wtorek, 30 września 2014

Kawowy peeling do ciała domowej roboty

Naturalny kawowy peeling do ciała domowej roboty chodził za mną już od jakiegoś czasu. Bardzo niski koszt w porównaniu z ogromem zachwytów na blogach to mocny argument na tak. Na nie jest stan, w jakim kawowy peeling pozostawia łazienkę. I fakt, że sama kawy prawie nie piję, a na pewno nie w domu. Długo nie mogłam się zdecydować. Aż w końcu się odważyłam. A zaczęło się od porannej kawy dla mojego chłopaka i jego niechęci do mycia kubeczków. I po kilku dniach na stoliku stało kilka kubeczków z fusami po kawie. Można się wkurzyć, że człowiek wstaje bladym świtem, robi tę kawę i później kubeczki zamiast zostać umyte stoją i czekają na spleśnienie. Ale można też zamiast się irytować, zamiast wrzeszczeć albo robić za sprzątaczkę, wykorzystać owe fusy. I tak właśnie postanowiłam uczynić. 

Źródło: własne
Za pierwszy razem pomieszałam fusy z balsamem do ciała i żelem pod prysznic. Dodam, że kawa była słodzona, więc w skład peelingu kawowego wchodziły też pewne ilości cukru. Rozpuszczonego oczywiście. Uzyskałam dość wodnistą masę z fusami. Wbrew pozorom udało się nałożyć ją na ciało. Nie spływała jakoś bardzo. Peeling kawowy nie jest bardzo mocny. Ziarna kawy są raczej nieduże i miękkie. Na pewno daleko mu do podrażniającego. Za drugim razem zrezygnowałam z balsamu i użyłam jedynie żelu pod prysznic i resztek kawy (czyli głównie fusów). Efekt był podobny. Planuję jeszcze kilka eksperymentów. Zamierzam pomieszać fusy tylko z gęstym balsamem, a także z gęstą maską do włosów (i użyć do ciała). Moja siostra zrobiła peeling kawowy dodając do mielonej kawy cynamonu i oliwy. Podobno taka mieszanka przez pewien czas autentycznie wydziela ciepło (ale nie wiem, czy sobie ze mnie nie zażartowała ;)). 

Efekty kawowego peelingu u mnie nie powaliły. Skóra owszem była gładka jak to po peelingu, trochę bardziej jędrna, ale spodziewałam się wielkiego wow. Żadnego wow nie było, ale i tak uważam, że warto. Warto, bo i tam mam co kilka dni zapas fusów po kawie i wolę je wykorzystać dla swojej urody, niż się o nie wkurzać. Denerwowanie się z pewnością nie sprzyja urodzie ani zdrowiu. Od jakiegoś czasu regularnie stosuję naturalny peeling kawowy i eksperymentuję z jego składem. Na pewno wychodzi taniej, niż sklepowe peelingi i pewnie też zdrowiej. Szału nie ma, ale drogeryjne kosmetyki też mi go nie zapewniały. Jeżeli chodzi o łazienkę to faktycznie trochę brudno. Ja akurat mam prysznic, więc powierzchnia która może się upaprać się ograniczona drzwiczkami kabiny. To jeden z przypadków, kiedy prysznic jest lepszy niż wanna. Właściwie wystarczy porządnie wszystko opłukać. Od czasu do czasu warto prysznic wyszorować, no ale to bez względu na to, czy robimy peeling z kawy czy nie ;) A skoro już przy kawie jestem warto też wypróbować kawowy peeling skóry głowy

poniedziałek, 29 września 2014

Półmaraton Wielicki 27 września 2014 - relacja

Półmaraton Wielicki to mój pierwszy oficjalny półmaraton, więc nie ma się co dziwić, że stres był dość silny. A może to nie stres, a jedynie ekscytacja? W każdym razie udało mi się w nocy usnąć i spać. Start I Półmaratonu Wielickiego przewidziano na godzinę 11. Ja na miejscu byłam już o 9. Spokojnie odebrałam pakiet startowy i zjadłam pół batonika proteinowego. O dziwo w pakiecie żadnego jedzenia nie było. Dobrze, że miałam własne. Była za to fajna koszulka i to jest moja pierwsza biegowa koszulka, która tak ładnie przylega. A przy tym jest zupełnie wygodna. Rozmiar XS. 

Źródło: własne

27 września od rana był dniem deszczowym. Na szczęście na czas startu i jeszcze długo później przestało padać. Niestety nie udało mi się bieg tak szybko i gdzieś za połową już mokłam. W pewnym momencie tak mi kapało do oczu, że prawie nic nie widziałam. Nauka z dzisiaj: nosić czapeczkę. W okolicy 4 km zaczął boleć mnie brzuch, ale postanowiłam sobie, że do 10 km żadnego zatrzymywania się. I dotrzymałam słowa. Jak brzuch przestał boleć to zaczęło się zmęczenie i lekkie bóle kolan. Miałam ze sobą batonika, ale postanowiłam jednak nie jeść na trasie. Nie byłam głodna ;) Chętnie za to piłam i z utęsknieniem wyczekiwałam punktów z wodą. A one się oddalały. Pierwszy był faktycznie po 5 km, a kolejne już jakoś tak trochę dalej. 


Biegłam z Endomondo, ale oczywiście jak zwykle wynik nieco się różni od oficjalnego czasu. Wg organizatora udało mi się przebyć dystans półmaratonu w 02:01:24, czyli o wiele lepiej niż na moich półmaratońskich treningach, których w sumie było trzy (pierwszy, drugi i trzeci). Jestem z siebie bardzo dumna. 




Moja średnia prędkość wynosiła 5:47 min/km i to jest całkiem niezły wynik na 21 km. Sama obstawiałam, że będzie to 6:00 min/km lub jeszcze nieco wolniej. A nie biegłam bardzo szybko. Raczej tak zgodnie ze swoimi możliwościami i nieco ostrożnie, żebym jeszcze wrócić dała radę ;) Wydaje mi się, że spokojnie przebiegłabym ten dystans poniżej 2 godzin. Gdybym na przykład pod koniec ze złości na deszcz nie zaczęła iść. 
Kliknij, aby powiększyć

Cały czas nie do końca mogę uwierzyć, że właśnie przebyłam (początkowo napisałam "pokonałam", ale walka nie jest dobrym odzwierciedleniem tego, co miało miejsce w Wieliczce) swój pierwszy półmaraton. To już nie jest 5 km, czy nawet 15 km. To jest 21,975 m. Połowa maratonu. Poważniejszy dystans. Dumą napawa mnie też fakt, że to chyba pierwszy bieg, na którym byłam zupełnie sama. Wyłapałam w tłumie jedną (dosłownie jedną) znają twarz, ale nie udało mi się dogonić. Zresztą nie próbowałam jakoś szczególnie. W Wieliczce byłam samodzielna. No prawie, nie licząc pomocy spotkanych na miejscu biegaczy. 

