Tzn. szczeniaczek wciąż podejmuje próby (czasami nawet udane) zdobycia łóżka, ale ma to miejsce ze 2-3 razy na noc, a nie na kwadrans.

Warczy i gryzie
I to mnie najbardziej niepokoi. Może tylko chce się bawić i zęby jej się wyżynają. Sebastian mówi, że jej przejdzie to gryzienie wszystkiego. A ja się boję, że jak już jej urosną zęby, to w dalszym ciągu będzie atakować moje stopy i tym razem już będzie to groźne i bolesne.

Jakieś porady dla początkującej psiej mamy?

czwartek, 20 listopada 2014

6 zalet zimy

Niektórzy lubią zimę i nie mogą się jej doczekać. Część ludzi nie ma nic przeciwko tej chłodnej porze roku. Jednak z moich obserwacji wynika, że większość w ogóle się nie cieszy się nadchodzącego ochłodzenia. A zima przecież ma wiele zalet. 

Źródło: pixabay.com

1. Zamiast w lodówce możesz trzymać swoje jedzenie na balkonie lub na parapecie. Spytasz po co? A na przykład po to, żeby odłączyć lodówkę i zaoszczędzić trochę prądu ;) Albo po prostu, żeby ją umyć. Czasami warto. Wreszcie znika problem z toną jedzenia, które się nie mieści, bo zawsze można coś wyrzucić na balkon. Znika też problem ze śmierdzącą rybą obok kremówek. Zimą śmierdzącą rybę możesz spokojnie trzymać za oknem. 

2. Zimowe ubrania. Nie twierdze, że są ładniejsze niż te letnie. Uważam, że są równie ładnie. I dobrze, że jest taka pora roku, kiedy można ubrać piękną skórzaną kurtkę z kożuszkiem, seksowne wysokie kozaki albo słodką czapkę z pandą (tzw. pandowatość lub pandowość). A do tego szaliki, rękawiczki, nauszniki. Zimowa garderoba jest świetna. Ja mam jeszcze genialne kapcie-małpki. I niezliczoną ilość cieplutkich, puchatych, kolorowych skarpetek. Jak patrzę na to z tej strony, to zima jest super.
Źródło: własne
3. Pod grubą warstwą śniegu znikają zarówno śmieci i psie kupy jak i kilkucentymetrowe dziury w chodnikach. Od razu lepiej. 

4. Mniej ludzi wychodzi z domu. Co w tym fajnego? No na przykład wreszcie koniec pijackich odgłosów wydawanych przez powracającą z nocnych imprez młodzież. A na pewno zjawisko na mniejszą skalę, niż latem. Mniejsze tłoki w komunikacji miejskiej, bo wielu ludzi nie wychodzi z domu, jeżeli nie musi. A jak wiemy ci wszyscy ludzie w tramwaju jadą jedynie po to, żeby robić tłok i nam na złość. Wreszcie można swobodniej pobiegać, bo liczba spacerujących znacznie spada. 

Źródło: pixabay.com

5. Jeszcze raz zimowe ubrania. Można pod nimi ukryć zarówno nadmiar ciała, jak i zamaskować tego ciała niedostatek. Zimą większość ludzi wygląda jakby miało idealną figurę. 

6. Koniec z poceniem się przez cały czas. Zimą człowiek poci się jak świnia jedynie podczas treningów i kiedy za mocno podgrzeje sobie w mieszkaniu lub w samochodzie. Spacery, zakupy i oglądanie filmu są wolne od tej niezbyt przyjemnej, chociaż naturalnej reakcji organizmu. 


Pozwoliłam sobie ominąć takie oczywistości jak święta, sanki, bałwany czy widoki, bo po pierwsze to oczywistości, a po drugie nie każdy lubi. Nie wspominam też o takich bzdurach, jak odpoczynek od depilacji, bo osobiście nie znam nikogo kto zarzucałby ten proceder na zimę. To że człowiek nie wychodzi na zewnątrz z gołymi nogami, nie znaczy że przez całą zimę te nogi nie oglądają światła dziennego. 

wtorek, 18 listopada 2014

Miesiąc po przedłużeniu rzęs

Jak wyglądają przedłużane rzęsy po upływie 4 tygodni? Jak to jest przez miesiąc mieć doklejone dodatkowe rzęsy do swoich własnych? Czy uzupełnianie rzęs co 4 tygodnie to za rzadko, czy za często? Zapraszam na moje krótkie podsumowanie miesiąca z przedłużonymi rzęsami. 

Źródło: własne

Jak wyglądają przedłużane rzęsy po 4 tygodniach?
Muszę przyznać, że wciąż całkiem nieźle. Wyraźnie lepiej, niż wyglądałyby bez przedłużania. Przynajmniej z odległości różnica jest zdecydowanie na korzyść przedłużania. Bo z bliska to można już zauważyć prześwity. Trochę się poplątały. Sporo wypadło. Jest ich wyraźnie mniej, niż na początku. I z bliska to wszystko widać. Czy takie rzęsy kwalifikują się już do uzupełnienia? Kwestia standardów estetycznych. Ale na pewno warto już zacząć o tym myśleć i umówić się na termin.

Źródło: własne
Z daleka nie są już może tak olśniewająco gęste jak na początku, ale wciąż robią wyraźnie lepsze wrażenie, niż byłyby pomalowane tuszem. Cały czas jestem z nich zadowolona. Dla niektórych teraz wyglądają jeszcze lepiej, niż na początku, bo efekt jest bardziej subtelny i naturalny. Można porównać z moim poprzednim wpisem o tym, jak wyglądają przedłużane rzęsy po upływie 1,5 tygodnia

Jak to jest przez miesiąc mieć doklejone dodatkowe rzęsy?
Na samym początku jest pewien dyskomfort. Czuć, że to jest jakieś ciało obce. Ja mniej więcej po dwóch tygodniach już całkowicie się przyzwyczaiłam i prawie nie odczuwałam, że mam przedłużone rzęsy. Taki zabieg to ogromna wygoda, komfort i oszczędność czasu. Zawsze wyglądam ładnie, bo mam podkreślone oczy. Nie muszę się obawiać, że mi tusz spłynie bądź się rozmaże. Nie muszę zawracać sobie głowy makijażem ani demakijażem. Trochę przeraża widok wypadających rzęs, ale ich jest na tyle dużo, że utrata kilku praktycznie nie robi żadnej różnicy.

