poniedziałek, 30 czerwca 2014

Jak przetrwać dzień w pracy?

Lubię swoją pracę. Nawet bardzo. Nie zmienia to jednak faktu, że czasami jest po prostu ciężko. Czasami jestem zmęczona, czasami znużona albo mam gorszy dzień. A jakoś wysiedzieć te 8 godzin trzeba. I zrobić kilka rzeczy w tym czasie. Jak maksymalnie uprzyjemnić sobie dzień pracy i sprawić, żeby te osiem godzin przebiegło w miarę bezboleśnie i szybko? Oto kilka moich sposobów.

Źródło: własne (tak, wiem bałagan na biurku)

1. Poranny spacer w drodze do pracy


Zazwyczaj staram się zamiast podjeżdżać tramwajem przejść na nogach te 2-3 km (w zależności od trasy) od przystanku. Taki poranny spacer pozwala mi się dobudzić i dostrzec do pracy pełna energii ale też lekko fizycznie zmęczona. To lekkie fizyczne zmęczenie ułatwia mi późniejsze siedzenie na krześle przez kolejne godziny. Zaczynanie dnia od aktywności fizycznej jest dobre dla zdrowia i kondycji. I jeżeli później już nie uda mi się znaleźć czasu ani sił, żeby po ćwiczyć, to zostaje chociaż ten poranny spacer, który odbyłam.


2. Schody zamiast windy


Źródło: własne
Obecnie siedzę na 7 piętrze i cieszy mnie to niesamowicie ze względu na możliwość pokonywania tej drogi schodami. Wchodzenie po schodach to świetne ćwiczenie i nie wyobrażam sobie jeździć windą (chyba, że w przypadku jakiejś kontuzji). Zwyczajnie szkoda by mi było tak "marnować" schody skoro mam możliwość po nich wejść przy okazji dostania się do swojego pokoju. Trochę podśmiewam się z kolegi, że chce biegać szybciej ode mnie,  ale po schodach nie umie wejść ;)

3. Wygodne stanowisko pracy
Wygodne krzesło, wygodne biurko, wygodna myszka i klawiatura. Wszystko wygodnie rozmieszczone. To bardzo poprawia komfort pracy. Mój bałagan na biurku też mi poprawia komfort pracy ;)

4. Dobre jedzenie i picie


Źródło: własne
Zawsze staram się do pracy brać sobie coś smacznego. Dobre jedzenie potrafi poprawić nastrój i zapobiec nudzie oraz znużeniu. Mam też różne rodzaje herbatek. Poza walorami smakowymi to co jemy i pijemy w pracy powinno mieć dobry wpływ na nasz organizm. Ciężko wymagać skupienia i entuzjazmu jeżeli zapychamy się jedzeniem pozbawionym wartości odżywczych, głodzimy się lub przejadamy. Posiłki w pracy
powinny być dopasowane do naszych potrzeb i gustów kulinarnych. Odpowiednio zdrowa i odpowiednio smaczna dieta w pracy może znacznie poprawić naszą wydajność. Na prawdę warto zainwestować trochę czasu i przygotować sobie do pracy coś wyjątkowego zamiast zapychać się kanapkami z serem, słodyczami czy hamburgerem z pobliskiego baru szybkiej obsługi.

5. Muzyka
Odkąd przyniosłam sobie słuchawki i słucham muzyki podczas pracy czas leci szybciej i przyjemniej. Czasami puszczam sobie różne vlogi z youtube albo słucham wiadomości.

6. Dodatkowe przedmioty, które podnoszą komfort
Buty na przebranie, zapasowy sweter jakby zrobiło się zimno (albo kocyk ;)), urządzenie do masażu stóp... Wszystko co może się przydać lub może zwiększyć komfort.

7. Przerwy w pracy
Uważam, że z przerwami w pracy jest tak jak z piciem wody. Należy to robić regularnie i jeszcze zanim poczujemy potrzebę. Mim zdaniem przerwa w pracy jest nie po to, żeby odpocząć (nie odpoczniesz w 15 minut), ale żeby zapobiec zmęczeniu i znużeniu. Jak zaczniesz czuć się zmęczona to już trochę za późno. Ja przerwy robię sobie profilaktycznie. Czasami wystarczy wyjście do kuchni i zrobienie herbaty, czasami spacer do pobliskiego sklepu, czasami spacer na inne piętro do koleżanek.. Niekiedy moja przerwa polega na siedzeniu na facebooku, ale nie polecam. Przerwa w pracy siedzącej przy komputerze powinna być realizowana bez komputera i w ruchu.

8. Co jeszcze możesz zrobić w godzinach pracy?*
Nie chodzi oczywiście o to, żeby obijać się w godzinach pracy albo zajmować czymś zupełnie innym, niż to za co nam płacą. Ale jest sporo rzeczy, które możemy robić w pracy bez szkody dla nikogo, a z zyskiem dla siebie. Np. nakładanie odżywki na paznokcie. Oczywiście mowa o odżywce, która ma konsystencję żelu (np. serum wzmacniające z wapniem i witaminą C). Odpadają odżywki w formie typowego śmierdzącego lakieru (chyba, że w pokoju siedzą same dziewczyny i żadnej to nie przeszkadza) oraz te w formie olejku (cała klawiatura tłusta). Można też zaopatrzyć się z urządzenie do masażu stóp, którego używanie zupełnie nie koliduje z pracą. Swego czasu w telewizji co chwilę leciały reklamy pasów wyszczuplająco-utrudniająco-stymulujących rozwój mięśni. 8 godzin w pracy to dobry czas na noszenie takiego cuda, jeżeli ktoś nosi.

9. Dodatki upiększające miejsce pracy


Źródło: własne
Ramka ze zdjęciem bliskich, maskotka, świeży bukiet kwiatów albo kolorowy kubek na herbatę. Takie drobiazgi mogą poprawić humor i zmienić bezosobowe miejsce pracy w naszą osobistą przestrzeń. Oczywiście, że mogłabym pić z firmowych kubków, ale zdecydowanie wolę przynieść sobie swoje. I żadne dekoracje biurka nie są mi niezbędne do pracy, ale jakoś tak ładniej i przyjemniej kiedy patrzy na mnie figurka pieska, którą dostałam od koleżanki na urodziny.

10. Miły kontakt z ludźmi
Ja bardzo lubię swoich współpracowników i chwila rozmowy w trakcie pracy lub w czasie przerwy pozwala mi się odstresować, zrelaksować, pośmiać, oderwać myśli i odpocząć. Jeżeli nie masz tak dobrych kontaktów ze współpracownikami warto wykonać telefon do mamy, siostry, koleżanki, chłopaka. Nawet dwie minuty rozmowy z bliską osobą mogą poprawić samopoczucie.

11. Pozytywne nastawienie
To bardzo ważne. Idąc do pracy jak na ścięcie sami negatywnie się programujemy. Często nie mamy wpływu na bieg wydarzeń. Ale zawsze mamy wpływ na naszą reakcję. Jeżeli popełnimy błąd możemy zezłościć się na siebie, możemy zezłościć się na wszystkich dookoła, na boga bogu ducha winnego nawet. Ale możemy też spokojnie przyjąć swój błąd do wiadomości, zrobić wszystko by go naprawić i bogatsi w to doświadczenie na przyszłość bardziej uważać. Znam ludzi, którzy są źli i zestresowani jeszcze zanim rozpoczną swoją nie lubianą i stresującą pracę.  Przecież dopóki nie dotarliśmy do pracy nic przykrego nie mogło nas w niej spotkać, więc po co się na zapas złościć? Po co nakręcać się nieprzyjemnymi wizjami na nadchodzący dzień? I nawet jeżeli rzeczywiście w pracy musisz się złościć i męczyć  zacznij to robić dopiero w godzinach pracy, a nie od samego rana na samą myśl. I koniecznie w czasie przerwy na obiad rób też przerwę w denerwowaniu się i złorzeczeniu. Szkoda czasu. Szkoda życia. A jeżeli praca czyni nas nieszczęśliwymi (nawet jeżeli tylko na 8 godzin) to warto rozważyć zmianę. A tak jeszcze w temacie pozytywnego nastawienia, to pamiętajmy, że poniedziałki są fajne!