Źródło: własne

Źródło: własne
Pierwszy półmaraton za mną. Teraz już wiem mniej więcej, czego spodziewać się za miesiąc w Krakowie. I wiem, że chcę złamać dwie godziny. Niestety nie wiem, nad czym muszę popracować ;) Może nad wytrwałością na ostatnich kilometrach. Dużo tam straciłam idąc, chociaż wcale nie musiałam. Ale i tak jestem z siebie dumna i bardzo zadowolona z czasu. 

piątek, 26 września 2014

Biegając za rowerem

Bieganie za rowerem to świetny trening szybkości. Od dawna wiedziałam, że muszę zacząć bardziej przykładać się do pracy nad szybkością swojego biegu, ale nie do końca wiedziałam jak się za to zabrać i jak zmotywować. W końcu spokojne truchtanie jest takie fajne i przyjemne. Moje średnie tempo na treningach było znacznie powyżej 6 min/km i tak mi było dobrze. Biegło się przyjemnie i nie męczyłam się za bardzo. Ale mając w prespektywnie półmaratony, a dalej maratony warto popracować nad szybkością. Szczególnie jeżeli przy okazji ma się w perspektywnie wysokie miejsca, hajs i fejm ;)

Źródło: własne
Kiedy mój chłopak zaproponował, że pójdziemy biegać i jeździć na rowerze (w sensie on na rowerze, a ja za nim biegać) byłam wniebowzięta. Uwielbiam spędzać z nim czas, a jeżeli jest to czas spędzony aktywnie, pożytecznie i przyjemnie dla obydwu stron to już pełnia szczęścia. I dawno się tak nie zmęczyłam i nie spociłam. Było super. Pobiłam swój rekord i udało mi się osiągnąć najszybsze do tej pory średnie tempo na kilometr czyli 4:28 min/km. Nigdy jeszcze nie biegłam tak szybko. Przebiegłam w sumie 10 km ze średnią prędkością 5:42 min/km, co nie jest już tak powalającym wynikiem, ale biorąc pod uwagę konieczność zatrzymywania się na światłach, uważania na samochody i inne przeszkody to całkiem nieźle. Pierwszy raz od dawna czułam, że naprawdę biegałam a nie truchtałam sobie. Każdemu polecam taki trening. To świetny pomysł, jeżeli chcemy aktywnie spędzić czas z kimś, kto akurat nie biega i jednocześnie zrobić mocniejszy trening. Biegnąc razem z rowerzystą porządnie się zmęczymy, a osoba na rowerze nie powinna mieć problemów z utrzymaniem naszego biegowego tempa. Mój chłopak miał większy problem z tym, że musiał cały czas zwalniać i hamować ;)




Kliknij, aby powiększyć

Muszę wprowadzić na stałe do swojego treningowego planu bieganie z rowerem i wszystkim polecam taką aktywność. To naprawdę świetna zabawa i doskonały trening. Dla odmiany można również biegać z rolkarzem, a nawet za hulajnogą. Tylko za samochodem nie polecam, bo spaliny. 

środa, 24 września 2014

Polub siebie. Co w sobie lubię?

Ja ogólnie siebie lubię. A przynajmniej się staram. Często przypominam sobie swoje zalety i mocne strony, a kiedy dopadają mnie deresyjne myśli, że jestem beznadziejna staram się znaleźć sposób, żeby popracować nad tym, co we mnie takie beznadziejne. Bo po co być beznadziejnym, jak można się trochę wysilić i być super? Ale nie o tym miało być. Miało być o tym, co w sobie lubię. Co mi się we mnie podoba.

Zostałam nominowana przez Małgę biegającą z maczetą, do kolejnej zabawy blogowej. Za nominację serdecznie dziękuję. Sprawiła mi ona ogromną radość i oczywiście nie spodziewałam się ;)


1. Włosy jak na włosomaniaczkę przystało. Może wyjaśnię: nie jestem zadowolona z tego, jak wyglądają moje włosy. Nie są idealne i dużo im brakuje. Ich stan absolutnie mnie nie zadowala. Ale je lubię. Lubię moje włosy, dlatego o nie dbam. Olejuję, używam nieszarpiącej szczotki tangle teezer, poświęcam im wiele czasu i troski, pielęgnuję, zapuszczam i chciałabym żeby były jak najpiękniejsze. Myślę, że żeby coś w sobie lubić, to wcale nie musi być idealne. 
Źródło: własne
2. Zęby i uśmiech. Wiele ludzi komplementuje moje zęby i uśmiech. Od dziecka bardzo o nie dbałam. Często słyszałam od koleżanek z podziwem, jakie mam białe zęby. Oczywiście osobiście uważam, że do ideału wiele im brakuje ale na to tylko photoshop. Kilka razy wybieliłam zęby, ale trochę się boję. Zdrowie jest ważniejsze niż te kilka odcieni bieli na kilka miesięcy. A uśmiech każdemu dodaje uroku, więc staram się uśmiechać jak najczęściej :) Oprócz tego przestrzegam podstawowych zasad higieny jamy ustnej. Ze swoich zębów jestem dumna od dawna. 

Źródło: własne

3. Figura. Jako dziecko (tak, dziecko!) i nastolatka miałam straszne kompleksy na tym tle. Teraz odkąd osiągnęłam psychiczny spokój i włączyłam do swojego życia zdrowe odżywianie i aktywne spędzanie czasu nie mam sobie w kwestii figury nic do zarzucenia. Tzn. oczywiście miałabym na upartego, ale tak patrząc całościowo wyglądam zupełnie ładnie. Na dodatek moje ciało jest silne, zdrowe i wysportowane.


Źródło: własne
4. Ramiona. Uważam, że są świetne. Co prawda lepiej wyglądają, niż rzeczywiście w nich siły, ale i tak je lubię. I świetnie czuję się w koszulkach bez rękawów. 

