czwartek, 25 sierpnia 2016

Odczepcie się od bawełnianych gaci, czyli dlaczego noszę ciuchy po domu

Bawełniane gacie i ciuchy po domu, czyli symbol wygody ale też niechlujstwa, braku atrakcyjności, może lenistwa i zaniedbania. No cóż, dla mnie przede wszystkim wygody. Swobody. I zdrowia psychicznego. Znacie fanpage "Ciuchy po domu"? Stare, poplamione, powyciągane. Takie, w których wstyd listonoszowi otworzyć czy panu, który przywiózł pizzę.
Ciuchy i fryzura "po domu"

Całe dzieciństwo mama kazała mi się przebierać w ciuchy po domu. Nie, ja nic nie miałam do tego, że były brzydkie. Po prostu mi się przebierać nie chciało. Tak jak teraz mi się ubierać nie chce ;) Później dopiero się mamie odmieniło, jak się moda zmieniła. I teraz mi powtarza, żebym ładnie się po domu ubierała. Nawet jak jestem sama. Dla siebie. No cóż. Najlepsze co mogę zrobić dla siebie jak jestem sama to nie ubierać się w ogóle ;)

Dlaczego bawełniane gacie są spoko?

Bawełniane gacie są spoko, bo mi w nich dobrze. Na tym mogłabym zakończyć. Ale rozwinę. Lubię bawełniane gacie, bo są wygodne. Ubranie ma być przede wszystkim wygodne. Dopiero później ładne. Przynajmniej tak wygląda moja hierarchia wartości. W ładnych majtkach wcale nie czuję się lepiej. Nie czuję się ładniejsza, bardziej pewna siebie czy atrakcyjna. W najlepszym wypadku czuję się dokładnie tak samo, jak w bawełnianych gaciach.
Podobno bawełniane gacie odstraszają mężczyzn. Takiego tchórza, co się majtek boi, to nawet lepiej żeby odstraszyły. Mojego jakoś nie odstraszyły, więc nie ma co demonizować wygodnej bielizny. 

Dlaczego nosze ciuchy po domu?

Bo mam ich bardzo dużo, a nigdzie indziej bym ich nie założyła ;) Bo są wygodne. Bo na luzie wycieram w nie ręce nie tylko z wody, ale również z oleju czy nutelli. Bo dobrze się w nich czuję. I wcale nie przebieram się na szybkości w coś lepszego, kiedy ktoś zadzwoni do drzwi. Czasami nawet wychodzę tak z psem lub do kiosku. Jak taka fleja. Bo kto mi zabroni? Rodzice i tak mnie kochają ;) Ciuchy po domu są dla mnie trochę jak brak makijażu przy problemach z cerą. Można się poprawić, ale nikt nie powinien hejtować, jeżeli się tego nie robi. Mój dom, moje królestwo, moje szmaty. Uwielbiam po przekroczeniu progu zrzucić z siebie te ładne ubranka i wskoczyć w swój zaplamiony dresik. To tak, jakbym co całym dniu dźwigania zrzucała z siebie ten ciężar. 

Ciuchy po domu i bawełniane gacie, a samopoczucie

Serio, poplamiony dres wcale mi psuje nastroju.  Psułaby mi go ładna sukienka, gdybym ją założyła wbrew swojemu wewnętrznemu przeczuciu. Czułabym się wtedy taka przytłoczona. Czasami, kiedy czuję się źle, próbuję sobie pomóc strojem. Czasami nawet pomaga. Czasami. Generalnie jednak jestem osobą, która stawia na pielęgnację i długofalowe efekty. Mam dziurawą bluzkę, ale zadbane dłonie i cerę. Kiedy mam doła, wolę zrobić maseczkę, niż wskoczyć w ładne ciuchy. Bo ani jedno ani drugie na doła nie pomoże, ale maseczka daje długofalowe efekty. Ciuchy zawsze można zdjąć i założyć i tak naprawdę nie zmieniają nic. Bawełniane gacie i ciuchy po domu są trochę jak kupne pierogi jedzone prosto z lodówki, z woreczka, rękami, zimne. Każdy czasami ich potrzebuje. Czasami nawet są lepsze od wykwintnego dania w restauracji.  A ciuchy po domu mają swój klimat i urok. Tak, jak kosz pod zlewem ;)

Ten wpis nie jest dissem ani hejtem w stronę Aniamaluje, której blog bardzo lubię i regularnie czytam. Jedynie zainspirowała mnie do wyrażenia swojego odmiennego zdania na temat ciuchów po domu i bawełnianych gaci. Tylko u mnie nie ma żadnej metafory. Dosłownie chodzi mi o bawełniane gacie i ciuchy po domu. I jeszcze o to, że lepiej się czuję kiedy mi wygodnie niż ładnie. 

