środa, 30 kwietnia 2014

Bielenda, Appetizing Body SPA, Masło do ciała Kakao + orzech laskowy - recenzja

Masło zamknięte jest w wygodnym, zakręcanym opakowaniu o pojemności 200 ml. Kosztuje około 15 zł. Kupując kosmetyki najpierw zawsze patrzę na skład. Masło do ciała Bielendy zawiera masło shea, parafinę, glicerynę, silikony oraz olej migdałowy, masło kakaowe i olej makadamia. Zawiera również alkohol. Alkohol denaturowany. Plusik na pewno za to, że zapach jest bliżej końca niż początku składu. 

Źródło: własne
Zapach jest bardzo delikatny, prawie niewyczuwalny. Dla mnie trochę szkoda. Balsamy do ciała kupuję w dużej mierze dla zapachu.  Konsystencja gęsta i zbita, jednak nie sprawia problemów przy aplikacji. Kolor jest delikatnie beżowy. Nie brudzi niczego. Nie tłuści jakoś bardzo. Wchłania się przeciętnie, ale tragedii nie ma. Trochę lepiej niż średnio. Przez jakiś czas po zastosowaniu skóra jest delikatnie tłusta. Od dawna już nie używam balsamów rano ani przed ubieraniem się. Tylko na wieczór przed snem, więc moje wymagania w kwestii wchłaniania się trochę spadły.

Źródło: własne

Masło do ciała Kakao + orzech laskowy używam od około półtora miesiąca. Nieregularnie. I jestem zadowolona. Nie zachwycona, ale zadowolona, bo nie bardzo mam się do czego przyczepić. Przyczepiłabym się do ceny i gdybym miała je kupić pewnie bym nie kupiła. Bo jestem skąpa. I nie uważam, żeby było lepsze od tańszych kosmetyków tego typu. Nie uważam też, że 15 zł za 200 ml tego masła to cena wygórowana. Po prostu jestem typem osoby, która kupuje tylko rzeczy najtańsze, albo naprawdę najlepsze. Jeżeli różnica w produkcie jest niewielka zawsze kupię tańszy. Swoje pieniądze wydaję na inne zachcianki.

Źródło: własne

Producent zachwala, że masło do ciała kakao + orzech laskowy ma poprawiać humor. Nie, nie poprawia. A zapach wcale nie jest intensywny. Jak już piałam wyżej zapachu prawie nie czuć. Albo ja mam problemy z węchem. Z ciekawostek to jeszcze zafascynowała mnie deklaracja producenta, że masło jest do stosowania całorocznego. 

Czy poleciłabym to masło? Nie wiem. Nie jest to na pewno idealny balsam do ciała, aczkolwiek najgorszy też nie. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ani zapachem ani działaniem. Na pewno jest fajnym urozmaicenie dla osób, które lubią próbować nowości i często zmieniają kosmetyki. Balsamy i masła do ciała to akurat takie kosmetyki, które można zmieniać co chwilę i nie powinno powodować to żadnych uczuleń. 

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Rossmann 49% zniżki na kolorówkę do oczu

W tym tygodniu w Rossmannie wielka obniżka (49% czyli prawie 50% czyli prawie połowa) na kosmetyki do makijażu oczu. Wszystkie cienie, tusze, kredki, eyelinery i tak dalej.

Źródło: rossnet.pl
Na pewno wybiorę się do Rossmanna pooglądać. Ostatnio jak byłam w zeszłym tygodniu, pomimo tej ogromnej obniżki, wcale nie było większych tłoków niż zwykle. Ostatnio chodzę głównie do Rossmanna w Bonarce. Mam blisko, po drodze jak wracam z praca i mam wrażenie, że w tym Rossmannie jest najmniejszy tłok. W Dekadzie na Stojałowskiego też sobie chwalę Rossmanna pod względem braku nadmiaru ludzi i pod względem przestrzeni. Można spokojnie się poruszać pomiędzy półkami. 

Będę się rozglądać głównie za kolorowymi tuszami do rzęs. Moja siostra od miesiąca marudzi, że chciałaby, więc jak znajdę to jej kupię. Chociaż dawno nie widziałam nigdzie kolorowego tuszu. A jeżeli chodzi o zwykły tusz do rzęs wodoodporny, to chciałabym polecić Eveline, Big Volume Lashes. Na prawdę jest wodoodporny. Dobrze znosi płakanie. Woda go nie rusza. Na dodatek daje bardzo fajny efekt. Rzęsy są wyraźnie podkreślone i grubsze. Jestem bardzo zadowolona.

Źródło: eveline.pl

niedziela, 27 kwietnia 2014

Idealny balsam do ciała

Jaki jest mój idealny balsam do ciała? Od balsamu/mleczka/masła/kremu do ciała nie wymagam zbyt wiele. Tak na prawdę nie mam też rzeczywistej potrzeby używania tego typu kosmetyków. Używam ich głównie dla zapachu i dla psychicznego poczucia dbania o siebie. Jednak idealny kosmetyk do pielęgnacji ciała musi spełniać kilka warunków.

Idealny balsam do ciała
Źródło: pixabay.com


Idealny balsam do ciała: Wchłanianie
Kosmetyk do ciała powinien przede wszystkim dobrze się wchłaniać. Nie ma nic gorszego niż obklejone tłuste ciało, do którego przeczepia się wszystko z otoczenia oraz fragmenty ubrania. Nikt tego nie lubi. Pół biedy wieczorem w zimie, ale rano w lecie to jest naprawdę coś strasznego. Kiedyś posmarowałam się balsamem i wyszłam na spacer wzdłuż ulicy. To było lato, więc miałam na sobie balerinki i krótkie spodenki. I patrzę na swoje nogi a one jakieś takie ciemne. Kurz i pył z ulicy przykleił mi się do posmarowanych nóg. Nie polecam. Balsam powinien się dobrze wchłaniać, ale jednocześnie powinna być różnica w odczuciach pomiędzy używaniem balsamu i nie używaniem. Jeżeli po posmarowaniu się skóra wygląda i czuje się dokładnie tak, jak bez smarowania znaczy, że niestety kosmetyk nie działa. 

Idealny balsam do ciała: Konsystencja
To rzecz gustu. Jedni preferują bardzo lejące mleczka, a inni bardzo gęste masła. Gęste masło wydaje się być bardziej ekonomiczne. Ma mniej wody w składzie, a więc więcej składników pielęgnacyjnych (chociaż wiadomo, że niekoniecznie i że za gęstą konsystencję mogą odpowiadać świństwa, najlepiej czytać skład) i płacimy za produkt a nie za wodę. Ja osobiście nie lubię tych wylewających się mleczek i nie lubię tych bardzo gęstych maseł, które aby rozsmarować trzeba włożyć naprawdę dużo siły. W przypadku konsystencji zdecydowanie złoty środek. 

Idealny balsam do ciała: Opakowanie
Dobrze, jeżeli ma wygodne opakowanie. Z tym, że wygodnych opakowań jest kilka rodzajów. Bardzo wygodne jest opakowanie typu słoik. Bez trudu można wydobyć cały produkt, a puste opakowanie umyć i wykorzystać do innego celu. Drobną wadą jest, że tego typu opakowanie jest najmniej higieniczne. Duża ilość produktu ma kontakt z powietrzem oraz z naszymi rękami. Oczywiście w przypadku balsamu do ciała to średni problem. O wiele większe znaczenia ma ta kwestia przy kremach do twarzy lub pod oczy. Wygodne jest również miękkie opakowanie tuba. Zajmuje chyba najmniej miejsca, jest najlżejsze, higieniczne, a resztki można wydobyć przecinając je. I nie jest to żaden wielki problem. Niektórzy lubią balsami w opakowaniach z dozownikiem. Dozownik pozwala na odmierzenie odpowiedniej ilości produktu, poza tym kosmetyk może sobie stać na półce. Nie trzeba go trzymać w ręce i brudzić opakowania, nie ześlizguje się. Ja za dozownikami nie przepadam, bo często je psuję. Poza tym z takiego opakowania trudno wydobyć resztki. Przecinanie opakowań z dozownikiem jest trudniejsze niż przecinanie tubek. Najgorsze są jednak grube opakowania, z których już wyciskanie produktu sprawia problem. Takich staram się unikać. Na szatę graficzną opakowania nie zwracam większej uwagi. Tzn. zwracam ale jest ona czynnikiem mającym jakiekolwiek znaczenie dopiero w ostateczności.