Źródło: własne
Ja jestem jedną z tych osób, które żeby zaakceptować siebie potrzebowała po prostu czasu. Wiele nastolatek ma ogromne problemy z samoakceptacją, które w dorosłym życiu jakoś maleją. Nie mówię, że wszyscy, ale znam wiele osób, które są potwierdzeniem tej tezy. M.in. dlatego uważam, że lepiej być dorosłym. Oczywiście samoakceptacja nie przyjdzie tak po prostu, nie zapuka do drzwi i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki brzydkie w swoich oczach kaczątko nie zmieni się w księżniczkę. To proces powolny, zmiany zachodzą stopniowo, niezauważalnie na pierwszy rzut oka. Ja pewnego dnia obudziłam się i uświadomiłam sobie, że od kilku dni, tygodni, miesięcy czuję się ze sobą dobrze. Że już nie czuję się brzydka, gruba, głupia ani gorsza. Czuję się normalna i fajna. Wszystkie nastoletnie kompleksy gdzieś wyparowały, a przecież wcale aż tak bardzo się nie zmieniłam. Zmienił mi się jedynie sposób postrzegania i priorytety. No i oczywiście w między czasie jak kompleksy parowały ja uczyłam się, poznawałam ludzi i życie, kończyłam studia, czytałam książki i starałam się karmić swoje ciało zdrowym jedzeniem, a duszę inspirującymi i motywującymi historiami. 

wtorek, 23 września 2014

7 faktów o mnie - Versatile Blogger Award

Zostałam nominowana do kolejnej blogowej zabawy Versatile Blogger Award 7 faktów o mnie. Cieszę się, że akurat 7. To dobra liczba. Szczęśliwa. A siedem faktów to jest takie akurat, żeby coś o sobie napisać, ale też żeby uchronić się, a właściwie czytelników, przed laniem wody i czytaniem totalnych, nic nie wnoszących bzdur. Zasady zabawy są mniej więcej takie: nominować 15 blogów do wyróżnienia i poinformować o tym ich właścicieli, napisać 7 faktów o sobie, podziękować osobie która mnie nominowała na jej blogu i wstawić na swoim blogu ten zielony obrazek - nagrodę. 



To już moja druga nominacja w ogóle i druga od the-student-cookbook, za co serdecznie dziękuję. Poprzednia zabawa, w której wzięłam udział to Top 3 aktywnego i zdrowego życia. A oto 7 faktów o mnie:

1. Jako dziecko trenowałam sztuki walki. Zdobyłam nawet raz złoty medal na jakimś turnieju. Na treningach też okazało się, że potrafię stać na głowie prawie tak długo jak na nogach ;) i że umiem szpagat.

Źródło: własne

2. Nie lubię coli. Ani pepsi. W ogóle nie lubię gazowanych napojów i jedynym gazowanym płynem jaki od czasu do czasu piję jest piwo. 

3. Nie słodzę herbaty. Od pierwszej klasy podstawówki. Teraz na fali świadomego i zdrowego odżywiania to normalne, ale kiedyś budziłam spore zainteresowanie. Oczywiście niesłodzenie herbaty u siedmiolatki nie miało nic wspólnego z troską o zdrowie, a jedynie z preferencjami smakowymi. 

Źródło: własne

4. Od kawy i innych teoretycznie pobudzających specyfików chce mi się spać. Ale ogólnie nie jestem śpiochem, wstaję około 5, a w weekendy około 7 i nie czuję się z tego powodu niewyspana ani pokrzywdzona. 

5. Przez 8 lat miałam jeden telefon komórkowy i pewnie miałabym go do dzisiaj, gdybym dwa razy nie dostała nowego w prezencie od chłopaka. Numer telefonu natomiast od zawsze mam ten sam w tej samej sieci i w ogóle nie przewiduję zmian w tej kwestii już do końca życia. 

6. Lubię robić zakupy jedzeniowe i kosmetyczne (te pierwsze nawet bardziej), ale kupowanie ubrań to dla mnie koszmar. W ogóle komponowanie outfitów jest sztuką, której nie pojęłam, a mówiąc wprost mam pewne zadatki na modowe bezguście. Dla bezpieczeństwa staram się nie chodzić sama na zakupy ubraniowe, bo zdarza mi się wziąć takie koszmarki, w których później sama wstydzę się chodzić ;)

Źródło: własne
7. Ogólnie jestem praworęczna, aczkolwiek myszkę komputerową sprawnie umiem obsługiwać tylko lewą ręką. Czemu? Bo tak się przyzwyczaiłam, ponieważ jak tata kupił komputer położył myszkę po lewej stronie i nie przyszło nikomu do głowy tego zmieniać (moja siostra i mama mają tak samo jak ja z tą myszką, tata oczywiście też, chociaż on chyba prawą ręką radzi sobie równie dobrze, co lewą). Ten drobny niezamierzony eksperyment skłania mnie do podejrzewania, że prawo- lub lewo-ręczność to kwestia jedynie przyzwyczajenia, a nie coś wrodzonego. Oczywiście specjalistą nie jestem i kłócić się nie zamierzam. Jestem tylko przykładem, że teoretycznie praworęczna osoba obsługuje myszkę lewą ręką, bo tak się nauczyła i przyzwyczaiła. Teraz to bardzo wygodne, bo mogę jednocześnie notować coś na kartce prawą ręką, a lewą działać myszką na komputerze.


Do zabawy nominuję wszystkich, którzy mają ochotę wziąć w niej udział. Nie wskazuję konkretnych 15 blogów, bo to bardzo dużo i zwyczajnie nie jestem w stanie tylu wybrać ;)

poniedziałek, 22 września 2014

Już nie ma odwrotu

Ostatnio czuję się słabiej. Gorzej mi się biega. Wolniej i bardziej się męczę. Nie jestem w najlepszej formie. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Powodów może być mnóstwo np. że idzie jesień, chociaż ja bardzo lubię jesień. Albo stres i problemy osobiste. A może chodzi o moją dietę, nad którą w ogóle nie panuję ani się nie zastanawiam. Jakiś czas temu z wielkim entuzjazmem zapisałam się na Półmaraton Wielicki, ale ostatnio dopadło mnie takie zwątpienie, że zaczęłam rozważać rezygnację. Do 22 września miałam czas, żeby zapłacić i ostatecznie zdecydować się, czy podejmuję wyzwanie czy odpuszczam. Dystans powyżej 20 km przebiegłam może 3-4 razy w życiu. Ostatni raz ponad miesiąc temu - patrz poranne 22 kilometry. I dopadły mnie teraz poważne wątpliwości czy podołam. Czas goni, trzeba się decydować. I ostatecznie zdecydowałam, że spróbuję. Bieg opłacony - nie ma już odwrotu. 