*Ten punkt dotyczy jedynie niektórych zawodów i wiem, że wielu ludzi
nie może sobie pozwolić na taką swobodę w miejscu pracy.

sobota, 28 czerwca 2014

Jak przeżyłam dwa tygodnie bez biegania

Czytam blogi biegaczy, rozmawiam z ludźmi, którzy biegają i większość twierdzi, że jest w jakiś sposób uzależniona od biegania. Część zdaje sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy biegać nie może. Zaczynają się objawy odstawienia. Jakieś drgawki, zimne poty, depresja i nagła nerwowość ;) Teraz ja sama stanęłam w obliczu niemożności biegania. Z powodu kontuzji nieznanego pochodzenia miałam przymusową przerwę w bieganiu, która wynosiła dwa tygodnie. Jak udało mi się przetrwać ten czas? Jakie uczucia mi towarzyszyły?

Pierwsze 2 dni
Nie martwię się w ogóle. Jestem przekonana, że to zwyczajne przeciążenie i lada dzień minie. Nawet kupuję nowe buty do biegania i do głowy mi nie przychodzi, że ten ból kolana to coś poważniejszego, co będzie trwało dłużej niż dzień czy dwa. Odpocznę kilka dni, zregeneruję się i niebawem wracam do treningów.

Trzeci dzień
Ból nie mija. Co gorsze boli się nie tylko podczas ruchu, ale też jak leżę i nic nie robię. Zaczynam się martwić.. Prawie nie chodzę o schodzeniu ze schodów nie wspominając. Czuję się jak kaleka. Wkurzam się i martwię. Grożę nodze, że jak do piątku się nie ogarnie to dzwonię do rodziców. Wertuję też internet w celu samodiagnozy i samoleczenia. Bez skutku rzecz jasna. Kolega przepowiada mi dłuższą przerwę w bieganiu.

Czwarty dzień
Noga się przestraszyła gróźb i czuje się odrobinę lepiej. Prawie już chodzę normalnie.. Ale cały czas coś jest bardzo nie tak.. Z rozpaczy zaczynam machać hantelkami. I zastanawiam się jak by to było jeździć na wózku. Całe otoczenie katuję swoimi czarnymi myślami.

Źródło: własne
Dni 5-7
Chodzę już, ale trening biegania sobie odpuszczam. Okazuje się, że kolano jest spuchnięte, a ja jestem ślepa, że tego nie widzę. Dostaję maść, która ma pomóc. Ból jest coraz mniejszy, ale w dalszym ciągu nie da się schodzić ze schodów. Smutno mi, bo znajomi biegają Interrun a ja nawet zejść po schodach nie potrafię. Z trudem powstrzymują płacz widząc w autobusie chłopaka z medalem na szyi wracającego z Interrunu.

Dni 8-10
Chodzę coraz więcej, ale wciąż unikam schodów. W sensie schodów w dół. Bo wytrwale wchodzę na 7 piętro na nogach. Moje kolano i cała reszta nogi czuje się coraz lepiej. Chyba wracam do zdrowia. Intensywnie fantazjuję o bieganiu. W nowych butach i nie tylko. Podejmuję trudną decyzję o rezygnacji z treningu, ale nie jestem co do niej przekonana. Walczę ze sobą. Noga czuje się prawie dobrze. Najwyżej niektórych ćwiczeń nie będę robić. Czuję się gruba, rozlazła i w ogóle bez sensu jak nie biegam. Chodzenie to nie to samo. 

Źródło: własne

Dzień 11
Jest już prawie dobrze i normalnie. Podjęłam decyzję, że na trening jednak pójdę. Nie widzę przeciwwskazań. W ramach ewakuacji w pracy jestem zmuszona zejść ze schodów z 7 piętra. Trochę boli, ale jest nieporównywalnie lepiej niż tydzień temu. Na treningu (stabilność ogólna) wszystko jest w porządku. Nic nie mnie boli. Ćwiczenia nie sprawiają problemu. Tylko koleżanka uświadamia mi, że moje kolano wciąż jest spuchnięte.

Dni 12-13
Wszystko zmierza ku dobremu. Kolano już prawie w ogóle mnie nie boli. Odczuwam tylko lekki dyskomfort przy schodzeniu ze schodów. Chyba, że tych schodów jest dużo. To wtedy zaczyna boleć. Już nie mogę się doczekać, aż zacznę biegać. Z drugiej strony bardzo się boję, żeby nie zacząć za wcześnie i nie uszkodzić tego, co już się prawie naprawiło. Właśnie mijają dwa tygodnie odkąd nie biegam. I trochę rzeczywiście mi biegania brakuje. A bardziej świadomości, że w każdej chwili mogę założyć buty i ruszyć biegiem przed siebie. Nie jestem jakoś wybitnie permanentnie smutna ani poddenerwowana z powodu niemożności biegania. Dzielnie zniosłam tę przerwę, obyło się bez ofiar w ludziach. Cały czas mam tylko wrażenie, że przytyłam z 10 kilo przez te dwa tygodnie ;) 


czwartek, 26 czerwca 2014

Ziaja, Rebuild, Peeling myjący gruboziarnisty

Ziaja Rebuild, Peeling myjący gruboziarnisty ma wyszczuplać, ujędrniać oraz likwidować cellulit. Ja od dawna nie wierzę w takie bajki. Używałam peelingu Ziaji jako zwyczajnego peelingu do ciała i oczekiwałam od  niego jedynie porządnego peelingowania.


Pierwsze co rzuca się w oczy, a właściwie nie w oczy to zapach. Jest specyficzny. Taki trochę apteczny. Mogłabym porównać go do zapachu jakiejś maści. Rozgrzewającej albo chłodzącej o ziołowym składzie. Nie jest to dla mnie zapach nieprzyjemny. Tak naprawdę to ciekawa odmiana wśród zapachów kosmetyków. Ale nie każdemu musi odpowiadać. A przechodząc do sedna, czyli do działania to moim zdaniem z tym gruboziarnisty trochę przesadzili. Peeling nie jest z tych delikatnych, ale jak dla mnie mógłby być jeszcze mocniejszy. A drobinki peelingujące nie są wcale jakoś grubsze. Dla wrażliwej skóry może być za mocny. Peeling Ziaja Rubild ładnie wygładza skórę przy czym nie pozostawia jej wysuszonej ani podrażnionej. Mimo tego po peelingu zawsze lepiej jest zastosować balsam. Po pierwsze, bo skóra może być troszeczkę podrażnione, a po drugie, bo wówczas balsam o wiele lepiej się wchłania. 



Peeling myjący gruboziarnisty Ziaja Rebuild zamknięty jest w praktycznym, plastikowym, zakręcanym słoiku. Dodatkowo opakowanie zabezpieczone jest folią. Uważam, że każdy kosmetyk powinien być w ten sposób zabezpieczony. Konsystencja peelingu jest taka galaretowata i raczej rzadka niż gęsta. Wydajność taka średnia. Nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie ile razy go użyłam, ale jakoś szybko mi się skończył. Miło wspominam, ale raczej nie wrócę. Chyba, że dostanę to oczywiście chętnie użyję, bo nie jest to zły produkt. Przynajmniej jeżeli chodzi nam jedynie o peeling, a nie o wyszczuplanie i likwidację cellulitu. Wad właściwie nie stwierdziłam. Specyficznie pachnie, ale to nie wada. Nie jest hardcorowym ścieraczem, ale to też nie wada. A peeling jakikolwiek i masaż jakikolwiek zawsze trochę wspomoże walkę o jędrne ciało i likwidację. cellulitu. 










poniedziałek, 23 czerwca 2014

Co można robić w domu?