A Wy jaki macie stosunek do bawełnianych gaci i ciuchów po domu?

Zobacz też: 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Moja opinia o Instagram Stories

Instagram Stories to nowa funkcjonalność Instagrama. Możliwość dodawania krótkich filmików i zdjęć, które nie pojawiają się w widoku profilu i znikają po 24 godzinach. Brzmi znajomo ;) Opinie wśród użytkowników, jak zawsze zresztą, są podzielone. A co ja myślę o Instagram Stories?

Instagram Stories to taka kopia Snapchata. Którego nie mam i nigdy mieć nie chciałam. Zresztą pisałam już kilka miesięcy temu, dlaczego nie mam Snapchata. Mimo wszystko z Instagram Stories skorzystałam i chyba nawet trochę się wkręciłam. Jak to możliwe? No cóż, sama się sobie dziwię. Ale jednak. Praktycznie codziennie dodaję coś do Instagram Stories. A właściwie to kilka cosiów. W czym więc Snapchat był gorszy?

Największą zaletą Instagram Stories jest brak konieczności instalowania kolejnej aplikacji i budowania społeczności od nowa w nowym kanale. Pisząc o mojej niechęci do Snapchata wspomniałam m.in. o tym, że miałabym problem z ogarnięciem tylu kanałów i że nie wiem, kto w ogóle oglądałby moje snapy. Z Instagram Stories jest trochę łatwiej. Mam już Instagram i tylko ode mnie zależy czy dodam fotę lub film normalnie lub do IS. A oglądać moje obrazkowe wypociny będą zdobyci do tej pory obserwatorzy. Chociaż akurat prawdą jest, że mało kto to ogląda. I w sumie się nie dziwię, bo do Instagram Stories dodaję rzeczy ciekawe chyba tylko dla mnie ;) I to jest najlepszy dowód, że mojego Snapchata nie oglądałby nikt. A na insta czasami przez pomyłkę lub z nudów jakiś obserwator zawędruje. O tu: instagram.com/abakercja

 


Takie właśnie bzdety dodaję do Instagram Stories. czasami uda mi się jakiś filmik wrzucić, ale rzadko, bo mój telefon w kwestii filmików i Instagrama zdecydowanie nie chce współpracować. Z jednej strony szkoda, a z drugiej może i lepiej ;) Nie mnie oceniać. Ogólnie uważam, że IS to fajna sprawa. Z jednej strony strasznie to głupie latanie z telefonem i dodawanie taki bzdur, no ale co teraz nie jest głupie? Najważniejsze, że sprawia przyjemność i daje frajdę. Bo o to w życiu chodzi. Żeby było fajnie. Instagram Stories jest fajny. I nie ma się co przejmować, bo po 24 godzinach i tak wszystko znika (tak, wiem w internecie nic nie znika). Zobacz też, jak Instagram zmienił moje życie.   

sobota, 20 sierpnia 2016

Pies śpi z nami, a dziecko w kojcu czyli pies kontra niemowlak

Pies i niemowlę? Jak pies zareaguje na pojawienie się w domu noworodka? Czy zwierzę zaakceptuje nowego członka rodziny i nie będzie robić problemów. Co zrobić, żeby pies pogodził się z obecnością małego dziecka? Jak przygotować psa na pojawienie się dziecka? Czy pies stanowi zagrożenie dla malucha? Te i wiele innych podobnych pytań zadawałam sobie już od połowy ciąży. I bałam się. Bardzo się bałam. Niepotrzebnie.

pies konta niemowlak

Pies kontra małe dziecko - moje obawy

Pojawienie się dziecka to ogromna zmiana również dla psa. Mój kochany czworonóg nie należy do idealnie wyszkolonych i super grzecznych stworzeń. Raz nawet wprost usłyszałam: pozbądźcie się tego psa.  Bo szczekał i szczekał, i szczekał jak oszalały. Nie wiadomo z jakiego powodu (teraz podobnie mam z płaczem dziecka, ale dziecka już nikt nie będzie chyba tak bezczelny i nie każe mi się pozbyć. Bałam się, że Piccola już na wstępie zacznie szczekać jak oszalała na małego Dominika. Bałam się, że może go podrapać lub podeptać. Albo, że będzie go lizać. I bardzo, bardzo się bałam, że sobie nie poradzę i że będę musiała oddać Piccole.

