sobota, 30 sierpnia 2014

III Bieg Charytatywny Fundacji Tesco Dzieciom

III Bieg Charytatywny Fundacji Tesco Dzieciom odbył się 30 sierpnia 2014 r. na krakowskich Błoniach. Całkowity dochód z biegu zostanie przekazany na rzecz Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu. Ja zdecydowałam się wziąć udział w biegu na dystansie 10 km czyli te sławne trzy kółka dookoła Błoń jak chomik ;)




Prognoza pogody na sobotę dzień wcześniej przedstawiała się tak, że cały dzień mają być drobne opady z przerwą akurat na czas mojego biegu i moich dojazdów czyli od 8 do 11. Uroczo. Doceniam naprawdę. Bieg Tesco to bieganie po prostym dookoła Błoń to chyba jedna z prostszych tras. Łatwiejsza jest chyba jedynie Życiowa Dycha w Krynicy. I gdzieś tam z tyłu głowy mam głos, który szepcze mi do ucha o rekordach i życiówkach. Na chwilę obecną mój rekord na 10 km to 53 min 15 s i dokonałam go podczas Biegu AGH (tak z tym bolącym kolanem). Całkiem nieźle bo w ciągu 55 minut pokonałam też 10 km podczas Biegu Skawińskiego. I tym razem bardzo nie chciałam być gorsza a oczyma duszy widziałam już jakiś mocny rekord w swoim wykonaniu ;) Zawsze wyobrażam sobie bóg wie co. Np. codziennie jadąc autobusem do pracy wyobrażam sobie, jak liczę swoje miliony ;p

Źródło: własne
Rano rzeczywiście padało, ale już przed 8 zaczęło się przejaśniać i schnąć. Ogólnie nie miałabym nic przeciwko bieganiu w deszczu (serio), ale przecież telefon i Endomondo ;) A nie chcę, żeby mi zatopiło telefon. Szczególnie, że jest stosunkowo nowy. I na dodatek to prezent. A mieć smartfona, korzystać z Endomondo i nie włączyć go na bieg to trochę łyso. Szczególnie jeżeli planuję na tym biegu jakiś ładny czas uzyskać.

Na miejscu czekała mnie szokująca wręcz niespodzianka. Zmieniły się numery startowe. I sam ten fakt mnie nie zszokował, no zdarza się. Zszokowało mnie, że nowa lista startowa została przedstawiona nie alfabetycznie nazwiskami jak sugerowałaby logika, tylko po kolei wg nowych numerów startowych. Tych, które właśnie chcieliśmy poznać. Znalezienie siebie było na prawdę ciężkie. Ale to jedyna wpadka. Poza tym cała impreza była naprawdę ładnie zorganizowana. Sam pakiet startowy zawierał m.in. dwa izotoniki, dwie czekolady, sporo kosmetyków (ja naliczyłam dwa dezodoranty, krem do rąk, krem do stóp, peeling do twarzy i olejek do opalania) i oczywiście koszulkę techniczną. Poza tym na terenie imprezy można było częstować się krakersami, wafelkami, batonikami, lodami, krokiecikami i całą resztą jedzenia zupełnie za darmo. Jako wielka miłośniczka lodów zjadłam cztery (2 kaktusy, magnum i taki świderek wodnoowocowy). I nie, wcale nie było niebotycznych kolejek do tych darmowych lodów, o dziwo. Czasami większe są do kupowania lodów. A te były za darmo :D Rozdawano też jedzenie w torebkach i przyprawy. Ostatecznie przywiozłam z tego biegu plecak pełen łupów. A i jeszcze zbadałam sobie cholesterol, nawilżenie skóry i włosy. Mój cholesterol wynosi 135 m/dl, co podobno jest wynikiem dobrym, zupełnie mieszczącym się w normie. Skórę mam nawilżoną, a włosy zdrowe i nierozdwojone, tyle że cienkie.


Źródło: własne

 A teraz przejdźmy do części najważniejszej, czyli samego biegu. Mój oficjalny czas to 54 minuty, 43 sekundy. Endomondo naliczyło mi 54:48 min czyli praktycznie to samo. Po cichu miałam nadzieję, że pobiegnę szybciej, ale jak dokładnie przejrzałam statystyki to i tak jestem z siebie dumna. Biegłam ze średnią prędkością 5:24 min/km. Najszybszy był czwarty kilometr i osiągnęłam wtedy 5:00 min/km. Najwolniejszy był ósmy kilometr z prędkością 5:37 min/km czyli wciąż szybko jak na mnie.


Kliknij, aby powiększyć

II Bieg Charytatywny Fundacji Tesco Dzieciom przebiegłam w moich starych, dobrych, najtańszych butach Kalenji Ekiden 50 i spisały się jak zwykle doskonale. Biegło mi się całkiem dobrze. Może nieco gorzej, niż Bieg Nocny, bo szybciej ;) Na pewno nie mogę sobie zarzucić, że się obijałam. Nie przeszłam do marszu ani na chwilę, nawet bardzo nie zwalniałam. I pierwszy raz czuję, że lepiej tego biegu pobiec nie mogłabym. To było moje maksimum. W granicach rozsądku oczywiście. Takie maksimum, żeby nie paść trupem na mecie. Oczywiście zakrztusiłam się wodą na trasie. I to tak porządnie. I niestety trochę czułam kolano podczas biegu. A później już po biegu łażąc po sklepach jak głupia to dość mocno już mnie kolano bolało. I jest to niepokojące. A sam bieg wspominam bardzo sympatycznie.

Źródło: własne


Źródło: własne



piątek, 29 sierpnia 2014

I Półmaraton Wielicki 27 września 2014 - spontanicznie

Półmaraton Wielicki to decyzja bardzo spontaniczna. Nie planowałam żadnego półmaratonu poza Półmaratonem Królewskim w Krakowie 26 października. Tzn. nie planowałam żadnego półmaratonu przed. Tak sobie patrzyłam jakie biegi są w najbliższym czasie w okolicy i natknęłam się na I Półmaraton Wielicki 27 września 2014. Serce zabiło mi mocniej. Chcę! - pomyślałam. Chwilę później już wypełniałam formularz zgłoszeniowy. I tak oto zapisałam się na półmaraton w Wieliczce. Tyle szczęścia, że do Wieliczki mam niedaleko. 20 minut drogi autobusem, 9 przystanków.

