czwartek, 31 lipca 2014

Kapteren 50 Kalenji buty do biegania damskie

Kalenji Kapteren 50 to moje drugie buty do biegania. Kupiłam je, bo uznałam, że na pewnym etapie to już wypada mieć co najmniej dwie pary butów do biegania.


Buty do biegania damskie Kapteren 50 Kalenji są idealne pod względem kolorystycznym. Czarne z różowymi elementami. Urzekły mnie od razu. Cena też urzekła, bo kosztowały w Decathlonie zaledwie 79,99 zł (a teraz podobno można je kupić za 49,90. Kapteren 50 różnią się od moich drugich butów (Kalenji Ekiden 50) nie tyko kolorem. Model Kapteren 50 posiada twardą podeszwę i przeznaczony jest do biegania po terenie pagórkowatym czyli w pięknych okolicznościach natury. Są też ogólnie solidniejsze. Myślę, że mogłabym w nich nawet tak rekreacyjnie i po kobiecemu w piłkę nożną pograć. I na pewno na bieganie w zimie z dwóch modeli, które posiadam wybiorę właśnie te. 


Jestem bardzo entuzjastycznie nastawiona do tych butów. Kalenji Kapteren 50 są śliczne, lekkie, a jednocześnie sprawiają wrażenie naprawdę stabilnych i wytrzymałych.



Buty do biegania Kapteren 50 Kalenji pierwszy raz wypróbowałam dopiero po kilku tygodniach. Trochę z powodu kontuzji, a trochę dlatego, że często mam opory przed korzystaniem z nowo kupionych rzeczy, że się zniszczą :P Pierwszy dystans w tych butach to były 3 km spaceru i 6 km biegania. I buty trochę mnie obtarły. Co zabawne  czwarty (ten mniejszy) palec prawej stopy od góry. Byłam zszokowana i zawiedziona, bo buty do biegania przecież z definicji są wygodne, nie obcierają i absolutnie ani but do stopy, ani tym bardziej stopa do buta nie musi się dopasowywać. Trochę się obawiałam, że powtórzy się historia z butami do chodzenia Lonise Newfeel.


Drugie podejście do butów Kapteren 50 Kalenji było już udane. Nic mnie nie obtarło, nic nie gniotło. Czasami palce mi się źle w bucie układały, ale nie sądzę, że to wina buta. Przy każdych innych też mi się to zdarza, więc to chyba wina moich palców. Jeżeli chodzi o komfort biegania pewnie bardziej bym je doceniła, gdybym rzeczywiście miała okazję biegać po takim terenie, do jakiego są przeznaczone. Nie znaczy to, że bieganie po mieście w butach  Kapteren 50 jest niekomfortowe. Biega się dobrze, ale porównując z Ekiden 50, te drugie są bardziej miękkie i mam wrażenie, że lepiej amortyzują twarde chodniki. Nie mam zbyt często możliwości biegać w naturalnym terenie, ale i tak nie żałuję tego zakupu. A może to będzie zachęta, żeby częściej robić sobie biegi przełajowe :)

wtorek, 29 lipca 2014

Isana Dusch Ol (Olejek pod prysznic) - świetny kosmetyk do demakijażu

Isana Dusch Ol to właściwie olejek pod prysznic. Służy do mycia ciała. Tzn. nigdzie nie jest napisane, że tylko do ciała, ale tak wywnioskowałam. Rzadko nazywa się olejkiem pod prysznic coś, co miałoby również służyć do mycia twarzy. A jeżeli tak jest, to producent chętnie o tym wspomina. A tutaj ani słowa. Właściwie w ogóle jest dość skromnie, jeżeli chodzi o treść na opakowaniu kosmetyku. Mamy informację, że jest to natłuszczający olejek pielęgnujący skórę suchą i wrażliwą. Że zawiera pantenol i witaminę E, które chronią przed wysuszaniem oraz że Isana Dusch Ol ma pH przyjazne dla skóry i że olejek jest testowany dermatologicznie.
Źródło: własne
Na opakowaniu nie mogło oczywiście zabraknąć składu. Jest on prosty i krótki.
Isana Dusch Ol - skład:
 Glycine Soja Oil, Mipa Laureth Sulfate, Laureth-4, Hellianthus Annuus Seed Oil, Parfum, BHT, Panthenol, Tocopheryl Acetate
Tłumacząc na bardziej przystępny język Isana Dusch Ol zawiera (zgodnie z kolejnością): olej sojowy, detergent z grupy tych silniejszych, emulgator i substancja aktywnie myjąca, olej słonecznikowy, kompozycję zapachową, przeciwutleniacz, prowitaminę B5 czyli panthenol oraz witaminę E. 