Co można robić w domu? Mnóstwo rzeczy. Ale ja pytam, o coś dla rozrywki, co nie będzie wymagało komputera, telewizora, telefonu, tabletu ani żadnego innego urządzenia elektronicznego. Nie jest to zbyt trudne pytanie. Na pewno praktycznie każdy wskaże kilka fajnych rzeczy, które można robić w domu poza korzystaniem z komputera. Sęk w tym, że większość ludzi wcale tych rzeczy nie robi. A szkoda. Ja nie jestem żadną przeciwniczką nowych technologii, ani nawet przeciwniczką kilkugodzinnego oglądania kotów tudzież żubrów w Internecie. Ja tylko uważam, że czasami dla odmiany i dla zdrowia człowiek powinien zafundować sobie po przyjściu do domu jakąś inną rozrywkę. 

1. Gra w rzutki
Źródło: własne
Dostałam na urodziny tarczę z rzutkami. I to był świetny prezent. Mogę bawić się sama lub z kimś. Gra w rzutki pomaga ćwiczyć celność i mimo wszystko jest dość bezpieczna. Najczęściej obrywa ściana. Rzutki to świetny pomysł na wieczór lub popołudnie. Wciąga. Niektórzy są zdania, że ta gra pozwala im wyładować negatywne emocje. Same zalety. Tylko na tę ścianę radziłabym uważać. 

2. Czytanie książek
Źródło: własne
Złapałam się na tym, że książki czytam właściwie tylko w autobusach. A przecież w domu jest przyjemniej. I zdrowiej dla oczu. Czytanie w trzęsącym autobusie to duże obciążenie dla wzroku a czego wielu ludzi zupełnie nie zdaje sobie sprawy. Oczywiście nie ma sensu popadać w paranoję. Praca przy komputerze przez 8 godzin a później pisanie bloga jest chyba gorsze niż ta godzina czytania książki w autobusie. Ale wracając do tematu przypomniałam sobie, że książkę można też czytać w domu. I to nie tylko wtedy, jak Internet zdechnie. Bez sensu jak opętana pierwsze kroki kierować do komputera, nie wiadomo w sumie po co. A przecież można zrobić sobie pyszną herbatkę i usiąść z książką na fotelu. Lub na parapecie. Też fajny pomysł na spędzenie wolnego czasu.

3. Gra w karty
Źródło: własne
Osobiście umiem grać tylko w remika i wojnę. Ale pamiętam z dzieciństwa, że granie w karty było świetną i wciągającą rozrywką. Można do tego wrócić. Wieczorem zamiast każdy przy swoim laptopie można usiąść razem i zagrać partyjkę w karty.


4. Gry planszowe

Jak nie karty to gry planszowe. Kolejny trochę już zapomniany sposób na spędzanie czasu razem. Gier planszowych jest mnóstwo. Chyba nawet nie ma sensu wymieniać. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. I bardzo możliwe, że każdy ma w domu jakieś zapomniane planszówki z dzieciństwa. A z tego co się orientuję, cały czas powstają nowe.


5. Puzzle

Jeżeli ktoś nie lubi rywalizacji ani nie ma szczęścia w grach można spróbować układania puzzli. Puzzle można układać zarówno samemu jak i w większej grupie. Jak byłam mała tata usilnie próbował mnie przekonać, jakie puzzle są fajne. Do dzisiaj nie jestem przekonana. No może odrobinkę przez mojego chłopaka. Kilka razy układaliśmy razem puzzle i muszę przyznać, że to całkiem fajna zabawa. Ćwiczy spostrzegawczość i cierpliwość. Przede wszystkim cierpliwość.

6. Krzyżówki

Mój dziadek odkąd pamiętam namiętnie rozwiązywał krzyżówki. Mówił, że dzięki temu ćwiczy umysł i dowiaduje się nowych rzeczy. I miał rację. Kiedyś wydawało mi się, że krzyżówki są dla starych nudziarzy. Teraz zmieniłam zdanie i w domu mam kilka krzyżówek i czasami sobie rozwiązuję. Oczywiście staram się bazować na własnej wiedzy i zgadywaniu, chociaż czasami  zdarza mi się rozwiązywać krzyżówki na spółkę z wujkiem Google.

Wymieniłam sześć rzeczy, które można robić w domu. Bez użycia telewizora i internetu. Oczywiście tych rzeczy na pewno jest więcej. Zaproponowane powyżej to te, które sama robię albo planuję zacząć robić (jak tylko skończę pisać notkę ;)). Kolejne propozycje, co można robić w domu bez gapienia się w któryś z ekranów mile widziane. 

piątek, 20 czerwca 2014

Pierwsza kontuzja (?)

Pierwsza kontuzja? Naiwnie wierzyłam, że mnie to nie spotka. Że jakoś ominie. Inni miewają kontuzje, ale ja? Mnie to się nie przytrafi. Przecież jestem szczęściarą. I nie biegam jakoś bardzo dużo ani nawet bardzo szybko. Posiadam odpowiednie buty do biegania. Zazwyczaj przed i po treningu się rozciągam. Kontuzje mnie nie dotyczą. A jednak.

Zaczęło się w sobotę przed Biegiem AGH, a po treningu BBL. Lewe kolano mnie trochę bolało. Tylko trochę. Nie utrudniało chodzenia i nawet udało mi się przebiec te 12 km. Z pewnym dyskomfortem, ale całkiem przyzwoitym czasem. I może to był błąd. Może powinnam sobie odpuścić ten bieg. Myślałam, że to nic poważnego. Że przejdzie. Zawsze przechodziło. Ale nie tym razem.
Minęła niedziela, poniedziałek, wtorek, środa a kolano dalej boli. I wcale nie jest ani trochę lepiej. Kuśtykam jak chodzę, a schodzenie ze schodów mnie przerasta. Kolano wygląda normalnie, nie jest spuchnięte ani czerwone. Po prostu boli. Jak chodzę, ale czasami też jak siedzę lub leżę. Martwi mnie ten ból podczas chodzenia, który przypomina takie rwanie. Jakby mi się coś w kolanie poprzestawiało i ciągnęło powodując ból. Zaczynam się poważnie martwić i snuć czarne wizje.

Oczywiście wciąż nie odwiedzam specjalisty. W czwartek jest jakby lepiej. Schodzenie po schodach wciąż mi nie idzie i powoduje ból, ale normalne chodzenie już prawie normalnie. Momentami nawet zapominam, że coś z tą nogą jest nie tak. Czekam na dalszą poprawę. Fajnie by było w sobotę móc już biegać. Albo chociaż za tydzień.
W piątek pozwalam sobie na dwa półgodzinne spacery (ok. 2,5 km jeden), a nawet na wspięcie się po schodach na siódme piętro. I wszystko ok. Ale schodzenie po schodach nadal powoduje ból. Kolega z pracy wróży mi dłuższą przerwę w bieganiu i ubolewa nad faktem, że nie pobiegniemy razem w Interrunie. Też ubolewam, ale co zrobić. Rozsądnie postanawiam odpuścić sobie jutrzejszy trening BBL nawet gdyby rano kolano było całkiem ozdrowiałe. Nie ma sensu ryzykować i nadwyrężać się. Wolę zrobić sobie tydzień czy nawet dwa tygodnie przerwy w bieganiu niż dwa miesiące. 

środa, 18 czerwca 2014

Dlaczego nigdy nie kupiłam nic przez Internet?

Kilkakrotnie wspominałam na blogu, że nigdy nie kupiłam niczego przez Internet. Takie wyznanie może dziwić. Szczególnie w dzisiejszych czasach. Szczególnie z ust młodej kobiety całkiem nieźle odnajdującej się we współczesnym świecie i wszystkich tych technologiach. A jednak. Nigdy w życiu nie kupiłam nic przez Internet. Dlaczego?


