czwartek, 30 października 2014

Za zimno na bieganie

Za zimno na bieganie. Zima to nie jest dobra pora dla biegaczy. Jeszcze nie dawno było lato, słoneczko i długie dni, a teraz nagle zrobiło się zimno i ciemno. Nawet nie wiadomo kiedy. Niedawno wstałam rano i zorientowałam się, że oto zima zbliża się wielkimi krokami. Zima - postrach biegaczy. Nagle temperatury spadły do okolic zera i ledwo wrócę z pracy za oknem już mrok. Jak żyć? Jak biegać?

Źródło: pixabay.com
Nigdy nie jest za zimno na bieganie. Na bieganie może być najwyżej za ciepło. Ale prawda jest taka, że nie ma złej pory na bieganie (no wyłączając jakieś huragany czy powodzie). Są tylko nieodpowiednio przygotowani (co zazwyczaj znaczy nieodpowiednio ubrani) biegacze. No i oczywiście marudy i wieczni malkontenci, ale takim nigdy nie dogodzisz. A chłodne dni mogą być idealnym czasem na bieganie. Wystarczy tylko w pierwszej kolejności przestać demonizować chłody. Nie demonizujmy zimy. To nie jest żadna klęska żywiołowa, tylko naturalny stan rzeczy. Taka pora roku, że temperatury spadają poniżej zera i pada śnieg.

Źródło: własne
Bieganie chłodną jesienią i zimą ma oczywiście swoje wady, ale też i zalety. I do głowy by mi nie przyszło, żeby zawiesić treningi do wiosny. Przez te kilka miesięcy mogę stracić wszystko, co do tej pory wypracowałam. Nie chciałabym na wiosnę zaczynać od zera i zastanawiać się, czy dam radę przebiec 5 km bez zatrzymywania się. Za dużo osiągnęłam i nie zamierzam tego zaprzepaścić. Nie zamierzam też stać w miejscu. Zimowe warunki to świetny trening wytrzymałości i odporności. Na wiosnę chcę być w jeszcze lepszej formie. Bieganie zimą mi nie straszne.

środa, 29 października 2014

Wady i zalety przedłużania rzęs - efekt po 1,5 tygodnia

Przedłużanie rzęs to świetny pomysł. Pomimo pewnych drobnych niedogodności cały czas jestem zdecydowanie zadowolona. Nie żałuję i możliwe, że regularnie będę przedłużać rzęsy. Po upływie 1,5 tygodnia cały czas mam ładnie podkreślone oczy. Oczywiście rzęsy wyglądają już nieco inaczej niż zaraz po zabiegu. Według jednych lepiej, bo naturalniej. Według innch gorzej, bo słabszy efekt. Jeżeli o mnie chodzi wystarczy, że są wyraźnie dłuższe i ciemniejsze niż naturalne.

Przedłużanie rzęs - wady i zalety
Źródło: własne

Myślę, że minęło już wystarczająco dużo czasu odkąd przedłużyłam rzęsy i mogę pokusić się i wypisanie zalet i wad przedłużanych rzęs.

Zalety posiadania przedłużanych rzęs:

- Oszczędność czasu. Nie muszę robić makijażu ani demakijażu. Tylko przemywam twarz płynem micelarnym i 1-2 razy w tygodniu robię peeling. Ale peeling robię bez względu na makijaż, więc bez różnicy. Rano jestem teraz prawie jak mój chłopak: wstaję, zakładam rzucone obok łóżka ciuchy, chwytam torbę/plecak i wychodzę. Koniec ze staniem przed lustrem godzinami. No chyba, że myję włosy ;)

- Ładny wygląd 24 na dobę. Nie ukrywajmy, że nawet bardzo urodziwe osoby zawsze wyglądają lepiej, kiedy podkreśli się to i owo. Najbardziej wdzięcznym elementem do podkreślania się właśnie oczy. Dzięki przedłużonym rzęsom wyglądam odrobinę lepiej kiedy śpię, na treningu, jak siedzę cały dzień w domu i nie robię makijażu. Nie muszę się też martwić, że podczas kąpieli w jeziorze (jeżeli akurat byłoby lato i pojechałabym nad jezioro) czy na treningu wraz z wodą i potem cała moje uroda płynie. Lepiej wyglądam i dzięki temu moje samopoczucie jest odrobinę lepsze. A to taka znacząca odrobina.

Wady i zalety przedłużania rzęs
Źródło: własne


Wady posiadanie przedłużanych rzęs:

- Trzeba na nie uważać. Nie trzeć oczy. Nie wgniatać ich w poduszkę. Nie można również stosować wielu kosmetyków. Wykluczone są wszelakie olejki i płyny dwufazowe. Nawet w przypadku zwykłego kremu do twarzy czy pod oczy trzeba zachować ostrożność. Należy odpowiednio dbać o przedłużane rzęsy

- Są sztuczne. Mogą wyglądać naturalnie, ale cały czas to jakiś obcy element. I trochę to czuć. Dla mnie nie jest to duży problem, ale zależy od indywidualnych odczuć. Dla niektórych przedłużane rzęsy mogą być bardzo niewygodne i niekomfortowe w noszeniu. Ponadto rzęsy z jedwabiu lub z norek mogą uczulać. 

- Mogą opadać i zmieniać kształt w miarę wzrostu naszej naturalnej rzęsy. U mnie dwie rzęsy w lewym oku tak właśnie opadły. Z daleka nie widać, ale z bliska owszem. I jest to dla mnie irytujące. Kosmetyczka, u której przedłużałam rzęsy powiedziała, że to normalne. Że opadają, bo odrastają. A ja się trochę boję, że np. wbiją mi się w oko.

Przedłużanie rzęs - wady i zalety
Źródło: własne
- Wypadają razem z naszymi naturalny rzęsami, co może u niektórych skutkować dużą asymetrią i dysproporcją, jeżeli np. z jednego oka wypadnie nam więcej rzęs.

- Łatwo się przyzwyczaić do długich, gęstych i ciemnych rzęs. Później nasze naturalne wydają się bardzo słabe i prawie niewidoczne.

- Zabieg przedłużania rzęs może rzeczywiście osłabić nasze naturalne rzęsy.

- Trzeba je regularnie uzupełniać, co wymaga dodatkowego czasu i wiążę się z kosztami. Ja za swoje zapłaciłam 100 zł. Nie jest to majątek, ale też nie są to grosze.