Idealny balsam do ciała: Zapach
Lubię różne zapachy. Cukierkowe, kakaowe, owocowe, perfumowe... Najważniejsze, żeby zapach nie był za mocny. Nawet najpiękniejszy zapach jeżeli jest zbyt mocny męczy. Jednak zapach w tym przypadku jest dla mnie na tyle ważny, że nie zdecydowała bym się na balsam bezzapachowy. Cała radość w tym, żeby pachnieć.

Idealny balsam do ciała: Działanie
Balsam powinien nawilżać, łagodzić podrażnienia, sprawiać że skóra będzie gładka, miękka i przyjemna w dotyku. Jeżeli ktoś tak jak ja nie ma problemów ze skórą praktycznie każdy, najprostszy nawet kosmetyk tak zadziała. Tak jak pisałam wcześniej nie mam wielkich wymagać. Byle jeszcze nie podrażniał i nie uczulał. 

W swoim życiu zużyłam sporo różnych balsamów do ciała. Zarówno tych tańszych, jak i tych droższych. I szczerze mówiąc moja skóra nie widziała pomiędzy nimi specjalnej różnicy. Różnica była w komforcie użytkowania (wchłanianie), w zapachu, konsystencji i opakowaniu oraz cenie oczywiście. Ale jeżeli miałabym kierować się działaniem, to wszystkie te kosmetyki niespecjalnie się różniły pomiędzy sobą. Po części na pewno dlatego, że mam bezproblemową skórę. I trochę też na pewno dlatego, że wszystkie mają bardzo podobny skład, a przynajmniej podobne główne składniki. Nie byłabym w stanie wskazać faworyta. Kupuję kierując się ceną, zapachem albo ładnym opakowaniem (no cóż).

Zobacz też:

piątek, 25 kwietnia 2014

IX Bieg Kraków-Skotniki 4 maja 2014

I zapisałam się na kolejny bieg. Właściwie inaczej chciałam spędzić długi weekend majowy. Ale nie będzie mi dane. Trudno. Bieg Kraków-Skotniki to też świetna sprawa.

Źródło: bieg.skotniki.com
Bieg odbędzie się 4 maja 2014 roku. Start o godzinie 16, ale oczywiście jak zawsze trzeba być wcześniej. Trasa zaczyna się przy Specjalistycznym Szpitalu Im. Dr Józefa Babińskiego w Krakowie czyli tym najsłynniejszym psychiatryku, który potocznie nazywa się Kobierzynem. Trasa wydaje się być ładna i ciekawa: alejkami Szpitala Specjalistycznego, ulicami Skotnik, Podgórek Tynieckich i Tyńca. Na oficjalnej stronie biegu widnieje dystans 10 km, aczkolwiek wszyscy mi mówią, że dystans wynosi 15 km. Nie wiem jak to jest. No ostatecznie 5 km w tę w tamtą to bez różnicy ;)

Źródło: bieg.skotniki.com

Wszyscy zawodnicy zapisani do 27 kwietnia otrzymają medale. Oprócz tego organizator zapewnia dla uczestników biegu posiłek i napoje po biegu. Uczestnicy są też ubezpieczeni przez organizatora. Dla najlepszych oczywiście nagrody. Dla najstarszych też. Wyciągnęłabym prababcię, gdyby tylko żyła.

Myślę, że to 10 czy tam 15 kilometrów to będzie dla mnie dobry sprawdzian możliwości przed Biegiem Nocnym, którym dość mocno się denerwuję odkąd się na niego zapisałam. Z jednej strony wolę zapisać się wcześniej i mieć już załatwione, ale z drugiej zawsze wtedy jakoś tam bardziej się stresuję.

Przygotowania do Biegu Nocnego

Przygotowania, a właściwie ich absolutny brak. Nie pamiętam, czy wspominałam czy może jeszcze nie, ale zapisałam się na 10 kilometrowy Bieg Nocny, który odbędzie się 16 maja 2014 roku w Krakowie. Biegam od niedawna, ale idzie mi na tyle dobrze i mam na tyle duży progress, że stwierdziłam, że do połowy maja będę w stanie spokojnie przebiec 10 kilometrów. Koniecznie w czasie poniżej półtorej godziny, bo inaczej nie dość że przypał to jeszcze medalu nie dostanę.

Źródło: openclipart.org

Od kwietnia planowałam zacząć trochę intensywniej trenować, robić sobie biegi szybsze i biegi dłuższe. No cóż. Nie wyszło. W kwietniu biegałam naprawdę stosunkowo mało. Również niewiele ćwiczyłam. I teraz zaczyna mnie ogarniać lekka panika. Wiem  przecież, że jestem super i wystarczy, że będę wypoczęta. Jeżeli tylko jeszcze będę normalnie, sensownie jeść na pewno przebiegnę w czasie, który mnie usatysfakcjonuje. Nawet gdybym nic więcej nie robiła, to w soboty chodzę na treningi BBL, a w czwartki na ćwiczenia core stability. Ponadto prawie codziennie robię sobie półgodzinny spacer z Placu Inwalidów na ul. Zapolskiej. Nie ma powodów do paniki. Moje ciało jest w wystarczająco dobrej formie, żeby przebiec 10 kilometrów bez specjalnego treningu. Czas strasznie szybko leci i trochę mi szkoda, że zmarnowałam prawie cały kwiecień, zamiast przygotowywać się do biegu.

Więcej informacji o samym biegu można znaleźć w regulaminie Biegu Nocnego. Oprócz Biegu Nocnego zapisałam się również do Biegu o Puchar Radia RMF.  Obydwa biegi odbywają się w ramach 13 Cracovia Maraton. Za rok (jeżeli nie znudzi mi się bieganie, albo nie przytrafi mi się jakaś poważna kontuzja) chciałabym wziąć udział w maratonie. Dzisiaj oczywiście przeraża mnie sam półmaraton.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Tangle Teezer - pierwsze wrażenia

Kupiłam wczoraj Tangle Teezer. Śliczny różowiutki Tangle Teezer. Tangle Teezer Original Pink Fizz. Od dawna przymierzałam się do kupna tej, podobno rewelacyjnej, szczotki. Powstrzymywała mnie dostępność. Ja bardzo nie lubię robić zakupów przez internet. Tak naprawdę, to jeszcze nigdy w życiu nie kupiłam niczego przez internet. Mój Tangle Teezer kupiłam stacjonarnie, w Krakowie, w drogerii Firlit na ulicy Długiej 36. Zapłaciłam 32,90 zł, co moim zdaniem się opłaca. Przeglądając oferty sklepów internetowych było porównywalnie lub nawet drożej, a dochodziły jeszcze koszty przesyłki. I czas oczekiwania. I możliwość, że kolor jednak na żywo wygląda inaczej. Że cała szczotka na żywo wygląda inaczej. I czas oczekiwania. Dlatego nie lubię robić zakupów przez internet. Całe szczęście, że udało mi się dorwać Tangle Teezer w normalnym sklepie i w akceptowalnej cenie. 
Źródło: hairhousewarehouse.com.au
Zdecydowałam się na kolor różowy (Pink Fizz), chociaż wahałam się pomiędzy wszystkimi innymi dostępnymi w sklepie ;). Na szczęście na sam zakup byłam raczej zdecydowana. Nie wkładałam szczotki do koszyka po to, żeby za chwilę odłożyć na półkę i tak kilka razy. Wiedziałam, że chcę kupić Tangle Teezer i kupiłam. Szczotki wiszą na samym końcu sklepu. Wcześniej byłam w Firlicie na Karmelickiej i tam tych szczotek nie widziałam. Możliwe oczywiście, że jestem ślepa, ale wydaje mi się, że naprawdę na Karmelickiej ich nie ma. 

Źródło: własne
 Po powrocie do domu odpakowałam szczotkę i przeciągnęłam nią po włosach. Tak kilka razy. Trochę obawiałam się, że niewygodnie będzie się ją trzymać. Że długo będę się musiała przyzwyczajać. Ale chyba nie. Faktycznie trzyma się ją inaczej, niż tradycyjną szczotkę czy grzebień, ale operowanie nie jest niewygodne. Tangle Teezer dobrze układa mi się w dłoni, pasuje, nie wypada. Nie ma problemu. Jeżeli chodzi o samo rozczesywania rzeczywiście jest jakoś tak łatwiej. Tangle Teezer gładko sunie po włosach. Wydając przy tym taki charakterystyczny dźwięk. Czesanie jest delikatniejsze i przyjemniejsze, niż tradycyjnymi narzędziami. Nie wiem, jak sprawdza się na mocno splątanych włosach, bo takich akurat nie miałam. A nie będę ich plątać specjalnie po to, żeby wypróbować Tangle Teezer. Ale na takich normalnych sprawdza się ładnie i dobrze.