Źródło: własne
Odkąd mam przedłużone rzęsy używam znacznie mniej kosmetyków. Do makijażu tylko puder i korektor, a czasami kredka do brwi i róż. Mam takie ładne oczy, że całkowicie zrezygnowałam ze wszystkich cieni i eyelinerów. No i trochę też dlatego, że zmywanie makijażu oczu przy przedłużanych rzęsach może być nieco problematyczne. 

Czy uzupełnianie rzęs co 4 tygodnie to za rzadko, czy za często? 
A to akurat zależy tylko i wyłącznie od tego, jak szybko wypadają nasze własne rzęsy i jakie mamy standardy estetyczne. Jeżeli rzęsy wypadają komuś szybko, uzupełniać trzeba częściej. Może nawet co dwa tygodnie. Są też podobno takie osoby, które z powodzeniem noszą przedłużane rzęsy przez dwa miesiące. częstotliwość uzupełniania rzęs jest też uzależniona od naszych oczekiwań. Jeżeli ktoś chce cały czas mieć ogromny wachlarz wywiniętych rzęs musi uzupełniać je częściej. Mnie bardziej subtelny i naturalny efekt lekkiego przerzedzenia nie przeszkadza.

niedziela, 16 listopada 2014

Olejowanie skóry głowy

Olejek rycynowy i olejek łopianowy z papryką to świetna mieszanka zapobiegająca wypadaniu włosów i przyspieszająca ich wzrost.

Źródło: własne
O zaletach i niesamowitych skutkach smarowania skóry głowy olejkiem rycynowym słyszałam już od babci. Czytałam też u Chmielewskiej. Nie bardzo nadaje się on na całe włosy, bo pierwsze jest bardzo gęsty i ciężko do rozprowadzenia, a po drugie może powodować przesuszanie. Ale na skórę głowy jak najbardziej można go aplikować. Żeby moja mieszanka była ciekawsza i trochę mniej gęsta pomieszałam olejek rycynowy z olejkiem łopianowym z papryką Green Pharmacy. 



Ostatnio zauważyłam wzmożone wypadanie włosów. Rośnięcia włosów nie zauważam w ogóle, ale podobno to standard. Tak czy inaczej doszłam do wniosku, że najwyższy czas zadbać trochę o skórę głowy. Regularne masaże i wcieranie rożnych olejków to mój włosowy plan na jesień i zimę. Oprócz tego planuję niebawem zacząć ponownie pić skrzypokrzywę. 

Źródło: własne
W tę niedziele do włosów naolejowałam skórę głowy mieszanką olejku rycynowego i łopianowego z papryką. Proporcje były na oko, ale łopianowego zdecydowanie więcej. Palce maczałam w mieszance olejków wylanej na talerz i opuszkami masowałam skórę głowy rozprowadzając na niej olejek. Bardzo lubię rozmaite masaże i ten skóry głowy nie jest wyjątkiem. Taki zabieg jest bardzo przyjemny i relaksujący. Oczywiście o niebo lepiej byłoby, gdyby to ktoś mi ten masaż zrobił, ale jakoś nie było chętnych. No ale co to za przyjemność maczać ręce w tłuszczu i wycierać w brudne włosy ;) Na pozostałą długość włosów nałożyłam oliwkę dla dzieci Babydream. I położyłam się spać. Rano umyłam włosy jak zwykle (czyli delikatnym szamponem bez sls) i nałożyłam losową odżywkę pod czepek (tym razem Aussie). Z okazji bólu kręgosłupa (jakby kolano nie wystarczyło) siedzę dzisiaj cały dzień w domu, więc pozwoliłam włosom wyschnąć naturalnie.

Źródło: własne

Źródło: własne
Te delikatne fale to zasługa koczka, w który często spinam włosy po umyciu. Dzisiaj skręt jest o wiele delikatniejszy niż zwykle. Może nawet nazwałabym go lekkim spuszeniem. Nie wiem czemu na dzisiejszych zdjęciach moje włosy wyglądają na czerwone. Nie są czerwone. Kiepska jakość zdjęć i kombinowane pozy wynikają z faktu, że fotograf wyjechał. A ja z nudów jakoś tak zatęskniłam za czasami, kiedy miałam czerwone włosy. Takie fajne były.

Źródło: własne
Wiem, że z moim stanem włosów i aspiracja do zapuszczenia jeszcze kilku dobrych centymetrów farbowanie jest średnim pomysłem. Ale tak mnie jakoś wzięło na rudowłose wspominki.

sobota, 15 listopada 2014

Czy warto kupić Tangle Teezer?

Długo zastanawiałam się, czy warto kupić Tangle Teezer. Z jednej strony mam napływające zewsząd zachwyty nad tą szczotką. Że doskonale rozczesuje nawet największe kołtuny. Że nadaje włosom blask. Że jest doskonałym wyborem dla każdego, kto dla o włosy. Że za pomocą tangle teezer można zrobić relaksujący i pobudzający cebulki masaż skóry głowy. A z drugiej strony mam wysoką cenę, problemy z dostępnością i dużo wątpliwości, bo przecież cudów nie ma. W końcu kupiłam i mogę spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy warto kupić tangle teezer. 

Źródło: własne
Tangle Teezer ma wiele zalet, ale też kilka wad. Szczotka tangle teezer nie jest wcale taka idealna, jak można by wywnioskować z przewijających się w blogosferze zachwytów. Poza wysoką ceną warto wiedzieć, że tangle teezer nie jest wszechstronna i nie w przypadku każdych włosów się sprawdzi. Przed zakupem warto przetestować egzemplarz koleżanki, oczywiście uprzednio i po użyciu go myjąc. A skoro już przy tym temacie jesteśmy to warto również wiedzieć, jak czyścić tangle teezer. Na szczęście nie jest to skomplikowane. Trzeba tylko pamiętać, że szczotka jest delikatna i uważać na jej ząbki. 