Źródło: maratonwielicki.pl

Półmaraton Wielicki odbędzie się w sobotę 27 września. Trasa posiada atest Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, a koszt udziału do 22 września wynosi 50 zł. Każdy uczestnik otrzyma pamiątkową koszulkę techniczną, dyplom, bezzwrotny numer startowy, wodę na trasie i mecie, posiłek regeneracyjny (czyżby grochówka?) i medal na mecie. Zgodnie z informacjami na stronie organizator ubezpiecza zawodników na czas trwania zawodów. Są też i nagrody pieniężne lub rzeczowe. Więcej informacji można znaleźć na stronie biegu maratonwielicki.pl

Źródło: maratonwielicki.pl

Już się nie mogę doczekać wielickiego półmaratonu. To doskonała okazja sprawdzić się w autentycznych warunkach półmaratonowych przed startem w Krakowie. Strasznie się ekscytuję ;) Teraz muszę tylko dużo jeść i dużo odpoczywać, żeby być w formie. Wieliczko nadchodzę! :D Tzn. nadbiegam oczywiście.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Eveline, Body Glam Argan, Luksusowy jedwab do ciała

Niedawno skończyłam używać Luksusowy jedwab do ciała Body Glam firmy Eveline. Postanowiłam tym razem napisać recenzję tylko i wyłącznie w oparciu o moje wrażenia i odczucia. Całkowicie pomijam skład, opis i obietnice producenta umieszczone na opakowaniu. Piszę tylko to, co sama zaobserwowałam. To taki mały eksperyment. Składy kosmetyków są do siebie bardzo podobne, a kluczowe składniki aktywne najczęściej występują w śladowych ilościach, dlatego dzisiaj postanowiłam skupić się tylko na tym, co balsam rzeczywiście robi, a nie na tym, co sugerują napisy na opakowaniu. Szczerze mówiąc to ich nawet nie czytałam. Zerknęłam jedynie na skład i szału nie było, jak przy większości kosmetyków. Sama bym go nie kupiła, bo znam tańsze i lepsze balsamy.

Źródło: własne

Opakowanie
Eveline, Body Glam, Luksusowy jedwab do ciała zamknięty jest w złotej butelce z dozownikiem. Butelka może się podobać. Chyba miała wyglądać drogo i elegancko. W końcu złoto. Opakowania z dozownikiem mają swoje wady i zalety. Do największych zalet należy wygoda dozowania. Nic się nie wylewa, nie ma ryzyka, że za jednym razem wydobędziemy z opakowania zbyt dużo balsamu, a nawet jeżeli opakowanie nam spadnie kosmetyk wciąż pozostanie na miejscu, a nie na podłodze. Byle tylko dozownik się nie uszkodził podczas takiego upadku. Podczas nabierania balsamu mamy kontakt tylko z dozownikiem, więc opakowanie jest jest całe utłuszczone i upaprane. Niestety, kiedy zbliżamy się do końca opakowania pojawiają się problemy z wydobyciem resztek balsamu. A okrągła butelka z dość twardego plastiku nie daje się tak łatwo przeciąć. Ja się musiałam sporo namęczyć zanim ją rozcięłam.


Źródło: własne

Konsystencja i zapach
Luksusowy jedwab do ciała Body Glam ma dość lejącą konsystencję. Łatwo się rozprowadza, ale może wylewać się z dłoni, jeżeli nabierzemy zbyt dużo. Podczas używania odniosłam wrażenie, że pomimo swojej wodnistości kosmetyk jest trochę taki hmm tłusty, oleisty. Balsam jest koloru białego i subtelnie czymś pachnie. Ale nie mam pojęcia czym. Nie jest to na pewno nic kwiatowego ani owocowego. Nie jest to też żadna słodka nuta wanilli czy kakao. Nic w tym stylu. Nie wiem, do czego można porównać ten zapach. Jedyne co mi się kojarzy to zapach jakichś substancji kosmetycznych. Jest on raczej delikatny. Mnie nie przeszkadza, ale myślę, że może się nie podobać.

Działanie
Balsam Eveline Body Glam wchłania się całkiem przyzwoicie pod warunkiem, że nie przesadzicie z ilością. A o to łatwo, przy tak lejącej konsystencji. Niestety nawet po wchłonięciu mam wrażenie, że skóra trochę się klei. Jest to irytujące i nieprzyjemne. Luksusowy jedwab do ciała zdecydowanie nie nadaje się do bardzo przesuszonej skóry. Na moje łokcie był za słaby. A nie mam problemów z łokciami. Tyle, że skóra tam jest trochę grubsza i trochę bardziej sucha. Większość kremów do rąk świetnie daje sobie radę. Reszta ciała była miękka, gładka i przyjemna w dotyku. Do normalnej skóry Eveline, Body Glam, Luksusowy jedwab do ciała powinien być wystarczający. Używałam go również na lekko podrażnione goleniem nogi. Spisał się bardzo dobrze.

Ogólnie rzecz biorąc jedwab do ciała Eveline to taki średniaczek. Cudów nie czyni, ale jest dość przyjemny. Nie mogę go nazwać idealnym balsamem do ciała, ale używało mi się go zupełnie dobrze. No może pomijając ostatnią aplikację i wysiłek związany z rozcięciem opakowania. 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Marion, zabieg laminowania

Saszetkę z zabiegiem laminowania firmy Marion mam już w łazience kilka miesięcy. Jakoś nie było mi spieszno ją wypróbować i ... no cóż miałam rację. Szału nie ma. Wręcz jest bardzo słabo, ale zacznijmy od początku.

Źródło: własne
Zabieg laminowania Marion sprzedawany jest w formie dwóch saszetek. Teoretycznie jedna na jedno użycie, a w przypadku długich włosów dwie na jeden raz. Nie mam ani bardzo długich ani gęstych włosów. Raczej takie cienkie pióra trochę za ramiona. Mimo tego dwie saszetki to było zdecydowanie za mało i musiałam pomieszać je z odżywką do włosów. Użyłam tej, którą akurat miałam pod ręką, czyli Nivea diamond volume.

Źródło: własne
Producent obiecuje efekt wygładzonych i wyprostowanych włosów. Wspomina też o odżywieniu i łatwym rozczesywaniu. Niestety produkt wcale nie ułatwia rozczesywania włosów. Mam wrażenie, że wręcz przeciwnie. Plącze je jeszcze bardziej. Ciężko jest dokładnie i równomiernie rozprowadzić zabieg laminowania na włosach. Kiedy już się udało zgodnie z zaleceniami nałożyłam na głowę plastikowy czepek dołączony do kosmetyku i poszłam czytać blogi. Czepek ma utrzymywać ciepło i rzeczywiście to robi. Oczywiście gdybym szczelnie obwiązała się folią albo założyła na głowę jednorazówkę efekt byłby taki sam. Po upływie zalecanych 20 minut idę do łazienki spłukać kosmetyk z włosów. Wcale się dobrze nie rozczesują. Tragedii nie ma, ale stwierdzenie, że ułatwia rozczesywanie to kłamstwo. 