Pies i niemowlak w jednym domu - jak wygląda to w praktyce

W praktyce wygląda to tak, jak w tytule. Pies śpi z nami w łóżku, a dziecko w kojcu ;) (w swoim łóżeczku). No cóż. W tej kwestii nic się dla Piccoli nie zmieniło. Czytałam, że dobrze jest, żeby pies dostał do powąchania jakieś ubranka noworodka. Że w dniu przyjścia malucha ze szpitala wyprowadzamy psa i przyprowadzany, kiedy niemowlę już jest w domu. Nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego ;) I co? I nic. Piccola ani nie szczekała na dziecko, ani się nie rzucała, była jedynie zaciekawiona. Od kiedy Dominik jest z nami Piccola bardzo wydoroślała. I cały czas podchodzi do niego z ciekawością i ostrożnością. Ale oczywiście nie zostawiam ich razem samych w obawie, że mały mógłby dostać potężnych ogonem w głowę ;) Niedawno znajoma się spytała, czy dziecka nie budzi to szczekanie psa. Tak, Piccola wciąż lubi sobie poszczekać, ale teraz już tylko, kiedy ma powód (np. ktoś przychodzi do domu ;)). Otóż jest wręcz odwrotnie. To psa budzi płacz dziecka. Ledwo Dominik zapłacze, a Piccola zrywa się i w sekundę jest przy łóżeczku. Na odwrót to w ogóle nie działa. 
Pies i niemowlak w jednym domu - jak wygląda to w praktyce

Niepotrzebnie się bałam o relacje psa i niemowlaka. Moja Piccola zachowała się bardzo ładnie. Nie ma z nią żadnych problemów jeżeli chodzi o pojawienie się nowego członka rodziny. W ogóle ostatnio bardzo wydoroślała. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam bez obaw zostawiać buty, książki i ubrania w jej zasięgu. Ale wciąż pamiętam, co pies potrafi zjeść

Pies kontra niemowlak w domu nie zawsze oznacza kłopoty. Nie ma co się bać na zapas, chociaż na pewno warto się przygotować na ten moment. Na pewno pojawienie się małego dziecka nie jest równoznaczne z koniecznością pozbycia psa.

Zobacz też:

czwartek, 18 sierpnia 2016

Jak sobie radzić ze zmęczeniem w ciąży?

Zmęczenie i brak sił w ciąży to bardzo powszechne zjawisko. Oczywiście nie jest powiedziane, że musi dotknąć każdej kobiety. Mnie akurat dotknęło. Zmęczenie w ciąży jest o tyle irytujące, że pojawia się bez względu czy faktycznie coś robię, czy nie. Ot po prostu programowo każdego wieczora jestem zmęczona. Nawet gdybym cały dzień nie robiła nic. Jestem zmęczona samym faktem przeżycia tego dnia. Brak sił w ciąży to normalna sprawa, chociaż przyznam najszczęśliwsza nie byłam. Ja z reguły sprawna i pełna energii osoba nagle zmieniam się w takiego flaka ;) Jak radzić sobie ze zmęczeniem w ciąży? Oto garstka moich porad.

Jak sobie radzić ze zmęczeniem w ciąży?
Źródło: pixabay.com

Zmęczenie w ciąży - po prostu usiądź

Tak, usiądź. W autobusie czy w kolejce do lekarza. Usiądź zanim jeszcze będziesz musiała. Albo zanim się przewrócisz. Dłuższe stanie w ciąży potrafi być bardzo wyczerpujące. Raz w kościele od samego stania przez dosłownie kilka minut zaczęło mi się robić słabo i na przemian zimno oraz gorąco. Usiadłam i zaraz przeszło. Usiądź również podczas krojenia warzyw na sałatkę czy podczas mycia zębów. Dopiero w ciąży uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy można robić na siedząco ;) O ile chodzenie w umiarkowanych ilościach jest ok, to stanie radziłabym ograniczyć do absolutnie koniecznego minimum. Nikomu to do szczęścia nie jest potrzebne.