Źródło: własne
Tangle teezer mam już od maja, czyli ponad pół roku. Pierwsze wrażenia z tangle teezer były pozytywne, aczkolwiek bez szału. Teraz jestem bardzo zadowolona i nie wyobrażam już sobie nie czesać się tą szczotką. Wciąż nie uważam, że czyni ona cuda. Cudów nie czyni. Ale rzeczywiście bardzo dobrze rozczesuje włosy. Wyraźnie lepiej. I naprawdę nie ciągnie i nie szarpie włosów. Czesanie się TT to sama przyjemność. Szczotka dobrze leży w dłoni i łatwo jest utrzymać ją w czystości. Myślę, że warto było zainwestować pieniądze akurat w ten sposób. To świetny wybór dla włosomaniaczek i większości dziewczyn, które mają problem z rozczesaniem włosów. Odpowiadając na pytanie z tytułu, tak warto kupić tangle teezer. Ta szczotka to również świetny prezent dla przyjaciółki, dziewczyny czy córki. 

Posiadam model Tangle Teezer Oryginal. Oprócz niego w sprzedaży jest również model Salon Elite, który ma nieco większą powierzchnię i trochę inny kształt. Można również zaopatrzyć się w wersję kompaktową Tangle Teezer Compact Styler, która nadaje się do noszenia w torebce, ponieważ posiada ochronną nakładkę. Specjalnie do rozprowadzania kosmetyków na mokrych włosach powstała szczotka Tangle Teezer Aqua Splash. Dla dzieci zaprojektowano Tangle Teezer Magic Flowerpot o bardzo ciekawym wyglądzie. 

Źródło: sklep.tangle-teezer.pl
Osobiście zastanawiam się jeszcze nad kupnem wersji Tangle Teezer Compact Styler i Tangle Teezer Aqua Splash. Oczywiście trochę przeraża i zniechęca mnie, że musiałabym wydać ponad 120 zł na dwie szczotki do włosów. I to podobne do jednej, drogiej szczotki, którą już mam. Cały czas się waham. Trochę mnie kusi, ale jakiś zdrowy rozsądek też trzeba przecież mieć. 

czwartek, 13 listopada 2014

Jak się czuje biegacz, który nie może biegać?

Kiepsko. Słabo. Bez sensu. Jak kaleka, nie jak biegacz. Przynajmniej ja się tak czuję. Smutno mi i boli. Nie tylko kolano. I w ogóle nie czuję się sobą.

Źródło: własne
Irytuje mnie, że nie mogę wskoczyć w buty i ruszyć truchtem przed siebie. Przykro mi, że muszę sobie odpuszczać zawody i treningi. Nie wystartowałam w Krakowskim Biegu Niepodległości. Ludzie mówią, że nie ma czego żałować. Zawsze jest. Zastanawiam się, kiedy wrócę do pełnej sprawności. Atakują mnie myśli, że to już na zawsze i że już nigdy nie pobiegnę. A pokochałam bieganie całym sercem. Pokochałam to uczucie, kiedy mijasz wszystko, a wiatr owiewa twarz. Spodobało mi się startowanie w biegach masowych. Nigdy nie miałam jakichś wielkich ambicji i chyba nadal nie mam, ale chciałabym jeszcze kilka swoich rekordów pobić. Chciałabym wystartować w maratonie. Dzięki bieganiu poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi i chciałabym poznać jeszcze kolejnych. Chcę, żeby moja kolekcja medali i koszulek się rozrastała. 

A na razie siedzę i zamulam i czekam aż się kolano wyleczy, chociaż nie wiem po czym niby miałoby się leczyć i czemu zastrajkowało. 

środa, 12 listopada 2014

Jak schudłam 10 kg?

Schudłam 10 kilogramów. I to kilkakrotnie. Osoby, które poznały mnie niedawno nie wierzą, że kiedyś miałam problemy z (nad)wagą. Byłam po prostu grubiutka. Jak ten hamburger na zdjęciu niżej. 

Jak schudłam 10 kg?
Źródło: pixabay.com

Jak schudłam 10 kg - Dieta Atkinsa

Dieta Atkinsa była moją pierwszą poważną próbą odchudzania, która zakończyła się sukcesem.  Tzn. spadkiem wagi. Większość moich diet kończyło się po kilku dniach. Często brakowało mi motywacji. Niekiedy bardzo źle i słabo się czułam na diecie. Zdarzyło mi się też kilka razy zapomnieć, że się odchudzam ;) I w trakcie pałaszowania czwartego ciasteczka uświadamiałam sobie, że ja przecież miałam się odchudzać. Ale do rzeczy. Jak to było z tą dietą atkinsa? Wszystko przez Kominka. Tak, tego Kominka. Wyszperałam na jego starym blogu, stary post o tym, jak udało mu się schudnąć. Zaciekawiła mnie ta dieta, bo nie było w niej ograniczeń ilościowych ani godzinowych. Można jeść tak dużo jak się chce i o dowolnej godzinie. Na dodatek dieta atkinsa opiera się na tłuszczach i białkach, a więc można zajadać się kabanosami i serami. Przeczytałam też, że na tej diecie nie czuje się głodu i siła sugestii zadziałała. Nie czułam głodu. Za to czułam się jakbym umierała, a co najmniej była ciężko chora. Przynajmniej na samym początku. Tak gwałtowne ograniczenie węglowodanów to straszny szok dla organizmu. Szczególnie tego, który na co dzień jadł dużo i słodko. Pierwsze dni były fatalne. Uczucie osłabienia, ciągły ból głowy. Później było już nieco lepiej. Schudłam? Schudłam. Czy polecam? Uważam, że są lepsze sposoby na odchudzanie. Zdrowsze, łatwiejsze i tańsze. 
Jak schudnąć 10 kilogramów
Źródło: pixabay.com
Jak schudłam 10 kg - głodzenie się

Głodówki to, z tego co udało mi się dowiedzieć, bardzo powszechny element okresu dojrzewania u dziewcząt. Rezygnowanie z wybranych posiłków. Drastyczne zmniejszanie porcji. Zastępowanie posiłków owocami lub sokami. Wszystko to skutkuje bardzo złym samopoczuciem. Jeszcze gorszym niż na diecie atkinsa i jest jeszcze bardziej destrukcyjne dla organizmu. Czy schudłam? W końcu schudłam. I zaraz przytyłam. Czy polecam? Zdecydowanie nie. 