Źródło: własne
Efekt końcowy nie zachwyca. Moje włosy są takie jak zwykle. Napuszone i fruwające dookoła. Na dodatek sprawiają wrażenie takich przesuszonych. I nie chodzi o to, że mi laminowanie nie służy. Kilka razy przeprowadzałam laminowanie żelatyną domowym sposobem i efekt był inny. Lepszy. Włosy były wyraźnie gładsze, prostsze, błyszczące i takie sypkie. Aż mi ludzie mówili, że mam piękne włosy. W przypadku zabiegu Marion liczyłam na podobny efekt. I się przeliczyłam. Jeżeli chodzi o laminowanie włosów żelatyną zdecydowanie polecam domową metodę. Taniej i efekt o wiele lepszy. Zabieg laminowania włosów Marion w ogóle na mnie nie działa. Straszny niewypał. 

Perły Małopolski - Babiogórski Park Narodowy, Zawoja 24.08.2014

Perły Małopolski to biegi po Parkach Narodowych Małopolski. 24 sierpnia 2014 roku wzięłam udział w biegu po Babiogórskim Parku Narodowym.  Wybrałam dystans 10 km, ponieważ 21 km przebiegam owszem, ale w terenie w miarę równym. Zawoja to mój pierwszy bieg górski i nie chciałam porywać się z motyką na słońce. A skoro przy słońcu już jesteśmy to akurat padał deszcz. Prawie przez cały czas. Nie byłam tu żadnym silna wichura, zwykły mokry deszcz. Ale wystarczający, żeby z leśnych ścieżek zrobić śliskie, lepkie błotko.

Źródło: facebook.com/pages/Per%C5%82y-Ma%C5%82opolski-zawody-biegowe-w-ma%C5%82opolskich-Parkach-Narodowych/495475803823801

Bieg po Babiogórskim Parku Narodowym bardzo kojarzy mi się z niedawnym Biegiem o Puchar Radia RMF. Też błotko i deszcz. Też dużo podbiegów i zbiegów. I też atmosfera takiego funu i zabawy. Najpierw biegliśmy kawałek po asfalcie, a później polną drogą w las. Prawie przez cały czas z małymi przerwami padał deszcz, więc włosy miałam mokre nie tyle od potu, co od deszczu. Przyznam szczerze, że przy dłuższych i bardziej stromych podbiegach po prostu szłam. I tak czyniła większość biegaczy. Schodziłam też zamiast zbiegać na bardzo stromych i śliskich odcinkach. Nie chciałam się przewrócić i wytarzać w błocie. Jeszcze bardziej nie chciałam sobie czegoś złamać ani zostać stratowana. Upadki, a właściwie ślizgi, się zdarzały, ale nikomu chyba nic poważnego się nie stało. Trasa rzeczywiście była dobrze oznaczona wolontariuszami, ale w pewnym momencie pojawiła się fala niepokoju, czy my na pewno dobrze biegniemy. Nie chciałam przez pomyłkę dołączyć do biegnących 21 km. Oczywiście nic takiego się nie stało, bo rozwidlenie tych dwóch tras następowało dopiero przy mecie. Na trasie 10 km jeden raz dojrzałam punkt z wodą, ale nie chciało mi się czekać na kubeczek. Za mało wody i za mało wolontariuszy. Zresztą i tak woda z nieba kapała. Po biegu buty były do kostek w błocie a kurtka cała mokra. Na szczęście ja cała i zdrowa.

Źródło: perlymalopolski.pl/ (Kliknij, aby powiększyć)

Bieg w Zawoi był moim pierwszym biegiem górskim i nie nastawiałam się na nic. Chyba tylko, żeby przebyć trasę. Nawet nie przebiec, a przebyć. I w rezultacie tak było, bo sporą cześć dystansu po prostu przeszłam. Biegłam tylko po w miarę równych i niezbyt śliskich odcinkach. Bardzo asekuracyjnie, wiem. No ale to był mój pierwszy raz. Najbardziej zmęczyły mnie bardzo strome podbiegi. To rzeczywiście była rzeźnia. Cały bieg ciężko jest mi ocenić, bo akurat tak wyszło, że dzień wcześniej w ogóle nie spałam i mogło to wpłynąć na moją formę. W pewnym momencie po biegu zrobiło mi się naprawdę źle i słabo. Strasznie też zmarzłam, no ale po prostu tego dnia było zimno i mokro na dodatek. A i akurat łapało mnie przeziębienie. Trochę pechowa jestem ;) Co ciekawe w ramach posiłku regeneracyjnego zamiast grochówki była pomidorowa z 4 czy 5 kawałkami makaronu. A na końcu trasy arbuzy. Szkoda, że akurat arbuzów nie lubię.

Źródło: własne

Źródło: własne

Dzięki wodoodpornej kurtce udało mi się pomimo deszczu biec z endomondo. Wyniki z aplikacji nie do końca pokrywają się z oficjalnymi wynikami zawodów. Wg endomondo przebiegłam 9,81 km w czasie 1:06:25 h. 



Kliknij, aby powiększyć

Wg organizatorów trasa liczyła dokładnie 9,8 km i przebyłam ją w 1:10:26 h. I uważam, że to dobry wynik na takie trudne warunki. Przecież w podobnym czasie pokonuję 10 km po prostym asfalcie i przy sprzyjających warunkach pogodowych. Moja średnia prędkość wynosiła 6:46 min/km, a maksymalna prędkość jaką udało mi się rozwinąć to 3:39 min/km.

Źródło: własne
Na pamiątkę przywiozłam z Zawoi czarną koszulkę Pereł Małopolski i medal. I wspaniałe wspomnienia. I katar ;) 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Jak polubić poniedziałki?

Wielu ludzi nie lubi poniedziałków. Nie wymyśliłam sobie tego. Słyszę to wszędzie dookoła (praca, autobus) i czytam (facebook, fora): Nie lubię poniedziałku :(, Nienawidzę poniedziałków!, O nie, znowu poniedziałek. Ja naprawdę lubię poniedziałki i chciałabym innym ludziom pomóc je polubić. Oto garść moich rad.




1. Zmień pracę lub szkołę.
Zazwyczaj niechęć do poniedziałku spowodowana jest tym, że po przerwie weekendowej znowu idziemy do szkoły i/lub pracy. Recepta na ten problem jest prosta. Zmień pracę lub szkołę. Na taką, która będzie cię interesować i dawać satysfakcję. Ewentualnie na taką, która zaczyna się od wtorku. Możesz też poczytać, jak przetrwać dzień w pracy



2. Nie pij na umór w niedzielę. 
Kac następnego dnia po ostro zakrapianej imprezie potrafi obrzydzić nawet piąteczek. Poniedziałek bez kaca, po przespaniu co najmniej 8 godzin może okazać się bardzo sympatycznym i bezbolesnym dniem. 