Zmęczenie w ciąży - i tak się pojawi

Choćbym cały dzień leżała w łóżku wstając jedynie do toalety i tak wieczorem będę zmęczona. Co w związku z tym? A no to, że nie ma sensu specjalnie oszczędzać sił, póki są. I tak zaraz się ulotnią, bez względu na to, czy coś zrobisz czy nie. Dlatego jeżeli tylko mam energię wykorzystuję ją. Idę na spacer, porządkuję ubrania, nastawiam pranie, robię manicure i pedicure, piszę tekst lub gotuję. Korzystam z siły, póki jeszcze jest. Jeżeli nie zużyje tej energii na coś pożytecznego ona uleci sobie w przestrzeń. Dlatego weekendy zaczynam zwykle od mycia podłogi i włosów ;) Oczywiście cały czas mam na myśli drobne lekkie czynności, a nie dźwiganie ciężarów.

Zmęczenie w ciąży - kąpiel

Ciepła kąpiel z dodatkiem soli lub pachnącego płynu zawsze dodawała mi energii i poprawiała samopoczucie. W ciąży często również zabieram ze sobą do wanny książkę. Czyta się o wiele łatwiej i przyjemniej, niż w łóżku. Kąpiel ma na mnie wybitnie regenerujące działanie. Oczywiście później trzeba podjąć wysiłek wytarcia się i ubrania, ale i tak bilans wychodzi na plus.

Zmęczenie w ciąży - wysypiaj się

Ja już około dwudziestej zaczynam usypiać ;) Oczywiście to, że prześpię się te dwanaście godzin nie sprawi, że następnego dnia wieczorem sytuacja się nie powtórzy. Jak już pisałam zmęczenie pojawi się tak, czy inaczej. Mimo wszystko warto się wysypiać. Sen jest zdrowy. Jeżeli tylko czujesz potrzebę, żeby iść spać to z całą pewnością znaczy, że powinnaś to zrobić. Przynajmniej jeżeli chodzi o czas ciąży.



Zmęczenie w ciąży - dbaj o dietę

Staraj się jeść zdrowe, lekkie i zróżnicowane posiłki. Dużo warzyw, owoce, trochę nabiału, dobrej jakości mięso i ryby. Do tego zioła i przyprawy. Jesz nie tylko dla siebie, ale też dla tego malucha w brzuchu. Chociaż tak naprawdę to jesz w pierwszej kolejności dla niego. Jeżeli dostarczysz sobie zbyt mało wartościowych składników dziecko i tak dostanie. Tobie zabraknie. Więc w sumie to bardziej jesz dla siebie. Stąd te wszystkie przerażające historie o kobietach, co im się w ciąży posypały zęby, włosy i paznokcie. Bo jadły byle co i za mało. Większość lekarzy obecnie zaleca oprócz zbilansowanej diety suplementację witaminami dla kobiet w ciąży.


Mam nadzieję, że moje porady, jak przetrwać ciążowe zmęczenie okażą się dla was pożyteczne. Pamiętajcie jednak, że każdy organizm jest inny i inaczej reaguje. U jednej zmęczenie może się w ogóle nie pojawić, a inna absolutnie nie powinna nawet myśleć o myciu podłogi w ciąży. Wszelkie wątpliwości rozwiejcie u swojego lekarza. 

Zobacz też: 

środa, 17 sierpnia 2016

Naturalne piękno

Mówi się, że nie ma kobiet brzydkich, są tylko zaniedbane. Mówi się też, że o gustach się nie dyskutuje. Niewątpliwie obydwa powiedzenia mają w sobie wiele prawdy. Atrakcyjny wygląd to nie tylko dobre geny, ale też w dużej mierze właściwa pielęgnacja i umiejętne podkreślanie atutów oraz maskowanie mankamentów. Piękno nie ma jednej definicji. 


Czym jest piękno?