1. Czas oczekiwania
Jak idę to sklepu to biorę rzecz, płacę i już jest moja. Od razu. Nie muszę czekać ani chwili dłużej. Mogę od razu założyć kupione buty. Nie muszę czekać na przesyłkę ani denerwować się, że dotrze spóźniona lub w ogóle. Płacę i od razu mam.
2. Koszty przesyłki
Przesyłka kosztuje. W przypadku drobnych zamówień te kilkanaście złotych za przesyłkę to jest sporo. Wiem, że dojazd do sklepu to też koszty, ale zawsze można to tak zrobić, żeby pojechać przy okazji. I nawet jeżeli uda się znaleźć w Internecie towar taniej niż w sklepie to i tak koszty przesyłki wyrównują tę cenę.

3. Oszustwa
Kupowanie przez Internet budzi we mnie pewien lęk. Bo sprzedawca może być oszustem. Ja zapłacę, a on zniknie. Albo wyśle mi kamyki zamiast nowych butów (nie wiem, co ja z tymi butami). Albo towar będzie wadliwy. Albo przelew gdzieś się zapodzieje. Teoretycznie nie możliwe, no ale ... (większe ryzyko, że to paczka się zapodzieje). Zakupy przez internet to dla mnie trochę synonim oszustwa. A na pewno obarczone są większym ryzykiem niż tradycyjne zakupy.
Źródło: cyberbezpieczenstwo.pl

4. Niepewność co do towaru
Nawet jeżeli sprzedawca jest uczciwy to po zakupie może się okazać, że buty jednak nie pasują albo mają nie taki kolor. Osobiście wolę dotknąć i wziąć do ręki coś, co zamierzam kupić.Wtedy mam pewność, czy towar mi się podoba i czy to jest to, czego szukam. A na zdjęciach to różnie bywa. Oczywiście mogłabym obejrzeć w sklepie stacjonarny i dopiero kupić przez Internet, ale jaki w tym sens? Lepiej przecież od razu.

5. Przygody w trakcie transportu
Jak już wspominałam coś się może zagubić podczas transportu. Albo zniszczyć. I znając życie nikt za to nie odpowiada.

Wielu ludzi preferuje zakupy przez Internet ze względu na wygodę i oszczędność. Dla mnie wygląda to wręcz przeciwnie. W moim przekonaniu kupowanie przez Internet jest mniej wygodne i droższe. Oczywiście piszę to z perspektywy osoby, która nigdy nie kupiła nic przez Internet. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Mój ulubiony peeling do twarzy

Joanna, Naturia Face, Peeling do twarzy z arbuzem do cery normalnej to mój ulubiony peeling do twarzy. Absolutny hit. Nie dlatego, że robi coś niesamowitego. Robi to, co trzeba i jak trzeba. Peeling do twarzy Joanna Naturia z arbuzem jest moim hitem, bo nie znalazłam do tej pory żadnego lepszego. Sama nie wiem, jak to możliwe, bo nie mam przecież jakichś wygórowanych wymagań. Peeling do twarzy powinien być odpowiednio mocny, czyli nie podrażniać ale też rzeczywiście ścierać naskórek, a nie tylko łaskotać. Oprócz tego powinien być w przystępnej cenie, a nie z kosmosu. I fajnie, gdyby był dostępny normalnie w sklepach stacjonarnych (nigdy w życiu nie kupiłam niczego przez internet i nie wiem, kiedy to się zmieni). 

Źródło: własne
Na prawdę nie mam dużych wymagań, ale fajnie by było, gdyby peeling ładnie pachniał i był w wygodnym opakowaniu. I Peeling do twarzy Joanna Naturia spełnia wszystkie te wymagania. Drobinki peelingujące są idealne. Nie za małe, nie za dużo, odpowiednio ostre i jest ich odpowiednio dużo. Najczęstszą moją peelingową bolączką była zbyt mała ilość drobinek peelingujących. Powiem wprost: dla mnie dobry peeling to taki, który ma dużo małych drobinek peelingujących, nie na odwrót. Cena też nie odstrasza. Jest to ok. 6-8 zł w zależności od sklepu za 75 g. Taka tubka wystarcza mi na bardzo długo, więc wydajność jest wystarczająca. Konsystencja odpowiednio gęsta (nie cierpię jak się wylewa, a na dodatek mam wtedy wrażenie, że płacę za wodę, a nie za kosmetyk), a zapach na prawdę ładny. Nie do końca jestem przekonana, że to arbuz. Tak na prawdę do póki nie sprawdziłam, byłam pewna, że to brzoskwinia ;)

Nie próbowałam pozostałych peelingów do twarzy Joanna Naturia, ale firma oferuje jeszcze peeling do twarzy z brzoskwinią do cery suchej i wrażliwej i peeling do twarzy z gruszką do cery tłustej i mieszanej i kusi mnie, żeby je wypróbować, chociaż pewnie nie powinnam. Bo po pierwsze mam cerę normalną, a nie żadną inną, a po drugie peelingi do twarzy Joanna Naturia są tak wydajne, że jak kupię sobie jeszcze dwa to do końca świata ich nie zużyję (a na pewno do końca daty ważności, więc bez sensu).

Źródło: sklep-joanna.pl

niedziela, 15 czerwca 2014

III Bieg AGH - 14 czerwca 2014

O Biegu AGH myślałam od jakiegoś czasu. Ale z zapisaniem się zwlekałam do ostatniej chwili. Właściwie sama nie wiem dlaczego, bo to fajny bieg przecież. 

Źródło: bieg.agh.edu.pl
Nie miałam natomiast wątpliwości, który dystans wybrać. Od początku było jasne, że 12 km. Na 6 km to trochę mi się nie opłaca nawet. Nie opłaca w sensie, że jeżeli jest możliwość na dłuższy dystans. W krótkich biegach trochę przeraża mnie, że trzeba biec szybko. Tzn. oczywiście nie trzeba. Ale biegnie się znacznie szybciej. A ja wolę wolniej. Zdecydowanie wolę, żeby zmęczyła mnie odległość a nie tempo. I większą mam satysfakcję, jeżeli pokonam dłuższy dystans, niż jeżeli pobiegnę szybko. Oczywiście aspiruję do tego, żeby połączyć to w jedno i długie dystanse pokonywać szybko ;) Cały czas nad tym pracuję. 


Źródło: bieg.agh.edu.pl
Trasa Biegu AGH prowadziła od Miasteczka Studenckiego (ul. Rostafińskiego), następnie ulicą Reymonta i Reymana, a potem kółeczko dookoła Błoń. Jedno takie okrążenie to jest 6 km. Ja biegnąc 12 km zrobiłam dwa kółka. Pogoda wybitnie sprzyjała. Było w miarę chłodno, jak na tę porę roku. Przyznam, że trochę się bałam tych 12 km w skwarze. Niedawno przebiegłam sobie 10 km w taki upał i było na prawdę ciężko. Tylko te chwilowe, aczkolwiek intensywne opady deszczu nieco mnie niepokoiły. Zdecydowanie za zimno, żeby biegać mokrym. Ale przede wszystkim chodzi, żeby mi telefonu nie zamoczyło. Od niedawna mam Endomondo, dostałam opaskę na ramię na smartfon i chciałam sobie wypróbować na biegu. A nie chcę, żeby mi nowy telefon zalało. Co do samego dystansu 12 km też trochę się obawiałam. Na dodatek po porannym treningu BBL lekko zaczęło mnie boleć kolano. Zawsze w takich sytuacjach mówię sobie, że najwyżej przejdę albo jeżeli będzie bardzo źle to po prostu zejdę z trasy i tyle. Pomaga. Świadomość, że w razie czego zawsze mogę zrezygnować bardzo pomaga i mnie uspokaja. Nie wiem, czy inni ludzie też tak mają, czy tylko ja się praktycznie przed każdym biegiem czymś stresuję ;)

Źródło: własne
Pogoda na czas biegu odpuściła. W trakcie trochę popadało, ale nie było to uciążliwe, ani nie zalało mi telefonu. W sumie to na wszelki wypadek włożyłam go jeszcze dodatkowo w folię. Przezorny zawsze ubezpieczony. Tak jak się obawiałam kolano dało o sobie znać. W pewnym momencie tak mocno, że rozważałam w ogóle zejść z trasy. Ale jakoś udało mi się dotrwać. Biegłam bez zatrzymywania się, w równym tempie. Nie przyspieszałam również, bo bałam się o kolano. Udało mi się osiągnąć czas 1 h i jakieś 5 minut (jak będę mieć oficjalne wyniki to edytuję). Uważam, że to niezły czas. Szczególnie z bolącym kolanem. 