Początkowo używałam tego olejku do mycia ciała. Miałam nadzieję, że pozwoli mi zrezygnować z balsamu po kąpieli, przy jednoczesnym zachowaniu nawilżonej skóry. Nie do końca tak było, ale efekt można porównać z balsamem pod prysznic. Skóra była trochę lepiej nawilżona niż kiedy używałam innego kosmetyku i nie smarowałam ciała balsamem. Ale trzeba przyznać szczerze, że Isana Dusch Ol balsamu nie zastąpi. Dla bardzo suchej skóry ten olejek pod prysznic sam nie wystarczy i może być potrzebny również balsam po kąpieli. Ale w przypadku skóry normalnej świetnie się spisze i pozwoli zrezygnować z balsamów albo ograniczyć ich stosowanie. 

Isana Dusch Ol ma jedną poważną wadę. I kilka mniejszych. Ta najpoważniejsze to zapach. Trochę śmierdzi. A ten smród utrzymuje się na ciele przez pewien czas, a w łazience o wiele dłużej. Większość użytkowniczek zgodnie twierdzi, że olejek śmierdzi rybą. Moim zdaniem nie jest aż tak źle, aczkolwiek wyczuwam w nim nutę rybną. Drugim mankamentem Isana Dusch Ol jest konsystencja. Bardzo rzadka, przez co kosmetyk jest niezbyt wydajny. I łatwo go rozlać lub wylać na dłoń zbyt dużo. Może nie powinnam się czepiać, bo olejek to olejek i ciężko, żeby miał konsystencję żelu. Ale uznałam, że warto o tym wspomnieć. A i podczas mycia nim twarzy za każdym razem jakimś cudem odrobina dostaje mi się do ust i daje bardzo nieprzyjemny posmak. Już nie rybny. Bardziej taki chemiczny. I takie dziwne uczucie. Ale poza tym Olejek pod prysznic Isana doskonale sprawdza się do mycia twarzy. Pozostawia buzię trochę mniej wysuszoną, niż inne kosmetyki do mycia twarzy. I doskonale zmywa makijaż. Z tym wodoodpornym też sobie radzi, chociaż nieco gorzej. Ale jeżeli chodzi o demakijaż przy kosmetykach wodoodpornych Isana Dusch Ol jest na prawdę świetny. Lepszy od innych żelów, mleczek czy płynów. Wystarczy zmoczyć twarz, rozprowadzić odrobinę olejku, przez chwilę masować i dokładnie spłukać. I po makijażu nie ma ani śladu! W dodatku ani twarz ani oczy nie są podrażnione, a cień i kredka usunięte z powiek. 

Olejek pod prysznic z Isany na prawdę z czystym sumieniem mogę polecić. Ja jestem zadowolona i regularnie go kupuję. Na promocji kosztuje 3,99 zł, a bez promocji chyba około 5 zł. Opakowanie zawiera 200 ml produktu. Jak każdy z produktów Isany dostępny jest jedynie w Rossmannie. 

piątek, 25 lipca 2014

21 km - półmaraton

21 km i 97,5 m - tyle liczy półmaraton. Zapisałam się na Cracovia Półmaraton Królewski i teraz ostro trenuję. Nie, tak na prawdę nie trenuję specjalnie ostro. Normalnie. Nie przemęczam się, nie przeciążam i nie spinam. Tylko przy każdym biegu myślę o tym półmaratonie, który odbędzie się 26 października w Krakowie.