Myślę, że półmaraton w Wieliczce to będzie dobry trening i takie rozeznanie przed Półmaratonem Królewskim w Krakowie. Do tej pory nie miałam możliwości sprawdzić jak to jest przebiec 21 km, kiedy nie przeszkadzają światła, samochody, ludzie i psy. Kiedy możesz biec przed siebie i nie musisz jakoś specjalnie uważać, bo wszyscy biegną razem w jednym kierunku. Półmaraton Wielicki to będzie ciekawe i mam nadzieję pouczające doświadczenie. 

Koktajl witaminowy do włosów Marion

Dzisiaj z okazji Niedzieli dla włosów postanowiłam wypróbować z końcu koktajl witaminowy do włosów firmy Marion. Kosmetyk jest w wygodnej saszetce 20 ml wraz z czepkiem, przeznaczony jest do każdego rodzaju włosów, a opakowanie na wystarczyć na 2-3 użycia w przypadku włosów średniej długości. 
Źródło: własne
Producent obiecuje intensywne odżywienie. Preparat ma zamykać łuski włosów dzięki niskiemu pH. Koktajl witaminowy Marion zawiera kompleks witamin, olejek z awokado oraz ekstrakty z miodu i cytryny. Tyle teoria i napisy na opakowaniu. A praktyka? Cóż, w praktyce jest nieco gorzej. Ja nie mam ani bardzo długich, ani tym bardziej grubych włosów, ale opakowanie nie wystarczyło mi nawet na jedno użycie. Ten sam problem miałam w przypadku zabiegu laminowania od Marion - kosmetyku jest za mało na moje włosy. Skupiłam się na rozprowadzaniu koktajlu na końcówkach, a braki uzupełniłam nakładając na włosy jeszcze maskę Tołpy czarny owies i odżywkę Aussie. 

Źródło: własne
Taką mieszankę trzymałam na włosach ok. 20 minut pod czepkiem. Odkąd odkryłam niesamowite działanie zwykłego, plastikowego czepka stosuję go praktycznie za każdym razem. Czepek utrzymuje ciepło dzięki czemu odżywcze składniki łatwej mogą wniknąć we włosy. Niestety mam wrażenie, że takie zabiegi mogą przyspieszać przetłuszczanie się włosów. Ostatnio zauważyłam, że chyba szybciej mi się przetłuszczają. I mam dylemat. Nawet nie chodzi o to, że nie chce mi się ich częściej myć. Bardziej o to, że każde mycie trochę jednak stresuje włosy i sprzyja zniszczeniom. Oczywiście używam na co dzień delikatnych szamponów bez SLS, ale mimo wszystko to całe mycie trochę naraża włosy na uszczerbek. 

Ze względu na nieograniczony czas, bo niedziela i to deszczowa pozwoliłam włosom wyschnąć samodzielnie. Ostatnio rzadko kiedy mam na to czas, więc dzisiaj skorzystają. Co prawda wysuszone suszarką zawsze wyglądają trochę lepiej, ale wierzę że naturalne schnięcie jest zdrowsze i jeżeli tylko jest taka możliwość nie ma sensu katować ich suszarką.

Źródło: własne
Źródło: własne
Najlepsze w tym wszystkim jest chyba tylko to, że mam wrażenie, że trochę urosły :) Może zrobię jeszcze zdjęcie kilka/kilkanaście godzin po myciu. Zawsze wtedy wyglądają lepiej. To zdjęcie jest tuż po. Nawet chyba dobrze wyschnąć jeszcze nie zdążyły.

sobota, 20 września 2014

II KrwioBIEG 20 września 2014 Kraków

KrwioBIEG to charytatywny bieg, którego celem jest promowanie dwóch wspaniałych inicjatyw: honorowego krwiodawstwa oraz biegania. II edycja KrwioBIEGU odbyła się w sobotę 20 września 2014 roku w Krakowie na Bulwarach Wiślanych. Oczywiście tam byłam, bo jakżeby nie, chociaż zapisałam się właściwie w ostatniej chwili.


Źródło: krwiobiegkrakow.pl

Honorowe oddawanie krwi to bardzo ważna i potrzebna sprawa, o której należy mówić. Niestety oddać krew wcale nie jest tak łatwo. Ja na przykład, młoda, zdrowa osoba dwa razy zostałam odesłana z kwitkiem jak chciałam oddać krew. To może zniechęcać, chociaż oczywiście rozumiem surowe kryteria dla dawców. Tutaj w końcu chodzi o czyjeś zdrowie i życie, ale też o nasze własne zdrowie. I jeżeli krew dawcy budzi jakiekolwiek wątpliwości to niestety nie można jej oddać. Przeciwwskazaniem jest np. waga poniżej 50 kg. Dla zainteresowanych tematem więcej o warunkach i procesie oddawania krwi można przeczytać na stronie Centrum Krwiodawstwa

KrwioBIEG rozpoczął się o godzinie 12:00 na Bulwarze Czerwieńskim. Trasa miała niecałe 10 km i prowadziła alejkami wzdłuż Wisły. 

Źródło: krwiobiegkrakow.pl

Pogoda no cóż. Na czas biegu akurat przestało padać. Ja oczywiście od 9:30 miałam trening BBL, podczas którego lało jak z cebra. Na Bulwary dotarłam cała przemoknięta (dosłownie) i strasznie marzłam. Tyle dobrego, że tata zabrał mnie na szarlotkę, chociaż mocno się wzbraniałam, że taka przemoknięta ludziom się pokazywać nie będę.

Źródło: własne

Źródło: własne

Ostatnio czuję się trochę słabo, jeżeli chodzi o bieganie i w ogóle. Liczyłam się z tym, że mój czas może być nienajlepszy. A w ogóle nie było pomiaru czasu. Endomondo namierzyło mi 9,69 km w czasie 52 minuty i 3 sekundy. Średnie tempo to 5:22 min/km więc nawet przyzwoicie. Bałam się, że będzie gorzej. Tak naprawdę to lepiej, niż na Biegu Tesco, z którego byłam całkiem zadowolona. Podczas biegu trochę bolały mnie kolana. Raz jedno, raz drugie i trochę coś w okolicach biodra. A po biegu wyraźnie czułam zmęczenie w okolicach stawów kolanowych. Trochę tłumaczę to treningiem BBL poprzedzającym bieg. W sumie zrobiłam ponad 16 km.