Załapałam się na medal (miały być dla 350 pierwszych osób) i nie wiem, czy był ktoś, kto się nie załapał. Czytaj: tłumów nie było i zainteresowanie biegiem dość średnie. 

Źródło: własne

Źródło: własne
Nigdzie na trasie ani na mecie nie udało mi się uświadczyć wody. Chyba za wolna byłam i już dla mnie nie zostało. Zostały tylko porozrzucane kubeczki. Dobrze, że chociaż w pakiecie startowym była butelka wody mineralnej. I batonik Corny. I koszulka niestety zwykła bawełniana. Trochę szkoda, bo cały czas liczyłam na koszulkę techniczną :( Za to posiłek regeneracyjny dla odmiany nie był grochówką. Dostaliśmy bułkę z kiełbaską z grilla. 

sobota, 14 czerwca 2014

Lepiej jest być dorosłym

Lepiej jest być dorosłym. Nie miałam złego dzieciństwa. Rodzice mnie nie bili, poświęcali mi czas. Nie brakowało nam pieniędzy. Było normalnie. Ale z ulgą przyjęłam fakt, że nie jestem już dzieckiem. I absolutnie nie chciałabym się cofać w czasie. Nie chciałabym być znowu dzieckiem. Lepiej jest być dorosłym.

Jest kilka powodów, dla których bycie dzieckiem wcale nie jest takie fajne ani zabawne. I wszyscy, którzy marzą o powrocie do dzieciństwa chyba o pewnych rzeczach zapomnieli. 

Nic nie wolno
Dziecku tak naprawdę mało co wolno. I na wszystko musi mieć pozwolenie. Nawet na wyjście do toalety w czasie lekcji. Jak dziecko chce zapisać się na jakiś kurs albo zajęcia też musi mieć pozwolenie od rodziców. O wszystko musi się pytać i prosić. Dziecko nie ma swoich pieniędzy. Może je co najwyżej dostać od kogoś. I tak dobrze, że kupując ubrania za wyższą kwotę np. kurtkę zimową nikt w sklepie nie pyta o dowód osobisty albo pozwolenie od rodziców. A jak takie starsze dziecko-nastolatek chciałoby podjąć pracę dorywczą, żeby nie prosić rodziców o pieniądze to i tak musi rodziców poprosić o zgodę na wykonywanie tej pracy. Nic człowiekowi nie wolno. Nie może wziąć legalnie wolnego od szkoły. Nie może wyjechać sobie na drugi koniec świata. Wiele młodych dziewczyn ma nawet problem z wizytą u ginekologa i receptą na tabletki antykoncepcyjne. Człowiek zanim nie skończy 18 lat ma bardzo mocno ograniczone prawa i możliwości. Właściwie to do pełnoletności człowiek jest wręcz "skazany na łaskę" dorosłych. Zdecydowanie lepiej być dorosłym.




Dzieci  mają mniejsze doświadczenie życiowe i są słabsze
To sprawa oczywista, że człowiek doświadczenie zdobywa z wiekiem. Dziecko czy nastolatek jest jeszcze bardzo słabe i zagubione. Łatwe do manipulowania, nie wie, czego tak naprawdę chce. Częściej działa pod wpływem złych impulsów. Łatwiej chłonie negatywne wzorce. Dorosły człowiek jest silniejszy. Wie, czego chce. Zna siebie i swoje możliwości. Łatwiej mu się żyje. Nie przejmuje się drobnostkami. Większość moich koleżanek w szkole miało ogromne kompleksy. A później im przeszło. Albo przestały się przejmować i zaakceptowały albo zmieniły. Nie ma nic fajnego w byciu bardzo młodym i bardzo niedoświadczonym, kiedy każde drobne potknięcie boli jak upadek z drugiego piętra. Im człowiek starszy, tym lepiej sobie radzi. Ze wszystkim. Ze śmiercią bliskich, z rozstaniem, z chorobami. Więcej rozumie. Jest mądrzejszy. Dziecko czuje wszystko miliard razy mocniej.



Moja dorosłość
Moja dorosłość to były trzy etapy rozłożone w czasie. Pierwszy etap dorosłości to było oczywiście ukończenie 18 lat. Mogłam już od tego momentu legalnie kupować alkohol i fajki. Ja akurat nie palę i odkąd skończyłam te 18 lat aż do teraz alkoholu zbyt wiele też nie wypiłam. Pewnie mniej niż średnia krajowa, ale liczy się sam fakt, że mogę. Mogłam też wtedy podjąć pracę, ale akurat tego też nie zrobiłam. Ale mogłam. Niestety wciąż musiałam prosić o zgodę na wyjście do toalety w czasie lekcji i jeżeli z jakiegoś powodu nie mogłam być obecna w szkole mama musiała napisać mi usprawiedliwienie. Dorosłej, 18 letniej dziewczynie. Ponadto rodzice musieli chodzić do szkoły na zebrania i wysłuchiwać pogadanek o mojej przyszłości o ocenach. Szkoda, że ze mną nikt w sumie o tym nie pogadał. A jak taki dorosły 18 letni byk coś nabroił, dał komuś w mordę w szkole, to dyrektor wzywał rodziców.
Drugim etapem dorosłości było ukończenie liceum i pójście na studia. Tutaj nagle byłam traktowana jak dorosła. Mogłam wyjść do toalety, kiedy potrzebowałam. Mogłam sama usprawiedliwiać swoją nieobecność na zajęciach. Za moje wyniki naukowe lub ich brak obrywałam tylko ja, a rodzice w ogóle nie musieli mieć pojęcia jakie mam oceny, czy chodzę na zajęcia i czy jeszcze mnie nie wyrzucili ze studiów. Jeżeli coś nabroiłam konsekwencje i pogadankę miałam tylko ja. Rodzice też o niczym nie musieli wiedzieć. Co ciekawe w liceum nawet po ukończeniu 18 lat picie alkoholu było trochę tematem tabu. Na studiach wręcz przeciwnie. Piwo z wykładowcą nikogo nie dziwiło ani nie szokowało.
Trzecim etapem mojej dorosłości było znalezienie pracy i wyprowadzka z domu rodzinnego. Dopóki nie masz pracy i mieszkasz z rodzicami nawet pomimo skończonych 18 lat nie do końca jesteś osobą dorosłą i samodzielną. Bo co to za dorosłość, jak musisz prosić mamę o pieniądze na imprezę. A mama może ci nie dać, bo nie lubi twoich imprez. Albo na buty. A mama może powiedzieć, że na takie buty to nie i kupi ci inne, lepsze według niej. Jej pieniądze. Ma prawo. Posiadanie własnych, samodzielnie zarobionych pieniędzy z którymi można robić co się podoba bez tłumaczenia się komukolwiek to ogromny luksus. Podobnym luksusem jest wyprowadzka od rodziców. I wreszcie można zaprosić znajomych na imprezę bez pytania mamy o zgodę. Bo mama ma prawo się nie zgodzić. Dopóki mieszkasz pod jej dachem ma prawo decydować kto i na jak długo będzie przychodził. A po wyprowadzce wreszcie możesz odetchnąć. Sprzątać wtedy kiedy uważasz za słuszne. Zapuścić pokój i hodować karaluchy albo chociaż kota, których mama nie znosi. 

