środa, 10 grudnia 2014

O głupotach, jakie człowiek robi z miłości

Miłość wiadomo ma swoje prawa. Dużo wybaczy i dużo zniesie. Czasami z miłości, albo nawet z zauroczenia i fascynacji, człowiek robi straszne głupoty. A później cierpi. A cierpi rozmaicie z miłości. Cierpi zdrowie, cierpi portfel, cierpią znajomi. Ale na miłość rady nie ma i każde poświęcenie jest tego warte. Taka prawda. Kto się nie zgadza ten nie kochał i kropka ;) tzn. średnik i nawias zamykający. Ja dzisiaj oczywiście o głupotach z miłości, ale z miłości do biegania, napiszę. Głupoty z miłości do człowieka zostawię dla siebie. Przynajmniej na razie. Może jeszcze przyjdzie czas na taki blogowy ekshibicjonizm, ale mam nadzieję że nie. A miłość do biegania, jak każda miłość może być toksyczna. Na pewno jest mocno absorbująca. Zaczynamy więc opowieść o głupotach, jakie z miłości się robiło.

Źródło: pixabay.com
1. Biegnę, chociaż boli. Nie ma że boli. To się rozbiega. Samo przejdzie. Musi boleć, wtedy wiadomo że trening jest mocny. No cóż, ignorowanie i lekceważenie bólu to jeden z głównych grzechów, jakie biegacze popełniają z miłości do biegania. Bo przecież nie mogę odpuścić tego wyczekiwanego miesiącami maratonu tylko i wyłącznie dlatego, że ciało ma taki kaprys i sobie pobolewa. Nie ma mowy. 

2. Nie pójdę do lekarza. Bo mi zabroni biegać mówiąc, że nie jestem psem. Albo każe zrobić przerwę, a ja mam tyle planów biegowych. A w tych planach przerwy nie ma. 

3. Pół pensji na bieganie. Bo przecież trzeba się obkupić w decathlonie, trzeba opłacić wszystkie najbliższe starty i wiele już z wypłaty nie zostaje. Ale co tam. Najważniejsze sprawy załatwione. A rachunki sobie mogą poczekać. 

Źródło: pixabay.com

4. Nie śpię, bo biegnę. Dzień ma tylko 24 godziny, a po odliczeniu czasu na pracę i dojazdy do niej wiele już nie zostaje. Ale zawsze można sobie ukraść kilka godzin kosztem snu. Ileż to wstać o 3 zamiast o 6 i mieć dodatkowe 3 godziny na trening. Sprytnie, co?

5. Nie da rady, mam trening. To najczęściej słyszą znajomi, przyjaciele i rodzina biegacza. Biegacz nie ma czasu na imprezy, na obiady ani nawet na dłuższą pogawędkę przez telefon, bo biegnie. Albo już powinien biec. A nie może, bo ktoś ma czelność czegoś od niego chcieć.

6. Od razu maraton, czyli rzucanie się z motyką na słońce. Bo przecież kocham biegać i na pewno dam radę, skoro ci wszyscy starsi panowie biegną ja też mogę. Nie istotne, że oni trenują już kilka lat, a ja od kilku dni. Stawianie sobie na samym początku zbyt wysokich celów zawsze kończy się bolesnym upadkiem w trakcie drogi na wymarzony szczyt. Wiadomo, że jak zafascynujesz się bieganiem, to chcesz wziąć udział w najbliższym maratonie, a nie tym za dwa lata. A nowe życiówki każdego dnia też mocno kuszą. Skutki takiej biegowej brawury zazwyczaj są opłakane i grożą kontuzją i co gorsze znienawidzeniem biegania. Tak, tak od miłości do nienawiści tylko jeden krok. 

Źródło: pixabay.com

7. Całe dnie w biegu. Treningi codziennie. I to po kilka godzin. Żeby każdego dnia było więcej, niż wczoraj. Żeby z każdym kolejnym tygodniem kilometraż wyraźnie wzrastał. Coraz więcej i więcej. Bieganie uzależnia i wciąga. Kto by marnował czas na regenerację, kiedy można biegać codziennie maratony. Trzeba wykorzystać każdy dzień, bo długo taka sielanka nie potrwa, a skutki przetrenowania mogą być bolesne i długotrwałe. 

8. Bezgraniczna wierność, czyli tylko bieganie. Kocham biegać i jestem wierna. Na bok wszystkie inne dyscypliny, na bok inne ćwiczenia. Liczy się tylko bieganie. Nie mam czasu na bzdury, nie będę się rozdrabiać. Nie ważne, że ograniczając się do tylko jednej dyscypliny uniemożliwiamy sobie równomierny rozwój i ostatecznie nasze wyniki w bieganiu są gorsze, niż gdybyśmy od czasu do czasu poćwiczyli coś innego. 


Oczywiście tekst lepiej potraktować z przymrużeniem oka. I warto się sobie przyjrzeć, czy przypadkiem tych głupot z miłości nie jest zbyt wiele. Bieganie się nie obrazi, jeżeli raz na jakiś czas odpuścimy sobie trening. Mało tego, kolejny będzie jeszcze lepszy. W końcu nie ma to jak trochę za sobą zatęsknić. Czasami taka przerwa jest zdrowa, a nawet konieczna. A jeżeli już darzy nam się jakąś głupotę z miłości popełnić, uczmy się na błędach i nie powielajmy ich w przyszłości. Pozdrawiam: unieruchomiona od ponad miesiąca Ania.

4 komentarze:

  1. Chyba nie do końca się zgadzam z pierwszym punktem. Czasem po prostu boli i już, ale to nie oznacza, że trzeba przestać biegać. W miarę, jak się nabiera doświadczenia odkrywa się chyba, gdzie leży granica, której nie wolno przekraczać.
    ZAWSZE przed maratonem (no okej, nie wiadomo ile to nie nie przebiegłam tych maratonów) coś mnie boli. Tak, że wydaje się, że naprawdę.
    Biegnę maraton, a po maratonie po wieeelkich kontuzjach nie ma śladu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie bieganie pomimo bólu akurat nigdy się dobrze nie kończyło :/ chociaż, nie. pamiętam, że jak zaczynałam biegać to kolana bolały mnie po KAŻDYM biegu. wychodziłam na 20 minut potruchtać, wracałam i bolało. a później przestało. wnioskuję, że po prostu ciało potrzebowało przystosować się do tego rodzaju wysiłku, jakim jest bieganie.

      Usuń
    2. Ja nie lekceważyłam bólu . Dobrze zrobiłam,bo okazało się że wystarczy zrezygnować z niektórych ćwiczeń podczas rozgrzewki.

      Usuń
  2. Punkt 4 to kwintesencja mojego zcia od kiedy poszlam na te nieszczesne studia. No nie ma bata na pierwszych latach zajmowac sie cwiczeniami, pasjami i swoim zwiazkiem i miec wystarczajaco duzo czasu na nauke wiec standardowo obcinalam ze snu. Troche przypominalam zombie ale przynajmniej nie mam poczucia ze poswiecilam za wiele dla studiow, ze nauka zabrala mi zainteresowania itd.

    No i 2 rok to najwieksza zajawka na bieganie i stwierdzenia "jutro kolo z biochemii? No to ide na 15 km", na szczescie potem nadrobilam te biochemie w miare przyzwoicie.

    OdpowiedzUsuń

W celu działań promocyjnych na blogu należy skorzystać z zakładki Kontakt. Więcej informacji o blogu w zakładce Informacje o blogu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...