Poza pogodą narzekać można było na numery startowe. Były przyklejane. Wiele osób zgubiło swój po drodze. Przyklejane numery startowe to zły pomysł. Ja na szczęście swój oprócz przyklejenia (które nic nie dało) tradycyjnie przypięłam agrafką i jakoś wytrzymał. Ale pod koniec biegu był w stanie agonalnym. Tzn. ze względu na wilgotną pogodę nie przyklejanie. Zdjęcie oczywiście sprzed biegu, kiedy numer startowy był jeszcze cały, zdrowy i suchy.


Źródło: własne

Źródło: własne

W pakiecie oprócz koszulki (niestety bawełnianej) otrzymałam izotonik w proszku, napój z aminokwasami i dwa specjalistyczne batoniki. Na mecie była woda. Na trasie też raz po jednym okrążeniu woda, bez sensu tylko że wolontariusze nalewali jej do kubeczków do pełna. Nie wiem, czy tylko ja mam z tym problem, ale o wiele wygodniej podczas biegu pije się z kubeczka, w którym jest tylko 1/3 wody.


Źródło: własne


Z biegu jestem bardzo zadowolona. Tylko ten deszcz przed trochę nerwów mnie kosztował. Ale jeżeli chodzi o sam KrwioBIEG było ok. Pogoda w porządku, kurtka w której biegłam (żeby mi telefonu w razie czego nie zatopiło) nawet nie przeszkadzała, trasa przyjemna, tempo też ok. Poza lekkimi bólami od czasu do czasu biegło mi się dobrze. Za rok też zamierzam, szczególnie że doszły mnie słuchy, że za rok trasa będzie miała dokładnie 10 km i każdemu zawodnikowi będzie mierzony czas. 


czwartek, 18 września 2014

Moje złe nawyki

Nikt nie jest idealny. Każdy ma swoje wady i słabości. Staram się prowadzić zdrowy tryb życia i być fajnym człowiekiem, ale nie zawsze mi to wychodzi. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle o tym pisać. Bo jaki jest sens afiszowania się ze swoimi złymi nawykami? I bez tego wiadomo, że nie jestem ideałem, bo ideałów nie ma, więc nie o szczerość tutaj chodzi. Postanowiłam napisać o swoich złych nawykach, ponieważ myślę, że pomoże mi to w zrozumieniu swoich słabości i pomoże nad sobą pracować. 

1. Olewam rozgrzewkę. Od zawsze tak miałam. Z reguły ćwiczenia rozgrzewające traktowałam trochę po macoszemu. W dużej mierze pewnie dlatego, że są nudne, mało efektowne (nie mylić z efektywne) a czasami zwyczajnie nieprzyjemne. Chciałam od razu zacząć biegać, grać, robić szpagaty. Po co mi jakaś nudna rozgrzewka?! Tak naprawdę nigdy się na tej swojej zuchwałej postawie nie przejechałam. Fart i tyle. Wiem, że rozgrzewka jest ważna i może (chociaż nie musi) uchronić przed poważnymi kontuzjami. A na pewno ułatwia wykonywanie docelowych ćwiczeń. Staram się przed każdymi ćwiczeniami chociaż odbębnić taką rozgrzewkę w wersji mini. Nie zawsze mi wychodzi, ale pracuję nad tym.

Źródło: własne
2. Uwielbiam słodycze. I czasami to uwielbienie bierze górę i potrafię przez cały weekend jeść wyłącznie czekoladę i żelki. Nie jest to zdrowe i na pewno nie jest normalne, fatalnie wpływa na moje zdrowie i urodę, ale czasami nie mogę się oprzeć i jem na potęgę niezdrowe jedzenie. Bo oprócz pokusy zjedzenia słodyczy dochodzi zwyczajne lenistwo - łatwiej otworzyć czekoladę niż iść do kuchni (albo w ogóle na zakupy najpierw) i przygotować normalny posiłek. Na codzień staram się jeść zdrowo. Prawie w ogóle nie kupuję śmieciowego jedzenia. Nie piję napojów i słodzonych soków. Tylko sok pomidorowy, czasami izotonik. Jem tylko sery i jogurty naturalne. Żadnych "owocowych" z cukrem i barwnikami. Nie słodzę, nie solę. Lubię kabanosy i salami ale jem je od święta. Na codzień raczej ryby i nieprzerobione mięso. I jajka. I mam nadzieję, że moje okazjonalne weekendowe wyskoki nie czynią zbyt dużego spustoszenia w moim organizmie. 

Źródło: własne
3. Czasami się przejadam. Zazwyczaj jak idziemy na jedzenie z moim chłopakiem albo gotujemy w domu. Na naszych talerzach lądują ogromne porcje i zazwyczaj zjadam wszystko, pomimo że czuję się już przejedzona. Nie lubię marnować jedzenia zgodnie z babciną zasadą "lepiej odchorować, niżby miało się zmarnować". Staram się nie jeść oczami i przy zamawianiu, ale nie zawsze wychodzi. A porcje w restauracjach zazwyczaj same z siebie są za duże jak na człowieka.

Źródło: własne

4. Bardzo dużo czasu spędzam przed ekranem. W pracy przez 8 godzin siedzę przy komputerze i gapię się w monitor, a nawet w dwa. I często zdarza mi się włączać komputer jeszcze w domu przed i/lub po pracy. Odkąd przywiozłam sobie na mistrzostwa telewizor z reguły włączam go jak tylko wejdę do domu. A wieczorem prawie zawsze oglądamy razem jakiś film. Stanowczo za dużo czasu spędzam patrząc w ekrany. I boję się, jak to się odbije na moich oczach. Myślę, że spędzam dziennie conajmnie 10 godzin przed komputerem lub telewizorem. To bardzo dużo. W weekendy staram się jak najdłużej przebywać poza domem, ale nie wiem, czy to wystarczające zadośćuczynienie za te 5 dni w tygodniu, kiedy jestem praktycznie przyklejona do monitora.

