sobota, 9 sierpnia 2014

Kolejne 21 kilometrów

W ramach przygotowań do krakowskiego półmaratonu, który odbędzie się jesienią, staram się pokonywać coraz dłuższe dystanse. Jeżeli chcę przebiec 21 km i 97,5 m w przyzwoitym czasie 26 października 2014, to na treningach muszę przebiegać przynajmniej tyle. Dwa półmaratony w miesiącu to chyba nie jest zbyt wiele. Na pewno muszę w każdym miesiącu przynajmniej raz przebiec te 21,5 km. Zostały mi jeszcze ponad dwa miesiące na oswojenie się z tym dystansem i myślę, że jeszcze wiele da się zrobić. Praca nad szybkością i wytrwałością trwa.

30 lipca pokonałam 21,47 km w czasie 2h, 31 m i 14 s. Trochę lepiej niż poprzedni półmaraton. Pierwszy raz biegłam z piciem. Tak, do tej pory pomimo upałów i sporych dystansów jedyne co miałam w dłoni to klucze. A na ramieniu telefon. Biegałam bez wody. Bywało ciężko, ale bez przesady. Nie umarłam, nie zemdlałam. Da się. Można. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

I żyłabym z tym minimalizmem pewnie jeszcze długo, ale na imieniny dostałam od taty pas z bidonem. Wybawienie. Co prawda trochę ten bidon taka kula u nogi. Przynajmniej na początku. Wspominałam o tym przy okazji problemów początkującego biegacza. Trzeba się przyzwyczaić do dodatkowego obciążenia, bo mieści ponad pół litra płynów czyli dodatkowe pół kilo. I to nierównomiernie rozłożone. Ale za to w każdej chwili mogłam się napić. W ciepłe, słoneczne dni to na prawdę dużo daje. Ponadto wreszcie nie muszę trzymać kluczy w ręce i jeszcze mam miejsce na bilet i jakieś drobne. Ogromny luksus. I to pół kilo wody wokół pasa jakoś tak przestaje przeszkadzać, kiedy mam wolne ręce, izotonika w bidonie i bilet przy sobie. Ten bilet jest mi o tyle potrzebny, żebym nie bała się biegać dalej i szybciej. Teraz mam świadomość, że w razie czego zawsze mogę władować się w MPK i wrócić, jeżeli moje nogi odmówią posłuszeństwa. To ogromny komfort.

Źródło: własne
Właśnie dzięki temu bidonowi wypuściłam się nieco dalej niż zwykle, bo aż nad Wisłę. Zazwyczaj biegam raczej tak dookoła mojego miejsca zamieszkania. A tym razem czułam taką wolność. Wiedziałam, że mogę biec póki mam siłę, bo w razie czego wrócę autobusem. Widoki na prawdę piękne. Uwielbiam to w bieganiu. 
Źródło: własne

Źródło: własne

 
Źródło: własne
Czasami zatrzymuję się i udaję, że jestem zmęczona, tylko po to, żeby cyknąć zdjęcie. No, czasami robię na odwrót ;) Bieganie w pięknych okolicznościach przyrody odpręża. Coś dla ciała i dla duszy. Bieganie jest jedną z tych czynności, przy których nie czuję się samotna, nawet jeżeli robię je sama. Bo samotne jedzenie i samotne zasypianie jest absolutnie nie dla mnie. Nawet seriale lepiej mi się ogląda z kimś. Moje kontuzjowane kolano czuje się już znacznie lepiej, ale profilaktycznie założyłam neoprenową opaskę na kolano. Dla odmiany ten półmaraton przebiegłam w innych butach. W Kalenji Kapteren. Miałam co do tych butów drobne obawy. Są ok, ale nie tak mega wygodne i idealnie dopasowane jak moje pierwsze buty do biegania Kalenji Ekiden 50. Założyłam je ponieważ nie sądziłam, że przebiegnę tak dużo. Planowałam zrobić tylko piątkę. No góra 10-15 km, a nie 21. 

Źródło: własne
Wróciłam zmęczona, ale nie padnięta. Za to kolano bolało na prawdę mocno. Przyznam szczerze, że czasami to nie byłam pewna czy boli to kontuzjowane, czy może już oba. Wieczorem znowu kuśtykałam. I przeklinałam siebie za bezmyślność. Jeżeli znowu zepsułam sobie kolano, to mocno się wkurzę. Na szczęście nie zepsułam. Nazajutrz było lepiej, a po dwóch dniach po bólu ani śladu. Happy end :) Zastanawiam się tylko, czy to jedynie przemęczenie i nadwyrężenie towarzyszące dłuższemu niż zazwyczaj dystansowi, czy może coś poważniejszego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

W celu działań promocyjnych na blogu należy skorzystać z zakładki Kontakt. Więcej informacji o blogu w zakładce Informacje o blogu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...