Moi rodzice nie byli tyranami. Nigdy nie brakowało mi pieniędzy. Właściwie to z tego, co od nich dostawała zawsze sporo mi zostawało. Poniekąd dlatego, że mam małe potrzeby. Natomiast na imprezy w domu absolutnie się nie zgadzali. I wstydziłam się przy nich w domu napić nawet Reddsa ;) A niektórych moich znajomych nie lubili do tego stopnia, że w ogóle nie zgadzali się, żebym ich przyprowadzała. I mieli takie prawo. I marudzili, żebym sprzątała akurat wtedy, kiedy byłam potwornie zajęta malowanie paznokci lub czytaniem blogów. I ciągle słyszałam ten nieśmiertelny tekst dopóki mieszkasz pod moich dachem i dopóki cię utrzymuję... ;) Z ogromną ulgą przyjęłam, że to się już skończyło. I wiecie co? Wcale nie zgniłam w brudzie, nie umarłam z głodu i nie brakuje mi pieniędzy już w połowie miesiąca. 



Dorosłość to też zabawa i beztroska
Absolutnie nie zgadzam się, że dorosłe życie to tylko stres, odpowiedzialność i ciężka praca. Jestem dorosła. Mam skończone 18 lat, mam nawet skończone studia, sama się utrzymuję i wyprowadziłam się od rodziców. I wcale nie czuję się przytłoczona ani zestresowana. Wręcz przeciwnie. Czuję się zrelaksowana i wolna jak nigdy. I cały czas lubię maskotki. I cały czas dostaję od chłopaka kolejne. I przytulam je, czasem do nich mówię i nie widzę w tym nic złego ani dziwnego. W sumie nikt poza moją siostrą nie widzi. Jak mam ochotę oglądam bajki albo czytam literaturę młodzieżową. Bo kto dorosłemu zabroni? W przeciwną stronę to średnio działa niestety. I dlatego też lepiej być dorosłym. Cały czas uwielbiam huśtawki i chodzimy czasem z chłopakiem na plac zabaw. I jest fajnie. Noszę kolorowe spineczki do włosów jak mam ochotę. Mam nawet takie z Hello Kitty. A co? Nie można? Cały czas jem żelki i czasami dostaję Kinder Niespodziankę. Jest super. I nie tęsknię absolutnie za niczym z dzieciństwa, bo wszystko co wtedy było fajne cały czas mam. A na dodatek mam jeszcze prawo o sobie decydować. 

środa, 11 czerwca 2014

Moje ulubione niezdrowe jedzenie

Od dawna mam już trochę luźniejsze podejście do diety i dobrze na tym wychodzę. Oczywiście zazwyczaj odżywiam się normalnie i zdrowo. Nie wyobrażam sobie przez 80% czasu żywić się tzw. "śmieciami". Ale jako dodatek albo od czasu do czasu pozwalam sobie na niezbyt zdrowe jedzenie i absolutnie nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Nie tyję również, nie boli mnie brzuch ani nie niszczy cera. 

Jakiś czas temu pisałam o moich ulubionych zdrowych produktach, a teraz myślę że przyszła pora abym opisała moje ulubione niezdrowe jedzenie. 

1. Chipsy Lay's Stron Piekielne Wasabi
Źródło: frisco.pl
Nie jestem miłośniczką ostrych smaków. Sos do kebaba zawsze wolę łagodny. Ale te chipsy są świetne. Świetne na zatkany nos na przykład. Mają taki mocny, wyrazisty, świeży smak. Mogę je również polecić wszystkim, którzy za mało piją i narzekają na brak pragnienia. Łyk wody co 2-3 chipsy to u mnie konieczność. Mam wrażenie, że producent sugeruje, aby popijać je piwem. Nie próbowałam jeszcze, ale myślę że woda jest tutaj jednak najlepsza. Ja generalnie nie przepadam za chipsami i jem je tylko, jak mnie ktoś poczęstuje. Lay's Stron Piekielne Wasabi kupuję raz na 4-5 miesięcy i przez kolejny miesiąc jem po 4-5 chipsów, bo więcej naraz nie potrafię. Traktuję je jak pikantną przekąskę. Coś w deseń łyżeczka musztardy. Czasami mam ochotę tak ni stąd ni zowąd zjeść sobie łyżeczkę musztardy. Mam tak od ponad 9 miesięcy, więc nie jest to kwestia ciąży ;) I czasami zamiast musztardy decyduję się na chipsy Lay's Stron Piekielne Wasabi.

2. Lody
Źródło: wikipedia
Uwielbieniem darzę głównie lody owocowe. Mam paru swoich faworytów, ale przypominam sobie nazwy dopiero jak zobaczę je w sklepie ;) Jeżeli chodzi o smaki to preferuję jabłko, cytrynę i banana. To jest takie moje top 3. Lody jem sezonowo. W zimie prawie w ogóle, natomiast latem zdarza mi się nawet trzy razy dziennie codziennie. 

3. Żelki
Źródło: wikipedia
Uwielbiam żelki. Absolutnie wszystkie. Nie potrafiłabym wskazać konkretnej firmy, smaku czy rodzaju. Jestem wielką fajną żelek. Jem średnio jedną paczkę żelek na miesiąc. Zazwyczaj naraz. Uwielbiam ten orzeźwiający smak żelek. Tę miękką, sprężystą konsystencję. A fantazyjne kształty i kolory to już pełnia szczęścia. 

Kolejność alfabetyczna. Gdybym uporządkowała wg najbardziej ulubionych byłoby dokładnie odwrotnie. 

wtorek, 10 czerwca 2014

Alterra na rzęsy - efekty

Piękne, długie i gęste rzęsy to chyba marzenie każdej dziewczyny. Oczywiście większość z nas bez problemów może osiągnąć taki efekt za pomocą tuszu do rzęs. To niepozorne mazidło może całkowicie odmienić wygląd oczu. Cienkie i jasne rzęsy za jednym pociągnięciem mogą stać się ciemne, gęste i nieco dłuższe. Ale o tym wszystkie wiemy. Piękne rzęsy naturalnie, baz żadnego tuszu, o każdej porze dnia i nocy to by dopiero było fajne. I też jest możliwe. Coraz więcej dziewczyn decyduje się na zabieg przedłużania i zagęszczania rzęs. Nie próbowałam, nie znam się, więc nie będę się wypowiadać o przedłużaniu rzęs. Ja chciałabym mieć piękne rzęsy bez tuszu, ale również bez zabiegu przedłużania, który trochę kosztuje i trzeba go powtarzać i nie wiem, czy nie szkodzi na naturalne rzęsy. 

Alterra na rzęsy
Źródło: własne
W lutym postanowiłam zacząć smarować rzęsy pomadką ochronną Alterra. W internecie aż huczy od pozytywnych opinii na temat jej wpływu na rzęsy. Opinie poparte są zdjęciami. Zachęcona sama spróbowałam. Bardzo mocno wierzyłam w cud. Oczami wyobraźni już widziałam swoje oczy w otoczeniu gęstych firanek rzęs. I trochę się zawiodłam. Po półtora miesiąca efekty smarowania rzęs pomadką ochroną były właściwie żadne. Miałam nawet wrażenie, że rzęsy wyglądają gorzej. Oczywiście nie spanikowałam ani nie popłakałam się. To mogła być wina zdjęcia, światła lub gorszego dnia rzęsowego ;) Postanowiłam dać sobie jeszcze trochę czasu. Alterra to na prawdę dobra pomadka i cały czas wierzyłam, że jednak coś zdziała na moich rzęsach. Jeżeli nie cud, to chociaż drobną poprawę. 