 

Piękno jest doskonałością z defektami.
Autor: Gilbert Adair

Piękno jest jednocześnie kształtem czegoś i czegoś zasłoną, drogą i zbłądzeniem z tej drogi.
Autor: Henryk Elzenberg

Piękno polega na właściwej proporcji i blasku.
Autor: Tomasz z Akwinu

Piękno się nie rodzi, piękno się robi.
Autor: Osmel Sousa

Piękno: to, czego się nie chce zmieniać
Autor: Simone Weil
 
Prawdziwe piękno jest odblaskiem duszy.
Autor: Michel Quoist

Pokaż swoje naturalne piękno


Wszystkie jesteśmy piękne. Blondynki i brunetki. Z jasnymi i ciemnymi oczami. Wysokie i niskie. Myślę, że do makijażu trzeba dorosnąć. Jako nastolatka używałam go, żeby namalować sobie. Lub zamalować siebie. Tworzyłam na swojej twarzy coś, co było tak dalekie od prawdziwej mnie, jak to tylko możliwe. Chciałam się za makijażem schować lub za jego pomocą stworzyć inną siebie. Był czas, że nie potrafiłam wyjść z domu bez makijażu. Czysta, naturalna twarz była dla mnie jak plama na bluzce. Do zaakceptowania tylko w samotności i w domowym zaciszu. Dopiero z wiekiem nauczyłam się lubić swoją urodę. Doceniłam piegi, bladą twarz i przestałam ciągle mieć jakieś ale do swojego nosa. Potrzebowałam czasu, żeby zacząć podkreślać swoją urodę, zamiast ją bezmyślnie zamalowywać.


Każdy człowiek jest innym kwiatem w ogrodzie wszechświata. Dlatego emanuje sobie tylko właściwym pięknem.
Autor: Aldona Różanek

Teraz najczęściej wybieram naturalny makijaż. Ponieważ lubię siebie i lubię to, jak wyglądam. Lubię swoje piegi, kolor swoich oczu, swój uśmiech, swoją mimikę i wszystkie drobne zmarszczki. Makijaż służy mi do podkreślenia urody. Najwięcej miejsca w mojej łazience zajmują kosmetyki w naturalnych, neutralnych kolorach dopasowanych do mojej karnacji. Brąz, beż, morela, odcień łososiowy, delikatny róż. W takich barwach czuję się sobą.



Mój naturalny makijaż to rzęsy podkreślone czarnym tuszem i jasny cień na powiekach. Zazwyczaj stawiam na oczy. To one są zwierciadłem duszy i właśnie je podkreślam na co dzień. Brwi czeszę i podkreślam brązową kredką. Kiedyś wyskubywałam je w cienką linię ;) Na szczęście te czasy już za mną. Teraz pozwalam im rosnąć zgodnie z ich naturalnym kształtem i jedynie delikatnie poprawiam linię brwi bez znaczącej ingerencji w ich wygląd. Z czasem doceniłam również róż. Nadaje twarzy świeżości i blasku. Wybieram bardzo jasne, delikatne odcienie. Takie ledwo widoczne, bo mniej znaczy więcej. Podobnie z ustami. Najczęściej używam bezbarwnej pomadki lub jasnego błyszczyka. Lubie też szminki, za ich trwałość, ale decyduję się na lekkie i neutralne odcienie.


Różnica pomiędzy makijaże, a jego brakiem jest widoczna. Jednak nie ma wątpliwości, że i na zdjęciu wyżej i na zdjęciach niżej jest jedna i ta sama osoba. Makijaż podkreśla jedynie naturalne piękno, uwydatnia atuty, dodaje blasku. Z makijażem czy bez jestem tą samą osobą i jestem ta samo piękna. Jestem piękna, bo jestem sobą i kocham siebie.




Dlaczego wybieram kosmetyki mineralne?