Źródło: własne
Ten wpis nie jest recenzją i nie chciałabym, żeby ktoś zbyt mocno się nim sugerował. Kupiłam Tangle Teezer wczoraj. Użyłam kilka razy. Nie jestem w stanie wiarygodnie go ocenić. Piszę na razie tylko o pierwszych wrażeniach. Szczotka jest fajna, ale szału nie ma. Nie oczarowała mnie póki co. Owszem ładnie czesze, fajnie wygląda, ale nie szału ma. Czy żałuję wydanych pieniędzy? Nie, nie żałuję. Ostatecznie 33 zł to nie jest jakiś wielki majątek. Podobne sumy wydaję na tzw. pierdoły i rozrywkę. Regularnie. A Tangle Teezer kupiłam raz i mam nadzieję, że spokojnie posłuży mi kilka lat, albo chociaż rok. Nie mam z powodu tego zakupu żadnych finansowych wyrzutów sumienia. Tangle Teezer nie jest też jakąś zwykłą szczotką. Jest trochę lepszy. I bardzo ładnie wygląda. Nie żałuję tego zakupu. I w głębi duszy gorąco wierzę, że jeszcze zapałam do tej szczotki miłością. Potrzeba tylko czasu.

Źródło: własne
Źródło: własne
 Mój Tangle Teezer ma taki ładny kolor jak na pierwszym zdjęciu. Pozostałe robione są w łazience, bez światła dziennego i dlatego wyszło tak słabo.

środa, 23 kwietnia 2014

Sposób na obieranie ziemniaków

Obieranie ziemniaków zawsze stanowiło dla mnie problem. Trochę rozwiązała go obieraczka do warzyw. Trochę. Ale wciąż na myśl o obieraniu ziemniaków robi mi się jakby gorzej i wiem, że czeka mnie trudne zadanie wymagające siły, precyzji i ostrożności.

Źródło: wikipedia
Niedawno, przez zupełny przypadek wpadłam na świetny pomysł, która pozwoli obierać ziemniaki łatwiej i szybciej. Teraz obieranie ziemniaków stało się lekkie i prawie przyjemne. Co wymyśliłam? Zamianę kolejności. Najpierw gotujemy ziemniaki. Takie ze skórką, a obieramy już ugotowane. Ugotowany ziemniak jest miękki, a skórka bez problemów odchodzi. Z pokrojonych na kawałki ziemniaków skórkę jestem w stanie zdjąć rękami. A nożem to już naprawdę dziecinada i sama przyjemność.

Oczywiście, żeby nie było zbyt fajnie przeglądając internet dowiedziałam się, że ktoś już wpadł na podobny pomysł. Na stronie familie.pl znalazłam sposób na jeszcze szybsze i bardziej spektakularne obieranie ziemniaków. Też należy je najpierw ugotować (w całości), a następnie włożyć na 5 sekund do naczynia z lodem. Po tym czasie wystarczy pociągnąć za dwa końce ziemniaka, a skórka sama zejdzie. Tego sposobu nie próbowałam, więc niczego nie gwarantuję. W podanym wyżej linku jest cały filmik, jak taka operacja wygląda. 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Rossmann 49% zniżki na kosmetyki do makijażu 22.04.2014-11.05.2014

Zniżka -49% na kolorówkę w Rossmannie. Od 22 kwietnia do 11 maja. Trzy tygodnie zniżki na kosmetyki do makijażu. Od 22 kwietnia do 27 kwietnia zniżka -49% na kosmetyki do twarzy, czyli podkłady, pudry, korektory czy róże. Od 28 kwietnia do 4 maja zniżka -49% na kosmetyki do makijażu oczu tj. tusze do rzęs, cienie do powiek, kredki i eyelinery. Od 5 maja do 11 maja natomiast zniżka -49% na  kosmetyki do ust i paznokci, czyli szminki, błyszczyki, lakiery do paznokci i (wnioskując po poprzednich latach) również odżywki do paznokci będą objęte tą promocją. 


Źródło: rossnet.pl

Ostatnio nie bywam w Rossmannie zbyt często i kupuję o wiele mniej kosmetyków. Właściwie nic nie jest mi potrzebne poza szamponem Babydream, ale czekam na promocję. I właściwie nie powinnam nawet wybierać się do Rossmanna. Ale przez najbliższe trzy tygodnie jest zniżka -49% na kolorówkę. I trudno, że będę straszne tłoki. Nic nie szkodzi, że mam dużo kosmetyków do makijażu, a maluję się raczej delikatnie i oszczędnie. Nie byłabym sobą gdybym do tego Rossmanna z okazji -49% nie poszła. Chociażby po to, żeby sobie pooglądać. Ogołocone już półki i tłumy wściekłych przepychających się bab. 

Oczywiście na pewno coś kupię. Nie głupim byłoby zainwestowanie w jakiś lepszy puder. Co prawda mam w zapasie dwa pudry. Takie z serii najtańszych. Constance Carroll, compact refill powder. Spisuje się całkiem nieźle jak na cenę (ok. 7 zł w krakowskim Firlicie) i ma duży wybór odcieni w tym kilka naprawdę jasnych. A ja jestem naprawdę blada. Kupuję puder w kamieniu Constance Carroll od lat i chciałabym spróbować czegoś droższego. A nuż okaże się lepsze. Skoro prawie za połowę ceny to chyba się skuszę. Myślę, że mogę się również skusić na jakiś fajny róż. Nigdy nie używałam, a może warto. Podobno róż potrafi zdziałać cuda i pięknie wymodelować twarz. Oczywiście trzeba jeszcze wiedzieć, jak go używać. Na pewno nie powinnam kupować żadnych podkładów ani korektorów, bo mam kilka w zapasie. Mimo tego kusi mnie od jakiegoś czasu Wibo, 4 in 1 Concealer Palette. 

W drugim tygodniu możliwe, że zakupię jakiś tusz do rzęs na zapas. Chociaż mam już 2 zapasowe i lepiej byłoby jednak nie. W trzecim tygodniu na pewno zainwestuję w jakieś odżywki do paznokci. I mam absolutny zakaz kupowania lakierów. Mam całą kosmetyczkę lakierów kupionych na poprzednim -40% w Rossmannie, których nie użyłam ani razu. W ogóle ja rzadko używam lakierów do paznokci, bo mi szkodzą. Ale kupować lubię.

Źródło: wikipedia

Tak naprawdę z kosmetykami do makijażu jest stosunkowo spokojnie, ale jeżeli pojawi się zniżka na te do pielęgnacji, to mój portfel może być poważnie zagrożony. 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Włosy delikatnie skręcone

W ramach "Niedzieli dla włosów" poświęciłam się, a właściwie pościel i ręcznik. Nałożyłam na włosy na noc olejek Babydream fur Mama. Ten, co śmierdzi jak rozpuszczalnik. Nie planowałam zostawiać go na noc, ale tak jakoś wyszło. Nie chciało mi się już wieczorem go zmywać ;)

Źródło: anwen.pl


Rano nałożyłam na naolejowane jeszcze włosy odżywką Isana Professional po czym zmyłam szamponem Eveline 8w1 Argan + Keratin. Myślę, że o tym szamponie napiszę niebawem trochę więcej, bo jest naprawdę świetny. Moje włosy dobrze się po nim czują i ładnie wyglądają. Na dodatek bardzo ładnie pachnie i ma fajną konsystencję. Po zmyciu oleju jak zwykle nakładam na włosy odżywkę/maskę. Tym razem padło (po raz kolejny) na Glorię. Bardzo ją polubiłam. 

Źródło: własne
Trochę mi się spieszyło, więc włosy wysuszyłam suszarką i spryskałam mgiełką Marion (w tej kolejności). O mgiełce wspominałam tydzień temu. Prawie suche włosy spięłam spinką. Nie wiem, jak taka spinka fachowo się nazywa. Ja mówię na nią rekin.

Źródło: rossnet.pl
Po rozpuszczeniu moje włosy prezentowały się naprawdę bardzo przyzwoicie. Niesamowicie byłam z nich dumna. Akurat na wizytę u rodziny. 
Źródło: własne
I jeszcze w ramach ciekawostek zdjęcie włosów tuż po wysuszeniu. Różnica jest tak ogromna, że aż ciężko mi uwierzyć, że zdjęcia robione były tego samego dnia, w ciągu nie więcej niż dwóch godzin i poza spinką nie były w żaden inny sposób stylizowane. Jak widać spinka i delikatne fale mi służą. 