Jak schudłam 10 kg - miłość i wewnętrzny spokój

To nie żart. Wcale nie schudłam przez bieganie. Ani przez zrównoważoną dietę. Zrównoważoną dietę zaczęłam stosować sama z siebie, kiedy zrównoważyłam sobie bałagan w głowie. Każdy, kto chce schudnąć powinien najpierw poznać dwóch największch wrogów odchudzania. Nie ma wśród nich ani czekolady ani skłonności genetycznych. Wszystko siedzi w głowie. Oczywiście nie jest tak, że uporządkowanie pewnych rzeczy sprawi, że nie będziemy tyć od tabliczki czekolady pochłoniętej podczas poobiedniego leżenia na kanapie. Bardziej w tę stronę, że zniknie ta przemożna potrzeba pochłaniania takiej ilości czekolady. Zniknie też ta dziwna niechęć do wysiłku fizycznego. Wszystko zacznie się układać. Tylko jak do tego dość? Ja nie dam gotowej recepty. Nie to, że nie chcę. ja jej nie znam. A każdy ma własną drogę i powinien wypracować sobie własne sposoby na życie. 

niedziela, 9 listopada 2014

11 pytań - Liebster Award

Bardzo lubię te wszystkie blogowe zabawy i nominacje. To świetny sposób na integrację wśród blogerów i poznawanie nowych, ciekawych blogów. Poza tym doskonałe ćwiczenie na kreatywność, a odpowiadanie na takie pytania zawsze budzi we mnie wiele ciekawych przemyśleń.



Zostałam nominowana przez Tomka do zabawy Liebster Award. Serdecznie dziękuję :) Teraz zgodnie z zasadami moim zdaniem jest odpowiedzieć na 11 zadanych mi pytań, po czym wymyślić własne 11 pytań i nominować do zabawy kolejne 11 blogów. Dużo, ale mam nadzieję, że podołam. Poniżej moje odpowiedzi na pytania, pod nimi moje pytania, a na samym dole nominowane blogi. #PolskaBlogosfera


1) Dlaczego biegasz: dla utrzymania prawidłowej wagi, poprawy kondycji, wyników...?
Przy tak skonstruowanych pytaniach zawsze mam ochotę odpowiedzieć: a dlaczego miałabym nie biegać? ;) Nie jestem w stanie wskazać jedno czy nawet trzech powodów, dla których biegam. Nie wiem też, czy jestem w stanie wybrać przykładowo trzy najważniejsze. Moim zdaniem wszystkie są ważne i składają się na całość mojej biegowej osoby ;) Biegam, bo lubię. To przede wszystkim. Biegam też, żeby być silna, sprawna i szybka. Biegam, żeby móc jeść więcej słodyczy bez obawy o nadmierne kilogramy. Biegam, bo zaczęłam i teraz już nie potrafię ani nie chcę się zatrzymać. Jeszcze więcej powodów we wpisie Po co ludzie biegają?

2) Ile kilometrów przebiegasz miesięcznie?
Oj to zależy. Najwięcej 140 km, a najmniej 40 km. Różnie mi wychodzi w podsumowaniu miesiąca.  Oczywiście chciałaby więcej, ale nie ilość kilometrów powinna być najważniejsza. Nie chcę wpaść w tę pułapkę i biegać tylko dla statystyk. Nie chcę też, żeby cyferki były w stanie zepsuć mi humor. Ale trochę jednak potrafią zepsuć.

3) Jaki najdłuższy dystans przebiegłaś -eś?
Na razie 22 km. Oczywiście planuję co najmniej maraton. Kiedyś. Już niedługo mam nadzieję. Ale obecnie jestem jeszcze na etapie półmaratonów.

4) Czy biegasz według planu. Jeśli tak to: własnej "konstrukcji" czy przygotowanego przez trenera, a może pobranego z ogólnodostępnych w necie?
Nie biegam według planu. Nie umiem ;) Czasami korzystam z doświadczeń i mądrości zawodowców, ale na dłuższą metę mój treningowy plan jest lekko chaotyczny i bardzo dowolny. 

5) Jaką aktywność fizyczną oprócz biegania uprawiasz ?
Dużo chodzę. Od czasu do czasu bywam na siłowni. Sama we własnym zakresie lubię niekiedy poćwiczyć jogę. 

6) Jak długo prowadzisz bloga?
Od stycznia tego roku (2014). Od ostatniego dnia stycznia, więc trochę tak jakby od lutego ;)

7) Kto jest Twoim Idolem biegowym ?
Nie mam idola biegowego. Podziwiam i inspiruje się bardzo wieloma osobami. Zarówno zawodowcami jak i totalnymi amatorami. Ale jeżeli miałabym wskazać jakąś jedną osobę, która jest dla mnie w biegowy sposób wyjątkowo ważna, to byłby to mój tata. To on zaraził mnie miłością do biegania. Sam zaczął niedawno, a już ma na swoim koncie udział w czterech maratonach i niezliczonej ilości krótszych biegów zarówno ulicznych jak i górskich. Jest dla mnie idealnym przykładem osoby, takiej najzwyklejszej na świecie osoby, która postanawia zmienić swoje życie i to robi. Dokładnie w tym momencie, w którym akurat jest. Bo każdy moment jest dobry. Byle nastawienie było dobre. 

8) Jesteś sową, czy skowronkiem tzn najbardziej odpowiada Ci bieganie wieczorne, a może  poranne?
Zależy jak mi czas pozwala. W weekendy raczej biegam rano, a w tygodniu wieczorami. 

9) Biegasz w większości w mieście po chodnikach, czy w terenie?
Głównie po mieście, chociaż coraz więcej myślę jak by to zmienić. Bieganie w terenie jest zdecydowanie zdrowsze.

10) Ile masz /używasz/ par butów biegowych ?
Dwie.