Jak widać wad jest zdecydowanie więcej niż zalet. Nie zmienia to faktu, że z przedłużania rzęs jestem w dalszym ciągu bardzo zadowolona. Nie żałuję i rozważam regularne wizyty u kosmetyczki. Czy zdecyduję się na uzupełnienie rzęs zależy od tego, jak długo jeszcze utrzyma się efekt. Jeżeli rzęsy będą wymagały uzupełniania częściej niż co miesiąc, to niestety zrezygnuję. Ale poprawianie rzęs co miesiąc lub jeszcze rzadziej jest dla mnie całkowicie do zaakceptowania. W skrócie: przedłużanie rzęs to wygoda, uroda i oszczędność czasu. Takie trochę przechytrzenie natury, więc ma swoją cenę. A czy warto ją płacić to już osobista decyzja każdej z was.

Zobacz też:

mBank ukradł mi 5 zł!

M Bank wprowadził kolejną opłatę, a ja przez swoje niedoinformowanie straciłam 20 zł. Straszna rozpacz, chociaż oczywiście mogło być gorzej, gdybym się nie zorientowała. Od 7 października 2014 obowiązuje w mBanku nowa taryfa opłat. Jak ktoś ma konto chyba warto się zapoznać, chociaż do fascynujących taka lektura nie należy. Ja się nie zapoznałam i mam za swoje. M Bank pobiera opłatę w wysokości 5 zł za drugi i każdy kolejny w miesiącu przelew wewnętrzny. A ja że lubię sobie przelewać pomiędzy rachunkami to mocno się zdziwiłam. Tak szczerze, to prawie się popłakałam. A wystarczyło regulaminy czytać. Na szczęście pierwszy przelew wewnętrzny w miesiącu z rachunku eMax plus jest za darmo. Opłata za drugi i każdy kolejny przelew zewnętrzny z rachunku eMax plus wynosi już 10 zł. 



W przypadku konta eMax przelewy zewnętrzne dokonywane przez Internet jeszcze są bezpłatne. Płaci się jedynie jak do tej pory za przelew ekspresowy i SORBNET. Podobnie w przypadku eKonta i izzyKONTA może sobie dowolnie przelewać wewnętrznie i zewnętrznie i zwykłe przelewy, które idę cały dzień nic nas nie kosztują. 



mBank ukradł mi 5 zł! Skandal, żeby pobierać opłatę za przelew na własne konto! mBank nie szanuje swoich klientów! - Czytać regulaminy, czytać regulaminy i jeszcze raz czytać regulaminy. Trochę mi już ulżyło, ale pieniążków dalej szkoda. Pomyśleć, że to były dwa kebaby. Wstrętny mBank.

Całkiem obiecująco wygląda SMART Konto w Banku Smart. Wszystkie podstawowe opcje (póki co) bez opłat. 

Bielenda Pharm, Trądzik, Antybakteryjna emulsja oczyszczająca

Antybakteryjna emulsja Bielendy to kosmetyk, z którego byłam bardzo zadowolona. Nie mam większych problemów z trądzikiem i używałam jej raczej jako delikatnego kosmetyku do mycia twarzy. I w tej roli emulsja spisała się bardzo dobrze.

Źródło: własne

Ogromny plus za brak silnych detergentów w składzie. W ogóle skład jest pełen naturalnych ekstraktów.
Aqua (Water), Sodium Cocoyl Alaninate, Acrylates Copolymer, Illite (Green Clay), Viola Tricolor (Violet) Extract, Camelia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Niacinamide, Panthenol, Zinc PCA, Allantoin, Glycerin, Kaolin, Propylene Glycol, Polysorbate 20, Triethanolamine, Disodium EDTA, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Parfum (Fragnance), Butylphenyl, Methylpropional, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool 
Zapach jest delikatny i bardzo przyjemny. Lekko taki ziołowo-apteczny jak dla mnie. Kosmetyk nie uczulił mnie, nie podrażnił i dobrze radził sobie z makijażem niewodoodpornym. Co ciekawe pomimo braku SLS i SLES emulsja Bielendy bardzo dobrze się pieni, przez co jest bardzo wydajna. Szkoda tylko, że jest taka lejąca, bo to dla odmiany zmniejsza jej wydajność. Kolor również nie jest najpiękniejszy. Taki szarawobrązowy. Oczywiście w niczym to nie przeszkadza, a sama emulsja nie barwi umywalki. Po prostu kolor jest dość brzydki. Za to opakowanie ładne. Proste, estetyczne i zawiera dużo informacji. Można sobie poczytać, jak ktoś się w łazience nudzi. Cena tego kosmetyku to ok. 20 zł za 150 ml. Nie najtaniej, ale biorąc pod uwagę przyjazny skład, wydajność i fakt, że myjąc nią tylko twarz starczy na prawdę na długo, myślę że taki zakup nie powinien nikogo zrujnować.

niedziela, 26 października 2014

1 PZU Cracovia Półmaraton Królewski

Półmaraton Królewski to bieg, na który zapisałam się dość dawno. Jako dowód niech posłuży numer startowy 229. I od jakiegoś tygodnia myślałam o nim bardzo intensywnie i doczekać się nie mogłam. Wszyscy musieli wiedzieć, że w niedzielę półmaraton. 
Źródło: własne
Dzień przed Półmaratonem Królewskim wreszcie się wyspałam. Zmiana czasu akurat dzisiaj to był świetny pomysł. Z tych gorszych to rano było -1 stopni. No ale nic, luzik. Mówili będzie ciepło. Mówili będzie 10 stopni. Do 11 się ociepli i wypogodzi. Bo rano mgła. No cóż. Nie do końca się udało. Przez cały dzień maksymalna temperatura wynosiła jakieś 3 stopnie. A ja w krótkim rękawku, bo przecież zaraz się zrobi ciepło. Przed biegiem zjadłam kilka wafelków z nadzieniem i chłopak wmusił we mnie prawie siłą dwie kanapki z paprykarzem, żebym miała siłę. I myślę, że to zasługa tego paprykarzu, że tak dobrze mi się biegło. Paprykarz cichym bohaterem 1. PZU Cracovia Półmaraton Królewski. 
Źródło: własne
Nie zrobiło się ciepło i zanim wystartowałam potwornie zmarzłam i dłonie mi skostniały. Planowałam biec na czas pomiędzy 1:50h a 2:00 h. Oczywiście nie udało mi się dopchać do swojej docelowej strefy czasowej, ale i tak daleko zaszłam, bo aż do 2:00 h. Udało mi się za to wypatrzeć Ewelinę z KeepDreamsClose

Dłonie tak mi zmarzły, że dopiero po 5. kilometrze byłam w stanie nimi ruszać. Od dzisiaj już do wiosny biegam w długim rękawku. Ewentualnie w rękawiczkach. No chyba, że jest ciepło. A jeżeli rano było -1 stopni to oczywiste, że ciepło nie jest i możliwe, że nie będzie. A poza tymi zamarzniętymi łapkami to biegło mi się bardzo dobrze. Przede wszystkim nic mnie nie bolało. Ani kolano ani brzuch. Aż się zdziwiłam, bo przecież przebiegłam półmaraton i nie tak wcale powoli. Czemu nic nie boli? Cieszy mnie to niezmiernie. Biegło mi się dobrze, a kiedy tylko próbowałam się zatrzymać (tzn. przejść do marszu) zaraz ktoś do mnie podbiegał i klepał po plecach, popychał albo ciągnął. I bardzo za to dziękuję. Przede wszystkim psychicznie takie gesty są podbudowujące i taka bezinteresowna pomoc na trasie daje mi ogromnego powera. Biegacze to fajni ludzie.