Źródło: własne
Tak, to są te same włosy. I przysięgam, że nie robiłam z nimi nic poza spięciem i przyjechaniem do domu rodzinnego. 


Polecam książkę: Ann Bauer - Mój na zawsze

"Mój na zawsze" autorstwa Ann Bauer to współczesna powieść obyczajowa. Bardzo kobieca. O kobiecie i dla kobiet. Przeczytałam z niebywałą przyjemnością. Powieść Ann Bauer czyta się bardzo dobrze, co nie znaczy, że szybko. Nie znaczy to też, że książka jest trudna w odbiorze. Nie jest. Ja czytałam ją powoli jak na siebie rozkoszując się każdą stroną. Było tym przyjemniej, że książka jest moja własna i nowa. A na dodatek otrzymałam ją w prezencie. Od chłopaka na Dzień Kobiet.

Źródło: lubimyczytać.pl
"Mój na zawsze" to bardzo przyjemna do czytania książka dla kobiet. Nie jest to jednak nic w stylu Seksu w wielkim mieście. Powieść Ann Bauer nie ma w sobie również nic z kryminału, co może sugerować opis. Chodzi mi tutaj konkretnie o to zdanie: Po spotkaniu z kochankiem dowiaduje się, że jej życiu grozi niebezpieczeństwo. Piszę o tym, bo sama się nabrałam, tymczasem nikt tutaj nikomu nie grozi śmiercią, chociaż motyw śmierci w książce jest bardzo mocno obecny. Po przeczytaniu tej książki zastanawiałam się, czy przedstawiona w niej historia bardziej budzi smutek czy nadzieję. Ta lektura prowokuje wiele pytań, na które każda kobieta powinna sobie odpowiedzieć. Bez względu na to, czy dopiero zaczyna swoje życie czy większość swojego czasu już przeżyła. Powieść "Mój na zawsze" bardzo mi się podobała i zdecydowanie polecam ją wszystkim, którzy lubią literaturę kobiecą i nieco refleksyjną. 

Zobacz też:

sobota, 19 kwietnia 2014

Parkrun w Wielką Sobotę

Kto w ogóle biega parkrun w Wielką Sobotę? Ci którzy trening traktują bardzo poważnie. Ci, którzy z różnych względów nie obchodzą świąt. Oraz ci, dla których te 2 godziny (licząc z dojazdem z obie strony, rozgrzewką i wspólnym zdjęciem) nie są czasem nie do wygospodarowania podczas świąt. Dzisiaj w Krakowie było troszeczkę mniej ludzi, niż zwykle, ale wciąż wystarczająco dużo, żeby nie było obciachu.o gdyby wolontariuszy było więcej niż samych biegających to trochę obciach ;)



Mój pierwszy parkrun odbyłam miesiąc temu. I nie byłam zadowolona z wyniku. Nie byłam nawet zadowolona, że przebiegłam bez zatrzymania się, bo nie przebiegłam bez zatrzymania się. Postanowiłam sobie, że kiedyś poprawię swój wynik. To kiedyś przypadło akurat na dzisiaj. Nie przypadkowo. Codziennie w soboty chodzę na Biegam Bo Lubię i nie chciałabym tracić treningu na rzecz przebiegnięcia tych 5 kilometrów. Nawet w miłym towarzystwie i z pomiarem czasu. Dzisiaj BBL w Krakowie nie było, więc z radością zaplanowałam parkrun i pobijanie swoich rekordów. Tyle, że wczoraj bardzo rozsądnie wybrałam się na siłownię i ćwiczyłam nogi. Dość intensywnie. Efektu można się domyślić. Moje nogi były dzisiaj mocno zmęczone. Zakwasów nie miałam, bo po siłowni zrobiłam najważniejszą rzecz na świecie, czyli rozciąganie. Ale nogi były po prostu zmęczone. Już wybiegając na autobus czułam, że to nie jest mój dzień.

Pogoda z samego rana była taka jakaś biała. Strasznie zamglone było. Trochę się bałam, żeby nie zaczęło przypadkiem padać. Chociaż może właśnie to by było dobre. W deszcze biega się szybciej, bo im szybciej człowiek przebiegnie, tym szybciej przestanie moknąć.

Źródło: własne
Jakiś czas temu pisałam o problemach początkującego biegacza. Jednym z nich było, co zrobić z kluczami, pieniędzmi, dokumentami, telefonem, chusteczkami i innymi takimi niezbędnymi drobiazgami podczas biegania. Wczoraj mój chłopak kupił sobie świetną torbę, którą oczywiście od razu pożyczyłam.
Źródło: własne
Pomimo regulacji i tak okazała się dla mnie trochę za duża.Nie spadała mi co prawda, ale trochę się obijała. Nie przeszkadzało to aż tak bardzo. Klucze oczywiście trochę grzechotały. Mnie to nie przeszkadzało jakoś szczególnie. Nad Wisłą było jeszcze bardziej zamglone.

Źródło: własne

Źródło: własne

Kiedy dotarłam na Błonia zaczęło się trochę przejaśniać.

Źródło: własne
Odnośnie samego biegu, tak jak się można było spodziewać, poszło mi słabo. Byłam zmęczona już na samym starcie. Biegłam powoli i nie udało mi się pokonać dystansu bez zatrzymania się. Wyników pewnie jeszcze nie ma. Inna sprawa, że aż się boję na nie patrzeć. Chciałam mieć lepszy czas, a obawiam się, że dzisiejszy może być gorszy od poprzedniego. Ale mam nauczkę, że intensywne ćwiczenia na siłowni na nogi dzień przed bieganiem to naprawdę nie jest najlepszy pomysł. 

A żeby zakończyć pozytywnym akcentem: moje białe buty jeszcze wyglądają całkiem przyzwoicie, chociaż biegałam i po deszczu i po błocie, i po lesie. I jeszcze ani razu ich nie umyłam.

Źródło: własne


Edit: A jednak czyste butki to nie jedyny pozytywny akcent. Nie wiem jakim cudem, ale pomimo zmęczenia udało mi się przebiec parkrun w czasie trochę poniżej 27 minut. Czy mocno lepiej niż za pierwszym razem. Jestem z siebie naprawdę dumna. Czas sam w sobie średni, ale biorąc pod uwagę wczorajsze ćwiczenia na siłowni i to jak słabo się czuła, poszło mi naprawdę dobrze.

piątek, 18 kwietnia 2014

Kilka słów o świętach

To będzie raczej refleksyjny i smutny wpis. Bez świątecznych życzeń, bez przepisów na sto dań z jajek i bez pomysłów na dekorację wielkanocnego koszyczka. Ten wpis będzie o świętach. O tym jak wyglądały przez całe lata święta w moim domu i o tym, dlaczego od dawna tych świąt nie lubiłam.

Wszystkie święta zawsze były takie same. Bez względu na to, czy obchodziliśmy akurat Boże Narodzenie czy Wielkanoc scenariusz był taki sam. Zmieniała się jedynie dekoracja. Tutaj śnieg i choinka, tam wiosna jajka i zajączki. Ale tak na prawdę poza temperaturą i dekoracją wszystko zawsze wyglądało dokładnie tak samo. Z czym najbardziej mi się kojarzą święta? Z kłótniami. Ze sprzątaniem. I z kupowaniem nadmiaru produktów, które później się psują, w najlepszym wypadku są dojadane na siłę przez kolejny tydzień lub dwa.


Sprzątanie to była trauma. Nie chodzi o to, że jestem brudasem, czy że nie chciało mi się sprzątać, bo wolałam siedzieć przy kompie i czytać blogi. Chodzi o ten szał sprzątania,w który wpadają niektóre kobiety. Moja mama miała zwyczaj w taki szał wpadać. Czasami miałam wrażenie, że głównym celem i sensem świąt jest zrobienie idealnego porządku. 

Zakupy pozornie wydają się fajne. Jeżeli nie liczyć tego, że ludzie w sklepach jak szaleni rzucają się na produkty. Nie zostaje już nic. W dodatku okropne kolejki do kasy. I nerwowa atmosfera, bo każdy się spieszy, bo w sklepie brakuje niezbędnego składnika, bo jeszcze nie posprzątane. Dodam jeszcze, że takie świąteczne zakupy kosztowały połowę więcej niż każde normalne, a większości tego jedzenia i tak po świętach nie miał kto jeść.