11) Czy wśród najbliższych tata, mama, mąż, żona, brat siostra, syn, córka masz towarzysza do biegania? 
Często biegam z tatą. I czasami gonię za chłopakiem na rowerze



Lista moich 11 pytań
1. Czy lubiłaś/łeś wuef w szkole? Jakie masz wspomnienia związane z lekcjami wychowania fizycznego?
2. Co najczęściej jesz na kolację i dlaczego akurat to?
3. Czy w Twojej rodzinie i wśród Twoich znajomych zdrowy styl życia jest normą, czy wyróżniasz się pod tym względem?
4. Wolisz treningi z kimś, w grupie czy w samotności?
5. Co to znaczy według Ciebie prowadzić zdrowy styl życia? Jakie elementy wchodzą w skład Twojej definicji zdrowego stylu życia?
6. Czy pisanie bloga zmieniło Cię? Co zmieniło się w Twoim życiu wraz z rozpoczęciem blogowania?
7. Nad którą częścią ciała najwięcej i/lub najchętniej pracujesz?
8. Do czego najtrudniej jest Ci się zmotywować? Do ćwiczeń? Do zdrowej diety? Do rezygnacji z używek? Czy do czegoś jeszcze innego?
9. Jaką książkę lub książki na temat zdrowia i aktywności fizycznej możesz polecić?
10. Ile czasu w tygodniu poświęcasz na aktywność fizyczną?
11. Czy lubisz brać udział w tego typu zabawach? Dlaczego?


Do udziału w zabawie nominuję poniższe blogi. Kolejność alfabetyczna. Na początku myślałam, że ciężko będzie mi aż 11 blogów wybrać. A jak zaczęłam to okazało, że się chętnie nominowałabym jeszcze więcej osób. Ale zasady to zasady. Oczywiście każdy, nawet nie nominowany, również może odpowiedzieć na pytania i dołączyć do zabawy. 

10. Run and joy 

Olejek łopianowy z papryką na porost włosów

Olejek łopianowy z papryką Green Pharmacy ma stymulować cebulki włosowe i tym samym przyspieszać wzrost włosów. Wczoraj zakupiłam kolejne opakowanie tego produktu. Chyba już trzecie, czy czwarte. To fenomen tego kosmetyku, bo do tej pory nie zauważyłam, żeby działał ;) Ale skoro kupiłam, to coś musi być na rzeczy. Regularnie olejuję włosy, ale jakoś tak zaniedbałam skorę głowy. I myślę, że pora to zmienić. Szczególnie, że ostatnio zauważyłam, że strasznie wypadają mi włosy.

Olejek łopianowy z papryką wmasowałam w skórę głowy u nasady włosów. Następnie przeczesałam włosy kilka razy, a resztę naolejowałam kokosowym olejkiem do opalania. Ponieważ jest on dość lekki uznałam, że nie wystarczy i warstwę olejku wzbogaciłam jeszcze balsamem Eveline z serii Argan & Vanilla. I z taką mieszanką położyłam się spać. Co prawda producent zaleca stosować olejek z papryką tylko na kilkanaście minut, ale postanowiłam zaryzykować. Oczywiście za pierwszym razem bym się nie odważyła, ale znam już ten olejek znam też swoją skórę głowy i taki eksperyment wydał mi się bezpieczny.


Rano nałożyłam jeszcze na włosy odżywkę Isana bez silikonów, żeby łatwiej było je domyć. Dzisiaj pierwszy raz użyłam szamponu Green Pharmacy z nagietkiem lekarskim do włosów normalnych i przetłuszczających się. To delikatny szampon bez SLS, ale zawiera silikony. Zobaczymy, jak się będzie spisywał.

Po umyciu nałożyłam na włosy odżywkę Timotei drogocenne olejki na pół godziny, a po spłukaniu jak zwykle Ziaję intensywnie wygładzającą. Włosy wysuszyłam, bo trochę mi się spieszyło. Może dlatego są takie proste i gładkie. Do rozczesywania od kilku miesięcy używam rewelacyjnej szczotki Tangle Teezer i bardzo ją sobie chwalę.


sobota, 8 listopada 2014

Dlaczego nie pobiegnę w Krakowskim Biegu Niepodległości

Krakowski Bieg Niepodległości był wyczekiwany przeze mnie od dłuższego czasu. Piękna trasa z Błoń na Kopiec Piłsudskiego. Piękne medale z orzełkiem. Jakaś świeżość, bo organizatorem jest centrum odchudzania. Dużo było szumu z tym biegiem. Dużo reklamowania. Nastawiłam się na dużo.


Niestety im bliżej startu, tym gorzej. Organizator popełnił kilka niewybaczalnych wpadek. A gdyby nie reakcja zawodników to aż strach myśleć, jak by to wyglądało. Bieg się jeszcze nie odbył, a już jest dużo emocji. Z naciskiem na dużo oburzenia. I chyba trochę słusznie. Więcej szczegółów na temat tej sytuacji we wpisie Co z tym Biegiem Niepodległości w Krakowie?

Ale nie. Nie z powodu niedociągnięć organizatora nie pobiegnę. Ani nie z powodu lekceważącego stosunku do zawodników. Nie chodzi też o deszcz. Ani nawet o to, że jestem przeziębiona i paskudnie kaszlę. Bo pewnie bym pobiegła, chociaż to głupie i nieodpowiedzialne. Nie pobiegnę w Krakowskim Biegu Niepodległości, bo mnie kolano boli. Znowu. Kontuzja? Od czego niby, skoro ostatnio biegłam Półmaraton Królewski i przez tydzień po nic mnie nie bolało. 

Źródło: instagram.com/abakercja
Kolano mnie boli nawet jak chodzę. Boli nawet jak nie chodzę. Strasznie mi smutno i szkoda. I jeszcze jak patrzę na tego orzełka to mi się płakać chce. Miało się naprawić do niedzieli. Małga mówiła, że viprosal leczy nawet umarłych. Niestety tym razem się nie udało. 


A żeby mnie nie kusiło do złego i żebym przypadkiem w ostatniej chwili nie zdecydowała się przekuśtykać tych 10 km, wspaniałomyślnie odstąpiłam swój pakiet startowy koleżance. A teraz myślę, że mogłabym przecież biec na rękach. Nie bolą mnie, mają całkiem niezłe umięśnienie no i w regulaminie nie było ani słowa o tym, że biec trzeba na nogach. 

czwartek, 6 listopada 2014

Podsumowanie października 2014

Biegowe podsumowanie października będzie dość skromne. Mało treningów. Najmniej. Statystyki z Endomondo aż wstyd wrzucać. Nie biegałam dużo. Tak wyszło. Trochę przeziębienie. Trochę kolano. A trochę lenistwo.