Wyniki z Endomondo jak zwykle nieco różnią się od oficjalnego czasu ale zważywszy, że pobiłam trzy endomondowe rekordy musiałam wkleić.  W godzinę udało mi się pokonać 11,32 km, 10 km pokonałam w 52 min i 43 s, a wg Endomondo 21 km i 97,5 metra pokonałam w 1g, 58 min, 05 s. Biegłam średnio tempem 5:44 min/km czyli odrobinkę lepiej, niż Półmaraton Wielicki (5:47 min/km). 

Najwolniejszy był pierwszy kilometr, bo to był ten czas żeby ze strefy czasowej przedostać się na linię startu. Czyli po sygnale startu my jeszcze przez pięć minut idziemy ;) Poza tym statystyki nie odnotowały większych kryzysów. Biegłam w miarę równo przez cały czas. 

Pogoda trochę nie dopisała. Pomijając już zimno (moja wina, mogłam jak wszyscy normalni biegacze założyć coś z długim rękawem) ta mgła trochę zepsuła widoki. Dobrze, że nie padało. Punkty z wodą rzeczywiście pojawiały się co 5 km, a nawet mam wrażenie że częściej. Na trasie była woda, izotonik, banany, czekolada i kostki cukru. Były też toalety. Była świetna atmosfera i dużo radości. 

Na metę wbiegłam bez gwałtownego przyspieszenia (nie miałam już siły), zmęczona ale szczęśliwa. Mój oficjalny czas to 1:58:21. Zajęłam 133 miejsce w swojej kategorii wiekowej i 2627 w kategorii OPEN. 

środa, 22 października 2014

Filozofowanie przed półmaratonem. Czego jestem ciekawa, z czego się cieszę, a czego się boję. Tak szczerze.

Półmaraton Królewski w Krakowie już za kilka dni. Trochę się boję. Trochę się cieszę. A trochę jestem ciekawa. Dużo różnych myśli mam w głowie. Z tego stresu chyba nie wszystkie szczególnie mądre. Ale jestem tylko człowiekiem o niezbyt subtelnej umysłowości, więc mogę.


Myślę, że ta ciekawość to najlepsza z postaw, jakie można przyjąć w obliczu większości sytuacji. Ciekawość jest dobra i odświeżająca. Nie przewiduje rozczarowań, bo nie ma nastawiania się na nic. Idę z myślą, że zobaczę jak będzie, a później skrupulatnie wszystko opiszę na blogu ;) Jak pobiję życiówkę z radością się pochwalę. Jak organizator da plamę też o tym wspomnę wplatając odrobinkę jadu w swoją z założenia dowcipną wypowiedź. Jeżeli to ja dam plamę też się przyznam i postaram się dociec przyczyny. Będzie co będzie, a cokolwiek się nie zdarzy ja postaram się wyciągnąć z tego jak najwięcej dla siebie. Ciekawa jestem też medali i koszulek. Nie wiem, czy przegapiłam czy jeszcze nie pokazywali nigdzie wzoru. Ciekawa jestem co jeszcze fajnego dostanę w pakiecie startowym. I jakie jedzonko będzie na mecie. Ciekawa jestem czy znajdę w tłumie Ewelinę z KeepDreamsClose albo Małgę biegającą z maczetą.



Cieszę się, bo lubię biegać. Bo lubię czuć się silna, a przebiegniecie 21 km pozwala mi się za taką uważać. Cieszę się, bo mam nadzieję na życiówkę. Cieszę się, bo zapowiada się fajna impreza. Przetruchtam sobie przez piękny Kraków. Cieszę się, że mam okazję brać udział w I edycji Półmaratonu Królewskiego. Cieszę się, bo dostanę koszulkę i medal. I znowu będzie o czym na blogasku napisać. Cieszę się, bo mój tata biegnie ze mną (tzn. jeżeli chodzi o ścisłość to on będzie raczej biegł kawał przede mną, ale przynajmniej będzie na mnie na mecie czekał).

Boję się, że akurat tego dnia będę się źle czuła. Że moje ciało będzie miało gorszy dzień, albo ktoś mnie zdenerwuje lub sprawi mi przykrość. A jak jestem zdenerwowana lub smutna to bardzo źle mi się biega. Boję się, że z tego właśnie powodu pobiegnę słabo. Boję się, że będzie padał deszcz. Trochę się boję, że mi kolano zastrajkuje albo się uszkodzi. Boję się, że pobiegnę słabiej niż na Półmaratonie Wielickim


Dużo ciekawości, dużo radości i nadziei. Trochę strachu i obaw. Półmaraton Królewski w Krakowie coraz bliżej. Piękne rzęsy w gotowości. Będzie dobrze.

wtorek, 21 października 2014

Jak dbać o przedłużane rzęsy

Pielęgnacja przedłużanych rzęs właściwie sprowadza się do kilku rzeczy, których robić nie należy. A to jak długo będziemy się cieszyć długimi i ciemnymi rzęsami głównie uwarunkowane jest tym jak szybko wypadają nam te naturalne. Sztuczne rzęsy (albo naturalne ale nie nasze np. z norek) doklejane są do naszych własnych i wypadają również razem z nimi. No chyba, że postępujemy dokładnie na odwrót niż poradziła nam kosmetyczka. Wtedy jest szansa, że rzęsy się odkleją.