Dwadzieścia jeden kilometrów to dystans, którego nigdy wcześniej jeszcze nie przebiegłam. Do teraz. Biegam już od kilku miesięcy i nie stresuję się startami tak, jak kiedyś. Bardzo poprawiła mi się samoocena i głęboko wierzę w swoje możliwości. I że przebiegnę półmaraton też byłam i oczywiście cały czas jestem pewna. Ale zżerała mnie ciekawość, jak to jest przebiec 21 km. Najwięcej przebiegłam około 19 km ale nie miałam wtedy jeszcze Endomondo, więc pojęcia nie mam w jakim czasie. I w sumie nie o czas mi wtedy chodziło. Nie o szybkość, a o wytrzymałość. 

Wiedziałam, że kiedyś nastąpi ten dzień. Dzień w którym przebiegnę 21 km. Nie planowałam tego. Tak wyszło. Kiedy zobaczyłam na Endomondo 18 km, choćbym się miała czołgać, musiałam zrobić te 21, 97,5 km. I faktycznie ostatnie dwa kilometry prawie się czołgałam i zrobiłam je bardzo na siłę. Ale musiałam! Byłam tak blisko magicznego dystansu półmaratonu, że nie darowałabym sobie, gdybym się poddała. 


Długo nie mogłam uwierzyć, że Hujowa Górka istnieje na prawdę, że to nie jest jakiś żart. I do teraz nie jestem tego pewna. Trasy nie widać zbyt dokładnie, bo robiłam dużo kółeczek. Nie chciałam się za bardzo oddalać od domu. Szczególnie, że w ten dzień było dość ciepło, ja biegłam jedynie z telefonem w opasce na ramię. Bez żadnej wody, izotonika, żelu. W ręce miałam jedynie klucze, a w kieszonce chusteczkę higieniczną. Na dodatek wyszłam biegać prawie na czczo (wypiłam jedynie butelkę jogurtu) i po całodziennej imprezie. I dałam radę, bo co miałam nie dać :) Tak szczerze, to trochę trudno mi uwierzyć, że akurat tego dnia przebiegłam 21 km. Bo że potrafię przebiec, to jestem pewna, ale wiadomo że okoliczności mają ogromne znaczenie. A zapomniałabym. Jestem po kontuzji kolana i cały czas jeszcze pobolewa przy bieganiu.




Czas i prędkość nie powalają, ale dla mnie to i tak sukces. Co więcej podczas tego biegu udało mi się pobić swoje dwa rekordy na Endomondo. W godzinę: 9,31 km i oczywiście półmaraton: 2 godziny, 30 minut i 27 sekund. Najwięcej swoich rekordów pobiłam na Biegu AGH. Tym, który przebiegłam z bolącym kolanem. O ironio. Do dzisiaj nie ogarniam jak to możliwe i jak ja tego dokonałam, bo biegłam raczej wolniej niż jestem w stanie. I nawet myślałam o zejściu z trasy, tak momentami bolało. Cóż, z tego wynika, że sukcesy rodzą się w bólu. 

wtorek, 22 lipca 2014

Eveline, Big Volume Lash, Wodoodporny tusz do rzęs - Najlepszy tusz do rzęs

Eveline, Big Volume Lash, Wodoodporny tusz do rzęs to zdecydowanie mój faworyt wśród wodoodpornych tuszów do rzęs. Całkiem niedawno i zupełnie przypadkowo weszłam w jego posiadanie. Lubię tusze wodoodporne, bo mam pewność, że łzy, pot, deszcz ani pocieranie oczu nie zafunduje mi efektu pandy. Wygoda i trwałość jest warta tych kilku minut więcej wieczorem podczas demakijażu. 