Lubię siebie, zależy mi na urodzie i na zdrowiu. I dlatego właśnie wybieram kosmetyki mineralne (np. Annabelle Minerals). Są to produkty ekologiczne i przyjazne naturze, a więc również nam samym. Nie są testowane na zwierzętach i mogą być stosowane przez wegan. Co ważne są one produkowane w Polsce. Zawierają naturalne składniki, które nie podrażniają skóry. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ w pierwszej kolejności stawiam na pielęgnację. Nie może być tak, że kosmetyk do makijażu mi szkodzi, wysusza skórę czy powoduje trądzik. Makijaż nie może szkodzić. najlepiej, gdyby był dopełnieniem pielęgnacji. Kosmetyki mineralne dzięki zawartości dobroczynnych minerałów mogą nie tylko doraźnie poprawiać wygląd, ale również pielęgnować skórę. Krótki, prosty skład bez konserwantów, parabenów i syntetycznych barwników jest przyjazny dla cery. Kosmetyki mineralne to mój wybór.

zBLOGowani.pl

wtorek, 16 sierpnia 2016

Jak wygląda moja aktualna dieta

Mówi się, że jesteś tym, co jesz. I jest w tym sporo prawdy. Jedzenie to takie nasze paliwo. Od diety zależy nasze zdrowie i samopoczucie. A zdrowie jest dla mnie bardzo ważne. Staram się właściwie odżywiać, prowadzić aktywny tryb życia i dbać o siebie. Oczywiście nie jestem ideałem. Nie popadam również w przesadę. W moim menu często goszczą słodycze i lubię od czasu do czasu zjeść sobie kebaba. Mimo wszystko podstawę stanowią zdrowe i pełnowartościowe produkty. Dzisiaj chciałam napisać kilka słów o swojej aktualnej diecie.  


Po pierwsze owoce

Uwielbiam owoce. Jem ich dużo szczególnie teraz, latem, kiedy są tak łatwo dostępne i niedrogie. Wiem, że lepiej jeść warzywa. Że cukier. Że blablabla i tak dalej. Ja uwielbiam owoce i póki są nie mam zamiaru ich sobie odmawiać. Jabłka jem przez cały okrągły rok. Najczęściej rano. dzień bez jabłka dniem straconym ;) Rzadko się zdarza, żebym nie zjadła chociaż jednego. Obecnie zajadam się ze smakiem czereśniami, brzoskwiniami, nektarynka i truskawkami. To takie moje top 4 owoców. Najulubieńsze. Od czasu do czasu sięgam też po wszystkie inne, które są dostępne. Nieco rzadziej, ale także te nie polskie. Bardzo lubię również pomarańcze, ale nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio jadłam ;) Owoce jem samodzielnie jako przekąskę, przed śniadaniem lub jako składnik posiłku. Najczęściej jest to jogurt z płatkami i nasionami + owoce. Moje ulubione śniadanie. Trochę lżejsze, niż tradycyjna owsianka, którą zajadałam się, kiedy było chłodniej.


Typowe śniadanie

Jak już pisałam wyżej zazwyczaj na śniadanie jem jogurt z płatkami i owocami. Do tego dodaję nasiona i orzechy. Czasami kakao. Lubię takie śniadania. Są kolorowe i ładnie wyglądają na instagramie ;) Poza tym są słodkie, a ja lubię słodkie. Są też łatwe do przyrządzenia i bogate w wartości odżywcze. Świetny pomysł na początek dnia. W chłodniejszą część roku na moim śniadaniowym stole królowała owsianka. Czasami jem śniadania na słono lub typowo białkowe.


Chleb w mojej diecie

Nigdy nie byłam jakąś wielką miłośniczką chleba. Nie wyobrażam sobie jeść go codziennie. Co nie znaczy, że chleba nie lubię. Lubię. Szczególnie taki razowy, z dużą ilością nasion. Świetnie smakuje w formie tostów z masłem. Takie proste, a takie dobre. Czasami posypuję go jeszcze siemieniem lnianym, czarnuszką, sezamem czy co tam akurat mam pod ręką. Chleb jem 1-2 razy w tygodniu po 2-4 kromki. Nigdy nie bałam się glutenu i mam nadzieję, że już mnie ten modny teraz lęk nie dopadnie. Ostatnio mam za to wielką ochotę na drożdżówki i mogłabym je jeść codziennie. Ale nie jem. Zobacz też: Chleb - jeść czy nie jeść?


Lubię nabiał

Za mlekiem jakoś szczególnie nie przepadam, ale za to jogurt jest mi niezbędny do przyrządzania moich śniadań. W gorące dni chętnie pijam orzeźwiającą maślankę lub kefir. Sporadycznie jogurty owocowe, które traktuję bardziej jak słodycze. Najbardziej natomiast lubię sery pleśniowe i żółte. Najczęściej jem je jako przekąskę lub w sałatkach. Nie mam problemów z trawieniem laktozy ani piciem mleka, które pierwotnie jest przeznaczone dla małych krówek.