3. Zaplanuj coś miłego na ten dzień.
Mogą to być zakupy, randka albo maraton serialowy. Jak nie lubić dnia, na który mamy takie fajne plany?

4. Nie słuchaj marudzenia.
Odcinaj się albo knebluj (ewentualnie blokuj na fb) ludzi, którzy jak zdarta płyta powtarzają jak to nienawidzą poniedziałków. Słuchanie takiej mantry w niczym ci nie pomaga i niczemu nie służy.

5. Dobrze zacznij poniedziałek
W niedzielę zadbaj o to, żeby obudzić się wyspanym, żeby ubrania były gotowe do założenia. Żeby poniedziałkowy poranek jak i pozostałe godziny przebiegły możliwie łatwo i bezproblemowo. Warto dzień wcześniej sprawdzić rozkład autobusów i prognozę pogody. Można przygotować sobie dobry obiad do pracy. I przeczytać koniecznie o tym, jak dobrze zacząć dzień. Działa również w przypadku poniedziałków. 

6. Zmień coś
Podobno rutyna w dużej mierze może powodować zniechęcenie. Do poniedziałku i do wszystkiego w ogóle. Spróbuj coś zmienić. Pojedź inną trasą, wybierz inny smak jogurtu do musli albo w ogóle zamień je na jajecznicę. Zrób inny makijaż niż zwykle.

Jeżeli żadnej z tych sposobów, ani wszystkie łącznie nie zadziałały powiedz sobie, że kolejny poniedziałek dopiero za tydzień, a przed tobą wtorek, środa, czwartek, piąteczek i weekend! A do kolejnego poniedziałku jeszcze daleko. Może pomoże. 

piątek, 22 sierpnia 2014

Poranne 22 kilometry

Poranne 22 kilometry to dłuższa historia. Koleżanka zadzwoniła do mnie dzień wcześniej, czy nie dałabym rady przenocować jej u siebie. Zgodziłam się. Miała być około 23 w nocy, pojawiła się około 5 rano dnia następnego. Budząc mnie rzecz jasna. Pomimo usilnych prób nie byłam w stanie już usnąć. Może dlatego, że władowała mi się do łóżka. Była mniej więcej godzina szósta rano, kiedy postanowiłam ubrać się i wyjść pobiegać.
Źródło: własne
Planowałam, że to będzie dłuższy bieg, ale nie narzucałam sobie presji. Jak wyjdzie 10 km to też dobrze. Pogoda była idealna. Słonecznie i rześko. Bieganie z samego rana to zupełnie inna jakość. To był piątek 15 sierpnia - święto i dzień wolny od pracy. Tym lepiej. Rzadko kiedy mam możliwość wybrać się na poranne bieganie. Właściwie tylko w niedzielę, ale wtedy chciałabym się chociaż raz w tygodniu wyspać do oporu, a przynajmniej do tej 8-9. Ulice były ciche i puste, co zdecydowanie sprzyja bieganiu. Tłumy ludzi na mojej trasie to jedna z najbardziej irytujących rzeczy podczas biegania. A tutaj tak pusto, tak cicho, tak chłodno. Nic tylko biec przed siebie. 

Źródło: własne
Wahałam się, które buty założyć. Kalenji Ekiden 50 czy Kalenji Kapteren 50? Te pierwsze są mega wygodne i takie hmm miękkie. Drugie są twardsze, bardziej stabilne i przeznaczone właściwie do biegania w terenie. Miałam zamiar biegać raczej ulicami, chodnikami i alejkami, więc wybrałam te pierwsze. 

Źródło: własne
Na wszelki wypadek, gdybym rzeczywiście miała biegać długo założyłam na kolano opaskę neoprenową. Cały czas pamiętam i trochę czuję czerwcową kontuzję. Lepiej dmuchać na zimne. Wzięłam również ze sobą pas z bidonem. Tym razem zamiast izotonika nalałam sobie zwykłej wody i to był  świetny wybór. Taka woda smakuje wyśmienicie w trakcie wysiłku fizycznego. Wzięłam też bilet, gdybym jednak musiała lub chciała wrócić autobusem i kilka złotych. Ani bilet ani pieniędze nie były mi do niczego potrzebne. 

Przebyłam dokładnie 22 kilometry i 18 metrów w 2 godziny, 29 minut i 14 sekund. Kolejny rekord w półmaratonie (2g:21m:05s). Jestem z siebie mega dumna. Biegłam ze średnią prędkością 6:44 min/km i spaliłam dokładnie 1160 kcal. Najszybciej biegłam na 10 kilometrze (5:51 min/km) a najwolniej na 20 kilometrze (7:57 min/km).



Bardzo mnie cieszy, że najszybsze odcinki nie są tymi pierwszymi. To znaczy, że biegnę odpowiednim tempem skoro po przebyciu około połowy trasy jestem w stanie przyspieszyć, a nie tylko zwalniać i zwalniać. Tak samo cieszy mnie, że ostatnie 2 kilometry nie były najwolniejszymi. Nie chcę biec na złamanie karku najszybciej jak się da i stopniowo tracić siły.

Kliknij, aby powiększyć

Kliknij, aby powiększyć

Uważam, że człowiek po biegu nie powinien być totalnie wycieńczony i trzeba biegać tak dużo i tak szybko, żeby zostawał jeszcze spory zapas energii. Dlatego nigdy nie daję z siebie maksimum. Gdybym w jakimś biegu dała z siebie maksimum to padłabym na mecie i szybko nie wstała. A zupełnie nie o to mi chodzi. Jasne chcę być coraz lepsza, chcę się ścigać ze sobą, a nawet z innymi, ale nie chcę zgubić siebie podczas zawrotnego tempa. I biegam bardziej rekreacyjnie i dla przyjemności oraz zdrowia, niż dla wyników. 


Moja trasa wiodła ode mnie z domu z Woli Duchackiej przez Wisłę na Błonia, które obiegłam dookoła i wróciłam. Taka mała pętelka. Pomimo raczej spokojnego tempa mniej więcej w połowie drogi odezwało się to nieszczęsne kolano. Pomimo opaski neoprenowej. Zwolniłam, przeszłam do marszu i obiecałam sobie, że to ostatni tak długi bieg w tym miesiącu. Pamiętam, że jak zaczynałam biegać kolana (oba) bolały mnie po każdym treningu. Później się przyzwyczaiły. Do długich dystansów też się muszą przyzwyczaić. Powoli, spokojnie i bez presji. Do jesiennego półmaratonu zostało jeszcze trochę czasu i wierzę, że uda mi się go przebiec bez bólu i dyskomfortu. Przecież to tylko 21 kilometrów. 