Jak dbać o przedłużane rzęsy
Źródło: własne
W sobotę przedłużyłam sobie rzęsy. Przez pierwsze 24 godziny (a według niektórych nawet 48) po zabiegu  przedłużania rzęs nie należy rzęs moczyć. Wykluczony jest basen, sauna, łaźnia parowa czy nawet mycie twarzy pod bieżącą wodą. Można umyć twarz wacikiem nasączonym wodą lub płynem micelarnym, ale omijając rzęsy. Lepiej również nie płakać i nie smarować niczym powiek. Dzięki temu klej ma szansę porządnie wyschnąć. Dobrze też zrezygnować ze spania twarzą wtuloną w poduszkę (o ile ktoś jest w stanie kontrolować swoją pozycję podczas snu albo gotowy jest dać się przywiązać w imię piękna ;)) i ograniczyć pocieranie rzęs.

Przedłużane rzęsy pielęgnacja
Źródło: własne
Dalsza pielęgnacja przedłużanych rzęs sprowadza się do przeczesania ich np. umytą szczoteczką po tuszu. Z umiarem oczywiście, nie kilkanaście razy dziennie, bo to może tylko przyspieszyć wypadanie rzęs. Chodzi o to, żeby się nie poplątały i przez cały czas zachowały ładny kształt. W dalszym ciągu nie należy używać do mycia twarzy olejków ani płynów dwufazowych. bo osłabiają klej. Mnie kosmetyczka poradziła stosować jedynie płyny micelarne i toniki lub ... mydło. Należy również zachować ostrożność w przypadku kremów, ponieważ są tłuste i mogą źle reagować z klejem. Ja stosuję bardzo cienką warstwę i nakładam uważając, żeby nie miał kontaktu z rzęsami. Po przedłużeniu rzęs rezygnujemy też z używania tuszów, ponieważ osłabiają klej. Właściwie nie ma potrzeby tuszowania przedłużanych rzęs, gdyż z założenia powinny być one tak ładne, ciemne, pogrubione i podkręcone jakby już były wytuszowane. W dalszym ciągu warto spać tak, żeby rzęsy nie miały kontaktu z pościelą i postarać się ich nie pocierać, bo mogą się powyginać albo przedwcześnie wypaść.

Jak dbać o przedłużane rzęsy
Źródło: własne
Tyle teoria. Więcej o praktyce napiszę na pewno za jakiś czas. Na razie cieszę się pięknymi rzęsami.

Zobacz też:



poniedziałek, 20 października 2014

Marion kąpiel odbudowująca włosy - ocet z malin & koktajl owocowy

Kąpiel odbudowująca włosy Marion ocet z malin & koktajl owocowy pozytywnie mnie zaskoczyła. Kosmetyk długo stał na półce i czekał na swój czas. Byłam bardzo sceptyczna. Ostatnio wypróbowane przeze mnie kosmetyki z Laborium Marion to była niestety porażka. Zabieg laminowania, koktajl witaminowy czy oczyszczająco-nawilżająca terapia do włosów i skóry głowy zupełnie się nie sprawdziły. I jedynym kosmetykiem Marion, który regularnie i z zadowoleniem używałam była odżywka w spraju Natura Silk. Do octu malinowego też podeszłam ostrożnie i sceptycznie. Byłam pewna, że ciężko będzie mi go zaaplikować. Bo jak mam na włosy nałożyć wodę? Przecież spłynie mi wszystko i opakowanie na pewno ledwo wystarczy na jedno, góra dwa zastosowania, a nie na pięć jak obiecuje producent.

Źródło: własne
Marion kąpiel odbudowująca włosy - ocet z malin & koktajl owocowy to mała buteleczka czerwonego płynu o pojemności 130 ml. Kosztuje mniej niż 10 zł. Pachnie ładnie, świeżo i owocowo. Na etykietce mamy obietnicę oczyszczenia, odświeżenia i łatwiejszego rozczesywania. Produkt nie zawiera parabenów, sls ani sles. Jak to ocet posiada kwaśne pH i to właśnie dzięki niemu ma zamykać łuski włosów, tonizować skórę głowy i ułatwiać rozczesywanie oraz nadawać blask. Czy tak jest rzeczywiście? Może troszeczkę. Ale o dziwo nie dzieje się nic złego. Włosy nie plątają się, a po pierwszym użyciu kosmetyku zostaje jeszcze na conajmniej 3-4 użycia. A to wcale nie takie często w przypadku wynalazków Marion. Polewając włosy kąpielą odbudowującą podstawiłam sobie miskę, żeby nie zmarnować ani kropli cennego płynu. Niepotrzebnie. Większość udało mi się rozprowadzić i pozostawić na włosach. Co ważne stosowałam ocet malinowy na lekko odciśnięte w ręcznik włosy. Dzięki temu przez tę minutę, kiedy kosmetyk działał sobie na włosach mnie nic nie kapało do oczu. 

Żródło: własne

Po spłukaniu produktu i wyschnięciu włosy wyglądały ładnie. Przeciętnie, ale ładnie. Dodam jeszcze, że myłam je metodą omo używając (w dokładnie takiej kolejności) odżywki Isana Professional Volumen, szamponu Tołpa Botanic kiełki soi i maski Tołpa Botanic czarny owies. A po zastosowaniu kąpieli odbudowującej Marion użyłam jeszcze odżywki Ziaja intensywne wygładzanie z jedwabiem i Marion błyskawiczna odżywka intensywnie nawilżająca. 

niedziela, 19 października 2014

Przedłużyłam sobie rzęsy

Przedłużanie rzęs to zabieg, na który długo nie mogłam się zdecydować, chociaż jest on stosunkowo prosty, tani i bezpieczny. Piękne, długie, ciemne i gęste rzęsy zawsze były jednym z moich malutkich urodowych marzeń. Początkowo stosowałam olejek rycynowy, ale był ciężki w aplikacji i nie zauważyłam, żeby przynosił jakieś efekty. Poza morzem łez, kiedy przypadkowo dostał się do oka, a dostawał za każdym razem. Kiedy naturalne i mniej inwazyjne metody nie przynosiły skutków postanowiłam w końcu przedłużyć sobie rzęsy. 

Przedłużyłam sobie rzęsy
Źródło: własne

Od lutego (czyli ponad 8 miesięcy) smaruje rzęsy pomadką Alterra. Niestety ich wygląd wciąż jest daleki od moich marzeń i oczekiwań. Alterra na rzęsy u niektórych dziewczyn spisuje się świetnie. Niestety ja do nich nie należę, a moje rzęsy na chwilę obecną prezentują się jak widać na poniższym zdjęciu. czyli niezbyt ciemne, niezbyt gęste i niezbyt długie. Takie sobie zwykłe, przeciętne rzęsy, które owszem mogą wyglądać niesamowicie, ale dopiero po zastosowaniu dobrego tuszu do rzęs.