Nie jest jednak tak, że nie mam się czym pochwalić. W październiku wzięłam udział w dwóch biegach. Na początku miesiąca odbył się 8. Bieg Trzech Kopców, którym jestem oczarowana. Piękna trasa i idealne miejsce na metę. Trzy Kopce nie były biegiem po życiówkę i z góry zakładałam biec spokojnie i bez szaleństw. I jak na taki rekreacyjny bieg uzyskałam zupełnie przyzwoity (w swoim mniemaniu) czas 1:17:58 na ok. 13 km. Warto zaznaczyć, że Bieg Trzech Kopców jest biegiem górskim. Pod koniec miesiąca przebiegłam Cracovia Półmaraton Królewski i zrobiłam życiówkę.  Czas 1:58:21 na 21,097 km. I największym problemem był nie brak sił czy ból, ale zimno. I mój nieadekwatny ubiór. Poza tym, że zmarzłam Półmaraton Królewski biegło się bardzo przyjemnie. Obyło się bez bólów brzucha i kolan. Praktycznie przez całą drogę trzymałam mniej więcej równe tempo. Jestem dumna ze swojego rekordu.

Wzięłam również udział w Teście Coopera. Dwa razy. Udało mi się poprawić swój wiosenny rekord o 50 m, a za drugim razem aż o 190 m. To znaczy, że jestem w coraz lepszej formie. Mój październikowy wynik to 2650 m w 12 minut.

Źródło: własne
Oprócz biegania raz w tygodniu przez godzinę miałam trening core stability czyli stabilność ogólną. Bardzo przydatne ćwiczenia wzmacniające mięśnie głębokie. Taki trening ma na celu zapobiegnięcie kontuzjom oraz zwiększenie siły biegowej. W październiku takich treningów odbyłam pięć. W każdy czwartek. 

W październiku postanowiłam przedłużyć sobie rzęsy. Efekt bardzo mi się spodobał. Poza tymi rzęsami moja pielęgnacja była standardowa. Regularnie, przynajmniej raz w tygodniu, olejowałam włosy na noc. Od czasu do czasu robiłam peeling twarzy i ciała i stosowałam jeden z balsamów do ciała.
Źródło: własne
Jedzeniowo październik był miesiącem owsianki. Odkryłam też różnicę pomiędzy najtańszymi oliwkami, a tymi nieco droższymi. Za wyższą ceną idzie zdecydowanie lepszy smak. No kto by pomyślał ;)

Eveline, Argan & Vanilla, Balsam z peelingiem pod prysznic i balsam do ciała

Eveline Spa Professional, Argan & Vanilla dzisiaj w mojej łazience. Przetestowałam balsam z peelingiem pod prysznic 3x regenerująca moc olejków oraz luksusowy balsam do ciała 5x ultranawilżenie i 3x regenerująca moc olejków. Firma Eveline bardzo lubi nazywać swoje produkty luksusowymi. Czasami nawet pakuje je w złote opakowania. I tak jest również tym razem. 

Źródło: eveline.pl


Eveline Spa Professional, Argan & Vanilla Balsam z peelingiem pod prysznic bardzo mi przypadł do gustu. Drobinki peelingujące są dość delikatne. Trzeba przez dłuższy czas masować skórę, żeby odczuć efekt złuszczający. Kosmetyk powinien sprawdzić się u osób z wrażliwą i delikatną skórą. Po użyciu pozostawia ciało miękkie, gładkie i delikatnie natłuszczone. Wadą może być bardzo intensywny zapach. Przy częstszym stosowaniu zwyczajnie zaczynał mnie męczyć i irytować. To jest ten sam zapach, który posiada ujędrniający balsam pod prysznic Eveline, o którym już kiedyś wcześniej pisałam. Eveline Spa Professional, Argan & Vanilla Balsam z peelingiem pod prysznic tak jak można podejrzewać na czwartym miejscu w składzie ma zapach. Później mamy jeszcze m.in. mocznik (urea), masło shea, olejek arganowy, kwas hialuronowy, ekstrakt z wanilii, ekstrakt z kakao czy ekstrakt z liści aloesu. Zawiera też silikony.

Źródło: własne
Eveline Spa Professional, Argan & Vanilla Luksusowy balsam do ciała nie spełnił moich oczekiwań. Źle się wchłania, a skóra po jego zastosowaniu się klei. Mam wrażenie, że jest bardzo tłusty i utrudnia ciału oddychanie, bo często kiedy się posmarowałam robiło mi się tak nieprzyjemnie gorąco. Do tego ten irytujący zapach. A szkoda, bo zapowiadał się nieźle. Po składzie wnioskowałam, że to będzie udany produkt. Eveline Spa Professional, Argan & Vanilla Luksusowy balsam do ciała zawiera olejek sojowy i mocznik. Również zapach na samej górze, bo czwarty w składzie. Poza tym olejek kokosowy, masło shea, olejek arganowy czy olejek makadamia.Niestety balsam do ciała Eveline z serii Argan & Vanilla nie polubił się z moją skórą. Za to całkiem nieźle spisuje się na włosach. Dużo też brakuje mu do idealnego balsamu do ciała

Źródło: własne
Obydwa kosmetyki zamknięte są w miękkich tubkach o pojemności 200 ml. Lubię takie opakowania, bo łatwo można wydobyć produkt do samego końca. Ze względu na jednolitą szatę graficzną czasami zdarzało mi się mylić balsam pod prysznic z balsamem po prysznicu. I wbrew pozorom to jest dość irytujące. Chyba na równi irytujące z zapachem.

Źródło: własne
Miałam jeszcze z tej serii masło do ciała. Wyglądało przyzwoicie, bo miało masło shea w składzie bardzo wysoko. A jak rzeczywiście się sprawdziło to nie wiem, bo dałam siostrze, a ona nie umie recenzować kosmetyków ;)

środa, 5 listopada 2014

Najwięksi wrogowie odchudzania

Jest dwóch największych wrogów odchudzania. Skutecznie utrudniają zrzucanie kilogramów i redukcję masy ciała. I bardzo trudno jest z nimi wygrać. Obecnie dzięki bieganiu i wewnętrznemu spokojowi moja waga jest w normie i nie czuję potrzeby odchudzania. Nie zawsze tak było i miałam okazję poznać dwóch największych wrogów odchudzania. Dwa czynniki, które czynią spadek masy ciała niemalże niemożliwym. Wróg odchudzania numer jeden: prawidłowa waga. Wróg odchudzania numer dwa: nasza własna głowa. Z tym pierwszym nic nie zrobisz. Musisz zaakceptować i popracować nad czymś innym. Na tego drugiego są sposoby, ale wymagają wiele wysiłku i zmian.