Źródło: pixabay.com


5. Strasznie się garbię i krzywo siedzę. I nijak nie jestem w stanie na dłuższą metę nad tym zapanować. Jeżeli tylko próbuję usiąść prosto robi mi się cholernie niewygodnie. Śpię również pokrzywiona. I trochę nie wiem, co mogłabym w tej sytuacji zrobić i jak pomóc swojemu kręgosłupowi. Staram się ćwiczyć, dużo się ruszam, rozciągam się, ale co z tego skoro 8 godzin w pracy się garbię, 2 godziny w autobusie się garbię i 6 godzin w nocy się krzywię.

Źródło: pixabay.com

środa, 17 września 2014

Paznokcie biegacza

Paznokcie biegacza to niestety smutna rzeczywistość. Paznokcie biegacza nie są piękne. Bywają sine i fioletowe, a później odpadają. I tak w kółko. I nie do końca da się temu zaradzić. Czasami trzeba po prostu wybierać: piękne paznokcie u stóp albo bieganie. Oczywiście można zminimalizować ryzyko dokładnie dobierając buty i skarpetki, ale to niczego nie gwarantuje. 

Podczas biegania nasze paznokcie narażone są na uderzenia, ucisk i obcieranie. Powoduje to w końcu wylew krwi, która następnie czernieje i powoduje oddzielenie się paznokcia. U mnie tym pechowym paznokciem jest ten drugi. U obydwu stóp. Jak jeden zaczął już odrastać po uprzednim zsinieniu i odpadnięciu, to drugi przybrał fioletową barwę. I zabawa zaczyna się od początku. W kwestii wizualnej bardzo długo są w stanie pomóc ciemne lakiery do paznokcie. Tyczy się to oczywiście tylko kobiet. Mężczyźni o fioletowych paznokciach mogą albo nimi szokować otoczenie albo nosić zabudowane obuwie. Ewentualnie skarpety do sandałów ;)

Mam nadzieję, że brak materiału zdjęciowego w tym temacie zostanie mi wybaczony. Naprawdę nie chciałam. Ale wujek google służy ilustracjami. 

Łączmy się w bólu po naszych paznokciach.

wtorek, 16 września 2014

Komputer sam się włączył w nocy i chciał mi puścić mecz

Miałam taką dziwną sytuację niedawno. Trochę straszną dla mnie. Pewnej nocy, dokładnie o godzinie trzeciej w nocy (podobno godzina trzecia nad ranem to godzina demonów, godzina kiedy aktywność złych duchów się nasila, mówi się nawet o trzeciej w nocy jako o godzinie panowania zła, dla satanistów jest to godzina diabła) monitor się podświetlił. Nie wiem, czy wiecie co mam na myśli. To jest ten moment np. tuż po wyłączeniu komputera, kiedy ekran jest już pusty i czarny ale też jeszcze podświetlony. Na samym świeceniu się nie skończyło. Komputer sam się włączył i zalogował. Oczywiście ryknął mi przy tym na cały głos w środku nocy baza wirusów programu avast została zaktualizowana. Mocno się przestraszyłam. Nie jest to normalne, że komputer sam się włącza w środku nocy. I to jeszcze dokładnie o godzinie trzeciej. A to jeszcze nie wszystko. Następnie ktoś/coś otworzył przeglądarkę i chciał mi jakiś mecz z youtube'a puścić. Sytuacja jednocześnie dziwna, przerażająca jak i śmieszna. Bo ja bardzo nie lubię oglądać meczy. A na pewno nie wyrwana ze snu o trzeciej w nocy. Szybko zerwałam się z łóżka i próbowałam to wyłączyć. Przez kilka sekund myszka nie reagowała, ale po chwili udało mi się zapanować nad komputerem. Wyłączyłam go, położyłam się i przez dwie godziny próbowałam zasnąć. Bo za dwie godziny i tak musiałam wstawać.

Źródło: pixabay.com
Wytłumaczeń na tę sytuację mam kilka. Np. że mi się to przyśniło ;) Możliwe jest również, że to robota jakiegoś hakera. Następnego dnia przeskanowałam komputer i dwa zalezione wirusy przerzuciła do kwarantanny. Oczywiście zmieniłam wszystkie hasła i od tamtego dnia nie loguję się w domu na żadne ważne serwisy. Jest również opcja, że komputer nie był wyłączony tylko uśpiony i sam się włączył przy okazji aktualizacji np. programu antywirusowego. A te aktualizacje zazwyczaj domyślnie ma ustawione na północ. A później jak już się zaktualizował i włączył to odpalił ostatnio oglądaną stronę, czyli ten mecz, co mój chłopak go wcześniej oglądał. Najwięcej emocji oczywiście budzi teoria o duchach i zjawach nadprzyrodzonych. W końcu ta godzina trzecia w nocy, która jest godziną duchów. Plus fakt, że istotom z innego świata łatwiej jest się komunikować za pomocą elektroniki tzn. puścić mi mecz niż np. napisać coś długopisem na kartce. Panowanie nad elektroniką wymaga od nich znaczniej mniejszych nakładów energii, a  ta jest bardzo ważna i starają się ją oszczędzać. 
Źródło: pixabay.com/
Od tego wydarzenia minęło już kilka dni. Komputer od tego czasu już nie wariował. Mój strach trochę minął. Zaczynam skłaniać się ku wersji z niewyłączonym komputerem i automatyczną aktualizacją. Jednakże ta sytuacja zasiała we mnie pewne ziarno niepewności. Zarówno w kwestii duchów jak i bezpieczeństwa mojego komputera. Coraz bardziej się śmieję z tego meczu, bo czemu niby duchy miałyby chcieć mi mecz puścić ;) Miałam w swoim życiu kilka takich dziwnych sytuacji, chociaż na co dzień jestem osobą raczej twardo stąpającą po ziemi i tematyka duchów oraz zjawisk nadprzyrodzonych niespecjalnie mnie interesuje. Kiedyś z ciekawości przeczytałam książkę o duchach, z której m.in. dowiedziałam się że duchom łatwiej kontaktować się przy użyciu komputera niż poruszać przedmiotami. Na blogu raczej nie planowałam poruszać tego typu tematyki, ale ta sytuacja mimo wszystko na tyle mną wstrząsneła, że postanowiłam się tym podzielić z resztą świata. I będę bardzo wdzięczna za jakiekolwiek informacje zwrotne, jeżeli ktoś miał podobną sytuację albo może mi coś poradzić w kwestii lepszego zabezpieczenia komputera.