Źródło: własne

Źródło: własne
Tusz Eveline Big Volume Lash jest naprawdę trwały. Nie rusza go deszcz, nie rusza go pot ani łzy. Okazał się także odporny na pocieranie oczu. Raz zdarzyło mi się spać w makijażu. Również wszystko prawie w porządku. Trwałość oceniam na 10/10. Cena tego tuszu to ok. 20 zł. Najtańsze tusze kosztują ok. 10 zł i zazwyczaj te kupuję, ale być może dla Eveline Big Volume Lash nagnę trochę swoje oszczędnościowe zasady. Ten tusz zdecydowanie jest tego wart. Poza tym, że jest trwały i łatwo dostępny (praktycznie każdy Rossmann) daje naprawdę fajny efekt.

Źródło: własne
Rzęsy są pogrubione, wydłużone, przyciemnione. Wyglądają wyraźnie lepiej. Lepiej niż w przypadku innych tuszów. Szczoteczka jest duża i wygodna. Malowanie rzęs nie sprawia problemów. Na dobrą sprawę wystarczy jednokrotne pomalowanie rzęs, żeby wydłużyć je i pogrubić.

Źródło: własne

piątek, 18 lipca 2014

Buty do chodzenia Lonise Newfeel - pierwsze wrażenia

Buty do chodzenia Lonise Newfeel kupiłam kilka tygodni temu w Decathlonie. Kosztowały niecałe 40 zł i były na jakiejś promocji tudzież przecenie (używam tych pojęć zamiennie). Od dawna przymierzałam się do kupna tego typu butów i wreszcie udało mi się zdecydować. 

Źródło: decathlon.pl/buty-miejskie-damskie-lonise-id_8274582.html

Od bardzo dawna dużo chodzę i niestety robiłam to w byle jakich butach, które akurat pasowały mi do reszty stylizacji. Czasami w klapkach, czasami na obcasach, czasami w balerinkach z podeszwą cienką jak tektura. Na pewno nie było to zdrowe dla moich stóp i cieszę się, że już mam buty do chodzenia.

Pierwsze wrażenie
Źródło: własne
Buty do chodzenia Lonise Newfeel od razu mi się spodobały, bo są bardzo eleganckie jak na sportowe buty. Proste, jednokolorowe, czarne. Pasują zarówno do luźnego stroju sportowego, jak i do bardziej eleganckiego ubrania. Buty Lonise Newfeel są stosunkowo długie i wąskie. Noszę numer 36/37 i kiedy przymierzyłam buty w rozmiarze 37 były dobre na szerokość, ale zdecydowanie za długie. Natomiast numer 36 były nieznacznie za długie (nie przeszkadzało to w niczym) i odrobinę za wąskie. I miałam dylemat, czy wybrać buty znacznie za długie czy trochę za wąskie. Czy w ogóle zrezygnować z tego modelu. Ostatecznie doszłam do wniosku, że na szerokość mogą się jeszcze rozciągnąć. A jak nie, to trudno. Oddam albo sprzedam. 40 zł to nie majątek, a buty mają potencjał. To najładniejsze i najbardziej "normalne" buty do chodzenia jakie widziałam. Lonise Newfeel na to nie wyglądają, ale mają na prawdę grubą wkładkę amortyzującą.

Pierwszy spacer
Źródło: własne
Po pierwszym założeniu i ponad półgodzinnym spacerku buty mnie obtarły. I to wcale nie tam, gdzie sądziłam, a w okolicach ścięgna Achillesa. Dość mocno, ale nie do krwi na szczęście. Cóż, tego się nie spodziewałam. Przecież sportowe buty są wygodne od pierwszego założenia i nie obcierają. A już na pewno nie podczas krótkiego spaceru. Trochę się zawiodłam, ale dam tym butom drugą szansę. Normalne buty też zawsze na początku mnie obcierają a później się dopasowuje. Stopa do buta, albo but do stopy ;)

wtorek, 15 lipca 2014

Bieganie w deszczu

Bieganie w deszczu nie jest niemożliwe, ale na pewno znacznie mniej komfortowe. Oczywiście nie mam na myśli delikatnej mżawki przyjemnie orzeźwiającej w upalne dni tylko taki prawdziwy paskudny deszcz. Ten paskudny deszcz może być dużą przeszkodą w bieganiu, często jest już przeszkodą, żeby w ogóle wyjść z domu. 
Źródło: własne
 Bieganie w deszczu, jak wszystko, ma swoje wady i zalety. Jak dla mnie więcej wad, ale jeżeli od tygodnia pada to idę biegać. Jeżeli deszcz upodobał sobie akurat ten czas, kiedy odbywa się jakiś bieg, czy nawet zwykły trening też idę. Ale klnę w duchu niemiłosiernie na ten deszcz ;)