Źródło: pixabay.com


Wróg odchudzania numer jeden: prawidłowa waga
Najtrudniej jest chudnąć ludziom, którzy wcale nie mają nadwagi. Czasami tak się zdarza, że nasza wizja idealnego ciała nie do końca idzie w parze z tym, co mówi BMI, co mówią lekarze i zdrowy rozsądek. Jeżeli chcemy osiągnąć wagę poniżej normy nasz organizm zaczyna się bronić. Również jeżeli chcemy redukować zupełnie zdrową i prawidłową masę ciała, można spotkać się z oporem. Myślę, że w takim przypadku lepiej byłoby odpuścić. Zamiast skupiać się na utracie wagi można popracować nad jędrnością ciała. Zadbać o mięśnie i kondycję. Zacząć regularnie ćwiczyć i wspomagać się samodzielnymi masażami. Waga prawdopodobnie ani drgnie, ale różnica wizualna będzie ogromna. Bardzo często problemem nie jest za wysoka waga, tylko słabe, zaniedbane, niewyćwiczone ciało. Problemem bywają też nierealne i irracjonalne oczekiwania i wizje własnej osoby. Nie da się zwężyć sobie bioder. U większości osób nogi mają taką budowę, że uda stykają się ze sobą podczas stania. Praktycznie każdemu tworzą się na brzuchu wałeczki, kiedy siada (chyba że jest kupą mięśni, nie skórą i kośćmi). 

Źródło: pixabay.com

Wróg odchudzania numer dwa: nasza własna głowa
Nasze lęki, ograniczenia, przyzwyczajenia i sposób myślenia. Nie choroby, genetyczna skłonność do tycia czy ciężkie kości. Najczęściej sami sabotujemy swoje odchudzanie karmiąc się złymi myślami. Bo wszystko zaczyna się w głowie. Największą przeszkodą i ograniczeniem nie jest nasz apetyt czy umiłowanie do słodyczy. Bardziej niechęć do zmian. Brak pozytywnego nastawienia. Niechęć do wysiłku czy głęboko zakorzenione przekonanie o porażce i bezsensowności własnych działań. Jak ciało może schudnąć, jeżeli mózg (czyli ten mądrzejszy) wie, że to i tak się nie uda? Ciężko wytrwać jedząc zdrowo i normalnie, jeżeli uparcie będziemy myśleć o dietetycznych posiłkach, że są paskudne. Ciężko też przez tydzień jeść tylko owsiankę, jajka i twaróg. Trzeba włożyć trochę wysiłku w skomponowanie zdrowej diety, która będzie jednocześnie odpowiadać naszym preferencjom smakowym. Nasza własna głowa jest największym wrogiem odchudzania. Człowiek potrafi nieraz myśleć takie rzeczy, że aż wstyd pisać. Zapanowanie nad umysłem i skierowanie swoich myśli na właściwe tory to przepis na sukces. Nie tylko w odchudzaniu. Zabrzmiało trochę sekciarsko, ale ja przestałam mieć problemy z wagą, kiedy zadbałam o swoje myśli i odczucia. I nagle okazało się, że wcale nie mam grubych kości. Że wcale nie mam skłonności do tycia ani niskiej przemiany materii. Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że niedoczynność tarczycy wcale nie oznacza nadwagi. Że wcale nie odziedziczyłam po babci figury pulpecika. I że wcale nie muszę pilnować tego, co jem. Muszę pilnować jedynie tego, co myślę. Jak wszyscy. Reszta przychodzi naturalnie i bezboleśnie. 

wtorek, 4 listopada 2014

Co z tym Biegiem Niepodległości w Krakowie?

Krakowski Bieg Niepodległości jeszcze przed startem budzi w gronie biegaczy wiele emocji. Niekoniecznie pozytywnych. A zapowiadało się pięknie. Ten zachwyt nad projektem medalu. Ewa miała prawie łzy w oczach, jak o nim opowiadała. Taki piękny medal. Z orzełkiem. Dla samego medalu warto pobiec. 


Krakowski Bieg Nieodległości to impreza organizowana przez centrum odchudzania All for Body. Odbędzie się 9 listopada 2014 o godzinie 10. To pierwsza taka impreza i oczywiście podejrzewam nie obędzie się bez wpadek organizacyjnych. Nie należy też oczekiwać od jakiegoś centrum odchudzania, debiutującego przy organizacji biegu, zbyt wiele. Osoby, które liczyły przy Krakowskim Biegu Niepodległości na profesjonalizm do jakiego przyzwyczailiśmy się na maratonach i półmaratonach są zawiedzione i zszokowane. Ja podchodzę do tego trochę bardziej na luzie. Już zapisując się można było przewidzieć, że to nie ta liga co np. niedawny Cracovia Półmaraton. Lista startowa jest w google docs. Egzotycznie, ale czy to rzeczywiście jest aż taki problem? No chyba nie. Problemem (takim drobnym) mogła być jedynie częstotliwość aktualizacji. Ale już lista zamknięta i zaktualizowana. Problemu nie ma. Jeszcze nie nadano numerów startowych i nie wiadomo kiedy to nastąpi. Moim zdaniem nie jest to żaden powód do stresu. Ostatecznie poznamy swoje numery startowe przy odbiorze pakietu. Żaden problem. Doszły do mnie również informacje, że trasa biegu nie wynosi wcale 10 km, a niewiele ponad 9 km. Dla mnie nie jest to wielki problem ani znacząca różnica. Gorzej, gdyby było w drugą stronę, ale rozumiem że dla niektórych to informacja kluczowa. A wystarczyłoby przed ilością kilometrów dopisać około. Na brak informacji o profilu trasy w ogóle nie zwróciłam uwagi, bo ja tę trasę znam. Brak informacji o ilości osób biegnących poszczególne dystanse (można biec 5 km lub 10 km) ani o ilości osób w poszczególnych grupach wagowych (bo mają takowe być) również mnie nie rusza, bo tak naprawdę nie interesuje mnie to. Sama z siebie też bym chyba nie zwróciła uwagi, że brakuje takiej informacji. Powyższe niedociągnięcia, na które zwracają uwahę uczestnicy jestem w stanie wybaczyć. Nie jest to jakiś wielki problem w przypadku tego biegu. W Krakowskim Biegu Niepodległości biorę udział dla przyjemności i takie sprawy jak dokładna długość trasy czy ilość zawodników w mojej kategorii ma dla mnie drugorzędne znaczenie. 