Źródło: własne
Moje rzęsy po zabiegu przedłużania metodą 1:1 są bardzo ciemne, znacznie dłuższe i podkręcone.   Różnica jest kolosalna. Wyglądają jak mocno wytuszowane. Dzięki temu oszczędzę dużo czasu na makijażu i nawet na treningach będę wyglądać uroczo bez obaw, że mi tusz spłynie czy się rozmaże. Już nie mogę się doczekać zdjęć z nadchodzącego Półmaratonu Królewskiego. Takie piękne rzęsy biegaczki ;) Na razie mam je dopiero jeden dzień i jestem bardzo zadowolona. 

Przedłużanie rzęs
Źródło: własne

Źródło: własne
Cały zabieg przedłużania rzęs trwał około półtorej godziny i był bezbolesny. Właściwie poza kilkoma momentami zabieg przedłużania rzęs był bardzo przyjemny i relaksujący. 

piątek, 17 października 2014

Jak to naprawdę jest z tymi zawodami?

Co się dzieje w głowie biegacza przed zawodami, w trakcie i po? Nie wiem. Zgaduję, że na pewno zgoła coś innego niż w mojej. A co u mnie można przeczytać poniżej. A tak w skrócie to dużo głupotek, trochę rozbicia i niezdecydowania, poczucie wartości skaczące po całej skali i takie smutne nadzieje, które może kiedyś się spełnią. Bo dużo życzeń czy nawet samych myśli mi się spełniało. Ale o tym innym razem. Dzisiaj zapraszam na przegląd mojej głowy w okresie zawodów. 

Etap rozważań i czynniki decydujące o udziale
Najpierw jest etap rozważań, czy zapisać się na dane zawody, czy nie. Zazwyczaj czynnikiem decydującym jest koszulka techniczna w pakiecie ;) A tak serio to biorę pod uwagę oczywiście cenę (a jakże) i zawartość pakietu startowego, dystans oraz miejsce zawodów. Dość ważne jest dla mnie, żeby medal był. Bo później ciężko jest mi zapamiętać i zliczyć wszystkie biegi. I taki medal jest wspaniałą pamiątką. I powodem do dumy, zawsze jest się czym pochwalić, jeżeli wynikiem nie można ;)
Źródło: własne
Bogaty pakiet startowy zawsze jest elementem mocno zachęcającym. Nie ważne, że później wracam obładowana z takim ciężkim, niedopinającym się plecakiem ;) Z reguły bez większego zastanawiania decyduję się na biegi liczące ok. 10 km. To jest dystans idealny zawsze. Dużo dłuższe wiadomo wymagają więcej siły, lepszej formy, przygotowania i zajmują więcej czasu. To już poważniejsza sprawa. Trzeba przemyśleć. A taką dyszkę to w większości przypadków praktycznie z marszu można sobie zaliczyć. Krótsze dystanse też nie są dobre. Wychodzę z założenia, że nie opłaca mi się specjalnie gdzieś jechać, przywdziewać tę zbroję zwaną strojem do biegania i pocić się tylko po to, żeby sobie przez pół godziny przebiec 5 km. Więcej zachodu z dojazdami i czekaniem na pakiet startowy niż samego biegu. Z powodu mojego ograniczonego czasu najchętniej wybieram biegi, które są blisko czyli w Krakowie i ewentualnie w niedalekiej odległości od Krakowa. Do jakiegoś Wrocławia czy Poznania to tylko na maraton mogłabym pojechać, bo na krótsze biegi się nie opłaca zupełnie. A i tak pewnie dłużej bym jechała niż biegła. Dodatkowo czynnikiem mającym znaczenie i motywującym jest udział moich znajomych w danym biegu. Nie zwracam natomiast zupełnie uwagi na nagrody, bo nigdy jeszcze niczego nie wygrałam i dużo czasu jeszcze upłynie zanim wybiegam jakąś nagrodę. 

Przed zawodami
Krótko przed biegiem w mojej głowie walczą ze sobą dwie przeciwne myśli. Pierwsza: muszę wygrać, muszę być pierwsza! ;) Druga: Najwyżej przejdę ten dystans jak nie będę miała siły biec. Poza tym następuje wówczas koncert życzeń typu: żeby tylko nie padało, żeby tylko nie bolał mnie brzuch, żeby kolejki do kibla przed biegiem nie ciągnęły się kilometrami, żebym tylko sobie nogi nie skręciła przy zbiegach, żeby tylko nikt mnie nie zdenerwował przed biegiem (nie dam rady dobrze biec jak się czymś martwię lub denerwuję), żeby tylko telefon bez problemu złapał gpsa i jeszcze raz żeby tylko nie padało, bo mi zatopi telefon. Może kogoś zdziwię, ale nie obmyślam żadnej taktyki ani nic w tym stylu. Co najwyżej zakładam w jakim przedziale czasowym chciałabym się zmieścić. 



W trakcie biegu
W trakcie biegu to myślę o wszystkim. Zarówno o sprawach związanych z zawodami, jak i o tych zupełnie odległych. Ale te nie w temacie pozwolę sobie pominąć, a skupić się na tych tematycznych, biegowych. Pierwsze kilometry zazwyczaj są trudne (a winne są moje złe nawyki, a konkretnie olewanie rozgrzewki). Myślę wówczas o tym, żeby przetrwać. Powtarzam sobie, że to minie. Żeby się teraz nie zatrzymywać, bo to pułapka. Czasami mówię sobie w myślach, że nie mam siły i nie dam rady. Czasami nawet, że jestem słaba i do niczego. Nie pomaga mi to, ale też nie szkodzi. A przynajmniej pozwala zająć jakoś czas. Później jeżeli nadal jest ciężko, a to dłuższy bieg obiecuję sobie, że teraz biegnę, ale po 10 km mogę kawałek przejść. Takie negocjacje ze sobą;) Zastosowałam to na Półmaratonie Wielickim. Czasami wmawiam sobie, że jestem super i silna chociaż czuję się najsłabszą istotą na ziemi. I oczywiście odliczam kilometry i wyczekuję tabliczki z kolejnymi coraz większymi liczbami. Jeżeli mam lepszy czas i biegnie się przyjemnie liczę wyprzedzane kobiety. Mężczyźni mnie nie interesują. 