Zalety bieganie w deszczu:
- Jest zdecydowanie chłodniej. Deszcz przyjemnie ochładza podczas wysiłku.
- Mnie w deszczu biega się znacznie szybciej, bo mam świadomość, że im szybciej przebiegnę, tym szybciej przestanę moknąć. 
- Bieganie w deszczu jest trudniejsze, a podnoszenie sobie poprzeczki i poziomu trudności pozytywnie wpływa na nasze wyniki. 
- W deszczowe dni jest znacznie mniejszy tłok, czy to na ścieżkach biegowych, czy na biegach czy na treningach. Zostają tylko najwytrwalsi. 


Wady biegania w deszczu:
- Ubranie nieprzemakalne niewiele daje, bo nawet jeżeli nie przemokniemy od deszczu, to i tak będziemy mokrzy od potu, więc w sumie na jedno wychodzi czy mamy na sobie nieprzemakalną odzież czy nie.
- Buty bardzo szybko będą całe mokre, skarpetki też. Łatwiej wtedy o otarcia, a bieganie w mokrych skarpetach jest dość nieprzyjemne. 
- Jest mokro i ślisko. Łatwiej o poślizgnięcie się i kontuzję. Biegając w deszczu trzeba zachować większą ostrożność.
- Deszcz to gorsza widoczność. Zarówno dla biegaczy (którym woda się leje po twarzy) jak i dla uczestników ruchu drogowego. Plus wspomniana wyżej śliskość znacznie zwiększają niebezpieczeństwo podczas takiego biegania. 
- Telefon z Endomondo cały zamoknie. A jak zamoknie to się zepsuje. 
- Deszcz oznacza błoto, a błoto oznacza całe butki i spodenki upaprane. A jeżeli butki są białe to w ogóle kaplica. O białych spodenkach aż strach myśleć w kontekście błota.
Źródło: własne
- Przemoknięty człowiek jest bardziej narażony na przeziębienie i np. bóle stawów czy inne reumatyczne dolegliwości. 
- Deszczowy chłodek jest przyjemny tylko latem. W zimniejsze pory roku to zdecydowanie bardziej wada, niż zaleta.
Źródło: własne
Bieganie w deszczu moim zdaniem ma zdecydowanie więcej wad, niż zalet, chociaż oczywiście wiele zależy od natężenia deszczu, temperatury i otoczenia. I oczywiście od tego, jaki efekt chcemy osiągnąć. Czasami bieg w deszczu może być fajnym urozmaiceniem i uzupełnieniem treningu. Czasami jest koniecznością, kiedy od miesiąca pada, a szkoda robić sobie takie zaległości w bieganiu. Osobiście w deszczu biegam rzadko. Tylko jeżeli mam jakiś bieg lub trening. Albo kiedy mam dużą ochotę pobiegać. Moja ochota zawsze jest silniejsza od pogody ;)

poniedziałek, 14 lipca 2014

Olejowanie bez tłuszczenia poduszki

Czy można olejować włosy na noc, bez duszenia głowy w turbanie i bez upaprania pościeli? Można. I nie chodzi o położenie szmatki/ręcznika na poduszce (i tak się wszystko podczas spanie poprzesuwa). Nie jest to mój autorski pomysł (nie wiem czyj), żadna nowość zza oceanu ani nawet coś dziwacznego. Sposób, żeby podczas nocnego olejowania nie brudzić wszystkiego dookoła jest dość prosty i ma coś wspólnego z chemią. Ja z chemii nigdy nie byłam dobra, więc tłumaczyć nie będę. 