Olejowanie włosów - podsumowanie

Moda na olejowanie włosów trwa od kilku lat. Nie jestem pewna, czy dzisiaj tendencja ta cały czas wzrasta, czy może już zaczyna powoli spadać. Ja swoją przygodę z olejowaniem rozpoczęłam mniej więcej roku temu. Przez ten czas wypróbowałam kilka olejków i kilka metod olejowania. Oczywiście nie zrobiłam sobie zdjęć na początku, więc niestety nie jestem w stanie obiektywnie porównać jak olejowanie zmieniło moje włosy i czy w ogóle. Ale chciałam się podzielić garścią porad i spostrzeżeń oraz zdjęć.

Źródło: własne
Długo wzbraniałam się przed olejowaniem włosów. Trochę chyba z powodu traumy z dzieciństwa. Wpadłam na genialnym pomysł, żeby posmarować włosy wazeliną. Tzn. przeczytałam w jakiejś gazecie mamy, że olejek rycynowy dobrze robi na końcówki. A czy olejek rycynowy czy wazelina co za różnica - doszłam  do wniosku. A jak nałożę na całe włosy to efekt będzie lepszy. Jak pomyślałam tak zrobiłam, na dodatek na to samo namówiłam siostrę. Mama jak nas zobaczyła, to się złapała za głowę, bo to akurat była niedziela i "jak one z takimi tłustymi włosami do kościoła pójdą?!". Ostatecznie udało się domyć włosy wrzątkiem i płynem do mycia naczyń. Koleżanki podziwiały jak ładnie nam włosy cytryną pachną ;).

Poza tą traumą olejowanie wydawało mi się po prostu strasznie czasochłonne i problemowe. Najpierw nałożyć tłusty olej na całe włosy. Później posprzątać zatłuszczoną łazienkę. I jak z takim smalcem na głowie ładować się w pościel? Na początku olej nalewałam bezpośrednio na dłoń. Było to średnio wygodne i niezbyt wydajne. Teraz leję na talerzyk i w razie potrzeby ewentualnie dolewam. Jest wygodniej, łatwiej i mniej się przy tym brudzi wszystko dookoła. Najpierw olejowanie zajmowało mi chyba koło godziny. Teraz doszłam do takiej wprawy, że to dla mnie chwilka i w ogóle się przy tym nie męczę. Z problemem brudnej pościeli też sobie poradziłam. Oprócz oczywistego zabezbieczania czymś (ręcznik, turban, stara koszula nocna - serio przez jakiś czas tak robiłam i zakładałam koszulę na głowę albo na poduszkę) poduszki lub włosów mam jeszcze jeden sposób na olejowanie włosów bez tłuszczenia wszystkiego dookoła.

Moje pierwsze wrażenia po olejowaniu były bardzo pozytywne. Już po pierwszym razie włosy wyglądały widocznie lepiej (albo sobie wmawiałam). Zmieniłam szampon na delikatniejszy bez SLS i SLES. Byłam szczęśliwa, że znalazłam sposób na piękne włosy, który działa. A później jakoś tak przestał działać. Miałam wrażenie, że włosy nie dość, że przestają wyglądać coraz lepiej, a wciąż przecież daleko im do ideału, to powoli zaczynają wyglądać jak przed olejowaniem. Wielkie rozczarowanie. Olejowałam włosy jeszcze przez jakiś czas, ale bardziej z przyzwyczajenia, bo efektów nie widziałam. Później przeprowadziłam się i jakoś tak zaniechałam olejowania. Wróciłam do szamponów z SLS bo takie były w domu. Dzisiaj myślę, że to pogorszenie stanu włosów miało swoje przyczyny i nie do końca leżały one w kosmetykach do włosów. Z tego co pamiętam dość agresywnie czesałam włosy, wystawiałam je na palące słońce, moja dieta też chyba nie była wówczas idealna.

Źródło: własne
Po kilku miesiącach przyjrzałam się swoim włosom. Wyglądały źle. Przykro i smutno. Postanowiłam wrócić do olejowania. Podcięłam końcówki. Znów poświęciłam swoim włosom więcej uwagi. I one zaczęły rozkwitać. Wróciłam do picia skrzypu i pokrzywy, którego też zaniechałam. Zaczęłam znowu pić żelatynę. (Taka refleksja mnie teraz naszła, jak wiele rzeczy zaniechałam po przeprowadzce. Na szczęście na chwilę i po kilku miesiącach wróciłam do swoich zdrowych nawyków. Był czas, że prawie w ogóle o siebie nie dbałam, nie spacerowałam, nie ćwiczyłam, prawie nie używałam kosmetyków. Jadłam byle co.) Włosy wyglądały coraz lepiej. Eksperymentowałam z olejkami. Przez pewien czas aktywnie brałam udział w Niedzieli dla włosów. Kupiłam tangle teezer. Znowu podcięłam końcówki. W lipcu po raz kolejny (po planowanej przerwie) przeprowadziłam kurację skrzypokrzywą i brałam zawierające te zioła tabletki. Nazwałam to miesiącem skrzypokrzywy. I teraz moje włosy wyglądają nieźle. Nie są idealne i jeszcze długo nie będą, ale na prawdę wyglądają nieźle.

Źródło: własne
Przez ten rok olejowałam włosy oliwką Babydream, olejkiem Babydream fur Mama, Olejkiem brzoskwiniowym z Bielendy, Olejkiem Eveline po depilacji oraz spożywczym olejem rzepakowym. Poza tym zrobiłam 3 razy peeling skóry głowy. Dwa razy cukrowy i raz kawowy. I efekty były na prawdę niezłe, ale cały czas nie mogę się zmusić, chociaż wcale to nie jest aż tak kłopotliwe i czasochłonne. U fryzjera nie byłam od czasu studniówki. Cóż, warto wspomnieć, że mieszkam nad fryzjerem.

Źródło: własne
A jeżeli chodzi o samo olejowanie, to rzeczywiście działa cuda. Trzeba tylko odpowiednio dobrać sobie olejek. Metodą prób i błędów. Olejki można mieszać. Z innym olejkami ale nie tylko. Można mieszać je z odżywkami, wzbogacać półproduktami. Druga bardzo ważna rzecz, której się nauczyłam, to że chociaż olejowanie może zdziałać cuda, to nie wystarczy, jeżeli tylko na nim poprzestaniemy, a nadal będziemy włosy szarpać, prostować, farbować i ignorować zdrową dietę.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Lakier do paznokci Delia Coral Satin Candy C06

Ostatnio znalazłam w swojej kosmetyczce z lakierami takie oto różowe błyszczące cudo Delia Coral Satin Candy C06. Kolor jest słodko różowy i jest to najwyższy stopień różowej słodkości. Na dodatek posiada świecące drobinki. Bardzo ważne jest, że te drobinki nie są ani trochę wypukłe. Faktura lakieru jest gładka, dzięki czemu jest trwalszy od lakierów piaskowych, a na pewno mniej podatny na uszkodzenia. I na pewno będzie się łatwiej zmywał.