Źródło: fotomaraton.pl
Czasami na chwilę przyczepiam się do wybranej osoby, która nigdy nie dowiaduje się o tym, że zyskuje miano mojego osobistego peacemakera na danym odcinku. I nigdy nie oglądam się za siebie. Generalnie zasada jest taka, że im przyjemniej i łatwiej mi się biegnie, tym mniej moje myśli dotyczą biegania. I prawda jest taka, że nie podczas każdego biegu jest miło i przyjemnie. Czasami jest ciężko, trudno i boli. Czasami motywacje gdzieś ulatuje i pytam samą siebie, po co ja się na ten bieg zapisałam i po co ja w ogóle biegam. Nie zawsze podczas biegu jest fajnie, ale zawsze po biegu jest fajnie. Satysfakcja, radość, endorfiny uwolnione podczas wysiłku no i oczywiście można wreszcie sobie stanąć a nawet usiąść i odpocząć ;) 

Po biegu
Z radością przyjmuję medal a później zazwyczaj kompulsywnie rzucam się na izotoniki i ewentualne jedzenie, a później przepycham się łokciami do depozytu. Kolejnym punktem zazwyczaj jest toaleta (i pobożne prośby, żeby przynajmniej po biegu nie było kilometrowych kolejek). A wcześniej wyłączam endomondo, jeżeli je włączyłam. A raczej włączam. Na szybko patrzę na swój czas i zastanawiam się, czemu nie lepiej. Ale i tak jestem z siebie dumna i mega zadowolona, że to wreszcie już koniec. Później piję wodę lub izotonika i szukam znajomych twarzy. Najbardziej szukam tych, których wiem że i tak nie znajdę. Później dostaję smsa i łudzę się, że to od kogoś innego, a to tylko sms z moim wynikiem. Jeżeli jest dobry odrobinkę się cieszę. Czasami chwalę się niebiegającym znajomym wynikiem, jaki udało mi się osiągnąć. A później zbieram się i wraca do domu obładowana jak wół wodą i izotonikami. I niekiedy to jest jeden z najsmutniejszych momentów. Nie wiem dlaczego. Wrzucanie fotek na Instagram trochę pomaga. 

Źródło: własne
I do następnego biegu. 

środa, 15 października 2014

Moja stała lista zakupów kosmetycznych

Lubię próbować nowych kosmetyków i mam okazję testowania wielu produktów, których normalnie bym nie kupiła. Moje półki i szafki z kosmetykami są wypełnione po brzegi. W większości są to kosmetyki, które zużyję i już nigdy do nich nie wrócę. Jest jednak kilka kosmetyków, które kupuję regularnie od lat. Taka moja stała lista zakupów kosmetycznych, czyli produkty, które idealnie się sprawdziły i całkowicie spełniają wszystkie moje oczekiwania. 






Płyn do higieny intymnej Facelle. Produkt wielofunkcyjny. Świetnie sprawdza się również jako żel pod prysznic, do mycia twarzy oraz włosów. Nie zawiera podrażniających SLS i SLES. Jest wyraźnie gęstszy od innych podobnych produktów, a przez to bardzo wydajny i wygodny do stosowania. Dostępny w każdym Rossmannie i bardzo niskiej cenie ok. 4 zł za 300 ml. 





Krem Nivea. Klasyk. Również kosmetyk wielofukcyjny. Ja używam go głównie do smarowania ust, czasami na łokcie lub skórki przy paznokciach. Krem do wszystkiego. Dostępny praktycznie wszędzie począwszy od kiosków poprzez supermarkety i drogerie. Kosztuje grosze.



Antyperspirant Fa. Od wielu, wielu lat używam tylko i wyłącznie antyperspirantów Fa. Zazwyczaj w kulce, czasami w sztyfcie. Zmieniam za to zapachy, bo wybór jest bardzo szeroki i wciąż powstają nowe. Antyperspiranty Fa są skuteczne i (jeżeli sprawdzimy skład i wybierzemy wersję bez alkoholu) nie podrażniają nawet skóry po depilacji. Te w kulce praktycznie nie zostawiają białych śladów. Kosztują poniżej 10 zł i często są na nie promocje w różnych supermarketach i drogeriach, a cena wówczas niekiedy spada do 5-6 zł. 




Maska Kallos Latte lub Placenta. Zakochałam się od pierwszego użycia i regularnie (co ok. pół roku, bo na tyle mi wystarcza) taszczę do domu wielkie litrowe opakowanie maski Kallos. Kosztuje kilkanaście złotych, a w Hebe czasami można upolować za nieco ponad 10 zł. Obie maski są gęste i pomimo teoretycznie przeciętnego składu potrafią czynić na włosach cuda. Szczególnie jeżeli zostawi się je na dłużej i przykryje czepkiem lub ręcznikiem. 







Krem Babydream do pielęgnacji ciała i twarzy dla niemowląt. Wielofunkcyjny krem z Rossmanna. Używam go do twarzy i pod oczy. Jest delikatny, nie podrażnia, dobrze się wchłania i skóra po zastosowaniu się nie świeci. Ma bogaty i delikatny skład przystosowany do potrzeb skóry dziecka, więc nie powinien nikomu zrobić krzywdy. W przypadku stosowania tylko na twarz starcza na bardzo długo. Tubka 100 ml kosztuje zaledwie 5 zł i często można trafić na promocje. 




Kremy do rąk Cztery pory roku. Tanie lekkie kremy o bardzo dużym wyborze zapachów. Bo poza zapachem poszczególne wersje niewiele się różnią. Może za wyjątkiem lawendowej, która moim zdaniem jest wyraźnie lepsza i bardziej odżywcza od całej reszty. Najchętniej używam ich latem ze względu na lekką konsystencję i błyskawiczne wchłanianie się. Doskonałe także jeżeli często musimy myć ręce. Mnie szkoda jest smarować dłonie jakimś bogatym i drogim specyfikiem, jeżeli wiem, że za pół godziny czy godzinę i tak będę je myła. Nie czynią cudów, ale są przydatne i odkąd pamiętam zawsze mam przynajmniej jedną tubkę w domu. Można je kupić prawie wszędzie (kioski, drogerie, markety).

Gąbka antycellulitowa Syrena. Podwójna gąbka jest idealna do masażu ciała. Bardziej ostrą stroną można szorować uda, a tą delikatniejszą brzuch i ramiona. Nie wiem, czy rzeczywiście usuwa cellulit, ale doskonale sprawdza się zamiast peelingu. Dzięki swojemu kształtowi bardzo wygodnie się ją trzyma w dłoni. Kosztuje kilka złotych i można ją kupić praktycznie w każdej drogerii i każdym większym markecie. Doskonała również do czyszczenia wanny czy umywalki. 



Maść lub pasta cynkowa. Apteczny produkt na pojedyncze wypryski. Wysusza i przyspiesza gojenie. Kosztuje dosłownie kilka złotych (ja kupiłam za niecałe 2 zł w ziko aptece) i dostępna jest w każdej, nawet najmniejszej aptece. Pasta zawiera większe stężenie tlenku cynku i jest bardziej gęsta od maści, ale jak dla mnie nie ma większej różnicy pomiędzy tymi produktami. 