Po czterech miesiącach raczej regularnego smarowania rzęs pomadką rumiankową Alterra moje rzęsy prezentują się o tak:

Alterra na rzęsy - efekty
Źródło: własne

Alterra na rzęsy - efekty
Źródło: własne

Alterra na rzęsy - efekty
Źródło: własne
I przyznam szczerze, że ja różnicy nie widzę. Na pierwszym zdjęciu rzęsy wyszły wyjątkowo ładnie, to fakt. Ale pozostałe dwa zdjęcia ukazują obiektywną prawdę. Rzęsy jak rzęsy. Żadne firanki. Cud nie nastąpił. Alterra zawiodła. Może rzeczywiście odżywia i wzmacnia rzęsy. Tylko tego nie widać. Efektów wizualnych niestety brak. Ewentualnie bardzo, bardzo minimalne. Co zabawne, myślę że z przyzwyczajenia nie zaprzestanę smarowania rzęs Alterrą. Może nie pomaga, ale chyba nie szkodzi. 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Lubię poniedziałki

Tak, naprawdę lubię poniedziałki. Lubię również piątki i środy. Ale poniedziałki mają w sobie naprawdę wiele do lubienia i nie rozumiem tego powszechnego hejtu na poniedziałek.


1. Mały początek
Każdy poniedziałek jest takim małym początkiem i można patrzeć na niego jak na czystą kartkę. Nie na darmo zaczynamy ćwiczyć, odchudzać i uczyć się od poniedziałku. Wielu ludzi potrzebuje takiej symbolicznej daty początkowej. I mamy taką nową szansę co tydzień. Nie trzeba czekać do nowego roku czy miesiąca. Co 7 dni jest kolejny nowy początek. Każdy poniedziałek to szansa, by wszystko zmienić. Zacząć biegać, zdrowo jeść i ładnie się ubierać. Po weekendzie zazwyczaj mamy na to więcej siły i zapału, więc jest ogromna szansa, że się uda.

2. Odpoczynek po weekendzie
Wbrew pozorom czasami po weekendzie jestem potwornie zmęczona i nie mogę się doczekać poniedziałku. Jestem zmęczona nic nie robieniem, zmęczona objadaniem się (na które w tygodniu nie mam czasu), zmęczona bieganiem (bo w weekendy mam najwięcej czasu i trenuję najintensywniej), zmęczona imprezami i kontaktami czysto towarzyskimi. Poniedziałek jest dla mnie takim wytchnieniem od tego wszystkiego. Oczywiście nie twierdzę, że nie lubię leżenia w łóżku, oglądania filmów i objadania się chipsami. Lubię. Ale cały tydzień tak się nie da.

3. Idę do pracy
A lubię swoją pracę i lubię ludzi, z którymi pracuję. Dlatego cieszę się na myśl o poniedziałku. Cieszę się, że zobaczę się z ludźmi z pracy, wymienimy się opowieściami o weekendzie. Cieszę się, że napiję się pysznej herbaty karmelowej z mlekiem lub kakao, które piję tylko w pracy. Tylko w pracy mam również mikrofalówkę, która pozwala mi robić jeden z moich ulubionych posiłków czyli makaron ze stopionym żółtym serem (w domu niestety nie mam ani mikrofalówki, ani piekarnika).


4. Pełnia sił
Po weekendzie jestem wypoczęta, pełna sił i naładowana energią. O wiele łatwiej jest mi skupić się na ciężkiej pracy czy chociażby wstać bladym świtem właśnie w poniedziałek, niż w środę czy piątek, kiedy zmęczenie całym tygodniem daje o sobie znać. 

sobota, 7 czerwca 2014

Opaska na smartfon Kalenji (armband) - pierwsze wrażenia

Opaska na smartfon (armband) to bardzo wygodne rozwiązanie dla wszystkich biegających z telefonem i Endomondo. Telefon jest bezpieczniejszy i bardziej stabilnie zapakowany, niż byłby w kieszeni lub w ręce. Ponadto dzięki przezroczystemu okienku można obsługiwać ekran dotykowy bez wyjmowania telefonu. No, przynajmniej teoretycznie. 

Od niedawna mam ślicznego smartfona, więc oczywiście szybko ściągnęłam Endomondo i postanowiłam wreszcie dowiedzieć się, jak daleko i jak szybko biegam na prawdę. Do pełni szczęścia potrzeba mi jeszcze było opaski na ramię na smartfon. Zakupiłam ją (a właściwie dostałam od chłopaka na dzień dziecka) w Decathlonie. Cena to 39,99 zł za model firmy Kalenji (prawie wszystko mam Kalenji). W sklepie do wyboru były trzy kolory: czarny, niebieski i żółty. Na stronie sklepu jest informacja jeszcze o kolorze różowym. Ja zdecydowałam się na czarny. Uniwersalny. 

Źródło: własne
Opaska na smartfon Kalenji w praktyce - podejście pierwsze

Na początku nie było kolorowo. Trochę wstyd, ale włączenie Endomondo, włożenie telefonu do opaski i założenie na ramię mnie przerosło. Może dlatego, że wybrałam trochę inną kolejność. Najpierw próbowałam włożyć telefon do założonej już na ramię opaski a później  włączyć Endomondo. Długie minuty stałam na chodniku męcząc się z zamocowaniem telefonu. Po wielu próbach się udało. 

Źródło: decathlon.pl
Pierwsze wrażenie? Zdecydowanie wygodniej, niż z telefonem w kieszeni. Mogę biec szybciej, mogę podskakiwać i nie boję się, że telefon wypadnie. Rzepy wydają się być solidne. Prawdopodobnie to kwestia złego założenia, ale opaska na smartfon Kalenji trochę uwiera. Szybko jednak przestałam zwracać na to uwagę. Ale korzystanie z telefonu podczas gdy ten jest zamocowany na ramieniu póki co mnie przerasta. Nie potrafię. Muszę wyjąć smartfona i dopiero wtedy mogę coś na nim działać. Widziałam, że inni ludzie nie mają takich problemów, więc pewnie to kwestia wprawy. Też się nauczę.

Źródło: własne
Myślałam sobie, że opaska oprócz na smartfona będzie mi służyć również do przechowywania dokumentów i pieniędzy. No nie bardzo. Ręka pod opaską strasznie się poci. Do tego stopnia, że po bieganiu opaska jest mokra od potu. Tylko ja tak mam? Nie ukrywam, że trochę mnie to niepokoi, bo po wyjęciu telefonu na przezroczystym okienku były autentycznie krople potu. A tylna część była po prostu mokra. Czy trzymanie smartfona w takim wilgotnym środowisku mu nie zaszkodzi? Zastanawia mnie, czy inni biegacze też mają taki problem. I czy to na prawdę jest problem. Może to normalne i telefonowi nic się nie dzieje. 

Myślałam, że jak kupię sobie opaskę na smartfon to będzie koniec moich problemów, tymczasem nowe rozwiązanie zrodziło nowe wątpliwości. Cóż, życie. Aczkolwiek jestem raczej zadowolona z nowego nabytku. Nie jest idealnie, ale jest ok. Póki co.

Zobacz też:

piątek, 6 czerwca 2014

Dwa kolory lakieru na paznokciach

Ostatnio uległam modzie na dwa kolory lakieru na paznokciach. Paznokcie pomalowane dwoma kolorami to taki mój złoty środek. Jest wesoło i kolorowo, ale też jest zachowany jest pewien umiar. Lubiłam malować każdy paznokieć innym kolorem, ale czasami czułam się zbyt pstrokato z takim manicurem. Pięć kolorów na paznokciach to już szaleństwo, ale dwa prezentują się bardzo schludnie. Jestem osobą raczej stonowaną zarówno w wyglądzie jak i charakterze i każdy paznokieć we innym kolorze może i wyglądał fajnie, ale nie do końca do mnie pasował. Większość moich ubrań jest w stonowanych kolorach a w mojej szafie zdecydowanie przeważają ubrania gładkie i jednokolorowe. Kolorowe paznokcie są fajnym akcentem w takiej stylizacji. Ożywiają, dodają energii i radości. 
Źródło: własne
Wibo Last & Shine Lacqer nr 4 (zielony) i Lovely Gloss Like Gel nr 100 (żółty).
Źródło: własne
Dwa kolory lakieru na paznokciach można rozmaicie rozmieszczać. Ja wybrałam najprostszy, symetryczny model. Maluję co drugi paznokieć takim samym lakierem. W ten sposób najbardziej mi się podobają. Lubię symetrię i źle bym się czuła mając trzy paznokcie obok siebie w jednym kolorze, a dwa kolejne w innym. Równie źle bym się czuła mając tylko jeden paznokieć w innym kolorze, niż pozostałe. Symetria przede wszystkim.