Źródło: własne
Patent polega na tym, żeby na naolejowane włosy nałożyć jeszcze krem lub odżywkę/maskę. Dzięki temu zrobią się one o wiele mniej tłuste plus dodatkowo będą pielęgnowane składnikami z kremu lub odżywki. Ja ten patent stosowałam kilka razy i jestem bardzo zadowolona. Zazwyczaj nakładam olej na włosy i czekam, a krem lub maskę kładę dopiero bezpośrednio przed położeniem się do łóżka. Nie wiem, czy to ma jakiś sens albo uzasadnienie. Możliwe, że nie, ale tak sobie wymyśliłam, że przez chwilę trzymam sam olej, a krem nakładam trochę później.




Na olej nakładam jeden z trzech kosmetyków widocznych powyżej. Są to krem oliwkowy do ciała Isana, maska do włosów Kallos Latte albo maska do włosów z łożysk. Nakładanie kremu lub maski na naolejowane włosy jest o wiele łatwiejsze, niż na suche. Czasami próbowałam używać kremu oliwkowego zamiast olejowania. nakładałam go na suche włosy i było ciężko. Na oleju super się rozprowadza. łatwo i szybko. Polecam. I hokus pokus czary mary - naolejowane włosy przestają być tłuste. Oczywiście wciąż mogą zostawić jakieś plamy na pościeli, ale nie aż tyle i nie tak trudne do usunięcia. 


środa, 9 lipca 2014

Chodzenie

Od dawna dużo chodziłam. Można powiedzieć, że bieganie zaczęłam od chodzenia. Wcześniej pokonywałam kilkanaście kilometrów pieszo, kilka razy w tygodniu. Myślę, że dzięki temu bieganie od początku szło mi znacznie łatwiej, niż bym przypuszczała. Zacząć bieganie od chodzenia to dobry pomysł. Energiczny marsz to również świetne ćwiczenie i sposób na spalanie kalorii. Przykładowo wg Endomondo taka ja podczas półgodzinnego spacerku do pracy spalam 140 kcal. Nie jest to może wyjątkowo dużo, ale taki spacerek nie zajmuje też zbyt wiele czasu, ani nie jest specjalnie męczący. To taki trening przy okazji, bo i tak muszę tę odległość pokonać, więc czemu nie na piechotę. To tylko 15 minut dłużej niż tramwajem, a korzyści jest wiele. Warto zrezygnować albo ograniczyć komunikację miejską czy samochody na rzecz spacerów lub jazdy na rowerze czy też rolkach. 

Mój spacer do pracy

Chodzić zaczęłam dla kondycji, żeby trochę schudnąć i ... bo miałam za dużo czasu. I całe szczęście, że wybrałam taki zdrowy sposób na zabijanie czasu. Później, kiedy przestałam cierpieć na nadmiar czasu pomyślałam, żeby chodzenie zamienić na bieganie. Bardziej efektywne i mniej czasochłonne. I na myśleniu pozostałam bardzo długo. Dopiero w lutym tego roku tata namówił mnie na bieganie. Dałam się namówić i zaczęłam biegać. Ale wciąż chętnie i dużo chodzę. Jeżeli mam taką możliwość i czas pozwala wolę przejść gdzieś na nogach, niż jechać. Uwielbiam również wchodzenie po schodach. Ostatnio ze względu na kontuzję zrezygnowałam ze schodzenia. Ale wchodzę. 
Źródło: własne
Niedawno również zdecydowałam się w końcu kupić buty do chodzenia. Trochę późno, bo przeszłam już w swoim życiu sporo kilometrów. W zupełnie nie nadającym się do tego obuwiu. No, ale lepiej późno niż wcale. Buty do chodzenia już mam. Zdecydowałam się na buty miejskie damskie Lonise Newfeel widoczne na powyższym zdjęciu. Niebawem ukaże się recenzja tych butów wraz z większą ilością wyraźniejszych zdjęć.