Krem do rąk Isana z Urea. Najtańszy z najlepszych. Używam go do kilku lat i jestem bardzo zadowolona. Krem ma gęstą, bogatą konsystencję. Doskonale odżywia, zmiękcza i chroni skórę. Obowiązkowy na zimę przed wyjściem z domu (same rękawiczki nie wystarczą). Niezastąpiony na zniszczone lub podrażnione ręce. Z powodzeniem sprawdza się również jako krem do stóp. Jest wystarczająco odżywczy, żeby poradzić sobie z suchymi i twardymi piętami biegacza. Bardzo skuteczny na suche i szorstkie łokcie. Zawsze kupuję kilka sztuk kiedy na promocji w Rossmannie. 




Peeling do ciała Farmona Tutti Frutti. Najlepszy peeling do ciała jaki kiedykolwiek miałam. Naprawdę działa i peelinguje. Polecam osobom, które lubią mocny peeling. Dla wrażliwców raczej się nie sprawdzi. Wygładza skórę, która po zastosowaniu jest świeża i jak nowa. Buteleczka kosztuje ok. 4 zł i w Krakowie można go bez problemu dostać w drogeriach Firlit. Poza niską ceną i świetnym działaniem peeling przepięknie pachnie. Moim faworytem jest ten o zapachu wiśni i porzeczki, a fankom żelek polecam jeżynę i malinę (pachnie jak te żelki malinki). 



Constance Carroll puder w kamieniu Compact Refill to kosmetyk, którego używam odkąd zaczęłam się malować. Największą zaletą jest bardzo szeroka gama odcieni w tym kilka naprawdę bardzo jasnych. Ja jestem z gatunku bladych twarzy i zazwyczaj większość pudrów jest dla mnie za ciemna. Nawet te niby jasne. Constance Carroll ma w swoim asortymencie nawet odcień light translucent czyli jeszcze jaśniejszy niż translucent. A translucent to przezroczysty ;) Od zawsze miałam problemy z doborem odcienia, a w przypadku tych pudrów są chyba trzy albo cztery, które idealnie pasują do mojej bladej twarzy. Dostępny w drogeriach Firlit. 


Lovely serum do paznokci z wapniem i witaminą C. Jedyna odżywka do paznokci, która u mnie rzeczywiście działa. Poza tym jest łatwa i bezproblemowa w aplikacji. Żadnego smrodu i brak konieczności zmywania zmywaczem (bo po mi po odżywce, skoro muszę później i tak zmaltretować paznokcie zmywaczem). Kosztuje ok. 8 zł, ale czasami zdarzają się w Rossmannie promocje, kiedy można to serum dostać za ok. 5 zł. 





Odżywka do włosów bez spłukiwania Ziaja Intensywna Pielęgnacja. Bardzo je lubię ponieważ nie użyciu włosy nie robią się takie tempe i matowe, a jak to się zdarzało w przypadku innych odżywek. Możemy wybierać pomiędzy kilkoma wariantami w zależności od potrzeb naszych włosów. Ja najbardziej zadowolona byłam z wersji witaminowej (ma piękny, świeży, owocowy zapach) i tej z jedwabiem (jako jedyna poza kakaową nie zawiera parafiny). Odżywka świetnie wygładza i dyscyplinuje włosy. Jak to się zdarza w przypadku odżywek bez spłukiwania należy bardzo uważać, żeby nie przesadzić z ilością, bo czekają nas tłuste strąki. Odżywka Ziaji kosztuje ok. 5 zł za 200 ml buteleczkę i starcza na bardzo długo. Nie zauważyłam problemów z jej dostępnością, a osobiście kupuję w Firlicie. 






Peeling do twarzy Joanna Naturia. Pisałam już o nim jakiś czas temu, że jest moim ulubionym peelingiem do twarzy i zdanie podtrzymuję. Pięknie pachnie i dobrze peelinguje, a jego cena jest bardzo przystępna (6-8zł). Obszerniejszą recenzję można przeczytać tutaj: Joanna Naturia mój ulubiony peeling do twarzy


Szczerze przyznam, myślałam że ta lista będzie krótsza. Sama się zdziwiłam, że aż tyle kosmetyków kupuję regularnie od dawna. Spodziewałam się, że wymienię kilka kosmetyków, tymczasem moja lista liczy ich kilkanaście. Wszystkich wymienionych kosmetyków używam od dłuższego czasu i zużyłam kilka czy nawet kilkanaście opakowań i zdecydowanie wszystkie je mogę polecić. Poza tym, że sprawdzają się u mnie łączy je jeszcze jedna rzecz. Wszystkie wymienione przeze mnie produkty należą do tych najtańszych. Bo ja taki krakowski skąpiec jestem ;)

poniedziałek, 13 października 2014

Płukanka herbaciana

Płukanka herbaciana to był eksperyment. Chciałam trochę przyciemnić kolor włosów i nadać im blasku. I byłam zwyczajnie ciekawa, co się stanie, jak sobie herbatę na głowę wyleję. Tak, wiem: facet nigdy tego nie zrozumie.

Przepis na płukankę herbacianą jest bardzo prosty. Mój wyglądał tak: 2 torebeczki zwykłej czarnej herbaty (Minutka chyba) i 1 takiej droższej earl grey zaparzyłam w kubeczku. W czasie kiedy herbata na włosy stygła jak umyłam włosy i nałożyłam na nie odżywkę. Po spłukaniu odżywki wylałam tę herbatę na włosy starając się zrobić to jak najdokładniej, tak żeby ciemny płyn lał się po włosach, a nie po całej łazience. Włosy momentalnie po wypłukaniu herbatą stały się sztywne i trudne do rozczesania. Zastanawiałam się, czy spłukiwać tę herbatę czy nie i zdecydowałam się jednak zostawić. Zawinęłam włosy w ciemny ręcznik (na jasnym mogłyby zostać ciemne plamy), a kiedy trochę odciekły zaczęłam suszyć suszarką. Inaczej by się nie dało. Kiedy włosy trochę podeschły przystąpiłam do delikatnego rozczesywania za pomocą tangle teezer. Włosy wciąż były sztywne, splątane i ciężkie do rozczesania. Pomogła dopiero odżywka z Ziaji bez spłukiwania. Włosy odzyskały miękkość i jakoś dały się rozczesać. 