Oprócz tego, że organizator po prostu nie odpowiada na pytania uczestników zadawane na facebooku doszły do mnie informacje, że na maile również nie ma odpowiedzi. I to bardzo nieładnie świadczy. Szczególnie, że działania marketingowe na fanpejdżu cały czas trwają. Przedstawianie sponsorów, odliczania do startu. Tylko odpowiedzi na trudne pytania brak. Do biegu zostało jeszcze tylko dni, a wiele spraw wciąż nie jest jasnych. Kontakt z organizatorem jest trudny. Najlepszym źródłem informacji jest fanpage biegu założony na fejsbuku. Tylko że nie każdy ma facebooka. Można uzyskać jakieś informacje (ale nie wszystkie) i czasami nawet odpowiedź na swoje pytanie. Czasami. Organizatorzy odpowiadają wybiórczo, co jest dość niepokojące. No bo o co chodzi? Organizator ignoruje uczestników czy o zgrozo na kilka dni przed biegiem nie zna odpowiedzi na kluczowe pytania?

Prawdziwym problemem jest też depozyt, który ma znajdować się w sklepie z odżywkami przy ul. Focha. To blisko startu, ale niestety daleko od mety. I jak sobie pomyślę, że taka zmęczona, spocona, przemarznięta i przewiana przez wiatr po biegu będę musiała taki kawał wracać po kurtkę to mi gorzej. Z pod Kopca Piłsudskiego na ul. Focha. Szczególnie, że mamy listopad. Podczas około godziny biegu zawodnicy na pewno się rozgrzeją i nieco spocą. A później zamarzną na śmierć zanim dotrą z powrotem do depozytu. Chyba że wrócą biegiem fundując sobie kolejne 10 km. I tak sobie myślę, że to wcale nie jest taki głupi pomysł. Na pewno lepszy niż narażanie się na przemarznięcie i przewianie.


Aktualizacja 05.11.2014, godz.19:00

Udało się uzyskać od organizatora Biegu Niepodległości informację, że około 90% zapisanych biegnie na dystansie 10 km. I najważniejsze, udało się wpłynąć na organizatorów, żeby depozyt jechał na metę. Oby teraz tylko nie pomylili, które rzeczy na którą metę. Pojawiła się też informacja o pomiarze czasu.

Niestety w dalszym ciągu brak odpowiedzi na pytania o trasę czy o nadawanie numerów startowych. Brak również odpowiedzi na maile. Nie wiadomo też co z powrotem z mety. Na facebooku Krakowskiego Biegu Niepodległości przez jakiś czas widniała informacja, że mamy wracać komunikacją miejską. Teraz ani tej informacji ani oburzonych odpowiedzi biegaczy już nie ma. I pozostaje tylko mieć nadzieję, że skoro zostały wykasowane to organizator prężnie działa nad zapewnieniem nam godziwego transportu. Nie chodzi oczywiście o żadne limuzyny.Wystarczą dodatkowe autobusy. Bo tymi co jeżdżą na pewno się nie zmieścimy.

Aktualizacja 08.11.2014, godz. 8:00

Organizator zamieścił na facebooku kilka ważnych informacji odnośnie Krakowskiego Biegu Niepodległości. Te same informacje zostały również rozesłane na maile uczestników. Nawet dwa razy. I nie chcę nawet złośliwie analizować powodów tego podwójnego maila. Niestety nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania. Jeden z zawodników podczas rozmowy telefonicznej z organizatorem usłyszał, że "są ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż odpowiadanie na facebooku". Zapewne. Np. odliczanie na facebooku dni do startu lub przedstawianie sponsorów. No i oczywiście kasowanie komentarzy. Bo komentarz wspominający o tym skandalicznym zachowaniu organizatora został usunięty. Usunięte zostało też kilka innych zupełnie neutralnych komentarzy. No chyba, że pytanie o wodę na trasie kogoś obraża.

W sprawie powrotu niestety 500 zawodników, wraz z kibicami i ludźmi, którzy po prostu byli w zoo lub Lasku Wolskim będzie musiało zabrać się autobusami MPK. Odjeżdżają one co pół godziny. Łatwo można sobie wyobrazić jak to będzie wyglądało i ile trwało. Najbardziej rozbawiło mnie stwierdzenie, że organizator zadbał o powrót i oczywiście będzie dostępna komunikacja miejska z obydwu finiszów. Tak, jakby normalnie te autobusy nie jeździły. One jeżdżą tak czy inaczej i nie ma w tym żadnej zasługi organizatora.

Ja rozumiem, że to pierwsza edycja tego biegu, a organizuje go kompletnie nie przygotowana do tego i nie doświadczona firma. Rozumiem, że każdy się najpierw musi nauczyć. Że wpadki zdarzają się nawet najlepszym, a co dopiero początkującym. Jeszcze kilka dni temu mocno broniłam organizatorów i uważałam, że większość zarzutów można było uznać za zwykłe czepianie się lub nadgorliwość. A teraz? Teraz czuję taka ogromną niechęć do organizatorów Krakowskiego Biegu Niepodległości. Za co? Za ignorowanie uczestników. Za nie odpowiadanie na pytania. Za brak jakiejkolwiek pokory. Za brak przeprosin. Za lekceważący stosunek. Przykre i wkurzające. I to dlatego ludzie im tak jadą na facebooku. Nie z powodu tych wpadek, tylko z powodu stosunku organizatora do uczestników.

I nie rozumiem po co podają adres mailowy z dopiskiem, że w razie dodatkowych pytań proszą o kontakt, skoro na te maile nie odpisują. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...