Źródło: własne
Lakier ma bardzo dobrą konsystencję. Jest na tyle lejący, że łatwo się rozprowadza, ale nie spływa z paznokci. Kolor jest nasycony i wystarczy już jedna warstwa lakieru, żeby paznokcie wyglądały ładnie. Ja akurat miałam dużo czasu, więc nałożyłam również drugą. Lakier bardzo szybko wysycha. Przygotowałam sobie wysuszacz, ale nawet nie musiałam go używać. Dwie wcale nie najcieńsze warstwy lakieru wyschły w ciągu kilku minut.

Źródło: własne
Kolor jest piękny, nasycony i taki radosny. Konsystencja lakieru idealna. Pędzelek chyba też niczego sobie, bo nie miałam żadnych kłopotów z malowaniem, a nie jestem w tym zbyt dobra. Trwałość lakieru średnia. Pod koniec drugiego dnia dostrzegłam pod mikroskopem, że lekko ściera się na końcówkach paznokcie. Ale gołym okiem nie widać. Na trzeci dzień uszkodzenia zaczynają się ujawniać, ale myślę że zachowując sporą dozę ostrożności albo używając top coat'u lakier może wytrzymać 5 dni, a może i dłużej. 

Źródło: własne
Lakier Delia Coral Satin Candy ma pojemność 11 ml i kosztuje ok 7 zł. Zdecydowanie wart swojej ceny. Uważam, że to całkiem niezły lakier do paznokci. Poza ładnym kolorem jest bezproblemowy w aplikacji, a cena nie bije po kieszeni. Niestety zmywa się o wiele ciężej, niż przypuszczałam. Używałam mocnego zmywacza z acetonem, a musiałam zużyć trzy porządnie nasączone waciki i dość intensywnie nimi pracować. Nie jest to lakier, który zejdzie od położenia na nim płatka ze zmywaczem. Gdybym miała zmywać go co drugi dzień, to bym oszalała. Ale co 4-5 dni da się przeżyć, a tyle mniej więcej wytrzymuje na paznokciach w stanie zadowalającym.

Zobacz też:

środa, 20 sierpnia 2014

Inka z kakao - mój ulubiony napój w pracy

Inka z kakaem. Od dłuższego czasu bardzo często piję w pracy właśnie taki napój. Jest pyszny, stosunkowo zdrowy, szybki i łatwy do przyrządzenia, zastępuje coś słodkiego, a nawet posiłek jeżeli wezmę za mało jedzenia lub jestem wyjątkowo głodna, a mam węża w kieszeni i nie pójdę do Almy. Niby mogłabym też iść do Aviteksu albo McDonalda, ale niezbyt to zdrowe. W takich sytuacjach ratuje mnie zbożowa kawa Inka i kakao naturalne.

Inka z kakao
Źródło: własne

Co będzie potrzebne:
  • kubek lub szklanka (kieliszek na upartego też może być)
  • łyżeczka do mieszania (w razie kryzysu można też mieszać nożem lub widelcem, a nawet długopisem czy śrubokrętem; palcem nie polecam)
  • kawa zbożowa rozpuszczalna (ja używam Inki, bo innej nie znam, tej klasycznej, bo ma najprostszy skład i jest najłatwiej dostępna)
  • kakao naturalne (oczywiście można zastąpić jakimś napojem kakaopodobnym ze zbędnymi dodatkami, ale po co?)
  • mleko (ja używam normalnego od krowy i z innym nie próbowałam, ale jak ktoś chce się podzielić opinią jak wychodzi z mlekiem sojowym, kozim, migdałowym lub kokosowym to zapraszam do komentarzy)
  • mikrofalówka lub czajnik (można też zagotować mleko na tradycyjnej kuchence i dodać składniki).
  • opcjonalnie cukier lub słodzik

Inka z kakaem
Źródło: własne

Przepis na Inkę z kakaem jest banalnie prosty, a wykonanie bardzo szybkie. Do kubka lub szklanki wsypuję dwa razy tyle Inki, co kakao (najczęściej jest to płaska łyżeczka kakao i dwie płaskie łyżeczki Inki, ale zależy od preferencji smakowych i wielkości naczynia, w którym piję). Warto pamiętać, że kakao zdecydowanie trudniej się rozpuszcza. Można dodać wg gustu cukru lub słodziku. Ja dodając 2 tabletki słodzika (a może słodziku?) otrzymuję bardzo słodki napój. Nie przesłodzony, ale mocno słodki. Jak deser. Oczywiście Inka z kakaem równie dobrze smakuje bez dodatku cukru. Napój przypomina wtedy w smaku dobrą gorzką czekoladę. Następnie szklankę zalewam do połowy mlekiem (ja używam Łaciatego 2%) i próbuję rozmieszać. Przez chwilę oczywiście, żeby z grubsza było pomieszane. Potem wkładam szklankę do mikrofalówki na ok. 2 minuty (zależy na jaką moc jest nastawiona, ja nie wiem, na jaką jest ta w pracy). Za pierwszym razem radzę uważać i dokładnie obserwować, bo wystarczy chwila nieuwagi i nam napój wykipi w mikrofalówce. Jeżeli po wyjęciu bez problemów da się rozmieszać  i uzyskać jednolitą konsystencję to przechodzimy do kolejnego punktu. A jeżeli Inka i kakao jeszcze się nie rozpuściło wkładamy do mikrofalówki na kolejną chwilę. W kolejnym punkcie zalewamy szklankę lub kubek do pełna mlekiem, mieszamy i gotowe. Inka z kakaem świetnie smakuje zarówno na ciepło, jak i na zimno. W przypadku braku, awarii lub niechęci do mikrofalówki zbożową Inkę i kakao można zalać wrzątkiem z czajnika i po rozmieszaniu uzupełnić wodą. Będzie mniej kalorycznie, a walory smakowe nie powinny nadmiernie na tym ucierpieć.
Kakao i Inka
Źródło: własne
Inkę z kakaem piję kilka razy w tygodniu. Czasami kilka razy dziennie. To ciekawy zamiennik herbat, które też uwielbiam. Jeżeli chodzi o kaloryczność to taki napój ma około 120-160 kcal w zależności od tego, w jakiej ilości użyjemy składników. Moim zdaniem Inka z kakao to świetny napój i absolutnie nie przejmowałabym się kalorycznością. O ile oczywiście się nie odchudzamy i nie mamy problemów (natury medycznej lub etycznej) z piciem mleka. Warto wliczyć ją w swój dzienny limit kalorii bo: wraz w mlekiem dostarczamy sobie pewną ilość witamin, minerałów i białka; dostarczamy sobie wody, a wszyscy trąbią, że wciąż za mało pijemy; dostarczamy sobie błonnika; Inka z kakaem smakuje jak deser, a jest o wiele zdrowsza od słodyczy. Moim zdaniem to świetny pomysł na drugie śniadanie albo podwieczorek.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Lista rzeczy do zrobienia do końca tego miesiąca