Źródło: własne
Po jednorazowym użyciu płukanki nie zauważyłam zmiany odcienia. Nikt z otoczenia również nie zauważył. Włosy następnego dnia wyglądały normalnie. Może były minimalnie bardziej sztywne. Miałam nadzieję, że dzięki herbacianej płukance trochę dłużej pozostaną świeże, ale nic z tego. 

niedziela, 12 października 2014

Test Coopera razy dwa - to tylko 12 minut, ale bardzo intensywnego biegu

Test Coopera opracowany przez lekarza o tym właśnie nazwisku (Kenneth H. Cooper) pozwala sprawdzić naszą wytrzymałość. Test polega na biegnięciu bez przerwy najszybciej jak to możliwe (ale nie szybciej) przez 12 minut, a pokonany dystans da nam informację o naszej formie. Test Coopera to jeden z tych sprawiedliwych biegów, w których wszyscy mają taki sam czas ;)

Źródło: własne

W ten weekend miałam okazję dwa razy wziąć udział w Teście Coopera. W sobotę sprawdzian organizowany był przez Biegam Bo Lubię Kraków (zajęcia w każdą sobotę o 9:30, Plac na Groblach 23), a w niedzielę przez AZS AWF Kraków Masters. Test Coopera jest biegiem krótkim i męczącym, aczkolwiek organizm dość szybko się regeneruje. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku dłuższych biegów. Ale dwa Testy Coopera dzień po dniu spokojnie można sobie zaliczyć. Myślę, że to świetny sposób, żeby upewnić się co do swojej formy. Czasami tak jest, że akurat coś nam nie wyjdzie, akurat brzuch zaboli albo coś wpadnie do buta i chciałby człowiek jeszcze raz spróbować. Albo po przebiegnięciu tych 12 minut dochodzi się do wniosku, że można było dać z siebie więcej. I super że ja miałam okazję wykonać sobie Test Coopera dwukrotnie. 

Źródło: własne

Wiosenny test Coopera 31 maja zakończyłam z dystansem 2460 m, co jest wynikiem dobrym. Dobrym, ale nie bardzo dobrym i niestety też nie powalającym. W jesiennej edycji liczyłam na progres równie mocno, co obawiałam się spadku formy. Zdarza się przecież, że człowiek niby biega, trenuje, ale coś mu nie hula w organizmie i okazuje się, że wcale nie robi postępów, a wręcz przeciwnie. To po prostu przykre i na dodatek może zwiastować jakieś poważniejsze problemy. 

Źródło: biegambolubie.com.pl

Test Coopera organizowany przez Biegam Bo Lubię zakończyłam z dystansem 2510 m (chociaż moje endomondo mi trochę więcej naliczyło, ale z trenerem kłócić się nie wolno ;)), czyli jest progres. Ale tylko o 50 metrów. Ale przynajmniej nie jest gorzej. Po tym biegu wiedziałam, że chcę więcej i wiedziałam, że mnie na to więcej spokojnie stać i u Mastersów postanowiłam przebiec więcej. To jest właśnie taka sytuacja, o które wspominałam dwa akapity wyżej. Wiem, że nie biegłam na 100% swoich możliwości (ani nawet na 70%). Mogłabym spokojnie przebiec więcej. I to właśnie sobie postanowiłam zrobić w niedzielę. Postanowiłam też zwrócić baczna uwagę na to, żeby jednak coś jeść, bo mam wrażenie że mój plan do półmaratonu, żeby dużo jeść i dużo odpoczywać realizuję tylko połowicznie. 

Źródło: własne


Test Coopera zorganizowany przez AZS AWF Kraków Masters zakończyłam z dystansem 2650 m, czyli lepiej. Lepiej niż na wiosnę i lepiej niż ten dzień wcześniej. Radość moją przyćmił tylko fakt, że brakowało mi dosłownie 51 metrów, żeby mój wynik z dobrego stał się bardzo dobry według tabeli z wynikami. I pewnie mogłabym te 51 metrów jeszcze wybiegać. I zrobię to na najbliższych teście Coopera :) Jest pozytywnie. Moja kondycja powoli wzrasta i dużo jeszcze mogę osiągnąć. Obserwowanie swoich postępów, porównywanie wyników z poprzednimi daje mi ogromnego kopa i motywację do dalszego działania. Trenuję, staram się i są efekty.

Źródło: własne

piątek, 10 października 2014

Buty do chodzenia Lonise Newfeel - drugie podejście

Buty do chodzenia Lonise Newfeel mam już ponad dwa miesiące. A chodzę stosunkowo dużo. Pisałam o pierwszych wrażeniach w tych butach, teraz czas na opinię po kilku tygodniach użytkowania. 

Źródło: własne
Ja chodzić bardzo lubię, dni coraz chłodniejsze bo idzie jesień. Coraz bardziej idealne na spacery. Szczególnie w zabudowanych butach. Wciąż jestem zachwycona designem butów Newfeel Lonise. Są idealne. Proste, czarne i ładnie do nich pasuje określenie sportowa elegancja. Albo elegancka wygoda. Chociaż z tą wygodą to no cóż.

Źródło: własne
Tak jak wspominałam już kiedyś wcześniej pisząc o pierwszych wrażeniach w butach Newefeel Lonise są one dość długie, a przy tym bardzo wąskie. Ja mam raczej normalną stopę, ale w rozmiarze 36 mam sporo miejsca z przodu, a po bokach trochę ciasno. Nie jest tak na każdym spacerze, ale czasami chodząc w tych butach odczuwam silny ucisk na małego palca. No nie ma co ukrywać buty do chodzenia Newfeel Lonise zostały zaprojektowane dla osób o wąskich stopach. Wąskich i długich. 
Źródło: własne
Pomijając ten jeden defekt buty są na tyle trwałe, że po kilku miesiącach, które w nich przechodziłam nie rozwaliły się ani w ogóle nic im się nie stało. Po umyciu podejrzewam, że wyglądałyby jak nowe. Jeżeli akurat nie cisną i nie uwierają są bardzo wygodne i dobrze się w nich chodzi. 

Źródło: własne
Idealnie pasują różnych stylizacji. Nadają się zarówno na typowo sportowy spacer po lesie, do pracy, i nawet na obronę magistra bym w nich poszła, gdybym je wtedy miała. Może tylko schowałabym sznurówki, żeby tak nie latały. Takie swobodnie dyndające sznurówki zawsze wydawały mi się trochę nie na miejscu i jeszcze niedawno obsesyjnie upychałam je w butach, żeby nie było widać ;) Osobom o wąskich i długich stopach buty zdecydowanie polecam, ale w przypadku szerokich i krótkich radzę się zastanowić. Ja swojego zakupu nie żałuję, ale na przyszłość będę szukała modelu, który lepiej pasuje do mojej budowy. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...