Odkąd mam Endomondo wreszcie wiem, jak szybko i jak daleko chodzę. Do tej pory patrzyłam tylko na czas, który zajmowało mi chodzenie. I przyznam szczerze, że nadal czas spaceru jest dla mnie najistotniejszym wskaźnikiem. A przebytą odległość i tempo traktuję jako takie ciekawostki. A staram się chodzić codziennie przynajmniej pół godziny, a jeżeli tego dnia nie biegam ani nie ćwiczę nic innego, to godzinę. Oczywiście nie zawsze mi się udaje i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Po prostu staram się codziennie przynajmniej przez tę godzinę czy pół godziny się przespacerować.  

sobota, 5 lipca 2014

Pierwszy bieg po kontuzji

Nadszedł w końcu ten dzień, że po dłuższej przerwie założyłam na nogi buty do biegania i ruszyłam truchcikiem przed siebie. Nie ukrywam, że był to dzień dość mocno przeze mnie oczekiwany. Towarzyszyła mi nadzieja, że już wszystko będzie dobrze, ale też strach, że jednak jeszcze nie jest ok (i nie wiadomo kiedy będzie).

Od prawie trzech tygodni nie biegałam z powodu kontuzji, która przytrafiła mi się 14 czerwca. Teraz jak musiałam sobie przypomnieć datę, to słowo daję byłam pewna, że to było później. Nie do uwierzenia, że nie biegałam prawie trzy tygodnie. Całkiem dobrze poradziłam sobie z przerwą w bieganiu. Trochę było mi smutno, ale absolutnie nie było to jak odwyk od narkotyków (nie żebym wiedziała, jak wygląda odwyk od narkotyków na własnej skórze, absolutnie nie). 

Na pierwszy bieg po dłuższej przewie zdecydowałam się w czwartek 3 lipca. Pogoda była wręcz idealna do biegania. Postanowiłam przebiec tylko kawałek, spokojnie i powoli. To był rodzaj próby, czy noga działa już jak trzeba. Oczywiście po pierwszy kilometrze stwierdziłam, że zrobię co najmniej 10 km, bo pogoda super, a dawno nie biegałam. Ale szybko sprowadził mnie na ziemię lekki ból kolana. Krzyczało do mnie, żebym się nie wydurniała, bo tak mi da popalić, że przez rok nie pobiegam. To poszłam po rozum do głowy, zrobiłam pętlę dookoła Bonarki i wróciłam do domu. 





Wyszło jakieś 5 km, czyli akurat. Za mało, żeby się uszkodzić, a wystarczająco dużo, żeby sprawdzić co jest grane. Kolano potrzebuje jeszcze czasu na regeneracje i nie powinnam go obciążać, ale trochę pobiegać myślę, że mogę.Tak, żeby nie zapomnieć ani nie zarosnąć tłuszczem. Trochę się bałam następnego dnia po biegu, ale wbrew moim obawom ten ból kolana się nie nasilił tylko zupełnie zniknął do rana. To dobry znak. Strasznie się cieszę, że wracam do zdrowia i biegania.

Myślę, że takie kontuzje mają dwie dobre strony. Po pierwsze są sygnałem, że nasze ciało nie jest niezniszczalne, że trzeba dbać o siebie, nie lekceważyć sygnałów, które wysyła nam ciało. Postanowiłam sobie, że nie będę już lekceważyła rozgrzewki, tak jak mi się zdarzało to robić i będę bardziej dbała o właściwe odżywianie (napisała Ania objadając się galaretkami w czekoladzie). I druga ważna rzecz: ta kontuzja pozwoliła mi docenić to że mogę biegać, że mogę chodzić w ogóle. Do tej pory traktowałam to jak coś oczywistego. A oczywistości się nie docenia, nie cieszy z nich, nie dziękuje za nie losowi. Teraz wiem, że biegania ani normalne chodzenie bez bólu i kuśtykania nie jest czymś co po prostu mam. W każdej chwili mogę to stracić i teraz na prawdę doceniam. 