Mój stosunek do mięsa

Nie ograniczam mięsa. Nie jem go jednak bardzo dużo. Właściwie niewiele. Od święta, czyli jak coś ugotuję ;) Ewentualnie jak pójdziemy coś zjeść na mieście. Z mięsa ostatnio najbardziej lubię chyba karkówkę. Od zawsze przepadałam za kabanosami. Takimi mocno podsuszonymi. Uwielbiam pizzę z szynką parmeńską. Czasami mam ochotę na smażoną kiełbaskę. Albo po prostu kiełbaskę z grilla. Ale musi być porządnie spieczona. Wędlin i pasztetów nie jem praktycznie w ogóle. Pewnie dlatego, że rzadko jem kanapki, a jeżeli już to wolę je z czymś innym. Kiedyś zastanawiałam się, czy jedzenie mięsa to egoizm, ale poza rozkminami, nic się w mojej diecie nie zmieniło. Nie uważam również, żeby mięso było bardziej niezdrowe niż cokolwiek innego. 

Mój stosunek do mięsa

Słodycze

Lubię. Szczególnie żelki i lody. I drożdżówki. Albo dobrą czekoladę. Właściwie to lubię wszystkie słodycze. Staram się nimi za bardzo nie objadać i nawet mi to wychodzi. Ale czasami, jak zacznę, to nie mogę skończyć ;) O dziwo póki co moja miłość do słodyczy nie odbija się negatywnie na moim zdrowiu czy urodzie (sama się dziwię, jakim cudem mam takie zdrowe zęby ;)).

Żelkożerca

A co z fast foodem?

Co jakiś czas jem kebaba. Albo pizzę czy hot-doga ze stacji benzynowej. Ale generalnie za fast foodami jakoś szczególnie nie przepadam. Nie lubię frytek. Chyba, że takie domowe.


Warzywa

Warzywa to u mnie trudny temat. Większość lubię, ale jem zdecydowanie za rzadko. Bo z warzywami to jest ten problem, że trzeba się trochę wysilić, żeby je przyrządzić. Sałatę lubię w sałatkach. Regularnie piję sok pomidorowy. Uwielbiam fasolkę szparagową i jest dla mnie jak frytki, tylko że lepsza. Bo frytek nie lubię. Lubię za to ogórki małosolne i konserwowe, kukurydzę, groszek, wszystkie fasole (chociaż mój żołądek nie do końca sobie z nimi radzi). Jeżeli można je zaliczyć do warzyw to oliwki. Są super. Nie znoszę natomiast ugotowanej marchewki (fuj!), kalafiora, korzenia pietruszki, brokułów, brukselki i selera. Nie mam natomiast nic przeciwko szpinakowi (poza tym, że nie wiem jak mogłabym go sobie przyrządzać).  Naprawdę lubię sałatki, tylko brakuje mi pomysłów i cierpliwości, żeby je robić.

Warzywa

Dania mączne

Nie jestem fanką wszelkich pierogów czy klusek. Zjem jak jestem głodna. Nawet ze smakiem, ale wolałabym co innego. Lubię za to makaron z serem i sosem pomidorowym. Wyjątkiem są tortelini, które lubię bardzo, ale też jem rzadko, bo wolę jednak coś innego. 

Tradycyjne i nudne ziemniaki

Kiedyś nie lubiłam ziemniaków. Teraz lubię. Chyba nawet bardziej, niż makaron czy kaszę gryczaną. Chętnie przyrządzam sobie zapiekankę ziemniaczaną z serem. Lubię je również do drugiego dania. Czasami wyjadam takie prosto z garnka. Ziemniaki w ogóle są spoko. Np. z sosem albo polane masełkiem. Tylko za tymi nieszczęsnymi frytkami nie przepadam. 

Jajka na moim talerzu

Kiedyś mówiło się, że są niezdrowe i powinno się je ograniczać. Teraz raczej mówi się coś wręcz odwrotnego. Że jajka są bardzo zdrowe , a ich spożywanie nie ma wpływu na wzrost poziomu chlesterolu. Ja do jajek nic nie mam, ale jem je bardzo rzadko. Dlaczego? Bo ich przyrządzenie wymaga ode mnie więcej wysiłku, niż innych dań. Uwielbiam za to omlety. Zawsze po nich jest ogromny bałagan w kuchni, ale ten smak wszystko wynagradza. Omlety są super. Jajka w innej formie jem tylko i wyłącznie w celach zdrowotnych albo żeby nie umrzeć z głody. Nie to, że nie lubię. Ale również nie to, że lubię. 