Świątecznej atmosfery dopełniały kłótnie. O wszystko. Że nie posprzątane i nie ugotowane. Że kurz na szafce, że ciasto siadło, że cokolwiek. Całe świąteczne przygotowania przebiegały w atmosferze kłótni, niecierpliwości i irytacji. Byłam tym okropnie zmęczona. Tak zmęczona, że kiedy przyszło usiąść razem z rodziną do stołu, to była to ostatnia rzecz, na którą miałam ochotę. Najpierw się na siebie wydarliśmy, a później mieliśmy składać sobie życzenia, uśmiechać się i udawać, że jest super. 

Tyle mi się kojarzy ze świętami. Marnotrawstwo pieniędzy i jedzenia, wielkie porządki i towarzysząca temu nerwowa atmosfera. I świetnie prezenty ani pyszne jedzenia nijak nie były w stanie wynagrodzić mi tego, co przechodziłam przed świętami. 

A dzisiaj świąt najchętniej nie obchodziłabym w ogóle. Nie to, że ich nienawidzę. Są mi totalnie obojętne. Nie są dla mnie żadną atrakcją. Nie chce mi się świętować. Wolę wpaść do rodziny na imieniny albo herbatkę bez okazji. Bez tej całej świątecznej otoczki. Nie to, że nie kręcą mnie pisanki, zajączki, koszyczek czy choinka oraz Święty Mikołaj. Kręciłyby mnie, gdyby nie to, że za bardzo kojarzą mi się ze świętami. A święta kojarzą mi się z kłótniami i obsesyjnym sprzątaniem.

środa, 16 kwietnia 2014

Co masz w torebce?

Podobno kobieca torebka to taka studnia bez dna. Podobno jest tam wszystko i podobno niczego nie można tam znaleźć. Chociaż są i tacy, którzy trzymają się tezy, że kobieta z zamkniętymi oczami jest w stanie wygrzebać ze swojej torebki potrzebną w danym momencie rzecz. Bez względu na to, czy jest to szminka, długopis czy młotek. Podobno damska torebka może być siedliskiem groźnych bakterii. A jak jest naprawdę? Jakie tajemnice skrywa wnętrze mojej torebki?


Zawartość torebki w pewnym stopniu zależy od tego, gdzie idę, na jak długo i czego przy ostatniej okazji z tej torebki nie wypakowałam. Ale tak naprawdę jest to jedynie niewielki procent zawartości mojej torebki. Większość rzeczy w torebce noszę stale. Dzisiaj zajrzałam i sprawdziłam, co ja tam mam. Bo oczywiście jakbym miała z pamięci wymieniać albo zgadywać, to by się nie udało. Nie pamiętam, co mam w torebce. Zresztą do niczego mi takie pamiętanie nie jest potrzebne. No chyba że do pisania notek na bloga.

1. Chusteczki higieniczne
Zazwyczaj kilka małych opakowań. Zazwyczaj każde już otworzone. Chusteczki są jak najbardziej niezbędne i nawet noszenie kilku opakowań można jakoś logicznie wytłumaczyć. Nic nadzwyczajnego. 

2. Kosmetyczka
Kosmetyczka to taka torebka w torebce. O szczegółowej zawartości kosmetyczki napiszę później. Na potrzeby tej notki zdradzę tylko, że w kosmetyczce mam kosmetyki. Głównie do makijażu. Plus plastry i tampony. I pęsetę oraz pilniczek. I tabletki przeciwbólowe.

3. Portfel
Portfel to też trochę taka torebka w torebce. Może też kiedyś o zawartości portfela napiszę więcej. Na potrzeby dzisiejszej notki załóżmy, że portfel zawiera pieniądze oraz dokumenty. I zdjęcia bliskich. I masę innych karteluszek jak paragony, potwierdzenia, listy zakupów, bony itp. itd. 

4. Klucze do domu
Często dwa komplety. Do siebie i do  rodziców.

5. Pomadka ochronna
Piszę o niej osobno, chociaż jest kosmetykiem, bo nie trzymam jej w kosmetyczce. Trzymam ją w małej kieszonce. Tak żeby zawsze łatwo można było po nią sięgnąć. Obecnie mam akurat dwie pomadki, bo jedna się już prawie kończy.

6. Telefon komórkowy
Sztuk jedna. W różowym etui, żeby nic mu się nie stało i żebym jeszcze gorzej słyszała, jak ktoś do mnie dzwoni lub jak dostanę smsa. 

7. Książka
Książka to pozycja obowiązkowa w mojej torebce. Uwielbiam czytać,a posiadając książkę czuję się bezpieczniej. W sensie, że mi korki nie straszne. Nigdy nie posunęłabym się do narażania książki podczas próby obrony. 

8. Torba z materiału i mnóstwo siateczek oraz woreczków
Torba z materiału na wypadek zakupów, a te woreczki i siateczki to sama nie wiem po co mi one i przede wszystkim skąd się tam wzięły. Czasami pakuję w nie jedzenie do pracy. Pewnie stąd. 

9. Ulotki
Mnóstwo ulotek. Wciskają mi je na każdym kroku. Ja biorę, a że do najbliższego kosza mam kawałek to odruchowo chowam do torebki.

10. Okruchy
I słowo daję, nie wiem skąd się tam wzięły. Jedzenie zawsze mam szczelnie zapakowane w siateczki i woreczki. No skąd te okruchy w torebce?


Teraz jak patrzę na tę listę to wcale nie mam w torebce bóg wie czego. Same normalne, potrzebne rzeczy i wcale nie tak dużo. Czasami noszę jeszcze krem do rąk, wodę mineralną, jakiś notes i długopis, parasolkę. Nie głupim pomysłem wydają się być nawilżane chusteczki, ale długo nosiłam i chyba ani razu ich nie użyłam, więc zrezygnowałam. Chociaż dużo nie ważą, miejsca też dużo nie zajmują, a przezorny zawsze ubezpieczony. Poza tymi okruszkami, woreczkami i ulotkami nie mam też w torebce jakiegoś bałaganu. Przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś znacznie gorszego. Tymczasem okazuje się, że mam nudną torebkę, w której noszę tylko niewiele niezbędnych przedmiotów. Przynajmniej dzisiaj.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Zainteresowania dzielą się na hobby i głupoty

Bardzo długo żyłam z przekonaniem, że są lepsze i gorsze zainteresowania. Że to, czym interesują się inni jest mądre, ambitne i fajne, a to czym interesuję się ja jest głupie, puste i niepotrzebne. Zainteresowania dzieliłam na hobby i na głupoty. Hobby to np. podróżowanie, malowanie obrazów albo zwierzęta. Głupoty to makijaż, pielęgnacja ciała albo ubrania. Czytanie książek było w porządku, ale już czytanie blogów było głupotą. Bardzo długo miałam przeświadczenie, że niektóre zainteresowania warto rozwijać, innych natomiast lepiej się pozbyć. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale trwało dość długo.
Źródło: wikipedia

Dopiero stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę, że umiejętność zrobienia świetnego makijażu wymaga takiego samego talentu i ciężkiej pracy jak umiejętność malowania portretów lub krajobrazów. Jedno i drugie jest sztuką. Jedno i drugie jest fajne i wartościowe. Nie jest tak, że ten kto zajmuje się makijażem jest głupi, pusty i robi głupoty, a ten kto maluje obrazy jest utalentowanym artystą. Obydwie te osoby zasługują na taki sam szacunek i podziw i jedno zajęcie wcale nie jest gorsze od drugiego. Do dzisiaj nie mogę pojąć dlaczego projektowanie ubrań i stylizacji jawiło się w mojej głowie jako coś głupiego i niepotrzebnego, natomiast urządzanie wnętrz było oznaką kreatywności i talentu. Zainteresowanie zwierzętami było w porządku, ale już zainteresowanie własnym ciałem i dbanie o zdrowie wydawało mi się czymś co najmniej dziwnym i świadczyło o nadmiernym skupieniu się na sobie. Bardzo się cieszę, że pozbyłam się tych ograniczeń.