A w nocy po napisaniu tego teksu (czasami piszę notki z wyprzedzeniem i publikuję dopiero po pewnym czasie) obudziłam się, zerknęłam na zegarek i wskazywał on dokładnie godzinę 3:33. Przypadek?

poniedziałek, 15 września 2014

Jak nie nudzić się podczas biegania?

Niektórym ludziom wydaje się, że bieganie jest nudne. I że bardziej podczas tych dwóch godzin w biegu zmęczyłaby ich nuda, niż rytmiczne przebieranie nogami. Ty tak biegniesz i i biegniesz, i biegniesz, i nie nudzi ci się? Dzisiaj napiszę o tym, co można robić podczas biegania, żeby się nie nudzić. Taki wpis pojawia się dopiero teraz, bo do niedawna myślałam, że to oczywiste. Okazuje się, że jednak nie.

Jak nie nudzić się podczas biegania?
Źródło: własne

Jak nie nudzić się podczas biegania?


1. Słuchanie muzyki. Chyba najpopularniejsze zajęcie biegaczy podczas biegu. Ja akurat nie uskuteczniam, bo nie dorobiłam się jeszcze słuchawek do biegania. Bieganie z muzyką brzmi bardzo kusząco i zapewne jest świetne. Odpowiednio dobrany repertuar oprócz zaspokajania naszych artystycznych potrzeb może również pełnić rolę motywatora. Słuchawki na uszach pozwalają odciąć się od świata podczas biegu i to zarówno dobrze, jak i źle. Źle, bo pozbawieni jesteśmy zmysłu słuchu. Nie słyszymy, czy ktoś na nas trąbi, czy biegnie za nami ujadający pies czy właśnie ostrzegawczo grzmi przed burzą. Dlatego lepiej jest nie słuchać muzyki zbyt głośno albo używać tylko jednej słuchawki (ja tak robię w pracy, bo lubię jednocześnie wiedzieć, co się dzieje dookoła).

2. Słuchanie audiobooków. Mogłabym to umieścić w poprzednim punkcie, ale jednak rozdzielę te dwie kwestie. Jeżeli ktoś lubi/chce/musi czytać książki, a nie chce wybierać pomiędzy lekturą, a bieganiem audiobooki to idealne rozwiązanie. I świetny sposób, żeby maksymalnie wykorzystać czas. I oczywiście recepta na nudę w trakcie biegu. 

3. Nauka. W trakcie biegu z powodzeniem można się uczyć. Niektórym ludziom (ja też się do nich zaliczam) łatwiej jest przyswajać informacje, kiedy są w ruchu, niż podczas siedzenia w jednym miejscu. Można zamiast muzyki puścić sobie w trakcie biegu materiał, którego chcemy się nauczyć. Mogą to być nagrane wykłady, naukowa książka albo kurs języka. Dobry efekt przyniesie też utrwalanie zapamiętanego materiału poprzez powtarzanie (może być w myślach) podczas biegu. Gdybym cofnęła się w czasie, to moje przygotowania do sesji wyglądałyby tak, że najpierw czytałabym fragmentami materiał, a następnie szła pobiegać i próbowała odtworzyć go w trakcie.  

4. Wpadanie na nowe pomysły. Podczas biegania można wpaść na wiele świetnych i kreatywnych pomysłów zarówno dotyczących pracy, nauki, wystroju mieszkania czy jutrzejszego obiadu. W większości przypadków nowe pomysły wpadają mi do głowy podczas biegania samoistnie. Wiele pomysłów na notki powstało właśnie podczas biegów.

Jak nie nudzić się podczas biegania?
Źródło: własne
5. Czas na przemyślenie. Jeżeli mam jakieś poważniejsze sprawy i dylematy niż jutrzejszy obiad, to czas kiedy biegamy świetnie nadaje się do ich analizy. Czasami ja wręcz kiedy mam jakiś problem albo po prostu mam doła wychodzę pobiegać, żeby przemyśleć. Samo analizowanie trudnych spraw wywołuje napięcie, a bieg automatycznie to napięcie rozładowuje. I jakoś tak pozytywniej jestem nastawiona do siebie, kiedy akurat bez odpoczynku wbiegam na górkę. Czuję wtedy taką siłę i moc. I nie załamuję się problemem, z którym się zmagam, bo bieganie przypomina mi, że jestem silna i że dam radę. Z trudnymi sprawami łatwiej zmierzyć się w biegu.

6. Podziwianie krajobrazów i architektury. Tutaj trzeba się wysilić i poszukać ładnej trasy. Jak lubisz drzewa biegaj po lesie. Jak lubisz kwiatki biegaj po łące. Ja lubię oglądać domki, więc biegam małymi uliczkami, podziwiam i marzę, że kiedyś w takim zamieszkam. Fajnie biega się również po zabytkowej części miasta. I oczywiście trzeba zmieniać trasy. Ciągłe bieganie po tej samej, nawet w najpiękniejszych okolicznościach, może znudzić. 

Jak nie nudzić się podczas biegania?
Źródło: własne
7. Rozmowa. Jeżeli biegasz z kimś rozmowa z pewnością umili czas treningu. Ostatecznie może to być rozmowa przez telefon, chociaż tutaj w części przypadków dochodzą całkiem spore koszty. 

8. Skup się na treningu. Kontroluj czas i tempo. Jak robi się nudno, to przyspiesz. Ustal sobie cel treningowy i trzymaj się go. W najprostszej wersji może to być przykładowo coś takiego: biegnę najszybciej jak potrafię i liczę do 20, później przechodzę do bardzo wolnego truchtu i liczę do 30, następnie bieg w normalnym tempie i liczę do 100. I od początku. 

sobota, 13 września 2014

Jak szybko wysuszyć przemoknięte buty?

Szybkie wysuszenie butów nie raz może nam uratować, jeżeli nie życie, to bieg. Raz mi się zdarzyło nie być w stanie stanąć na starcie, ponieważ moje buty były mokre (dlatego też warto zawsze mieć przynajmniej jedną zapasową parę, ja akurat jeszcze nie miałam). Oczywiście nie prałam ich dzień przed biegiem, tylko poprzedniego dnia też biegłam i akurat padało, a ulicami płynął strumyk. Sposób na szybkie wysuszenie butów na pewno przyda się również wszystkim tym niecierpliwym.