Moja dieta jest dość "normalna". Nie przestrzegam ściśle żadnych zasad. Jem to, na co mam ochotę i tyle, ile chcę. Staram się jeść zdrowe i urozmaicone posiłki. Dbam również o to, żeby jedzenie sprawiało mi przyjemność. Lubię celebrować posiłki z bliskimi. Nie lubię gotować, ale czasami kiedy coś ugotuję jestem z siebie bardzo dumna, że mogłam wywołać radość na czyjejś twarzy i uszczęśliwić czyjś brzuszek ;)

sobota, 13 sierpnia 2016

Włosowe eksperymenty: błyskawiczne upiększenie włosów

Lubię eksperymentować z pielęgnacją, a teraz wreszcie mam na to czas. Może nawet powstanie na blogu seria Włosowe eksperymenty. Dzisiaj wpadłam na pomysł, żeby stworzyć domowy zabieg wygładzający włosy, którego celem byłaby błyskawiczna poprawa ich wyglądu. Chodzi o coś, co szybko nada im idealny wygląd.
Maska do włosów z żelatyny, gliceryny i parafiny


Bazą jest tutaj zabieg laminowania włosów żelatyną, który daje świetne rezultaty. Wzbogaciłam go w glicerynę, żeby uniknąć przesuszenia i jeszcze bardziej zwiększyć blask. Dodałam też parafinę, która tworzy ochronną warstwę. Żeby uzyskać konsystencję nadającą się do nałożenia na włosy użyłam najprostszej odżywki, jaką miałam czyli Kallos Cherry.

Składniki i sposób przygotowania
  • łyżeczka żelatyny
  • ćwierć łyżeczki parafiny
  • 5 kropli gliceryny
  • łyżeczka dowolnej odżywki do włosów
Maska do włosów z żelatyny, gliceryny i parafiny

Żelatynę rozpuściłam w gorącej wodzie dokładnie mieszając. Po chwili, gdy nieco ostygła dodałam parafinę i glicerynę oraz odżywkę Kallos Cherry i bardzo dokładnie wymieszałam. W czasie gdy moja domowej roboty odżywka upiększająca stygła i tężała ja umyłam włosy dwukrotnie delikatnym szamponem dla dzieci babydream.

Sposób użycia
Moją mieszaninę nałożyłam równomiernie na czyste włosy. Ważne jest, żeby odpowiednio trafić z ilością. Nie oszczędzać, włosy powinny zostać porządnie pokryte maską. Ale też nie przesadzić, żeby uniknąć posklejanych i przyklapniętych włosów. Tutaj pomóc może tylko praktyka i wprawa, albo szczęście. Kolejnym krokiem było podgrzanie włosów suszarką i nałożenie foliowego czepka. Po upływie pół godziny całość spłukałam, a włosy wysuszyłam dokładnie je przy tym rozczesując. Jak zwykle na końcówki nałożyłam krem Fructis gęste i zachwycające.

video


Efekty
Po takim zabiegu moje włosy trochę mniej niż zwykle się puszą. Poza tym są gładkie i proste. Zdecydowanie wyglądają lepiej, chociaż niestety nie jest to efekt wow. Mimo wszystko, jak na mnie, całkiem spoko. Włosy błyszczą, są gładkie, lekko dociążone ale nie przyklapnięte. W dotyku są miłe. Nie udało mi się tylko osiągnąć blasku, na który po cichu liczyłam.

fot. Chrumek


Eksperyment uważam za częściowo udany. Efekt jest dobry, chociaż mogłoby być lepiej. Mieszanka nawilżającej gliceryny z proteinową żelatyną nie jest u mnie nowością. Często tak wzbogacam zabieg laminowania. Natomiast parafiny użyłam po raz pierwszy. W przyszłości na pewno będę coś jeszcze kombinować. I mam nadzieję, że to nie jest ostatni post z serii Włosowe eksperymenty ;)

Zobacz też: 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...