Jeszcze kilka lat temu, gdybym wspomniała, że interesuję się urodą i kosmetykami zapewne spotkałabym się z uśmieszkiem politowania. I zostałabym uznana za osobę głupią, pustą i próżną. Bo tylko malowana lala bez mózgu może interesować się kosmetykami. Jakbym wspomniała, że piszę bloga o swojej pielęgnacji urody i dbaniu o formę spotkałabym się w najlepszym przypadku ze zdumieniem. Bo jak to tak? Pisało się blogi o podróżach, o gotowaniu, o swoich zwierzętach albo ze swoimi zdjęciami, ewentualnie z przemyśleniami. Ale żeby pisać o tym, co się nałożyło na włosy i ile kilometrów przebiegło to przecież jakieś dziwactwo. Pamiętam koleżanki, które bardziej niż o własne włosy dbały o sierć swojego czworonoga. I osoby, które dyskutowanie o kolorze auta uważają za normalne w przeciwieństwie do dyskusji na temat koloru włosów. Wybieranie sobie koloru włosów było już głupie i puste. Można rozmawiać o kolorach samochodów czy ścian w pokoju, ale dyskusje o kolorach ubrań lub włosów były już głupie. 

Przeogromnie się cieszę, że te czasy już minęły. Że teraz czytanie bloga nie jest gorsze niż czytanie książki. Że umiejętność robienia makijażu albo fryzury zaczęła być doceniana. Że można się bez obciachu przyznać do zainteresowania kosmetykami. Że dbanie o siebie, o zdrowie i urodę nie jest już dziwactwem tylko najnormalniejszą sprawą na świecie. Świat robi się coraz bardziej otwarty i tolerancyjny i w większości przypadków to dobrze. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Niedziela dla włosów

Dawno nie robiłam niedzieli dla włosów. Jakoś inne sprawy zaprzątały moją uwagę. Niepostrzeżenie minęła jedna niedziela, potem druga, i kolejna. I zaczyna mi brakować takiego porównania stanu moich włosów.

Wczoraj nałożyłam na włosy na całą noc olejek Babydream. Chciałam ten dla kobiet w ciąży, bo ma bogatszy skład, ale szybko sobie przypomniałam, dlaczego ostatnio nie nakładam go na noc. Otóż olejek Babydream fur Mama po pewnym czasie zaczyna potwornie śmierdzieć. Mój chłopak powiedział, że jak olej silnikowy. I w efekcie cała pościel i piżama śmierdziałaby olejem silnikowym. Nie da się tego już doprać. Próbowałam wiele razy i materiały, które miały nieszczęście mieć dłuższy kontakt z tym olejkiem do dzisiaj potwornie śmierdzą o do niczego się nie nadają. Dziecięcy olejek Babydream też trochę brudzi otoczenie, ale przynajmniej nie pozostawia po sobie tego okropnego smrodu.

Źródło: własne

Rano umyłam włosy. Dzisiaj zrobiłam to wyjątkowo starannie. Najpierw na naolejowane włosy nałożyłam na pół godziny odżywkę. Padło na Isana Proffesional. W ten sposób łatwiej jest zmyć olej z włosów, a włosy nie plączą się aż tak bardzo. Nie stosuję tego tricku za każdym razem tylko jak pisałam w poście o mojej pielęgnacji włosów od czasu do czasu. Oszczędność odżywki. Umyłam włosy delikatnym szamponem Babydream. Dwa razy, jak zawsze po olejowaniu. Dla pewności. Na umyte włosy nałożyłam na jakieś pół godziny maskę Gloria. 

Źródło: własne
Po spłukaniu maski nałożyłam na włosy odżywkę bez spłukiwania. Dzisiaj była to Joanna Naturia z lnem i rumiankiem. Lubię ja głównie za to, że nie obciąża włosów. Co więcej mam wrażenie, jakby przedłużała ich świeżość. I nawet jeżeli przesadzi się z ilością włosy nie są tłuste. Są przez pierwszy dzień trochę takie dziwne, matowe, ale nie tłuste. Całkiem już suche włosy spryskuję mgiełką Marion. Ta pomarańczowa ma cudowny, orzeźwiający zapach.


Źródło: własne

Dzisiaj niestety moje włosy nie prezentują się zbyt ładnie. Może dlatego, że zaraz po wyschnięciu zrobiłam sobie warkocza, a dopiero później rozplotłam i zrobiłam im zdjęcie. Widać, że są cienkie, delikatne i jest ich mało. Nie podobają mi się dzisiaj. Zastanawiam się, jak mogłabym im pomóc. Jak widać regularne olejowanie to już trochę za mało. 

Źródło: własne
Źródło: własne



sobota, 12 kwietnia 2014

Najlepsze rzeczy są za darmo

Zauważyłam pewną niepokojącą tendencję wśród niektórych ludzi. Chodzi o uzależnianie swojego samopoczucia od stanu portfela. I nie, nie chodzi o ludzi, którzy są smutni i zdołowani, bo nie mają za co opłacić mieszkania i kupić chleba. Chodzi o ludzi, którzy nie wiedzą, co mogą ze sobą zrobić, jeżeli nie dysponują nadprogramową gotówką. O ludzi, którzy nie potrafią się dobrze bawić i dobrze czuć nie wydając przy tym pieniędzy. O ludzi, dla których wydawanie pieniędzy jest jedynym sposobem na dobre samopoczucie i fajne spędzenie czasu, a brak takiej nadprogramowej gotówki na rozrywki i pierdoły zamyka ich w domu z kwaśną miną i poczuciem nieszczęścia. 
Oczywiście nie twierdzę, że pieniądze są zbędne. Są potrzebne. Mając pieniądze można pojechać w góry lub nad morze. Można iść do restauracji lub na lody. Można iść do kina, na basen, na siłownię. Ale jest mnóstwo fajnych, ciekawych i wartościowych rzeczy, które można robić nie mając do dyspozycji nadprogramowej gotówki.


1. Biblioteka
Biblioteka to nie tylko darmowe zbiorowisko książek i czasopism. To również stanowiska komputerowe (jak kafejka internetowa, tyle że da darmo), różne imprezy, warsztaty i szkolenia. Warto zapoznać się z ofertą najbliższej biblioteki i z ofertą którejś z większych bibliotek publicznych mieście. Możemy się miło zaskoczyć. A dla mniej wymagających pozostaje wciąż najpopularniejsza funkcja biblioteki, czyli wypożyczyć książkę i usiąść gdzieś z nią w parku, pod drzewkiem i czytać, czytać, czytać. 

2. Spacery
Spacerować można zarówno w najbliższej okolicy, jak i zapuścić się na dalszą pieszą wycieczkę. Samodzielny spacer pomaga się rozprawić z myślami, przeanalizować pewne sprawy, wyciszyć, rozwiązać jakiś problem. To taka medytacja w ruchu. Natomiast spacer z kimś to świetny sposób na spędzanie razem czasu. Oczywiście nie każdy lubi łazić bez celu. Ja uwielbiam. Najlepiej za rączkę. Przed siebie, bez celu, z ukochaną osobą u boku i jestem wtedy naprawdę szczęśliwa. 

3. Odwiedzanie różnych miejsc w mieście
Kosztuje tyle, co bilet o ile nie mamy miesięcznego. Ja mam i polecam. Za 89 zł jeżdżę komunikacją miejską w Krakowie gdzie chcę i ile razy chcę, o każdej porze dnia i nocy. Mogę sobie nawet cały dzień jeździć autobusami i tramwajami. A niektóre mają bardzo ładne trasy. Oczywiście rozumiem, że samo jeżdżenie po mieście może nie być zbyt atrakcyjne. Zawsze lepie jechać gdzieś. W Krakowie można wybrać się na kopiec (do wyboru Kopiec Krakusa, Kopiec Wandy, Kopiec Piłsudskiego czy Kopiec Kościuszki). Do Lasku Wolskiego, Parku Jordana lub Parku Decjusza. Lub wziąć mapę czy włączyć przeglądarkę i poszukać fajnych miejsc. Fajne jest również odwiedzenie osiedla, na którym mieszkało się jako dziecko. Ostatecznie zawsze można wybrać się na Rynek i pooglądać turystów.

4. Piknik
Piknik pod chmurką czyli kocyk, jakieś kanapki, najbliższy lub dalszy park, lasek czy inny zielony teren i fajne towarzystwo. 

5. Karty, puzzle lub gry planszowe
Na pewno masz lub ktoś z twoich znajomych ma karty, puzzle albo jakieś gry planszowe. To fajna, chociaż trochę mam wrażenie już zapomniana rozrywka. A warto czasami dla odmiany zamiast siedzieć w domu przy komputerze zagrać w coś nieelektronicznego. Najlepiej gdzieś na świeżym powietrzu.