Źródło: własne
Lovely Gloss Like Gel nr 100 (żółty) i Eveline Minimax nr 844 (pomarańczowy).
Źródło: własne
Cały czas eksperymentuję z doborem kolorów. Na razie najbardziej podobają mi się żywe i jasne kombinacje np. zielony i żółty albo pomarańczowy i żółty. Jasne kolory mają jeszcze tę zaletę, że łatwiej jest takimi lakierami pomalować paznokcie i nie skracają ich optycznie. Mam ogromną kolekcję lakerów i teraz mam doskonałą okazję, żeby zacząć ich używać. Sezon wiosna/lato 2014 ustanawiam sezonem na dwa kolory paznokci.

Źródło: własne
Miss Selene nr 126 (różowy) i Miss Selene nr 220 (niebieski).
Źródło: własne
Wykorzystałam kilka lakierów i jeżeli miałabym je pogrupować od najlepszego, to zdecydowanie pierwsze miejsce zająłby pomarańczowy Eveline Minimax. Szybko schnie, dobrze się rozprowadza, wystarczy jedna warstwa, a trwałość jest zadowalająca (ok. 3-4 dni bez zarzutu). Zaraz za nim plasuję się zielony Wibo Last & Shine Lacqer. Również szybko schnie i trzyma się przez kilka dni. Niestety trzeba pomalować paznokcie dwa razy. Przy pierwszej warstwie robią się prześwity, lakier nie rozprowadza się równomiernie i wygląda to dość średnio. Lakiery Miss Selene (oceniam tylko te dwa kolory, mam też inne i co ciekawe w przypadku tych lakierów różne kolory mają różne właściwości) dobrze się rozprowadzają, w miarę szybko schną, ale też wymagają dwóch warstw, żeby paznokcie ładnie wyglądały. Trwałość to ok. 2-3 dni, chociaż zależy co się robi. Może jakbym nie zaczęła namiętnie zmywać manicure by przetrwał dłużej. Najwięcej problemów sprawił mi żółty Lovely Gloss Like Gel. Absolutnie wymaga dwóch warstw inaczej paznokcie miejscami są wręcz przezroczyste (poniekąd pewnie kwestia akurat tak jasnego koloru). Trochę trudniej jest go równomiernie rozprowadzić, a przypadku drugiej warstwy czas schnięcia jest już nieco dłuższy. Trwałość też nie powala. Zaczął odpadać już po 2 dniach.

Zobacz też:

czwartek, 5 czerwca 2014

Evree - wygładzający peeling do stóp i regenerujący krem do stóp

Dostałam do przetestowania (chyba wolę słowo wypróbowania, mam wrażenie, że "testowanie" nie do konca oddaje istotę rzeczy ;)) dwa kosmetyki do stóp firmy Evree. Firma Evree chwali się, że produkuje kosmetyki bez parabenów, olejów mineralnych, talku, sls i benzylu. Kosmetyki, których będę używać to wygładzający peeling do stóp oraz regenerujący krem do stóp. 
Źródło: własne
Jako osoba biegająca teoretycznie mogę mieć z tego powodu krzyż pański ze stopami. Akurat nie mam, ale zadbać zawsze warto. Szczególnie na lato, żeby w sandałkach nie straszyć.

Evree, Foot Care, Regenerujący krem do stóp

Źródło: własne
Regenerujący krem do stóp Evree przeznaczony jest do bardzo suchej i szorstkiej skóry. Zawiera alantoinę, urea, d-panthenol, witaminę e, olejek eteryczny lawendowy i emolienty. Poza tym proteiny jedwabiu i wosk pszczeli. Krem oprócz regeneracji, wygładzania i nawilżania ma też mieć właściwości bakteriobójcze i grzybobójcze. Ale pachnie, jakby był dla mężczyzn. Konsystencja jest bardzo lekka jak na silnie regenerujący krem do stóp. Krem Evree nie jest tłusty i dobrze się wchłania. Jeżeli chodzi o działanie to cudów nie ma, ale ja też cudów nie potrzebuję. Przy regularnym stosowaniu w parze z jakimś ścieraczem bardzo dobrze radzi sobie z pielęgnacją stóp.

Evree, Foot Care, Wygładzający peeling do stóp

Źródło: własne
Peeling do stóp Evree ma usuwać zrogowacenia skóry. Zawiera drobinki pumeksu a także urea i wosk pszczeli oraz lanolinę. I podobnie jak krem dzięki lawendowemu olejkowi eterycznemu ma właściwości grzybobójcze i bakteriobójcze. Też pachnie jakby był dla mężczyzn chociaż moim subiektywnym nosem zapach peelingu jest nieznacznie mniej intensywny niż kremu. Drobinki peelingujące są dość ostre, ale jak na mój gust za mało ostre jak na stopy. Z powodzeniem mogłabym używać tego peelingu do ciała. Za słaby na stopy. Przynajmniej moje. Mam wrażenie, że to trochę taki bajer i pic na wodę, żeby wydawać kasę, a lepiej po prostu użyć normalnego pumeksu naturalnego lub jakiejś tarki do stóp i efekt będzie taki sam lub lepszy. Peeling do stóp mnie nie przekonuje.

Obydwa kosmetyki zamknięte są w ładnych, niebieskich tubkach po 75 ml. Lubię takie tubki, bo łatwo jest wyciskać zawartość, a jak wyciskanie zaczyna być problemem to łatwo jest tubkę przeciąć i wydostać wszystko do samego końca. Dużą zaletą na pewno jest brak parabenów i sls. Kosmetyki nie zawierają również parafiny. Zawierają za to wazelinę (peeling) i silikony (krem). 

środa, 4 czerwca 2014

Mój pierwszy raz z Endomondo

Odkąd zaczęłam biegać trochę ubolewałam nad brakiem nowoczesnego telefonu, który obsługiwałby bardzo modną ostatnio aplikację Endomondo. I wreszcie się doczekałam. Na urodziny dostałam ślicznego smartfona i pierwsze co zrobiłam, to ściągnęłam Endomondo. A następnie poszłam do Biedronki po papier toaletowy.  
Wyprawa do Biedronki
Wyprawa do Biedronki z Endomondo zajęłam mi trochę ponad 20 minut i pozwoliła na spalenie prawie 100 kcal. Nieźle. Następną trasą, którą pokonałam z aplikacją Endomondo był mój poranny spacer do pracy. Zawsze staram się wyjść na tyle wcześniej, żeby móc pozwolić sobie na ten spacer. To skuteczny sposób na rozbudzenie się i nabranie energii. I wręcz wypadałoby przespacerować się te pół godzinki, jak przez kolejne osiem trzeba będzie siedzieć.
Droga do pracy
Mój poranny spacer do pracy to aż 140 spalone kalorie. Nie miałam pojęcia. Liczyłam, że około 50 ;)

Zależało mi na Endomondo głównie ze względu na bieganie, więc zdążyłam już zrobić sobie jeden trening biegowy. Czas ani dystans nie powalają, fakt. Właściwie nie planowałam tego dnia iść biegać, ale nie mogłam się powstrzymać. Poniżej efekty zarejestrowane przez Endomondo.

Pierwszy bieg z Endomondo
6 kilometrów w 40 minut ze średnią prędkością 6:26 min/km i spalone 321 kalorii. Starałam się biec szybko, ale chciałam też żeby było po górę, więc szybko nie biegłam ;)

Endomondo to świetna sprawa. Wreszcie wiem, jaki dystans przebiegłam, w jakim czasie i z jaką prędkością. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...