Doceń
Męża, który chrapie obok – to znaczy, że nie jest u kochanki.
Podatki, które płacisz – to znaczy, że masz dochody.
Naczynia, które musisz pozmywać po gościach – to znaczy, że masz przyjaciół.
Ubranie, które stało się za małe – to znaczy, że masz wystarczającą ilość jedzenia.
Trawnik, który musisz skosić, okna, które musisz umyć, kran, który musisz naprawić – to znaczy, że masz dom.
Miejsce na samym końcu parkingu – to znaczy, że masz samochód.
Kobietę, która drze ci się do ucha – to znaczy, że wciąż masz słuch.
Górę prania – to znaczy, że twoja rodzina ma w co się ubrać.
Budzik, który budzi cię o świcie – to znaczy, że wciąż żyjesz.
Źródło: https://www.facebook.com/Po.Pierwsze.Ludzie


Miłego dnia :)

piątek, 4 lipca 2014

Lipiec miesiącem skrzypokrzywy

Skrzypokrzywa to po prostu zaparzone w jednym kubku suszone zioła skrzypu oraz pokrzywy. Taka ziołowa herbatka ma przyspieszać wzrost włosów i zapobiegać ich wypadaniu. Skrzypokrzywa prawdopodobnie będzie miała również dobry wpływ na paznokcie.

Źródło: własne
Moją poprzednią trwającą dwa miesiące kurację skrzypokrzywą zakończyłam w marcu i od lipca zaczynam ponownie. Pijąc skrzypokrzywę należy robić przerwy, nie zaleca się picia ziół na okrągło całymi miesiącami.

Zamierzam pić po dwa kubki skrzypokrzywy dziennie. Myślę, że to akurat, ani za mało ani za dużo. Lato jest o tyle dobrym czasem na tę kurację, że jest ciepło i więcej się pocimy. A skrzypokrzywa działa moczopędnie i jest szansa, że część wody wypocimy i nie będziemy latać do kibelka aż tak często ;) Ja w ogóle dużo piję i często latam, więc nie sądzę, żeby zrobiło mi to jakąś różnicę. Właściwie nawet nie odczuwam moczopędnego działania tych ziół.

W smaku herbatka ze skrzypu i pokrzywy smakuje... ziołami. Ciężko stwierdzić. Trochę jak trawa. Wyczuwam też pewne podobieństwo do smaku ziółek na przeczyszczenie ;) Ale spokojnie. Z tego co się orientuję, większość dziewczyn bardzo dobrze radzi sobie z piciem skrzypokrzywy (w przeciwieństwie do drożdży, które też planuję kiedyś zastosować). Ostatecznie zawsze można dodać do naparu ulubionego soku.

Dodatkowo biorę też dwa razy dziennie Dermobon. To ziołowy preparat ze skrzypem, pokrzywą i witaminami. Nie jestem zwolenniczką suplementów, ale dostałam ten preparat w prezencie. Sama pewnie bym nie kupiła. Dermobon ma uzupełniać codzienną dietę w składniki wzmacniające i odżywiające włosy oraz poprawiające wygląd paznokci. Ze względu na zawartość pokrzywy ma też właściwości odtruwające. Przynajmniej tak jest napisane na opakowaniu. 

Źródło: własne
Zgodnie z zaleceniami biorę Dermobon dwa razy dziennie po jednej kapsułce. Staram się pamiętać i brać jedną rano, a drugą wieczorem. Już raz zdarzyło mi się zapomnieć o tej porannej i wzięłam obydwie wieczorem. I mam nadzieję, że nie robi to jakiejś specjalnej różnicy. 

Źródło: własne
Moim celem jest poprawienie stanu paznokci (od malowania strasznie mi się niszczą) i oczywiście przyspieszenie wzrostu włosów. Oczywiście wcale jakoś głęboko nie wierzę w skuteczność tej kuracji. Tak na prawdę to mam wrażenie, że moje włosy nie rosną w ogóle, cokolwiek bym nie robiła ;) Ale spróbować nie zaszkodzi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...