6. Bieganie
Bieganie jest za darmo. Warto tylko mieć sensowne buty. Cała reszta modnej, reklamowanej odzieży do biegania nie jest nam niezbędna. Do biegania potrzebujemy tylko naszych nóg. Biegać można prawie wszędzie. Biegać można samemu, we dwoje lub w większej grupie. Bieganie to jeden z najtańszych i najmniej skomplikowanych sportów pośród tych pozwalających spalić naprawdę sporą ilość kalorii i znacząco poprawić kondycję. Również treningi dla biegaczy są za darmo. Np. sobotnie Biegam Bo Lubię (nie, to naprawdę nie jest post sponsorowany ;)). Wystarczy tylko zainteresować się tematem i zaraz się okaże, ile darmowym możliwości przed nami. Np. Bieg o Puchar Radia RMF nie dość, że jest darmowy to jeszcze dla każdego uczestnika przewidziana jest koszulka, a każdy kto ukończy bieg dostanie drobny upominek. Plus oczywiście nagrody dla najlepszych zawodników.

7. Plac zabaw
Plac zabaw to taka darmowa wersja wesołego miasteczka. A przecież do wesołego miasteczka pobawić się przychodzą nie tylko dzieci. Huśtanie się na huśtawce lub kręcenie na karuzeli naprawdę jest bardzo fajne bez względu na wiek. W większych miastach placów zabaw jest mnóstwo. Na każdym osiedlu, a czasami przy każdym bloku.

8. Zarabianie
Oczywistość. Jeżeli brakuje ci pieniędzy i nie masz co ze sobą zrobić to je zarób. Nawet rozdawanie ulotek może być fajne jeżeli stoisz razem z koleżanką, w ładną pogodę w ładnej okolicy. Jeden taki weekend i na następny weekend masz już zarobione trochę pieniędzy na przyjemności i rozrywkę. Jeszcze lepiej jeżeli umiesz coś robić np. kolczyki albo figurki z modeliny. Swoje dzieła możesz tworzyć i sprzedawać wtedy, kiedy masz wolny czas i cierpisz na brak pieniędzy. Dobrym pomysłem jest też przejrzenie swojego dobytku i sprzedanie ubrań bądź rzeczy, z których się już nie korzysta. Jeżeli na prawdę ktoś nie potrafi się dobrze bawić bez pieniędzy powinien zacząć myśleć skąd zdobyć dodatkowe pieniądze. Bo nic nie jest warte tego, żeby marnować swój wolny czas na frustrację i nudzenie się oraz narzekanie.

To tylko kilka pomysłów, co można fajnego robić, jeżeli nie dysponuje się dodatkową gotówką na przyjemności. Pisałam głównie o tym, co sama lubię robić lub robię (tak na wszelki wypadek, żebym nie zapomniała i pod koniec miesiąca nie marudziła, że nie mam kasy i nie mam co ze sobą zrobić, bo bez pieniędzy nie ma co robić). 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jak wygląda moja pielęgnacja włosów

Postanowiłam w bardzo dużym skrócie napisać, a właściwie wypunktować, jak wygląda moja pielęgnacja włosów. O włosy dbam bardziej, niż o cokolwiek innego, ale wciąż bliżej mi do włosowej minimalistki. Wyznaję zasadę: przede wszystkim nie szkodzić. I jeżeli uda mi się nie narażać swoich włosów to już jest sukces.



1. Mycie
Staram się myć włosy rzadziej niż częściej. Co nie znaczy, że chodzę z tłustymi i jestem na dobrej drodze do chorób skóry z powodu zaniedbania i braku higieny. Po prostu czasami wolę przetrzymać włosy jeden dzień. Myślę, że dla nich to jest lepsze i zdrowsze. W praktyce myję włosy co 2-3 dni. Czasami mam naprawdę lepszy tydzień i mogę wytrzymać bez mycia 4 dni. Do mycia zazwyczaj używam szamponu dla dzieci bez SLS i SLES, który dodatkowo rozcieńczam przed nałożeniem na skórę głowy. Bo nakładam szampon na skórę głowy. Na włosy i tak spłynie w trakcie mycia. Prawie zawsze myję włosy dwa razy. Kiedyś stosowałam metodę OMO (odżywka, mycie, odżywka), ale zaprzestałam. Zużycie odżywki było zdecydowanie zbyt wysokie.



2. Odżywki/maski
Po każdym myciu nakładam na włosy odżywkę/maskę do spłukiwania i trzymam przez 10-30 minut w zależności jak bardzo mi się spieszy i jak bardzo pochłonie mnie to, czym zajmę się po nałożeniu na włosy odżywki. Po spłukaniu nakładam odrobinę odżywki bez spłukiwania, a jak włosy podeschną spryskuję je jeszcze mgiełką w spreju. Nie boję się silikonów w odżywkach i nie unikam ich. Właściwie to wręcz przeciwnie. Boję się trochę przejść na pielęgnację bezsilikonową. Moje włosy są z natury słabe i na dodatek codziennie narażam je na uszkodzenia. Potrzebują silikonów.

3. Suszenie
Bardzo długo bałam się suszarki. Ale już mi przeszło. Już się nie boję. Suszarka to na pewno ogromna wygoda. Można włosy umyć rano przed wyjściem do pracy. Można je umyć, a za godzinę być gotowym do wyjścia. Można je umyć i spokojnie położyć się spać, zamiast czekać aż wyschną. Używam suszarki, ale jeżeli mam możliwość żeby włosy wyschły w sposób naturalny to im na to pozwalam. Ale nie spóźniam się, bo włosy mi schną.

4. Czesanie
Bardzo staram się być delikatna podczas rozczesywania włosów. Bardzo się staram, ale czasami bardziej się spieszę. I oczywiście mam ogromne wyrzuty sumienia, że tak szarpię te włosy, ale czasami inaczej się nie da. W ramach zadośćuczynienia zazwyczaj chodzę w spiętych włosach, a do biegania i ćwiczeń spinam je wyjątkowo dokładnie, żeby nie latały i nie obijały się plecy. Oczywiście nigdy nie używam gumek z metalowymi elementami ani spinek, które szarpią i wyrywają włosy.

5. Farbowanie
Nie farbuję. Przez rok miałam rude. Kolor był super. Konieczność farbowania już mniej super. Oczywiście, że jednorazowe zafarbowanie nie zniszczyło mi włosów, ale kiedy ten zabieg trzeba było powtarzać co najmniej co 2 miesiące to po pewnym czasie włosy to odczuły. A zniszczone włosy nawet w najpiękniejszym kolorze wyglądają bardzo marnie. Dlatego zrezygnowałam z farbowania.



6. Olejowanie
Używam różnych olejków i staram się nakładać olej przynajmniej raz w tygodniu na całą noc. Nie widzę jakiejś specjalnej różnicy pomiędzy olejkami, więc używam tego, co mi akurat wpadnie w ręce. Na samym początku olejowania efekt jest naprawdę spektakularny. Później trochę mniej. Ale i tak warto.

7. Od środka
Spożywam również różne dziwactwa na włosy. Piję skrzyp i pokrzywę (tzw. skrzypokrzywa) po 2 torebeczki dziennie. Od czasu do czasu zaparzam sobie żelatynę z siemieniem lnianym. Poza tym staram się zdrowo odżywiać, nie głodzić i nie unikać tłuszczy.


Właściwie nie robię z włosami nic specjalnego, dziwacznego ani czasochłonnego.Ot na noc smaruję je olejem i piję trawę, żeby lepiej rosły. I zwracam uwagę na to, co kupuję w drogerii, bo później będę to nakładać na włosy i skórę głowy.

sobota, 5 kwietnia 2014

Moje przyrządy do masażu ciała (i nie tylko)

Nawet nie zauważyłam, kiedy stałam się posiadaczką całkiem pokaźnej (jak na mnie) kolekcji akcesoriów do masażu. Zaczęło się kiedyś dawno temu od gąbki antycellulitowej, po której spodziewałam się cudów. Gąbka nie zlikwidowała mi cellulitu ani mnie nie odchudziła. Co nie znaczy, że nie działa. Ależ działa i modeluje sylwetkę. Najskuteczniejsza jest do treningu ramion. Piękne bicepsy można sobie wyrobić próbując usunąć cellulit i odchudzić sobie  uda, pośladki i brzuch.
Akcesoria do masażu ciała
Źródło: pixabay.com


Później przyszedł czas na rękawicę (jako alternatywa peelingu), szczotkę do mycia pleców (bo nie ma mi kto myć :(), masażer do skóry głowy i szczotkę do masażu ciała. I wszystkich używam od czasu do czasu. Obecnie najczęściej szczotki, bo to mój nowy nabytek. A jak się sprawdzają?