Do końca tego miesiąca zostały dokładnie dwa tygodnie. Całe 14 dni. W tym czasie można zrobić bardzo dużo, jeżeli tylko zostanie to odpowiednio zaplanowane. Wiem, że jeżeli sobie nie zaplanuję i nie napiszę na blogu, to może być różnie z moją motywacją. Dlatego postanowiłam do końca tego miesiąca zrobić kilka rzeczy. Nie są to rzeczy ani bardzo trudne ani bardzo ważne. Są natomiast pożyteczne i chciałabym, żeby były zrobione. Nie ma sensu odwlekać. Biorę się do roboty.

1. Przebiec przynajmniej 80 kilometrów (a najlepiej 100)

Źródło: własne
80 kilometrów brzmi zabójczo jak na takiego amatora jakim jestem. 100 kilometrów jeszcze gorzej. Ale wystarczy podzielić sobie 80 kilometrów na te 14 dni, które zostały do końca miesiąca. Wychodzi na to, że wystarczy żebym codziennie pokonywała 6 km i spokojnie przez dwa tygodnie przebiegnę 84 kilometry. A jeżeli pokuszę się o setkę to dziennie musiałabym przebiegać trochę ponad 7 kilometrów. 15 km co drugi dzień brzmi całkiem realnie i wcale nie morderczo. Dwa tygodnie to kupa czasu, a biegając w ładnej okolicy kilometry lecą szybko.

2. Dokończyć czytać książkę (czytam "Panią fortuny" Grahama Mastertona)

Źródło: własne
Książka liczy 636 stron, a ja jestem na 172. Może być ciężko, ale jeżeli będę czytać w drodze do pracy i z powrotem oraz kilka stron wieczorem w miarę możliwości, to na pewno dam radę. Nie lubię zaczynać książek, a później oddawać do biblioteki nie przeczytanych w całości. Skoro doszłam już tak daleko, to znaczy że książka mnie na tyle zainteresowała, że zasługuje na przeczytanie do samego końca.


3. Zrobić szpagat i uwiecznić to na zdjęciu

Źródło: własne
Kiedyś umiałam szpagat. Nauczyłam się go przez zupełny przypadek. Trenowałam sztuki walki. I podczas ćwiczeń rozciągających postanowiłam sprawdzić, czy zrobię szpagat. I okazało się, że zrobiłam. Ależ to było dla mnie zaskoczenie. Szpagat zawsze był moim marzeniem. Chciałam być baletnicą, ale byłam za gruba, więc rodzice zapisali mnie na sztuki walki. Ćwiczyłam rzuty, bloki, kopnięcia i do głowy by mi nie przyszło, że zrobię szpagat. Myślę, że jeżeli w dni, w które nie biegam będę wykonywała ćwiczenia rozciągające to za dwa tygodnie uda mi się zrobić szpagat.


Specjalnie zrobiłam sobie listę liczącą zaledwie trzy punkty, żeby wypełnienie jej było na tyle proste, że uda mi się tego dokonać. Nie ma nic gorszego, niż robienie planów, chwalenie się nimi na blogu, a później kasowanie wpisu, że niby sytuacji nie było ;) Najbardziej obawiam się biegania, bo w niedzielę (24 sierpnia) biegnę 10 km w Zawoi Perły Malopolski i nie chciałabym się nadwyrężać przed biegiem. Nie wiem też w jakiej formie będę po biegu. W końcu to biegi górskie, a nie truchcik po asfalcie. 

Pierwszy raz moje włosy wyglądają prawie idealnie

Pierwszy raz od bardzo dawna, a może pierwszy raz w ogóle moje włosy wyglądają na prawdę ładnie. Może nie są jeszcze idealne, ale w porównaniu z tym, co zdarza mi się mieć na głowie jest na prawdę super. Ogromna różnica na plus. Aż sama nie mogę uwierzyć, że to włosy tej samej osoby (czyli moje) na przestrzeni zaledwie kilku tygodni. Różnica kolorów jest spowodowana oświetleniem. Od dwóch lat nie robię nic, co mogłoby wpłynąć na zmianę koloru włosów.

Źródło: własne

Źródło: własne
Moim zdaniem efekt jest całkiem niezły i wyraźnie widoczny. Równie ładnie moje włosy wyglądały chyba tylko wtedy. Co ciekawe nie zrobiłam dzisiaj z włosami nic nadzwyczajnego. Jedynie dwa drobne szczegóły, a różnica kolosalna. Ale zacznijmy od początku. Na noc nałożyłam na włosy olejek Babydream fur Mama i spałam z nim jakieś 5-6 godzin. Następnie umyłam włosy szamponem z Alterry granat i aloes. Myję włosy tylko rozcieńczonymi szamponami, a oleje zawsze zmywam dwa razy. Wymyte włosy lekko wycisnęłam w ręcznik i nałożyłam na 20 minut maskę Gloria. Dodatkowo na głowę założyłam plastikowy czepek. Po opływie wyznaczonego czasu, który przeznaczyłam chyba jak zwykle na czytanie blogów, spłukałam włosy i zawinęłam na chwilę z turban. Kiedy już odciekły delikatnie wysuszyłam je suszarką i spryskałam odżywką w spraju Marion. Taką niebieską. Ona jest z olejkiem arganowym, ekstraktem z hibiskusa i bławatka. Do czesania oczywiście użyłam tengle teezer. Odkąd kupiłam tę szczotkę właściwie w ogóle nie używam grzebienia do czesania. No może jedynie do zrobienia przedziałka. 

Źródło: własne
Powyżej kosmetyki, które wykorzystałam w tej Niedzieli dla włosów. Cały czas się zastanawiam, czy ten całkiem niezły efekt to przypadek, czy może coś konkretnego zadziałało. A jeżeli tak, to co? Czepek czy suszarka? Czy jedno i drugie. Bo pozostałych kosmetyków używam regularnie i dotąd jakoś nie było efektu wow. 

Źródło: własne


niedziela, 17 sierpnia 2014

Pas z bidonem do biegania Martes

Pas z bidonem do biegania firmy Martes dostałam niedawno od taty na imieniny. I to był świetny pomysł. Wbrew temu, co sądziłam zaczynając biegać, zalety takiego pasa znacznie przewyższają jego wady.