Jak szybko wysuszyć buty
Źródło: własne

Jak szybko wysuszyć przemoknięte buty?

Sposób na szybkie wysuszenie przemokniętych butów nie jest moim autorskim pomysłem. Tzn. trochę jest, ale dopiero po fakcie sprawdziłam w internecie i okazało się, że inni ludzie już to wiedzieli. Jako dziecko miałam tak z Seneką. Myślałam, że wymyśliłam coś mądrego, a później się okazało, że Seneka to wymyślił już dawno temu.

Jak szybko wysuszyć przemoknięte buty?
Źródło: własne
Po biegu w Zawoi moje buty absolutnie nie nadawały się do użytku w takim stanie. Pływały w błocie, więc nie ma się co dziwić. Trzeba było podjąć odpowiednie kroki. Umyłam je dokładnie, a właściwie to wyprałam. Nie w pralce oczywiście. Dokładnie wypłukałam, później wyczyściłam podeszwy szczoteczką, a wierzch buta gąbką. Do mycia użyłam zwykłego mydła. Następnie nalałam do miski ciepłej wody z żelem pod prysznic i włożyłam tam buty. Po chwili dokładnie wypłukałam i położyłam na kranie w ten sposób, żeby woda mogła wypłynąć.
Suszenie butów sportowych
Źródło: własne

Suszenie butów do biegania
Źródło: własne
Po pół godziny wystawiłam wstępnie ocieknięte buty na parapet. Dzień był ciepły, słoneczny. Powinny szybko wyschnąć. Ale przypomniałam sobie, że po Biegu RMF później też było ciepło i słonecznie. A buty szybko wcale nie wyschły. I wtedy wpadłam na pomysł, żeby napchać do nich papieru toaletowego. Papier wchłonie największą wilgoć, a lekko mokre z pewnością szybko wyschną. Papier należy wepchnąć do butów i wymienić najpierw po pół godziny, a po raz drugi po godzinie. Jeżeli buty dodatkowo stoją w ciepłym, suchym i słonecznym miejscu dwukrotne użycie papieru toaletowego powinno wystarczyć. Później trzeba buty zostawić w spokoju puste i następnego dnia (albo nawet na wieczór, jeżeli zaczniemy operację rano) a powinny być suche. Przetestowane na butach do biegania czyli lekkich, cienkich i z natury dość szybko schnących. Nie wiem, czy w przypadku innych efekt będzie taki sam, ale zaszkodzić nie powinno. Warto jedynie zwrócić uwagę na środki myjące których użyjemy. Buty do biegania to obuwie specjalistyczne i może mieć szczególne potrzeby w tych kwestiach.

Zobacz też:

czwartek, 11 września 2014

Po co ludzie biegają

Co mi daje bieganie? Po co tak biegam? Czy to na prawdę ma sens i jest warte zachodu? Bieganie jest na tyle modne, że wcale nie często słyszę te pytania. Zazwyczaj spotykam się z podziwem i taką pozytywną zazdrością. Raczej otoczenie mnie wspiera i dopinguje w bieganiu, niż zniechęca i gasi zapał. Ale czasami zdarzy się jakiś sceptyk. A czasami ktoś zupełnie neutralny w kwestii biegania zada zupełnie neutralne pytanie, po co to robię i co ja z tego mam. Postanowiłam w wielu krótkich punktach napisać dlaczego biegam i co mi to daje.

Źródło: własne

Poznaję nowych ludzi. Na dodatek ludzi, z którymi łączy mnie pasja do biegania, więc jakiś punkt zaczepienia na początek znajomości jest. Bo często poza bieganiem różni mnie od tych ludzi wszystko i to też super, bo wiele mogę się nauczyć i poznać inną perspektywę.

Spędzam czas z rodziną, bo mój tata też biega. Na dodatek spędzam czas pożyteczniej niż siedzenie przy stole. A w trakcie biegu też można spokojnie rozmawiać. Właściwie powinno się biec takim tempem, żeby możliwa była rozmowa.

Spalam dużo kalorii i mogę bez wyrzutów sumienia pozwolić sobie na zjedzenie tabliczki czekolady dziennie czy kilograma żelek w weekend.



Źródło: własne

Poprawiam swoją kondycję, pracuję nad szybkością i wytrwałością. Bieganie na poziomie amatorskim jest zdrowe. Oczywiście jeżeli samo jesteśmy zdrowi. W przeciwnym wypadku należy skonsultować decyzję o rozpoczęciu biegania z właściwym lekarzem.

Bieganie dobrze wpływa na moją samoocenę. Po każdym dłuższym biegu czuję się super. A po każdych zawodach to prawie latam w chmurach.

Medale, dyplomy i inne nagrody. Oraz dużo zdjęć i fejmu. No dobra, z tym fejmem to trochę przesadziłam ;)

Źródło: własne

Fajnie jest mieć pasję. Można mieć nawet kilka pasji. Bieganie to fajna pasja.

Należę do społeczności biegaczy. A to fajniejsza społeczność i bardziej pozytywna, niż np. jakaś sekta religijna czy muzyczna.

Bieganie receptą na zły dzień. Jeżeli nie mam co ze sobą zrobić, jest mi smutno, mam doła,  nudzę się lub potrzebuję coś przemyśleć wkładam buty i biegnę. Bieganie psychicznie uspokaja, jednocześnie dodając energii. Rozjaśnia mi umysł. To taka medytacja w ruchu dla mnie, bo takiej w bezruchu bym nie wytrzymała ;)

Szybko i długo biegam. Umiejętność szybkiego i/lub długiego biegu zawsze się może w życiu przydać.

Bieganie to zgrabna sylwetka. Bieganie pozwala mi nie tylko utrzymać wagę w normie, ale też jędrne i wyrzeźbione ciało.

Źródło: własne


Zero cellulitu. Bieganie jest dobre na cellulit. Tzn. dobre na likwidowanie cellulitu.

Proste, tanie i skuteczne. Bieganie to jeden z najbardziej efektywnych, a zarazem najprostszych treningów. Wymagania są na prawdę minimalne. Również te finansowe.

Źródło: własne

Bieganie sprawia mi przyjemność. Endorfiny po wysiłku fizycznym i te sprawy. Poza tym jeden lubi grać w siatkówkę, a inny lubi biegać. Ja należę do tych, którzy lubią biegać. Za siatkówką niestety nie przepadam.


A Ty po co biegasz?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...