Gąbka antycellulitowa Syrena
Używam jej od kilku dobrych lat (tak około 10). I wydaje mi się, że kiedyś jakoś tak lepiej działała. Być może kiedyś była lepszej jakości, a może po prostu moje ciało jest już lepszej jakości i nie widać tak spektakularnego efektu. Gąbka ma wspomagać likwidację cellulitu i ujędrniać ciało. I jak każdy masaż trochę wspomaga likwidację cellulitu i trochę ujędrnia ciało. Ta ostrzejsza strona może dla niektórych być zbyt ostra. Raczej nie do bardzo wrażliwej skóry. Przy pierwszych użyciach zawsze jest najtrudniej. Całe ciało czerwone, ale skóra szybko się przyzwyczaja i nie jest już tak dramatycznie.

Gąbka do masażu ciała antycellulitowa

Cena tej gąbki jest nieco wyższa niż każdej zwykłej gąbki, ale wciąż przystępna. W zależności od miejsca i aktualnych promocji można ją kupić za 3-6 zł. Występuje w kilku wersjach kolorystycznych. Dzięki wyprofilowanemu kształtowi jest wygodna do trzymania w dłoni. Nie ma wad poza tym, że dla niektórych może być zbyt mocna, a dla innych zbyt słaba. Jeżeli chodzi o działanie wyszczuplające i ujędrniające to coś tam daje. Na pewno więcej niż balsamy wyszczuplające. W dodatku działa jak peeling, wygładza skórę, ułatwia wchłanianie kosmetyków i powoduje rozbudowę mięśni ramion. Kupuję ją regularnie od lat i póki co nie planuję zaprzestać.


Nylonowa rękawica do masażu ciała For Your Beauty
Używam jej od dwóch lat. Na początku myślałam, że zastąpi mi peeling i zaoszczędzę na kosmetykach. Nie do końca się to udało. Rękawica jest zbyt delikatna i wciąż czuję potrzebę robienia mocniejszego peelingu. Ale ogólnie z rękawicy jestem zadowolona. Skóra jest trochę wygładzona, mam wrażenie że lepiej domyta niż używałabym do tego celu samych rąk i mniej żelu pod prysznic zużywam.
Nylonowa rękawica do masażu ciała


Rękawica występuje w dwóch wersjach kolorystycznych i niestety tylko w jednym rozmiarze. Można ją kupić w Rossmannie za 3-4 zł w zależności czy w promocji czy bez. Rękawica do masażu jest raczej trwała. W mojej pierwszej zrobiła się dziura (która jednak zupełnie nie przeszkadzała w użytkowaniu), ale pozostałe nic takiego nie spotkało. Tę którą mam teraz oderwał się sznureczek do zawieszania. Dla mnie żadna strata, bo i tak jej nie zawieszam w łazience tylko trzymam na kaloryferze. Fajny gadżet, uprzyjemnia kąpiel, a dla wrażliwców będzie świetną alternatywą peelingu.


Masażer do skóry głowy
Dostałam w prezencie od cioci kilka miesięcy temu. Jest super. Uwielbiam się nim smyrać po głowie. Orgazm głowy czyli ASMR (Autonomous Sensory Meridian Response). Trochę się obawiałam, że urządzenie będzie szarpać i wyrywać włosy, ale nie, nic takiego się nie dzieje. Trochę je tylko pląta, ale przy zachowaniu odrobiny uwagi i delikatności używanie tego cuda nie powinno zaszkodzić kondycji naszych włosów. A podobno może i pomóc, pobudzając cebulki do wzrostu i ułatwiając przyjmowanie składników odżywczych przez skórę głowy.
Masażer do skóry głowy


Szczotka do mycia pleców
Kupiłam ją w Pepco za kilka złotych. Chyba 5 zł albo 7 zł. Nie pamiętam dokładnie. Niestety nie jest zbyt wygodna. Albo wciąż brakuje mi wprawy. Myślałam, że mycie nią pleców będzie wielką przyjemnością. Jest wielkim wyzwaniem i problemem. Świetnie za do sprawdza się do masażu ud i pośladków i chyba częściej używam jej do tego celu. Mimo wszystko nie polecam. Zawiodłam się. Uda i pośladki to sobie wszystkim mogę wymasować, a pleców dalej nie mam czym myć.

Szczotka do mycia pleców i masażu
Źródło: własne

Szczotka do masażu ciała For Your Beauty
Mój najnowszy zakup. Nie ma jeszcze dwóch tygodni. Używam jej do szorowania ciała na sucho. Jest naprawdę mocna, ale krzywdy mi nie czyni. Może dlatego, że jestem już przyzwyczajona do takich tortur. Skóra po użyciu jest bardzo miła w dotyku, gładka i trochę lepiej napięta. Szczotka kosztowała prawie 10 zł i to mój najdroższy zakup spośród akcesoriów do masażu. Ale wygląda stabilnie i porządnie, póki co się sprawdza i nie żałuję tego zakupu. I już nie mogę się doczekać, kiedy zmuszę mojego kochanego mężczyznę, żeby zrobił mi nią masaż pleców <3.

Szczotka do masażu ciała Rossmann


Polecam wszystkie akcesoria do masażu poza tą nieszczęsną szczotką do mycia pleców. Chociaż może to moja wina, bo nie umiem jej używać i robię czarny PR bogu ducha winnej szczotce. Kiedyś jako bardzo młoda nastolatka obsesyjnie smarowałam się tymi wszystkimi balsamami wyszczuplającymi i odchudzającymi. Potrzebowałam kilku dobrych lat, żeby zorientować się, że masaż jest ważniejszy i przynosi lepsze efekty. Oczywiście taki balsam ujędrniający na pewno nie zaszkodzi, może być świetnym uzupełnieniem, ale ja balsamów wyszczuplających nie używam. Bo nie wpadł w moje ręce jeszcze balsam wyszczuplający o zapachu czekolady. W ogóle kosmetyki wyszczuplające mają mocno przeciętne i średnio atrakcyjne zapachy. I składy. Akcesoria do masażu górą. Tańsze i starczają na dłużej.

piątek, 4 kwietnia 2014

Bieg Pamięci 12 kwietnia 2014 Kraków

Zostało już niewiele ponad tydzień do najbliższego biegu, na który się zapisałam. Już w przyszłą sobotę, nie tę jutro, tylko tę następną w Krakowie odbędzie się Bieg Pamięci organizowany przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa. 


Bieg Pamięci liczy tylko 5 kilometrów, czyli tyle co parkrun. Czyli tyle co nic. Nawet ci najbardziej początkujący biegacze będą w stanie poradzić sobie z takim dystansem. Aby wziąć udział w tym wydarzeniu należy wcześniej się zarejestrować. Można to zrobić również w dniu zawodów, ale po pierwsze opłata wówczas jest wyższa (obecnie jest to 20 zł, w dniu zawodów 30 zł), a po drugie może zabraknąć miejsc. I po trzecie zawsze lepiej wcześniej, a nie na ostatnią chwilę.


Bieg Pamięci odbywa się 12 kwietnia, jest to sobota, o godzinie 18. Startujemy z ulicy Pomorskiej, następnie trasa biegu prowadzi przez ul. Łobzowską, Planty, ul. Podzamcze, bulwary wiślane, ul. Nadwiślańską, ul. Krakusa, ul. Piwną i meta na Placu Bohaterów Getta. Biuro zawodów, w którym wydawane są pakiety startowe znajduje się na ul. Pomorskiej 2 i czynne jest w dniu zawodów (12 kwietnia przypominam) od godziny 14 do godziny 17.15. Szczegółowe informacje na temat biegu można znaleźć w regulaminie, z którym polecam się zapoznać. I żebym nie zapomniała: są przewidziane nagrody i każdy uczestnik biegu otrzymuje koszulkę pamiątkową. Warto również odwiedzić stronę Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, gdzie znajdują się inne informacje na temat obchodów tego dnia. 

Nie będę oryginalna, jeżeli powiem że do tego biegu również namówił mnie tata. Mój tata jest moją inspiracją i motywacją biegową. Dzięki niemu zaczęłam biegać i wkręcam się w ten sport coraz bardziej. Biegam coraz lepiej i dłużej. I może nawet szybciej. Poznaję nowych ludzi. Czuję, że robię coś dla siebie. A po 8 godzinach siedzenia w biurze wieczorne bieganie jest prawdziwą ulgą. A cotygodniowych sobotnich treningów Biegam Bo Lubię nie mogę się doczekać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...