Źródło: własne
Jak już wspominałam ten pas z bidonem do biegania to prezent, więc nie wiem, ile kosztował i dociekać nie będę. W pierwszej chwili bardzo się ucieszyłam, że będę mogła pokonywać dłuższe dystanse bez uczucia dokuczliwego pragnienia. Na dodatek kieszonka na drobiazgi znacznie podnosi mi komfort treningu. Mogę spokojnie schować do niej klucze, jakieś pieniądze, bilet czy nawet dowód osobisty jakbym zapragnęła zimnego radlera (bez dowodu nikt mi nie sprzeda nawet karmi bezalkoholowego, bo wyglądam mniej więcej na 15-17 lat ;)). Wreszcie nie muszę dzierżyć kluczy w ręce i mogę się napić izotonika w każdej chwili. Trochę obawiałam się, bo kieszonka jest siateczkowa w związku z czym delikatniejsza i klucze albo plastikowe dokumenty mogą ją uszkodzić. Mój pierwszy bieg z tym bidonem był tak przyjemny, że aż niezamierzenie przebiegłam sobie półmaraton (bo planowałam tylko 5 km sobie walnąć). Jeżeli chodzi o niedogodności, to nie da się ukryć, że bieganie z czymś przewiązanym (a właściwie przyczepionym) do talii/bioder nieco różni się (na niekorzyść) od biegania bez niczego. Ciężko idealnie wyregulować pasek, szczególnie jeżeli człowiek cały czas pozostaje w ruchu i to stosunkowo szybkim. Albo coś gniecie, albo obciera, albo pas się przesuwa. I ten bidon z piciem to dodatkowe obciążenie. Mój bidon ma pojemność 520 ml, więc to dodatkowe ok. pół kilo. Niby nic, ale biorąc pod uwagę, że nierównomiernie rozmieszczone w jednym miejscu, to stwarza pewien drobny dyskomfort. Oczywiście można się przyzwyczaić, ostatecznie zmęczenie podczas biegu czy pocenie się też jest dyskomfortem. Najwygodniej jest biegać z bidonem na plecach. Na brzuchu nie próbowałam, a po prawej lub lewej stronie kompletnie odpada, bo niesymetrycznie. Cały czas mam drobne obawy, że zatrzask na który zapina się pas, szybko się złamie. Chyba dlatego, że pas zapina się dość ciężko. Ale przynajmniej mniejsze prawdopodobieństwo, że się rozepnie w trakcie biegu.

Źródło: własne

Z czystym sumieniem mogę polecić pas z bidonem każdemu kto biega dłuższe dystanse (szczególnie latem). To bardzo przydatna rzecz i na prawdę podnosi komfort treningu, chociaż oczywiście jak zawsze jest coś za coś i trzeba się przyzwyczaić do tego drobnego dyskomfortu posiadania czegoś uwieszonego w okolicach brzucha. Nie wiem, jak pas z bidonem Martes wypada na tle innych, ponieważ nie mam porównania. Wydaje mi się, że podobnie, ale oczywiście mogę się mylić. Tak czy inaczej polecam, bo warto. Niekoniecznie akurat taki sam jak mój ;)

piątek, 15 sierpnia 2014

Moja ulubiona pomadka i balsam do pielęgnacji ust

Zazwyczaj usta smaruję byle czym. Praktycznie każda pomadka ochronna ma podobny skład i podobne działanie. Różnią się głównie zapachem i ceną. Czasami wyglądem i konsystencją. Ale generalnie rzecz biorąc nigdy nie robiło mi specjalnej różnicy, co kładę na usta. Dlatego też zazwyczaj były to najtańsze pomadki albo zwykły krem Nivea. Ale mam swoich dwóch ulubieńców do ust. 

Wibo, Lovely, Balsam do ust z aloesem i mentolem
Źródło: własne
Wibo, Lovely, Balsam do ust z aloesem i mentolem (Liquid Lip Balm with Aloe Vera and Mentol) to zdecydowanie moje ulubione smarowidło do ust na lato. Nie posiada świeżego, orzeźwiającego zapachu, ale posiada coś lepszego. Właściwości chłodzące. Skład tego balsamu do ust też jest bardzo ładny i pełen dobroci. Głównym składnikiem balsamu do ust Lovely jest wazelina. Poza nią balsam do ust z aloesem i mentolem zawiera olej jojoba, masło shea, ekstrakt z aloesu, kwas salicylowy i oczywiście mentol. Cena za 12 ml tubkę to ok. 5zł. Do wad niestety muszę zaliczyć nie powalający na kolana zapach i kiepski smak. Ponadto mój aplikator (nie wiem, czy w każdym balsamie występuje ten feler) ma takie zgrubienie, które jest bardzo silnie wyczuwalne na ustach i może je poharatać. Jedyną radą jest smarować usta uważnie, omijając to pechowe miejsce. Co ciekawe aplikator można spokojnie zdjąć i np. wymyć/zdezynfekować w razie potrzeby. Dzięki temu na upartego pustą tubkę można łatwo wykorzystać przekładając do niej np. balsam własnej roboty. Opakowanie w ogóle jest bardzo urocze. Strasznie mi się podoba. Sam balsam ma gęstą i bezbarwną konsystencję. Nie nadaje ustom koloru, połysku też właściwie nie nadaje. Ale na pewno je odżywia i chroni przed wysuszeniem. 


Nivea, Vitamin Shake, Pomadka do ust z żurawiną i maliną

Źródło: własne

Nivea, Vitamin Shake, Pomadka do ust z żurawiną i maliną to jedna z moich ulubionych pomadek do ust. Przepięknie pachnie i nadaje delikatny połysk i kolor. Jest na prawdę świetna. Jej głównym składnikiem jest olejek rycynowy, poza tym zawiera masło shea, witaminę C i E oraz prowitaminę B5, olej migdałowy i olej z awokado. Ponadto zawiera filtry UVA i UVB. Pomadka Vitamin Shake kosztuje około 8 zł. To jedna z droższych pomadek Nivea, ale też jedna z lepszych. Uwielbiam jej świeży owocowy zapach, chociaż jak się człowiek porządnie wwącha czuć zapach oleju rycynowego. Uwielbiam też kolor sztyftu. Jest wielokolorowy, w takie maziaje. Niczemu to nie służy, ale ślicznie wygląda. Samo opakowanie też jest niczego sobie. Połączenie maliny i żurawiny to świetny pomysł. Uwielbiam żurawinę. W takiej postaci również. Zawsze mam pewne obawy w stosunku do kosmetyków z olejkiem rycynowym, ale pomadka nie wysusza ust. Sam sztyft jest miękki i pod wpływem wysokiej temperatury lubi mięknąć jeszcze bardziej. Nie jest to wada, bo się nie roztapia, ale warto tę właściwość wziąć pod uwagę. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...